Reportaż
Marzec 1999 roku. Mord w restauracji Gama na warszawskiej Woli (ROBERT KOWALEWSKI)
Marzec 1999 roku. Mord w restauracji Gama na warszawskiej Woli (ROBERT KOWALEWSKI)

Polska, lata dziewięćdziesiąte. W całym kraju prężnie działa co najmniej kilka gangów, które zajmują się wymuszeniami haraczy od właścicieli restauracji, barów i agencji towarzyskich. Mechanizm jest prosty - właściciel musi się zgodzić na ochronę i płacić za nią. Systematycznie, rzecz jasna. Przestępcy są uzbrojeni w kije bejsbolowe, dobrze zbudowani - i bezwzględni. Podobnie jak ich bossowie, mają dźwięcznie brzmiące pseudonimy: "Masa", "Simon", "Sandokan", "Lutek" czy "Klepak".

"Jeżeli chcesz być naszym człowiekiem tutaj, musisz zapłacić"

"Pruszków miał w całym kraju markę najgroźniejszej grupy przestępczej. Gdzie przyjeżdżał Pruszków, tam wszyscy bez oporów płacili. Zdarzało się, że lokalni bandyci podszywali się pod tych z Pruszkowa i też od ludzi wymuszali kasę. Wtedy prawdziwy Pruszków wymierzał im dotkliwe kary. Nie, że ich bili, związywali w lesie, zabijali, nic z tych rzeczy. Oni nakładali kary finansowe. Jeżeli chcesz być naszym człowiekiem tutaj, musisz zapłacić. Używanie naszej marki kosztuje. Rodził się nowy lajfstajl. Styl pruszkowski: złote ozdoby męskie, dresy, adidasy, siłownia. Dobrze wyrzeźbiona masa gwarantowała zatrudnienie w gangu w charakterze żołnierza do różnych zadań: wywieranie nacisku, windykacja długów. Broń? Obowiązkowa. Pistolety, karabiny i granaty oferowano na każdym bazarze za nieduże pieniądze" - pisze Wojciech Tochman w swojej najnowszej książce "Historia na śmierć i życie".

Dziennikarka sądowa Helena Kowalik wspomina, że "Masa" często opowiadał o pewnym znanym lokalu w Pruszkowie, o którym całe miasto wiedziało, że jest zajęty przez gangsterów. - Właściciel był z nimi w niezłej komitywie - mówi Kowalik.

 - Wieczorami przychodzili tam policjanci, którzy razem z gangsterami balowali. W ogóle puby i restauracje, które powstawały na początku lat dziewięćdziesiątych, były dla gangsterów bardzo dobrą metą. Jeśli sobie upatrzyli konkretny adres, to nie odpuszczali - dodaje.

Restaurator, który godził się na "współpracę", zwykle dawał gangsterom pokoik na zapleczu. Mogli tam, schowani przed wścibskimi gośćmi, omawiać swoje plany na przyszłość. Czasem rozmowy te były na tyle burzliwe, że zaczynali się kłócić, a nawet do siebie strzelać. - Lokal w tym czasie normalnie działał, zatem właściciel musiał liczyć się z tym, że któryś z gości może dostać rykoszetem. Mimo to decydował się na współpracę, bo dzięki temu od niego przestępcy prawdopodobnie haraczu nie brali - przypuszcza Kowalik.

Choć oczywistym jest, że musiał ich karmić.

Zobacz wideo Rozmowa o mafii

Golonki, schabowe i piwo w dużych kuflach

- Byłam wtedy nastolatką po drugiej klasie liceum i postanowiłam sobie dorobić. Zatrudniłam się w restauracji w centrum Warszawy, gdzie serwowano tradycyjne jedzenie: golonki, schabowe, steki i piwo w dużych kuflach - wspomina Alicja, warszawianka.

To były lata 1994-95. Do knajpy lubili wtedy przychodzić szefowie spółek skarbu państwa, sportowcy - i członkowie grup przestępczych. Bramkarzem był mistrz olimpijski wagi piórkowej w boksie. Mały, żylasty, z przestawionym nosem, ale - jak podkreśla Alicja - dla personelu bardzo sympatyczny. Chłopcy z miasta, jak ich nazywał ów personel, niekoniecznie.

- Wszyscy bez wyjątku wyglądali jak sklonowani. Chodzili w dżinsach, skórach i golfach. Szerocy w barach. Nie byli to też ludzie wielu słów. Nie mówili "proszę" czy "dziękuję". Wchodzili, siadali przy swoim ulubionym stoliku, zamawiali mięso i po sekundzie zaczynali je pochłaniać - wspomina Alicja.

Zanim zdążyła przynieść ostry nóż do steków, talerze były puściutkie. Tradycją było też to, że chłopcy z miasta zazwyczaj nie płacili. - A przynajmniej ja ich nigdy nie kasowałam, może rozliczali się z menadżerem - zastanawia się.

Współwłaściciel tej restauracji miał też drugi lokal w Warszawie, przy Alejach Jerozolimskich. - Tam to dopiero przychodzili mafiosi! Kiedyś była u nas na zastępstwie dziewczyna z tego lokalu. Opowiadała, że gdy jednemu z gości nie spodobało się danie, bez ostrzeżenia pobiegł do kuchni i pobił kucharza - mówi Alicja.

Nic dziwnego, że chłopcy z miasta budzili postrach całego personelu. - Gdy przychodziłam rano, żeby przed otwarciem posprzątać lokal, na barze widziałam jeszcze ślady kokainy. Na podłodze zostawały często dmuchane lalki, które chowałam do szafy. Czasem jakiś uczestnik imprezy spał pod stołem. Budziłam go i potem przez okno widziałam, jak odjeżdżał drogim sportowym samochodem - wspomina Alicja.

Mafia i Magda Gessler

Faktu, że gangi wymuszające haracze były w latach dziewięćdziesiątych zmorą restauratorów, nie ukrywa chociażby Magda Gessler.

Magda Gessler
Magda Gessler Fot. Grażyna Marks / Agencja Wyborcza.pl

Jak przyznała niedawno w jednym z wywiadów, musiała nawet zainwestować w prywatną ochronę. Podobno bandyci żądali za ochronę jej lokalu na warszawskiej Starówce sporych pieniędzy, ale Gessler się nie ugięła. Zamiast płacić haracz, zatrudniła własnych ochroniarzy, którzy pilnowali jej bezpieczeństwa. Ochrona strzegła też Lary Gessler, która była wtedy dzieckiem. - Ja to rozumiałam, gdy rodzice powiedzieli, że to jest potrzebne. Nie wychodziłam na podwórko, nie bawiłam się na placu zabaw - przyznała niedawno sama Lara Gessler.

To rozwiązanie wydaje się całkiem rozsądne, skoro restauratorzy, którzy pozwalali gangsterom na "zasiedzenie się" w swoich lokalach, musieli się liczyć z tym, że co jakiś czas zdarzały się u nich bójki czy strzelaniny. W 2000 roku w jednym z pubów w Nowym Dworze Mazowieckim doszło do porachunków między dwiema grupami gangsterów.

- Był akurat koniec wakacji, w lokalu planowano festyn dla dzieci. Nie miało to jednak najmniejszego znaczenia dla gangsterów, którzy podłożyli tam bombę. Rano właściciel zauważył, że coś wystaje spod kostki brukowej, i zawiadomił strażaków. Zginął on i trzech chłopaków, którzy dorabiali sobie jako kelnerzy - opowiada Helena Kowalik.

Czerwiec 2000 roku. Wybuch bomby w pubie EB
Czerwiec 2000 roku. Wybuch bomby w pubie EB Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Krótko później doszło do rewanżu w innym klubie. Zginęło wtedy kilku gangsterów będących w konflikcie ze sprawcami podłożenia bomby.

- Gangsterzy byli w tamtych czasach wyjątkowo bezwzględni. Nie tylko nie liczyli się z restauratorami, których lokale zajmowali bądź [od których] wymuszali haracze, ale i z gośćmi, którzy przychodzili tam coś zjeść. Nie przejmowali się tym, że podczas ich porachunków giną przypadkowe osoby - mówi Kowalik.

"Klepak", "Lutek", "Dzik", "Kręciłapka"

W 1999 roku doszło do porachunków między gangami w restauracji Gama na warszawskiej Woli. Zginął w nich niejaki "Klepak", "Lutek" i trzej inni członkowie grupy wołomińskiej. Spotkali się w barze, żeby ustalić, jak rozprawić się z innym gangsterem, który ich zawiódł. Doszło do wymiany ognia, w której zginął także przechodzień. Trafiła go kula, która wypadła przez okno.

- To była strzelanina na całego - wspomina dziennikarka. - Gangsterzy podziurawili kaloryfery, z których zaczęła cieknąć woda. Zalało cały lokal, ciała pływały w tej wodzie. Była to jedna z najsłynniejszych egzekucji mafijnych w historii Polski i największa gangsterska strzelanina w historii Warszawy.

Do morderstwa pięciu gangsterów w restauracji Gama doszło 31 marca 1999 roku
Do morderstwa pięciu gangsterów w restauracji Gama doszło 31 marca 1999 roku ROBERT KOWALEWSKI

Restauratorzy, którzy się bronili i nie chcieli płacić gangsterem haraczy, często tracili lokale. Mafia po prostu przejmowała je siłą. Dlatego wielu było takich, którzy podpisywali zgody na przejęcie restauracji ze strachu, często z pistoletem przystawionym do skroni.

Helena Kowalik pamięta, jak gangster o pseudonimie "Dzik" przejął w ten sposób jeden z pubów w Otwocku. Uważał się za jego właściciela i często jadał tam śniadania. Ale ponieważ oszukał i zabił swojego wspólnika, z którym razem kradli klisze do fotografii rentgenowskich, by odławiać z nich drogie wówczas srebro, marnie skończył. Wdowa wynajęła płatnego zabójcę. Ten wszedł do pubu i zastrzelił "Dzika", który był akurat w trakcie posiłku.

Marnie kończyli też ci, którzy próbowali ściągać haracze od restauratorów na własną rękę. Jednym z nim był Artur S., pseudonim "Kręciłapka". Odłączył się od grupy pruszkowskiej, żeby działać samemu. Szybko został jednak zastrzelony przez dawnych kompanów.

Grube karki płaczące jak bobry

Pod swoją restauracją "Zielone Oczko" w Katowicach został również postrzelony niejaki "Simon", śląski rezydent Pruszkowa. Było to w 1999 roku.

"Simon", na którego proces chodziłam przez wiele miesięcy, był przystojnym mężczyzną przypominającym biznesmena. Zawsze w białej koszuli i ciemnym garniturze. Ale choć wyglądem w ogóle nie przypominał gangstera, prokuratura zarzuciła mu usiłowanie zabójstwa, przewodzenie grupie przestępczej i masowe wymuszenia na właścicielach knajp. "Simon" trafił do aresztu, ale wyszedł z niego pod koniec 1998 roku, bo dziwnym trafem do sądu nie dotarł wniosek o przedłużenie jego pobytu za kratkami. Gdy wychodził na wolność z katowickiego aresztu śledczego, "witali" go lokalni dziennikarze i adwokat, który osobiście niósł mu torbę. Do dziś się uśmiecham na wspomnienie, że ów mecenas dostał potem w swoim środowisku przydomek "Bagażowy".

Proces szefa śląskiej mafii Zbigniewa S., pseudonim 'Simon'
Proces szefa śląskiej mafii Zbigniewa S., pseudonim 'Simon' Fot. Marta Błażejowska / Agencja Wyborcza.pl

"Simon" wyglądał jak zacny przedsiębiorca, a jego żona, Mariola, jak partnerka zacnego przedsiębiorcy. Mówiło się, że ma strzelający długopis, i ponoć nieźle sobie radziła jako partnerka szefa gangu. Zresztą nie ona jedna. Na warszawskiej Pradze działał sklep spożywczy prowadzony przez niejaką Joannę. Po południu zamykała kram, wsiadała w samochód i ruszała w objazd po lokalach i agencjach towarzyskich, od których odbierała haracze. Ponieważ jej męża gangstera zabił wcześniej kompan, z którym nie rozliczył się z pieniędzy za narkotyki, Joanna w rewanżu kazała zabić mężczyznę, którego podejrzewała o zastrzelenie męża. Zlecenie przyjął kuzyn Joanny i zadanie wykonał.

Wracając do panów - "Simon" nie dożył dłuższej odsiadki, ale gangsterzy z grupy modlińskiej zostali skazani na dożywocie za brutalne porachunki i zamordowanie młodego małżeństwa.

Helena Kowalik opowiada, jak gangsterzy, którzy nie mieli żadnych zahamowań, żeby podłożyć bombę w restauracji pełnej ludzi albo strzelać do swoich kompanów, w sądzie płakali jak bobry.

Jeden czytał przeprosiny z kartki i łkał, inny tak płakał, że nie mógł wykrztusić ani słowa. Nie wzruszało to jednak ani sędziego, ani prokuratora.

- Trzęsące się grube karki, usmarkane i drżącym głosem mówiące "żałuję", to było żałosne widowisko - przyznaje Kowalik.

Ja mam z procesów śląskich mafiosów, którzy nękali restauratorów czy właścicieli agencji towarzyskich, inne wspomnienie. Prawie wszyscy pokrzywdzeni albo świadkowie w procesach gangsterów przed sądem zasłaniali się niepamięcią. Wyglądało na to, że wciąż boją się konfrontacji z oskarżonymi bandziorami.

- W efekcie wiele spraw zostało niewyjaśnionych - konstatuje Kowalik.

Protest restauratorów

Jacek, dziś informatyk, wspomina, jak pod koniec lat dziewięćdziesiątych otworzył niewielką naleśnikarnię daleko od centrum Warszawy. Uważał wtedy, że doniesienia o gangsterach wymuszających haracze są mocno przesadzone, poza tym kto zajrzałby do małego barku na peryferiach stolicy? - No i się przeliczyłem - przyznaje.

Kilka dni po otwarciu zapukało do niego trzech świetnie zbudowanych smutnych panów. - Chcemy rozmawiać z właścicielem - oznajmili krótko i konkretnie. Po czym wyjaśnili Jackowi, że albo będzie im płacił za tak zwaną ochronę, albo może "zamykać tę budę".

- Przestraszyłem się i stwierdziłem, że wolę tę budę zamknąć - opowiada Jacek.

Następnego dnia powiesił na drzwiach kartkę, że lokal jest nieczynny do odwołania, a po miesiącu zawiesił firmę i nigdy już nie wrócił do działalności gastronomicznej. - Ci dobrze zbudowani panowie w dresach i ze złotymi łańcuchami raz na zawsze wybili mi ten biznes z głowy - mówi.

Ale właściciele lokali na warszawskiej Starówce nie zamierzali się tak łatwo poddawać. Gdy gangsterzy bezkarnie demolowali ich puby i restauracje, a policja udawała, że nie widzi problemu, ogłosili protest.

Stare Miasto w Warszawie. 2000 rok
Stare Miasto w Warszawie. 2000 rok MACIEJ ZIENKIEWICZ

"Około godziny 12 ulicami starego miasta przejechał komendant stołecznej policji Jerzy Stańczyk. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, sprawdzał on stan zabezpieczenia tego rejonu. Jak podała Komenda Stołeczna Policji, około godziny 2 w nocy doszło do próby wymuszenia haraczu w jednym z pubów na Trakcie Królewskim. Do lokalu wszedł 27-letni mieszkaniec Warszawy i zażądał pieniędzy. Właściciel dał mu je, ponieważ tamten na poparcie swoich żądań wyciągnął pistolet, a na odchodne poinformował personel, że zostawił w lokalu bombę" - relacjonował "Express wieczorny".

Bezsilni restauratorzy postanowili, że nie otworzą lokali, bo liczyli na międzynarodowy skandal. Stare Miasto latem 1994 roku było bowiem pełne turystów. I choć przełom w ściganiu gangsterów nie nastąpił od razu, po raz pierwszy oficjalnie przyznano, że to mafia wymusza haracze. Koniec gangów był już tylko kwestią czasu.

Koniec wymuszeń

Magda Gessler mówi, że z mafią jest już święty spokój. Tak samo twierdzą byli policjanci, którzy tropili gangsterów, i prokuratorzy, którzy ich oskarżali.

Podobno dziś ci, którzy krew ofiar już mieli na rękach, weszli - jeśli przeżyli - w inną, bezpieczniejszą przestępczość. Wraz z nową dekadą, gangów wymuszających haracze ubywało. Niektórzy powybijali się między sobą, część trafiła za kratki, a ci, którzy przetrwali, przerzucili się na przemyt narkotyków czy papierosów, napady na tiry i porwania dla okupu.

Kilka lat później zajęli się przestępczością gospodarczą: wyłudzeniami VAT-u i oszustwami bankowymi. Zamienili dresy i sportowe buty na eleganckie garnitury, białe koszule i markowe lakierki, a kije bejsbolowe na laptopy. Rozpoczęła się zupełnie nowa era...

OSKARŻAM - cykl kryminalny Gazeta.pl
OSKARŻAM - cykl kryminalny Gazeta.pl Grafika: Marta Kondrusik