Rozmowa
Iga Korczyńska (Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Iga Korczyńska (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Ponad stu policjantów brało udział w obławie na przestępców, którzy napadli na kantor na warszawskiej Woli. Styczeń 1936 roku w Warszawie był niespokojny…

Równocześnie w podmiejskich miejscowościach od kilkunastu miesięcy grasował Wacław Majewski, uważany za jednego z największych bandytów Mazowsza w drugiej połowie lat 30. Poszukiwano go listem gończym za zabójstwo policjanta i zamordowanie rodziny mieszkającej pod Warszawą. Na święta Bożego Narodzenia przyjechał do Warszawy i spędził tu sylwestra. Nocował w pokoju wynajmowanym przez właścicieli lokalu Mała Niespodzianka na warszawskiej Woli. 9 stycznia policyjni wywiadowcy, którzy szukali sprawców napadu na kantor, dostali cynk, że mogą się oni ukrywać w Małej Niespodziance. Zamknięto całą ulicę, a kilkunastu uzbrojonych policjantów weszło do lokalu. Majewski akurat był w środku, wywiązała się strzelanina, w efekcie której zginął. W taki oto sposób, przez totalny przypadek, policjanci zabili groźnego przestępcę. Mężczyzn, którzy napadli na kantor, zatrzymano kilkanaście dni później.

Czyli ówczesna policja mogła odtrąbić sukces?

Rzeczywiście był to jeden z jej bardziej spektakularnych wyczynów. W tamtych czasach nie miała się bowiem zbytnio czym pochwalić. Panował kryzys gospodarczy, bezrobocie w Polsce sięgało prawie 45 proc. Pojawiały się grupy, które zarabiały na życie, napadając i kradnąc.

Okradano nie tylko lokale gastronomiczne, ale i sklepy, przedsiębiorstwa, hotele, prywatne domy i warszawiaków na ulicach. Przestępstwa dzielono wtedy na kategorie: kasowe z włamaniem, kieszonkowe, z wozów, ze środków lokomocji, mieszkaniowe, koni, bydła, z pola, z lasu oraz inne. Wyliczono, że liczba wszystkich grabieży w województwie warszawskim w kwietniu 1939 roku wynosiła 18 329. W samej Warszawie w lutym 1939 roku dokonano ich 1241. Warszawska prasa niejednokrotnie alarmowała o wzmożonych działaniach szajek grasujących po mieście i nie do końca radzącej sobie z nimi policji. Kroniki kryminalne przepełnione były informacjami o włamaniach i przywłaszczeniach cudzego mienia. Częściej podawano, że "sprawcy zbiegli", niż że "zostali odprowadzeni do aresztu".

A jak wyglądała praca policji?

Według ówczesnego Urzędu Śledczego w kartotekach i rejestrach widniało aż 60 tys. różnej kategorii przestępców. Wśród nich ponad 8000 osób zakwalifikowano jako zawodowych złodziei, których zdaktyloskopowano i sfotografowano, a ich podobizny umieszczono w albumie przestępców. Zaczęto też kategoryzować łamiących prawo na podstawie ich stylu działania, miejsc i ofiar, a także narzędzi, których używali.

Siatka wywiadowcza policji stawała się coraz lepsza. Poza daktyloskopią, którą polska policja państwowa przejęła po policji carskiej, w służbie pojawiły się psy, a także policja kobieca, która zajmowała się głównie handlem ludźmi.

Odprawa policjantek, 1939 rok (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

O czym, poza zastrzeleniem Majewskiego, pisała międzywojenna prasa?

O śmierci młodej, niezwykle zdolnej i pięknej Igi Korczyńskiej. 6 sierpnia 1931 roku około godz. 19 w Teatrze Ananas przy Marszałkowskiej 114, gdzie tańczyła, pojawił się Zachariasz Dorożyński. Fordanserka przez kilka lat pozostawała z nim w pełnym przemocy i zazdrości związku. Została też przez Drożyńskiego zmuszona do przerwania ciąży. Wiedziony mieszanką miłości i zazdrości, w kompletnym amoku, po występie tancerki udał się z nią na zaplecze i tuż przy garderobach oddał w jej kierunku dwa celne strzały, krzycząc: "Kocham, kocham, kocham!". Gdy Korczyńska padła niemal bez ducha na czerwony dywan, Drożyński z obłędem w oczach wycelował lufę pistoletu w siebie i nacisnął spust. Jedna z kul lekko go drasnęła, druga utkwiła w suficie. Ranna Korczyńska zmarła kilka godzin później w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Oprawca przeżył. Skazano go na zaledwie sześć lat więzienia.

W książce "Menu zbrodni. Kryminalna historia przedwojennej warszawskiej gastronomii" opisujesz głośne zabójstwa, samobójstwa i strzelaniny w restauracjach czy kawiarniach. Policja naprawdę nie potrafiła sobie z tym poradzić?

Gdy tragedia rozgrywała się w lokalu, sprawcę udawało się złapać, bo często robili to po prostu goście. W okresie międzywojennym policjanci chodzili po mieście w jednoosobowych patrolach, dlatego pierwszą linią obrony, gdy coś się działo, byli zazwyczaj goście i obsługa. Mieli kilka sekund, żeby wytrącić przestępcy z dłoni rewolwer czy pistolet.

Przestępcy, ale i zwykli mieszkańcy nie mieli problemu, jak piszesz, z dostępem do broni. A w co byli wyposażeni policjanci?

Przede wszystkim w rewolwery typu Nagant, karabiny albo pałki. Te ostatnie, co ciekawe, początkowo były wykorzystywane wyłącznie do kierowania ruchem. Dopiero w latach 30. stwierdzono, że mogą być wykorzystywane także do pacyfikowania chuliganów. Policjant miał też bagnet, którym często się bronił. Cała warszawska policja miała też tysiąc par kajdanek, ale wertując międzywojenną prasę, nie trafiłem na zdjęcia, na których przestępcy byliby prowadzeni w lokalach skuci w kajdanki.

Gdy policjant nawoływany przez ludzi wchodził sam do lokalu, w którym coś się działo, nie wiedział, na co trafi. A nie zawsze udawało mu się uspokoić sytuację swoim autorytetem. Gdy awanturnicy, agresorzy nic sobie nie robili z munduru, policjant się wycofywał. Przed lokalem brał gwizdek i nawoływał innych funkcjonariuszy. Dopiero w kilku byli w stanie poradzić sobie z sytuacją.

Pod koniec lat 30. policjanci zaczęli nosić metalowe zbroje. Były też jednostki wyposażone w tarcze podobne do tych, które mają dzisiaj brygady antyterrorystyczne. W całej Polsce zaczęła też działać policja konna, która rozganiała demonstrantów oraz bijących się na ulicy.

W międzywojennej Warszawie dużo się działo. Najbardziej dotkliwe dla mieszkańców były włamania i kradzieże – zdarzało się, że nawet dozorca okradał swoich lokatorów.

Plagą było też plądrowanie restauracji przez personel i wyspecjalizowane szajki. Złodzieje mieli specjalne stroje, np. buty, i techniki włamań. Lipkarze [w złodziejskim slangu lipko to okno – przyp. red.] przykładali do okien szmaty z klejem i dosłownie wyciskali szyby. Gdybyśmy teraz przenieśli się do Warszawy międzywojnia, to okazałoby się, że po północy w mieście jest kompletnie cicho. Raz na godzinę przejeżdżał tylko jakiś pojedynczy samochód. Żaden z psów, a tych było sporo, nie sygnalizował szczekaniem rozbijanej szyby. Złodzieje wchodzili do lokalu bezszelestnie, często w rękawiczkach, i wynosili jedzenie, alkohol oraz pieniądze. Włamania były praktycznie nie do wykrycia.

W owym czasie w Warszawie grasowały też grupy tzw. kasiarzy, specjalizujących się w okradaniu kas pancernych, w których część właścicieli lokali przechowywała pieniądze. Kasiarze wyposażeni byli w specjalne raki i łomy, którymi otwierali kasy i je plądrowali. Trzeba przyznać, że zdarzały się szajki z niesamowitą fantazją i na koniec urządzały sobie w lokalu wystawną kolację z pieczoną kaczką i alkoholem.

Tańce w lokalach w przedwojennej Warszawie (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Bez płacenia! Swoją drogą, darmozjadów też w tamtym czasie nie brakowało?

Szalbierstwo było najpopularniejszą formą oszustwa w przedwojennej gastronomii! Do lokalu przychodziła grupa elegancko ubranych gości. Zamawiali zakąski, wódkę i dania, a gdy przychodziło do płacenia, kelner słyszał: "A ja mam tylko 50 gr i co mi pan zrobisz?". Wzywano policję, policja spisywała protokół, ale karą dla darmozjada był najczęściej jedynie areszt. Chociaż zdarzało się, że obsługa lokalu namierzała jego rodzinę i szła do niego do domu, żeby odzyskać pieniądze. Właśnie w taki sposób wpadł groźny przestępca Bronisław Drewniak.

Kolejny niesamowity zbieg okoliczności? Proszę, opowiedz.

Na Czerniakowskiej pod numerem 193 swoją restaurację prowadziła Kazimiera Opatowska. Pewnego dnia w progu lokalu stanął nieznany jej mężczyzna z kilkuletnią dziewczynką. Dziecko było zasmucone i zapłakane. Gość zamówił dla siebie butelkę wódki, a dla dziecka wafle i wodę z owocowym sokiem. Cały czas rozglądał się nerwowo i starał się uspokoić dziewczynkę. Kilkukrotnie wstawał i wychodził. Udał się również z dziewczynką do toalety.

Po dwóch godzinach wstał i zakomunikował, że zostawił pieniądze w drugiej marynarce i nie ma jak opłacić rachunku. Ewidentnie chciał uniknąć awantury i policji, zaproponował zatem, aby kelner udał się z nim na ulicę Piękną 16, gdzie ureguluje należność. Przystano na to, bo była to znana i stosowana praktyka. Mężczyzna chwycił dziewczynkę za rękę i szykował się do wyjścia, gdy drogę zagrodziła mu Opatowska. "Pan pójdzie sam, a dziewczynkę zostawi w restauracji. Gdy ureguluje pan należność, oddam panu dziecko" – oznajmiła. W sukurs właścicielce przyszedł kelner. Mężczyzna wyszedł z nim, a Opatowska zajęła się dzieckiem.

Kobieta przeczuwała, że dziewczynka nie jest spokrewniona z mężczyzną. Okazała się bardzo roztropna i opowiedziała, że mieszka na Górnośląskiej, a mężczyzny, który ją przyprowadził, wcale nie zna. Obiecywał, że odprowadzi ją do niani. Opatowska wezwała policję, a ta ustaliła, że dziewczynka to uprowadzona niedawno z parku córka amerykańskiego konsula McMillina. Telefonicznie poinformowano go: "Panie konsulu, mała Patsy jest już w drodze do domu".

W międzyczasie kelner dotarł wraz z porywaczem na ulicę Piękną 16. Mieszkała tam matka kidnapera, która oznajmiła, że jej syn jest przestępcą i nie zapłaci za łachmytę złamanego grosza.

Życie uliczne w przedwojennej Warszawie (Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Zobacz wideo Teresa prowadzi piekarnię. Na chleb trzeba się zapisać

I co on na to?

Uciekł, ale policjantom udało się go złapać. Porywaczem okazał się Bronisław Drewniak, aż dziewięciokrotnie karany za rozmaite oszustwa i występki. Był znany stołecznej policji i widniał w albumach. Klasycznie nie przyznawał się do winy.

Gdy przeprowadzono rozmowę z dziewczynką, opowiedziała o tym, co działo się z nią podczas porwania. Drewniak okazał się zwyrodnialcem, wykolejeńcem i pedofilem. W toalecie na podwórzu molestował ją seksualnie, a wnioskując po opisach dziewczynki, zapewne i zgwałcił. Patsy przeszła oględziny lekarskie, które to potwierdziły.

Został osądzony i skazany?

Finał tej sprawy nastąpił 17 maja 1933 roku. Sąd Okręgowy w Warszawie przy drzwiach zamkniętych wydał wyrok skazujący Bronisława Drewniaka za uprowadzenie dziecka na rok więzienia oraz na półtora roku więzienia za dopuszczenie się względem nieletniej czynów lubieżnych. Łącznie sąd wymierzył oskarżonemu karę półtora roku pozbawienia wolności. Rodzice Patsy i sama dziewczynka nie wzięli udziału w procesie. Wrócili do Stanów Zjednoczonych. Dlaczego Drewniaka skazano tak łagodnie? Na to pytanie nie znalazłem odpowiedzi.

Czytając twoją książkę, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że międzywojenna przestępczość była pod wieloma względami podobna do obecnej. W lokalach wrzucano gościom do drinków tabletki usypiające, a potem ich okradano. Gangi usypiaczy działały nawet w pociągach.

Podróż pociągiem z Warszawy do Otwocka trwała wtedy o wiele dłużej niż dziś. A schemat działania usypiaczy był prosty i skuteczny. Do przedziału, gdzie siedziała już jedna osoba, dosiadały się dwie–trzy, dobrze ubrane. Także kobiety. Nawiązywała się rozmowa, o pogodzie czy o polityce. Gdy przyszła ofiara zaczynała drzemać, współpasażer albo współpasażerka przykładali jej do twarzy chusteczkę nasączoną środkiem usypiającym. Następnie usypiacze pozbawiali nieszczęśnika portfela, pieniędzy czy kosztowności i wysiadali na najbliższej stacji. Ofiara budziła się z pustymi kieszeniami. Bywały dni, gdy bandy potrafiły w taki sposób okraść na jednej trasie nawet 10 osób. Akurat jeśli chodzi o usypiaczy, policji udało się rozbić kilka takich grup.

Wyposażenie przedwojennych rzezimieszków (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Wpadali też niebezpieczni oszuści, których nazywasz "amantami". Jak ich rozpracowywano?

Opowiem ci o jednym z nich, 32-letnim Leonie Kuczyńskim, który przez kilka miesięcy pozostawał na celowniku śledczych. Kuczyński podawał się za sekretarza ambasady polskiej w Stanach Zjednoczonych. Swoje ofiary wyszukiwał wśród młodych kobiet, przeważnie uczennic gimnazjów. Poznawał je w parkach czy kawiarniach. Łamaną polszczyzną przeplataną kilkoma frazesami po angielsku tłumaczył, że przybył do Polski na kilka tygodni, ponieważ chce tu znaleźć żonę. Omamiał swoją zdobycz czułymi słówkami, spacerami i wizytami w modnych lokalach. Ostatecznie, po kilku spotkaniach, klękał na kolano i oświadczał się odurzonej miłością dziewczynie. Następnie zapraszał ją do restauracji na kolację zaręczynową. Tam przy romantycznej muzyce nie szczędził napojów wysokoprocentowych i miłosnych deklaracji. Zamroczoną alkoholem narzeczoną odwoził do podrzędnego hotelu, w którym uprzednio wynajmował pokój. Tam dochodziło do gwałtu. Po wspólnej nocy znikał i znów wyruszał na łowy. 19 listopada 1937 roku jeden z wywiadowców natknął się na Kuczyńskiego w Alejach Jerozolimskich. Mężczyzna był w towarzystwie partnerki, której obiecał małżeństwo. Wywiadowca przez kilka godzin śledził i obserwował parę. Kuczyńskiego zatrzymano wieczorem przed wejściem do hotelu. Niedoszłą żoną okazała się 18-letnia panna Stefania, uczennica jednego z gimnazjów. Kuczyńskiego aresztowano. Jak się okazało, oszust trudnił się ślusarstwem. Miał żonę, z którą jednak nie żył. Poszukiwany był za wiele oszustw, kradzieży i gwałtów.

Znamy pełne dane przestępców takich jak Majewski, Drewniak czy Kuczyński, bo podawała je prasa. Publikowano nawet personalia awanturników czy drobnych złodziejaszków. Dlaczego?

W ten sposób starano się przestrzec czytelników przed złodziejami czy oszustami. Podawano więc ich nazwiska i adresy, a policja na to pozwalała.  Była to także forma piętnowania przestępców. Pisano też z nazwiska o samobójcach, by rodzina, której bliski zaginął, wiedziała, co się z nim stało.

Bartosz Paluszkiewicz. Pasjonat historii od kilku lat odkrywający meandry i tajemnice przedwojennej polskiej gastronomii. Twórca i prowadzący profil na Facebooku Przedwojenne Restauracje Bary i Kawiarnie. Autor książki "Warszawskie przedwojenne restauracje, bary i kawiarnie. Kronika", która opisuje historię stu dawnych stołecznych lokali gastronomicznych. Kolekcjoner dawnych kart menu i shakerów barmańskich.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.