Reportaż
Zawód petsittera wciąż jest uznawany za zajęcie dorywcze, z którego trudno się utrzymać (Shutterstock.com)
Zawód petsittera wciąż jest uznawany za zajęcie dorywcze, z którego trudno się utrzymać (Shutterstock.com)

Magdalena do pracy wychodzi o 8.50, do domu wraca o 18. Codziennie podczas spacerów pokonuje około 25-30 km. Czasem narzeka na bóle kolan i kręgosłupa. Przed rozmową ze mną wyprowadzała doga niemieckiego, landseera, charta afgańskiego i buldoga francuskiego. Naraz. To jednak nic – zdarzyło jej się wychodzić z dziewięcioma psami jednocześnie.

Ale zazwyczaj ma jednego klienta na daną godzinę. Do niektórych mieszkań ma klucze, do innych jest wpuszczana. Pod opiekę bierze głównie psy, choć zdarzyły jej się także koty i króliki. Gdy wraca do domu, wychodzi na kolejny spacer, tym razem ze swoimi psami.

Mam pięciu stałych klientów, ale zdarza się, że wpadną dodatkowe zlecenia, bo ktoś wyjechał na wakacje, pies jest pod opieką babci, ale babcia nie ma siły go wyprowadzać. Wtedy jest hardkor. Taki jak teraz. Od pięciu tygodni nie miałam wolnego dnia – mówi Magdalena.

Jeździ komunikacją miejską. – Metro to zbawienie! Mieszkam na Pradze-Południe. Pracę zaczynam na Starym Mokotowie, kończę na Kabatach. Do każdego klienta jadę maksymalnie 20 minut, ich mieszkania są rozłożone w linii prostej na mojej trasie – opowiada.

Magdalena Śpiewak podczas spaceru z psami (archiwum prywatne) , Magdalena Śpiewak (archiwum prywatne)

Magdalena przez dwa lata prowadziła też hotel dla psów w swoim mieszkaniu, ale po przeprowadzce do mniejszego lokum musiała zawiesić tę część działalności. Co pamięta z tego okresu? Że da radę się wyspać z sześcioma psami w jednym łóżku.

Magdalena za godzinny spacer bierze minimum 30 zł, jeśli psy są dwa, to więcej – około 40–50 zł. Denerwuje się, gdy ktoś ją pyta, czy można się utrzymać z petsittingu. – Petsitting wciąż jest traktowany jako praca dorywcza, dla nastolatków, studentów. Ja pracuję po 10 godzin dziennie, nie mam czasu na inne zajęcie. Pandemia mocno uderzyła w branżę, bo ludzie zostali w domach i sami zajmują się swoimi zwierzętami. Mimo to w czasie pierwszego lockdownu byłam w stanie ze swojej pensji utrzymać trzyosobową rodzinę i trzy psy – przekonuje.

Zaczęło się od komputera

Anna Górecka-Kusz wraz z 19-letnim synem Bartkiem od dziewięciu lat prowadzi hotelik dla zwierząt. Urządzili go w swoim 50-metrowym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Sąsiedzi nie narzekają na hałasy, bo jak twierdzi Anna, psy nigdy nie zostają same, więc nie mają potrzeby ujadać.

Petsitterką została dzięki synowi. – Gdy Bartek miał 11 lat, stwierdził, że chciałby zarobić na swój pierwszy komputer. Agencja reklamowa, w której pracowałam, zawiesiła działalność, więc mieliśmy w domu mały kryzys finansowy. Pewnego dnia przed wakacjami przyszedł do mnie i powiedział: "będę wyprowadzał ludziom psy" – opowiada Anna.

Anna Górecka-Kusz wraz z 19-letnim synem Bartkiem od dziewięciu lat prowadzi hotelik dla zwierząt (archiwum prywatne Anny Góreckiej-Kusz)

Bartek był nieletni, więc Anna musiałaby asystować mu na spacerach. – Nie za bardzo sobie to wyobrażałam. Miałam na głowie inne zobowiązania. Zaproponowałam, abyśmy zorganizowali w domu hotelik dla zwierząt – wspomina. – Syn w wakacje zebrał na nowy komputer.

Przedsięwzięcie tak się rozkręciło, że Anna i Bartek zdecydowali się nie zamykać hoteliku po lecie.

I tak z pracy w agencji reklamowej zeszłam na psy – śmieje się Anna.

Anna wychodzi też na spacery z psami i odwiedza domy, w których czekają na nią głodne i spragnione pieszczot koty. Zdarza się, że podleje przy okazji kwiaty albo odbierze paczkę. Za godzinny spacer bierze od 40 do 80 zł, w zależności od tego, gdzie mieszka podopieczny. Dzień hotelowania zwierzaka u Anny kosztuje od 60 do 80 zł – o ostatecznej cenie decyduje wielkość psa.

Anna jest w stanie przyjąć nawet pięć psów, ale jak podkreśla, nie opiekuje się zwierzętami agresywnymi ani z dużymi problemami behawioralnymi. W jednym pokoju, w którym mieszka mama Anny, jest możliwość pozostawienia kota. Mama od kilku lat nie podnosi się z łóżka.

Lubi, gdy zwierzę przyjdzie się do niej przytulić. Działa to na nią terapeutycznie, a i zwierzęta mają poczucie, że blisko jest człowiek – opowiada Anna.

Podkreśla, że bycie petsitterem to nie praca, to styl życia.

Gdy prowadzisz hotel, pracujesz 24 godziny na dobę. Nie ma czasu na odpoczynek. Trzeba się też ciągle edukować, radzenie sobie z kilkoma psami naraz łatwe nie jest. Odkąd otworzyliśmy hotelik, zrobiłam między innymi kurs pierwszej pomocy, pracy z psami lękowymi, kurs dotyczący problemów separacyjnych psa czy jak wychować szczeniaka – wymienia.

Rocznie przez jej mieszkanie przewijają się setki zwierzaków.

Ludzie mówią: pracujesz ze zwierzętami, ale super! Zapominają, że to ogromna odpowiedzialność, że zwierzęta potrafią niszczyć – odrapane futryny w drzwiach czy oknach to norma. Piach w łóżku, wszędzie sierść, starszym psom zdarza się popuścić w mieszkaniu. W powietrzu unoszą się różne zapachy... Ale bierzemy to na klatę. Śmieję się, że mój podstawowy kolor ubrania to sierściowy – opowiada Anna.

Bywało, że z Dorotą Pachałą mieszkało pod jednym dachem 16 psów, w tym 3 jej własne i 13 obcych. – Trzeba to kochać i mieć nierówno pod sufitem – śmieje się Dorota.

Dorota Pachała prowadzi hotel dla zwierząt Grand Psiotel (archiwum prywatne Doroty Pachały) , Dorota opiekuje się też kotami (Justyna Lenart)

Mieszka w domu w Puszczy Kampinoskiej. Wokół jest ogrodzony teren, częściowo zalesiony. Ale sam dom ma tylko około 70 mkw. powierzchni. Psy muszą się zmieścić.

Prowadzę hotel dla zwierząt – Grand Psiotel – oraz dom tymczasowy. Bywa, że wyprowadzam psy na spacery, odwiedzam też koty w domach. Zdarzyło się, że klient poprosił mnie, żebym pomieszkała z jego kotem przez kilka dni – opowiada.

Petsitterką jest od około pięciu lat, za dobę hotelową bierze od 100 zł wzwyż, stali klienci mają rabat. – Zawsze chciałam pracować z psami. Zaczęło się od pomagania w szkole dla psów, asystowania podczas szkoleń. W tej chwili robię kurs za kursem – z komunikacji psów, kurs masażu metodą Tellington TTouch, za chwilę zaczynam kurs z zoofarmakognozji, czyli naturalnej suplementacji olejkami i ziołami – wylicza.

Dorota opiekuje się również psami z problemami behawioralnymi.

Jeśli mam w danym momencie psy nadpobudliwe czy mocno lękowe, przyjmuję mniej zwierząt. Największe wyzwanie w tej pracy? Nie zwariować. Regularnie odkładam pieniądze na "fundusz remontowy". Bywa, że jest głośno, bo psy szczekają, wszędzie jest psia sierść. Psy lękowe często oddają mocz w domu, na przykład do butów. Nieraz wstaję o trzeciej nad ranem i sprzątam, bo któryś zwymiotował. Mój mąż cierpliwie to znosi, ma inne pasje. W tej chwili jesteśmy w trakcie poszukiwania większego domu – opowiada.

Nie tylko na wakacje

Petsitting polega na szeroko pojętym zajmowaniu się czyimś zwierzęciem. Petsitterem czy petsitterką może zostać każdy – zawód ten nie jest u nas regulowany prawnie. Jak mówi Andrzej Kinteh-Kłosiński, behawiorysta zwierzęcy oraz dyrektor szkoły COAPE Polska, która od 2004 roku oferuje kursy dla przyszłych petsitterów, ta branża w Polsce rozwija się już od około 20 lat.

 – Wtedy zacząłem mieć coraz więcej klientów z problemami ze zwierzętami. Demolowały im mieszkania podczas ich nieobecności, a jak już byli w domu, to nie dawały im spokoju. Klienci nie byli w stanie zapewnić swoim pupilom odpowiedniej aktywności, bo całe dnie spędzali w pracy. Zacząłem szukać winternecie, czy jest taki zawód jak opiekun dla zwierząt. Okazało się, że w Stanach Zjednoczonych oraz w Wielkiej Brytanii są osoby, które zawodowo zajmują się zwierzętami, gdy ich właściciele są na wakacjach czy w pracy. Najpierw stworzyłem serwis petsitter.pl, gdzie w ciągu dwóch lat zgromadziło się około trzech tysięcy osób, które oferowały opiekę nad zwierzętami. Potem zacząłem organizować kursy dla petsitterów. A kilka lat później rozszerzyłem je o prowadzenie hotelu dla zwierząt – opowiada Kinteh-Kłosiński.

Przekonuje, że przed pandemią zainteresowanie kursem było z roku na rok coraz większe. I potwierdza to, co powiedziała już Magdalena: pandemia mocno uderzyła także w tę branżę. Ludzie przeszli na pracę zdalną, zaczęli mieć więcej czasu dla swoich zwierząt, przestali wyjeżdżać na wakacje, w delegacje. Większość petsitterów utrzymuje się w tej chwili ze stałych klientów, łapią czasem zlecenia od osób, które przebywają na kwarantannie z powodu covidu i potrzebują kogoś, kto przez dwa tygodnie będzie wychodził na spacer z ich psem. Mimo że prężnie działa inicjatywa "Pies w koronie" i ludzie zgłaszają się z chęcią wyprowadzania zwierząt nieodpłatnie, niektórzy wolą wydać pieniądze i mieć pewność, że osoba, z którą się umówili, zjawi się o danej godzinie, żeby wyjść z psem.

W ciągu ostatnich kilku lat zawód petsittera się sprofesjonalizował. Niektórzy łączą tę pracę z innymi usługami, na przykład groomingiem, jeszcze inni opiekują się psami schorowanymi, starymi, kolejni skupiają się na psach trudnych, z problemami behawioralnymi – biorą je na spacery, żeby odciążyć właścicieli. Powoli petsitter staje się usługą powszechną, z której korzysta wielu właścicieli psów, nie tylko ci najbardziej zamożni i nie tylko raz na jakiś czas, "bo wakacje". Często wyjście z petsitterem jest tym najważniejszym spacerem dla psa w ciągu dnia – mówi behawiorysta.

W pracy petsittera na pełen etat człowiek zderza się z różnymi problemami – właściciel nie zgłasza się po psa albo pies kogoś zaatakuje i pogryzie. Trzeba wiedzieć, jak zabezpieczyć siebie i swój biznes, gdy dojdzie do wypadku. Poza tym petsitting to opieka nad różnymi zwierzętami.

Uczymy, jak opiekować się kotami, świnkami morskimi, chomikami, rybkami, wężami. Program kursu cały czas poszerzamy, bo wciąż przed petsitterami pojawiają się nowe wyzwania – dodaje Kinteh-Kłosiński.

"Musiałam uśpić psa"

Magdalena, Anna i Dorota sporo wiedzą na temat odpowiedzialności, jaka spoczywa na petsitterze. I podkreślają, że problemem zazwyczaj nie są zwierzęta, lecz ich właściciele.

Bywa, że ukrywają przed petsitterami istotne fakty. Na przykład to, że pies jest agresywny. – Miałam raz pod opieką amstaffa, który rzucał się do twarzy i szyi. W końcu musieliśmy założyć mu kaganiec, co było wyzwaniem – mój mąż przypłacił to głębokimi ranami na dłoni. Jak się później okazało, pies atakował również swoich właścicieli i na co dzień po domu też chodził w kagańcu – opowiada Magdalena.

Dorota musiała raz uśpić psa, którego właściciele zostawili jej pod opieką (Cyber Marian)

Właścicielom zdarza się też nie mówić o problemach zwierzęcia ze zdrowiem. Taki przypadek miała Dorota. – Klienci przywieźli mi starego psa w typie grzywacza chińskiego. Wyjeżdżali na tydzień na Wyspy Kanaryjskie. Pies nie chciał jeść ani pić, pomyślałam, że może reaguje stresem na nowe miejsce. Zadzwoniłam po dobie do właścicieli. Powiedzieli, żebym się nie martwiła, że jak zostawiali psa u teściowej, to pierwszego dnia też nie jadł. Mimo to poszłam do weterynarza. Ten spojrzał na psa i się załamał. Długo nie mógł się wkłuć w żadną żyłę. Pies został w klinice na kompleksowe badania – krwi, USG jamy brzusznej. Przez dwa dni lekarze walczyli o jego życie, ale w końcu się poddali. Trzeba było go uśpić.

Dla Doroty to był pierwszy pies, którego w życiu uśpiła. Bardzo to przeżyła. Poprosiła weterynarza o szczegółowy wypis, żeby właściciele nie robili jej problemów i żeby im uświadomić, jak bardzo zaniedbali zwierzę.

Jak się rozliczaliśmy, to jeszcze chcieli się targować, bo pies był u mnie ostatecznie nie tydzień, tylko trzy dni – wspomina.

Na początku działalności Annie zdarzyło się, że nie dostała pieniędzy za opiekę nad zwierzęciem. Kilka razy uległa prośbom osób, które chciały zapłacić przy odbiorze. Opowiada: – Właściciel przychodzi po psy, ja proszę o pieniądze, słyszę, że partnerka właśnie zrobiła przelew. No to proszę o potwierdzenie przelewu. Jakieś potwierdzenie mi przesłał, ale jak się później okazało, pieniądze jednak nie dotarły. Opiekowałam się dwoma psami przez miesiąc, razem wyszło 3000 zł. Musiałabym sprawę cywilną wytoczyć, żeby odzyskać pieniądze, machnęłam ręką.

Właściciel bulteriera też chciał zapłacić przy odbiorze. Tłumaczenie podobne: partnerka właśnie robi przelew.

Pan bierze psa pod pachę i sobie idzie. Więc próbuję go zatrzymać, wywiązuje się nieprzyjemna dyskusja. Mówię, że dopóki pieniądze nie wpłyną na konto, pies zostaje u mnie. On na to: weź sobie w cholerę tego psa. I odjeżdża. Sprawę od razu zgłosiłam na policję. Pies spędził u mnie jeszcze trzy miesiące, zanim mężczyzna, pouczony przez policję, przyszedł go w końcu odebrać. Ale pieniędzy nie zobaczyłam – opowiada Anna.

Od tamtej pory wymaga płacenia z góry za pobyt zwierzęcia i wystawia fakturę.

Bulterier nie był jednak ostatnim zwierzakiem, który został z nią na dłużej. Pewna pani oddała Annie pod opiekę psa i kota. Miały być u niej przez tydzień i faktycznie pani po tygodniu się zjawiła. Ale zabrała tylko psa.

Powiedziała, że przeprowadza się do mamy, a mama nie toleruje kotów. Kot jest z nami od czterech lat – mówi Anna.

Nie miał siły merdać ogonem

Petsitterzy cenią współpracę ze stałymi klientami, których znają, lubią, którym ufają. Czasem taka współpraca rozciąga się na lata.

U niektórych klientów jestem pięć razy w tygodniu, znamy się od dawna. Traktują mnie jak członka rodziny – mówi Dorota.

Magdalena bardzo przywiązuje się do swoich psich klientów (archiwum prywatne Magdaleny Śpiewak) , (archiwum prywatne Magdaleny Śpiewak) , (archiwum prywatne Magdaleny Śpiewak)

Podczas naszej rozmowy wyprowadza na spacer Markusa, którego zna od szczeniaka. Czarny labrador ma już sześć lat. – Spędził ze mną niejedne wakacje, bo w mieszkaniu jego opiekunki latem jest gorąco. W moim domu pod Warszawą jest mu bardziej komfortowo. Z nią też jestem bardzo blisko. Zdarzyło mi się opiekować jej dzieckiem, dzwoni do mnie czasem, żeby się wygadać czy wypłakać – opowiada Dorota.

Magdalena kilka razy w tygodniu wyprowadza dwa charty włoskie klientów, których zna od dwóch lat.

Tak się do siebie zbliżyliśmy, że mogłam liczyć na ich wsparcie, kiedy na początku pandemii straciłam 80 procent zleceń. Szczęśliwie w maju zaczęli pojawiać się nowi klienci, bo ludzie zaczęli wyjeżdżać na weekendy. Właściciele chartów nie zrezygnowali ze mnie, mimo że nie mieli aż tak dużej potrzeby korzystania z moich usług. Inna klientka jest teraz moją najlepszą przyjaciółką. Spotykamy się prywatnie, jej buldog to "chłopak" mojej buldożki. Mimo że nasza relacja się zmieniła, ona bardzo szanuje moją pracę, nigdy nie oczekiwała, że zaopiekuję się jej psem w ramach koleżeńskiej przysługi – mówi.

Petsitterki, z którymi rozmawiam, bardzo przywiązują się do zwierząt. Magdalena nigdy nie zapomni swojego pierwszego klienta, mimo że opiekowała się nim tylko przez cztery tygodnie.

To był 15-letni labrador. Miał problemy z samodzielnym wstawaniem, trzymaniem kału i moczu. Na spacery z nim wychodziłam z plecakiem wypchanym środkami czystości, bo zdarzało się, że trzeba było posprzątać po nim klatkę schodową. Uwielbiałam tego psa. Był tak stary i schorowany, że nie miał już siły merdać ogonem na mój widok, ale zawsze cieszyły mu się oczy – wspomina.

Po miesiącu jego stan się pogorszył i trzeba go było uśpić. – Byłam przy tym i bardzo to przeżyłam. Po dwóch tygodniach od jego śmierci uznałam, że chcę zająć się petsittingiem na poważnie.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.