Rozmowa
Z hejtem można wygrać (Fot. Shutterstock)
Z hejtem można wygrać (Fot. Shutterstock)

Spróbujmy nie rozmawiać o hejcie jako o dewastującym psychikę zjawisku społecznym, ale skupić się na faktach i paragrafach. Mam wrażenie, że wielu z nas żyje w poczuciu, że jeśli padnie ofiarą ataku, nie będzie w stanie z tym zrobić nic.

To nieprawda. Dowodem jest wiele spraw moich klientów.

W polskim prawie nie ma, co prawda, definicji hejtu, jednak na podstawie przepisów kodeksu cywilnego możemy pozywać za naruszenie dóbr osobistych, zaś na podstawie kodeksu karnego - za znieważenie, zniesławienie czy groźby karalne.

Jeden z moich klientów to zawodowy sportowiec. Po meczu, którego nie mógł zaliczyć do udanych - zarówno indywidualnie, jak i grupowo, bo drużyna poniosła porażkę - na jego profilu w mediach społecznościowych pojawiła się opinia, że to wszystko jego wina oraz, de facto, wezwanie do linczu, ponieważ napisano, że ktoś powinien go dorwać i dać nauczkę.

Prowodyrem okazał się inny zawodnik, zazdrosny o to, że mój klient zarabiał więcej od niego. Po tamtym meczu był dodatkowo wściekły, że drużyna nie awansowała do kolejnej rundy rozgrywek i w związku z tym zawodnicy nie otrzymali premii.

Jak doszliście do tego, że to on?

Mój klient miał przekonanie graniczące z pewnością, kto to mógł być. Już wcześniej był świadomy, że ten zawodnik nie pała do niego sympatią, a to, co przeczytał "pasowało mu do niego". Dowodów jednak nie mieliśmy, dlatego nieco "na ślepo" wysłaliśmy przedsądowe wezwanie do zaprzestania naruszania dóbr osobistych mojego klienta oraz usunięcia komentarzy pod adresem tego zawodnika.

Strzał w dziesiątkę! Sprawa zakończyła się ugodą. Komentarze zostały usunięte, a hejter wpłacił - tak, jak o to wnosił mój klient - dość znaczną kwotę na cel społeczny.

'Adwokat od hejtu' Maria Nowakowska (Fot. Archiwum prywatne)

Skoro zdecydowaliście się na ugodę to znaczy, że dostaliście wszystko, czego chcieliście?

Niemalże. Ostateczna kwota wpłacona na jedną z fundacji była nieco niższa od wyjściowej.

Tego typu sprawy bardzo często kończą się zawarciem ugody dlatego, że żadnej ze stron nie zależy na rozgłosie.

Inny klient, prezes spółki, zgłosił się do mnie, kiedy w jednym z portalów internetowych pojawiły się pomówienia dotyczące jego firmy.

Jakiego rodzaju?

Sugerowano, że firma unika płacenia podatków, pracownicy są mobbingowani, zaś sam prezes to oszust i złodziej. W toku sprawy okazało się, że artykuł był "inspirowany" przez bezpośredniego konkurenta mojego klienta. Wiedział, co robi: w dobie internetu, fake newsów i mediów społecznościowych reputacja firmy może runąć w jeden dzień.

Hejterem okazał się 'kolega' z drużyny (Fot. Shutterstock)

W tej sprawie na jakie przepisy się pani powołała?

Ochronę dóbr osobistych. Skończyło się na tym, że redakcja opublikowała przeprosiny, zaś osoba, która spowodowała całą sprawę, zapłaciła mojemu klientowi zadośćuczynienie.

Ugoda obwarowana była klauzulą poufności. To również praktykuje się często. Konkurencyjna firma, gdyby wyszło na jaw, że jej szef był inspiratorem kampanii oszczerstw, ryzykowałaby kryzysem wizerunkowym, ale i mojemu klientowi zależało na tym, żeby w przestrzeni publicznej nie pojawiały się żadne kontrowersyjne informacje na jego temat.

Zawodowy sportowiec, prezes firmy - pani klientami są głównie ludzie wpływowi i zamożni?

Absolutnie nie. Hejt dotyka tak samo często celebrytów, jak i "zwykłych" ludzi pomawianych m.in. na forach firmowych, rodzicielskich czy osiedlowych, a każda osoba pokrzywdzona ma szansę dochodzić swoich praw.

Najważniejsze jest to, żeby już na starcie się nie poddawać.

Myślę, że można się poddać przede wszystkim dlatego, że komentarze w internecie są anonimowe.

Zgadza się, ale dobra wiadomość jest taka, że dysponujemy różnymi narzędziami, które pozwalają identyfikować tego, kto je zamieścił.

Jednak w naszym społeczeństwie świadomość tego faktu jest rzeczywiście niewielka dlatego, kiedy ustalamy, kto jest sprawcą i wysyłamy do niego pismo, efekt bywa piorunujący. Nie raz, nie dwa bywało tak, że hejter był tak przerażony, że został namierzony i tak bardzo bał się możliwych skutków prawnych, że natychmiast odzywał się do nas z prośbą o ugodę, obiecując, że akceptuje wszystkie warunki.

'W niejednej firmie pracownicy zakładają specjalne czaty tylko po to, by obsmarowywać kogoś z załogi' (Fot. Shutterstock)

Czego dotyczy ostatnia sprawa, którą pani prowadziła?

Przed tygodniem zgłosiła się kobieta, która stała się obiektem kampanii nienawiści na forum osiedlowym. Mojej klientki na nim nie ma, ale od życzliwych sąsiadek co rusz dowiadywała się, że bardzo dużo i bardzo źle się tam o niej pisze. Mówiąc wprost: mieszkańcy osiedla przeczytali, że to patologia, od której należy się trzymać z daleka, bo kradnie, jest osobą agresywną, nieprzewidywalną i ma na swoim koncie wyrok za pobicie.

Wszystko to jest nieprawdą. Aby zająć się taką sprawą, trzeba namierzyć sprawcę - w tym przypadku okazała się to być jedna z mieszkanek osiedla, która nie lubi mojej klientki i zazdrości jej wszystkiego - oraz zabezpieczyć dowody, czyli zrobić screeny stron internetowych, na których zamieszczone zostały nieprawdziwe informacje. Kiedy już to zrobiłyśmy, wystosowałyśmy do pani wezwanie do natychmiastowego usunięcia nienawistnych treści. I czekamy. Jeśli tego nie zrobi - natychmiast skierujemy sprawę do sądu.

Taka sprawa jest do wygrania?

Zdecydowanie tak. Wygrywałam wiele podobnych spraw. M.in. społeczniczki, którą hejtowano w mediach społecznościowych. Krytykowano ją bez litości, a to jest wspaniała osoba, która poświęca czas i energię, by pomagać innym.

'Hejtowała mieszkanka osiedla, która zazdrościła jej wszystkiego' (Fot. Shutterstock)

Do krytyki osób działających publicznie wszyscy mamy prawo, dlatego kluczowe pytanie brzmi, jak odróżnić hejt od krytyki?

Granica jest cienka, natomiast w momencie, gdy zamieszczane komentarze naruszają godność drugiej osoby, kiedy podawane informacje są nieprawdziwe, wtedy to już jest hejt. Krytyka z zasady odnosi się do działań, które zdaniem komentatorów, są nieprawidłowe, a więc - w świecie idealnym - prowadziłaby ona do tego, by je skorygować, poprawić. Natomiast hejt to arbitralnie wyrażone opinie, które nie pozostawiają złudzeń, że druga strona to oszust i złodziej. Bez żadnych argumentów, żadnych dowodów rzuca się w przestrzeń internetową wyssane z palca oskarżenia, które mają zdyskredytować człowieka. Tak robić nie wolno!

Nazywać kogoś oszustem i złodziejem można tylko w sytuacji, gdy zapadł w tej sprawie prawomocny wyrok karny. W przeciwnym razie to jest hejt, naruszenie dóbr osobistych.

Jak się skończyła sprawa społeczniczki?

Komentarze zostały usunięte z mediów społecznościowych.

Zjawisko, o którym rozmawiamy, przybiera przeróżne formy: jest np. beauty hejt, czyli niewybredne, okrutne, komentowanie czyjegoś wyglądu. Kiedy indziej ostrze może być wymierzone w kompetencje zawodowe ofiary. W niejednej firmie pracownicy zakładają specjalne czaty tylko po to, by obsmarowywać kogoś z załogi. Moim klientem był kierownik zespołu, którego podwładni "bawili się" w ten sposób, że wypisywali o nim niestworzone historie, przesyłali sobie zabawne memy z jego wizerunkiem.

Domyślam się, że dowiedział się o tym, ponieważ znalazła się osoba, która mu o tym doniosła?

Tak właśnie było. W pierwszym odruchu człowiek często czuje się w takiej sytuacji bezradny, ma poczucie, że "wszyscy" są przeciwko niemu. Ale tak wcale nie jest.

Kiedy klient otrząsnął się z szoku, udało nam się doprowadzić do usunięcia nieprawdziwych treści z sieci, a osoby, które je umieszczały, dodatkowo poniosły odpowiedzialnością dyscyplinarną.

Wbrew temu, co niektórym może się wydawać, hejt to nie jest zabawa.

Oszust i złodziej - takie oskarżenia na pewno bolą, ale hejt to również ciosy poniżej pasa, kiedy człowiek - nie tylko w przenośni, ale i dosłownie - zostaje obnażony przed swoim środowiskiem.

Ma pani na myśli publikowanie w sieci intymnych zdjęć bez zgody osoby, która się na nich znajduje? Takie rzeczy dzieją się przerażająco często. To popularna metoda odwetu osób porzuconych.

Aktualnie prowadzę sprawę mężczyzny, który pożałował romansu i rozstał się z kochanką. Ta, jeszcze gdy się spotykali, miała dostęp do jego telefonu i zrobiła kopie zdjęć, które się tam znajdowały, a które przedstawiały jego nagą żonę. Gdy została porzucona, postanowiła odegrać się na byłym kochanku, ale również zranić jego żonę, która o romansie nie miała pojęcia. Nagie zdjęcia tej kobiety otrzymali nie tylko wszyscy wspólni znajomi jej, męża oraz kochanki, ale trafiły one również do jej miejsca pracy.

Inna pani miała profil na portalu randkowym, weszła w relację z jednym z poznanych tam mężczyzn i przesyłała mu swoje pikantne zdjęcia. Kiedy z nim zerwała - zaczął je udostępniać kolegom.

W obu sprawach wystosowałyśmy wezwanie do zaprzestania procederu i usunięcia zdjęć z sieci. Czekamy na odpowiedź. Spodziewam się, że będzie dla nas pozytywna, bo również tego typu sprawy najczęściej kończą się ugodą: treści znikają z sieci, a ofiara otrzymuje zadośćuczynienie. I całe szczęście, że tak jest, bo nie każdej klientce i nie każdemu klientowi - panowie również bywają ofiarami publikacji intymnych wizerunków w sieci - rekomendowałabym walkę w sądzie.

Jeśli osoba jest delikatna, wrażliwa, wtedy ciągnący się nawet latami proces, podczas którego trzeba będzie pokazać sądowi intymne zdjęcia oraz wzywać świadków, którzy poświadczą, że te zdjęcia widzieli i że przedstawiają właśnie osobę pokrzywdzoną - to byłaby katorga.

W ramach odwetu rozsyłała intymne zdjęcia... żony swojego ekskochanka (Fot. Shutterstock)

Ale z reguły sprawa w sądzie nie jest konieczna?

Bardzo często już samo pismo z kancelarii prawnej sprawia, że sprawca czy sprawczyni staje na baczność: próbuje dzwonić, wyjaśniać, przepraszać.

Rozumiem, że sprawcy to byli kochankowie?

Również byli małżonkowie.

Jedna z byłych żon umieszczała w sieci akty eksmałżonka. Liczne. Pani została zdradzona i postanowiła się w ten właśnie sposób odegrać. Wydawało się, że ją to bawi, bo bardzo często publikowała nowe fotografie - a to przedstawiające całą sylwetkę, a to skupiające uwagę na konkretnej części ciała.

Ewidentnie czuła się nietykalna, natomiast gdy wysłaliśmy jej pismo, natychmiast zadzwoniła do mojej kancelarii i - nie kryjąc przerażenia - dopytywała, co może zrobić, żeby uniknąć konsekwencji prawnych.

Prosiłam, byśmy rozmawiały konkretnie i bez emocji, ale im dłużej pani słucham, tym bardziej ten postulat wydaje się nierealny. Ludzie - także ci, którzy byli dla siebie najbliżsi - robią sobie straszne rzeczy.

Niestety.

Jeden z panów nigdy nie został zdradzony, ale uroił to sobie, więc zaczął umieszczać na swoim profilu w mediach społecznościowych zdjęcia żony z ich wspólnym dzieckiem, komentując, że to podła kobieta, która go zdradziła, zniszczyła rodzinę, zrujnowała wszystkim życie.

Część wspólnych znajomych dzwoniła do mojej klientki wyrażając troskę i wsparcie. Ale nie wszyscy. Ci, którzy nie dzwonili, również wysłali jej sygnał.

Uwierzyli, że jest tą złą i wzięli stronę męża.

Eksmęża, bo konsekwencją tego hejtu był rozwód. Tamci ją osądzili.

Moja klientka miała satysfakcję, że były mąż zawarł ugodę, usunął wpisy z Facebooka, zapłacił jej jakąś kwotę pieniędzy, ale osobista krzywda nie została w pełni naprawiona. Chociażby utraty przyjaciół, ugoda przed sądem nie zrekompensuje.

Hejt to rzecz straszna.

Słowo to potężna broń: część osób wydaje osąd od razu i żadne późniejsze wyjaśnienia, przeprosiny, tego nie zmieniają. Dlaczego pani postanowiła specjalizować się akurat w takich sprawach? Czy kiedykolwiek została pani w ten sposób skrzywdzona?

Tak. Dziś dzieci zamieszczają treści na grupach internetowych, które często tworzą wyłącznie po to, żeby kogoś dyskredytować, natomiast w latach 90., kiedy ja chodziłam do szkoły, takie treści dystrybuowało się za pomocą karteczek.

Hejt to nie zabawa (Fot. Shutterstock)

Pisało się, że "Marysia jest taka i owaka", a następnie karteczka była przekazywana z rąk do rąk, krążyła po klasie, a ofiara była wyśmiewana, szeptano na jej temat, wykluczano z grupy.

Do dzisiaj to pamiętam. Nie mam wątpliwości, że to była przemoc, tylko że w tamtych czasach nikt tego zjawiska ani nie nazywał, ani też się o tym nie mówiło.

Myśl, by wyspecjalizować się w tego typu sprawach kiełkowała od dawna.

Mija rok, od kiedy w mediach społecznościowych stworzyłam markę osobistą - "adwokat od hejtu".

Ma pani ręce pełne roboty?

Tak. Spraw z zakresu ochrony dóbr osobistych oraz związanych z hejtem przybywa z tygodnia na tydzień, a mnie szczególnie mocno cieszy to, że wzrasta społeczna świadomość, że ofiary wcale nie są bezradne.

Prawo wychodzi naprzeciw skrzywdzonego człowieka, a ja mam satysfakcję, że jestem w stanie mu pomóc, i wiem, że stoję po właściwej stronie.

Maria Nowakowska. Adwokat specjalizująca się w ochronie dóbr osobistych, w szczególności w sprawach dotyczących zniesławienia, pomówień, naruszeń wizerunku oraz hejtu w internecie i poza nim, a także sprawach związanych z groźbami i stalkingiem. Założycielka kancelarii NOVUM edukację prawną prowadzi m.in. na swoich kanałach w mediach społecznościowych.

Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.