Tadeusz Drozda: Ale pani trafiła! W prezencie na Boże Narodzenie dostałem od brata urządzenie do skanowania slajdów. Mam ich całe mnóstwo. Kawał życia jest w nich zamknięty. Zacząłem wczoraj zgrywać te slajdy na komputer. Mieliśmy rodzinny wieczór wspomnień.
Anna Kalita: Łza się w oku zakręciła?
Może nie aż tak, ale jak człowiek spojrzy wstecz na życie, widać wyraźnie, jaką rolę odgrywają w nim zbiegi okoliczności. Oczywiście na wiele spraw mamy wpływ, jednak w dużej mierze życie to zlepek przypadków.
Kabaret Elita powstał nikt nie wie kiedy. Spotykało się kilkoro przyjaciół. Raz występowaliśmy w takim składzie, a potem w innym. Któregoś razu zobaczyła nas Olga Lipińska i zaprosiła do maratonu kabaretowego w Opolu. Zdobyliśmy jedną z trzech głównych nagród za piosenkę "Kurna chata". Istnieliśmy raptem od dwóch lat i nagle dopadła nas gigantyczna popularność. Wszyscy oglądali Opole. W tamtym czasie ludzie mieli do wyboru tylko TVP 1 i TVP 2.
Festiwal w Opolu oglądało się całą rodziną. Doskonale to pamiętam. Jestem rocznik 1983.
O, jak pani była dzieckiem, to były inne czasy! Wtedy istniał już Polsat!
Byłem przy zakładaniu tej telewizji. To ja wymyśliłem nazwę.
Przyjaźnili się panowie z Zygmuntem Solorzem.
W tamtych czasach nawet bardzo. Zygmunt miał w życiu ogromne szczęście, które polegało na tym, że spotykał ludzi, którzy mu podrzucali pomysły, które on potem realizował. Stosował w życiu zasadę – którą wymyślił może nie on, tylko jakiś inny miliarder – że najlepiej się dzieli przez jeden.
Zanim pan ucieknie od Polsatu, proszę opowiedzieć, w jakich okolicznościach to wszystko się zaczęło.
Ideę wymyśliliśmy w trójkę – jeszcze z Piotrkiem Nurowskim. Jako jeden z nielicznych miałem w PRL antenę satelitarną. Talerz, który miał dwa metry średnicy, stał u mnie na balkonie. W tamtym czasie na posiadanie anteny satelitarnej trzeba było mieć zezwolenie Milicji Obywatelskiej! Każdy, kto przechodził obok mojego domu, zadzierał głowę, co to za wynalazek?!
Pokazałem Solorzowi i Nurowskiemu, że można w ten sposób odbierać masę programów z całego świata. A że polskiego nie było, powiedziałem do Zygmunta: "Co ci szkodzi? Zrobimy pierwszą polską telewizję, którą będzie można odbierać przez satelitę!". Pol-sat!
Ale potem każdy z nas poszedł w swoją stronę.
Przyjaciół miał pan wielu, m.in. Krzysztofa Krawczyka, dla którego napisał pan "Parostatek".
W tym środowisku my się wszyscy non stop spotykaliśmy. Świętej pamięci reżyser Włodzimierz Gawroński na Rynku w Krakowie organizował wielkie koncerty, na których występował kto żyw! Tam poznałem Czesława Niemena, a przede wszystkim Bohdana Łazukę, z którym robiliśmy programy telewizyjne.
A z Krawczykiem poznaliśmy się na jednej z takich imprez, a on wyjechał potem do Stanów Zjednoczonych. "W Polsce nikt mnie nie zna!" – twierdził, kiedy go tam odwiedziłem. Ale dał się namówić mnie i swojemu menedżerowi Andrzejowi Kosmali. Wrócił. Zagrał parę koncertów – śpiewał m.in. niezbyt wtedy doceniane disco polo – i szybko powrócił do popularności.
A że to były lata 90., kiedy magazyn "Sukces" w rankingu najbardziej lubianych Polaków umieścił mnie na pierwszym miejscu, to Kosmala wymyślił: "Niech najpopularniejsi w kraju satyryk i piosenkarz występują razem!". I tak było. Po drodze powstała piosenka "Parostatek".
Krzysztof Krawczyk to był człowiek do rany przyłóż. Brat łata.
Gdy wspomniał pan o swojej ogromnej popularności, od razu przyszli mi do głowy kabareciarze angażujący się w politykę. Proponowano panu miejsce na liście do Sejmu?
Myśli pani o Januszu Rewińskim, który był przecież moim sąsiadem! Mieszkaliśmy w warszawskiej Radości dom w dom.
Satyrycy i Radość. Jakżeby inaczej!
Zna pani ten dowcip, że dwóch facetów jedzie pociągiem i jeden mówi: "Panie, z jaką ja radością jadę do Świdra". A drugi na to: "A z jakim ja świdrem jadę do Radości!".
Występowaliśmy wspólnie z Januszem w moim programie "Dyżurny satyryk kraju" jako sąsiedzi gadający przy płocie. Natomiast pomysł powołania do życia Polskiej Partii Przyjaciół Piwa narodził się na jednym z rozlicznych spotkań towarzyskich, jakie odbywały się u niego w domu.
Spożywaliśmy wspólnie rozmaite alkohole i początkowo zostało to rzucone dla żartu. Kiedy Janusz zaczął o tym mówić na poważnie, od razu zadeklarowałem, że ja nie wchodzę w politykę.
Pozostałem jedynie sympatykiem. Jak to dobry sąsiad. Nawiasem mówiąc, ten mój dom w Warszawie również mi się trafił całkiem przez przypadek…
To jest porządny, przedwojenny dom…
…który wynalazł Leszek Szymocha, mój przyjaciel, u którego występowałem wielokrotnie w Varietes Centrum w Katowicach. To był facet z ambicjami. Kiedy zaproponowano mu dyrektorskie stanowisko w stolicy, natychmiast przyjechał, znalazł dom, wpłacił zadatek, po czym przywiózł żonę, a ona oświadczyła: "Wybij to sobie z głowy. Ja w tym lesie nie będę mieszkała!".
Ja natomiast kursowałem w tamtym czasie często na trasie Warszawa–Wrocław, w którym mieszkałem na czwartym piętrze w bloku. Woda najczęściej nie dochodziła! Mieliśmy ją tylko w nocy albo jak leciał dobry program w telewizji i sąsiedzi byli zajęci oglądaniem.
Więc kiedy spotkaliśmy się w warszawskim SPATIF-ie z Leszkiem i on zaczął mi się żalić: "Sytuacja jest taka, że zapłaciłem już zaliczkę za dom, ale żona w nim nie chce mieszkać", powiedziałem: "Jedźmy go zobaczyć!".
Nawet nie weszliśmy do środka, zarośnięty był wokół krzakami ten dom. Obejrzałem go tylko przez płot, a zapytałem o jedno: "Leszek – mówię – dajesz mi gwarancję, że tam jest woda?". "Jest". "No to ja go biorę!"
To była szansa na przeprowadzkę do Warszawy. Samemu mi się nie chciało szukać, jeździć, oglądać. Powiedziałem sobie: taki dom się trafił? Niech będzie.
Wiele decyzji w życiu podejmowałem w ten sposób.
Swego czasu kupił pan hotel na Florydzie!
Co akurat nie okazało się dobrym pomysłem. I znowu: nie było tak, że chodziłem po Florydzie, szukając, który by tu kupić hotel. Kolega go znalazł i mnie namówił: "Będzie świetny interes". No to kupiliśmy, nie wypaliło. Całe szczęście niedużo na tym straciłem.
Najeździł się pan po świecie: występował w USA, Kanadzie, Australii. Na kultowym "Batorym" był pan "oficerem rozrywkowym".
"Batory" to też był przypadek! Stan wojenny, z pracą krucho, a mnie raptem jeden facet zapytał, czy nie chciałbym popracować na "Batorym". Oczywiście, że chciałbym. Płacili grosze, ale mniejsza z tym. Mnie ten "Batory" uratował życie!
Zamiast paszportu każdy marynarz dostawał "książeczkę żeglarską", ale żeby ją otrzymać, trzeba było przejść gruntowne badanie lekarskie. A wie pani, w tamtym czasie miałem masę przyjaciół: wspomniany Rewiński za rogiem, spożycie alkoholu było dość spore. Mój serdeczny kolega, prof. Jurek Woy-Wojciechowski, zadzwonił do mnie, że muszę osobiście przyjechać po odbiór swoich badań.
"Jesteś na najlepszej drodze do marskości wątroby. Jeśli chcesz, żeby tak to się skończyło, rób tak dalej". Przepisał mi leki i przestrzegł: "Alkoholu w ogóle nie wolno ci tknąć!". Klęska! Jako oficer rozrywkowy miałem deputat w barze.
All inclusive!
Nie inaczej. Miałem być człowiekiem napędzającym spożycie. Ale Jurek mnie tak nastraszył, że na "Batorym" nie tknąłem alkoholu. Poza jednym wyjątkiem: w swoje urodziny napiłem się whisky. Jak po pół roku zszedłem na ląd i ponownie zrobiłem badania, usłyszałem: "Panie Tadeuszu! Pan ma wątrobę noworodka".
Które urodziny pan świętował na "Batorym"?
Trzydzieste czwarte.
Ten rejs na trzeźwo naprawdę bardzo mi pomógł. Bohdan Łazuka zawsze żartował: "I co? Może być przyjemnie bez alkoholu? Nie może być!". To była zasada życia. A wtedy raptem musiało być bez alkoholu.
I okazało się, że może być przyjemnie?
Może być! Nie twierdzę, że potem nie było już żadnego alkoholu. Był, ale okazjonalnie. I raczej z Rewińskim już nie whisky, ale piwo piliśmy.
Wróćmy na chwilę na "Batorego". Czy aby odnieść sukces jako satyryk, trzeba mieć wyczucie widowni i potrafić dostosować do jej potrzeb żarty?
Tam sytuacja była specyficzna. Pasażerowie nie mieli możliwości wyboru innego artysty. Żaden poza mną nie wsiadł na pokład. Myśmy się tam wszyscy już po kilku dniach doskonale znali. Atmosfera jak u cioci na imieninach. Był dancing, po którym wychodziłem na scenę i trochę gadałem, potem były pokazy taneczne. I tak co wieczór. Ale "Batory" to był w moim życiu tylko incydent.
Generalnie jak jest informacja, że występuje Drozda, to nie Drozda się dostosowuje do publiczności, tylko publiczność przychodzi "na Drozdę", wiedząc, kto to jest i jaki rodzaj żartu ma.
Pańską menedżerką jest jedna z trzech córek. Na stronie internetowej podkreśla, że Drozda "stroni od wulgaryzmów i przebieranek".
Dlatego nie pasuję do formatu stand-uper, ponieważ współcześni stand-uperzy rzucają k****i i ch****i ze sceny bez przerwy. To nie mój styl.
W ubiegłym tygodniu byłem np. w Lublińcu, gdzie zaproszono mnie, żebym poprowadził firmową imprezę…
Rafał Rutkowski powiedział mojej koleżance redakcyjnej, że imprezy firmowe to "koszmar stand-upera".
A ja bardzo lubię te imprezy! Bardzo niedawno w Lublińcu miałem publiczność 40 plus: poopowiadałem trochę żartów, pośpiewałem piosenki z mojej płyty "Prywatka u Tadka". Wszyscy byli bardzo zadowoleni.
Nie należy pan chyba do grona artystów, którzy pracują na emeryturze dlatego, że muszą dorabiać? Są – nawet bardzo znane – osobistości, które mówią wprost, że świadczenie z ZUS nie starcza im na życie, tymczasem pan powiedział kiedyś, że jak artysta ma głowę na karku, to do emerytury da radę zaoszczędzić niezłą sumkę.
Jeśli artysta mówi, że musi występować, bo nie ma z czego żyć, to jest kretyn. Pracownik MPO może powiedzieć: "Muszę to robić, żeby jakoś zarobić na życie". Ale artysta, na którego występy ludzie kupują bilety?!
Albo artystka, która systematycznie narzeka w mediach na wysokość swojej emerytury, a regularnie jest pierwszą gwiazdą sylwestra w telewizji i dostaje za jeden występ tyle, ile wynosi jej roczny przychód z ZUS? Po co takie rzeczy gadać? Żeby wzbudzać litość?
Pan na pieniądze nie narzeka.
Ja nie narzekam nigdy i na nic!
Czyli pan nie jest – proszę wybaczyć czerstwy żarcik – "prawdziwym Polakiem".
O, my całą historię naszego kraju możemy opisać za pomocą narracji: o, my biedni! Z jednej strony Niemcy, z drugiej Rosja, na nic nie mieliśmy wpływu. Ludzie generalnie są leniwi i najbardziej by chcieli, żeby wszystko im zesłał los. Który – jeśli chodzi o nasz kraj – i tak jest bardzo życzliwy. Może to Matka Boska nam wszystko zsyła? Przecież niepodległość straciliśmy z własnej winy, a odzyskaliśmy dzięki innym! Ale generalnie Polak narzeka, że innym jest dobrze, tylko jemu nie.
Tymczasem żeby coś umieć, to trzeba się napracować. Czegoś nauczyć. Nie można mieć pretensji, że się nie zna języków, jeśli się ich nie uczyło. Ja dość przyzwoicie mówię po rosyjsku, angielsku i niemiecku dlatego, że się tych języków po prostu nauczyłem. A jak człowiek nie włoży wysiłku, to nie umie i koniec. Ale łatwiej jest narzekać, jaki to ten współczesny świat wymagający.
A jednocześnie do tego narzekactwa dochodzą nasze wielkie narodowe ambicje. Polska Winkelriedem narodów! Przedmurzem chrześcijaństwa! Gdzie pani nie pojedzie w świat – wielcy Polacy! Polak wymyślił, Polak skonstruował. Bez Kazimierza Pułaskiego Ameryka by sobie w ogóle nie dała rady!
Jak Iga Świątek jest najlepsza na świecie, to cała Polska jest najlepsza na świecie…
Jak Robert Lewandowski strzela gole w Barcelonie…
To każdy Polak strzela razem z nim.
Ale jak "Politico" ogłosiło, że najbardziej wpływowym politykiem w Europie jest Donald Tusk, to nie było wielkiego podniecenia. Wielka filozofia zostać "prezydentem Europy"! Tak jak Tusk to każdy Polak by potrafił być premierem! Tylko że mu się nie chce.
Jak na człowieka, który swego czasu był najbardziej lubianym Polakiem, ostro pan krytykuje współobywateli!
Nie przypuszczam, żeby nasz naród się jakoś specjalnie różnił od innych.
Jednak o przywarach Polaków sporo pan powiedział. Może teraz pan powie, za co pan nas lubi?
Lubię Polaków dokładnie tak samo jak Czechów albo Węgrów. Generalnie z ludźmi jest jak z powietrzem – gdyby ich nie było, tobym się udusił. Poznałem bardzo wielu ludzi z bardzo wielu krajów świata. Czy oni są inni niż Polacy? Nie są. Nie jesteśmy ani lepszym, ani gorszym narodem od innych. Ludzie po prostu są, jacy są. A ja nie mam ambicji ani ich krytykować, ani nikogo zmieniać.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tych pańskich wojażach. Z żoną Ewą są państwo małżeństwem od 52 lat. Przez wiele lat żyliście w trybie romansowym, ponieważ pana zdecydowanie częściej nie było w domu, niż pan w nim był.
W PRL przeprowadzono badania socjologiczne, z których wynikało, że najtrwalszymi małżeństwami były małżeństwa marynarzy. A dlaczego? Bo ich nigdy nie było w domu, to się nie mieli kiedy pokłócić. W naszym przypadku było tak samo.
Jak jechałem do Stanów Zjednoczonych, Australii czy Kanady, to nawet na sześć tygodni. Natomiast w Polsce, gdzie bym nie występował, nie było mowy o żadnym spaniu w hotelu, tylko wsiadałem w samochód i jechałem do domu. Może i o 4 rano, ale w swoim łóżku się położę!
Kilka przypadków w życiu miałem, że budziłem się na środku ulicy, bo zasypiałem za kierownicą. Całe szczęście miałem odruch: prawa noga szła na hamulec.
Brzmi to nie mniej groźnie od wątroby, którą topił pan w alkoholu!
Potem mi żona wbiła do głowy: po każdych przejechanych 100 km trzeba się zatrzymać, przejść wokół auta, pooddychać i dopiero jechać dalej. Ale niestety, jak człowiek był młody, to bywał głupi.
Czy mogę zapytać, czy wspomniane życie towarzyskie oraz wielotygodniowe tournée po świecie nie zagrażały trwałości małżeństwa?
Nasz przypadek pokazuje, że wręcz odwrotnie.
Jasne, że gdyby moją żoną była kobieta szalenie zazdrosna, która nie robiłaby nic innego, tylko szukała włosów na marynarce, to być może to małżeństwo by się rozleciało po drodze. Jednak moja żona jest kobietą mądrą i tolerancyjną, która zawsze potrafiła koncentrować się na dobrych stronach związku.
Pan natomiast mówi tak: dobre małżeństwo to mieszanka uczuć i zdrowego rozsądku.
Tak jest.
Miłość nie wystarczy?
Nie wystarczy, dlatego że wszyscy mają wady. Trzeba potrafić je tolerować. Ja np. jestem bałaganiarz. Jakby żona się chciała obrażać za każdą porzuconą niedbale skarpetkę, tobyśmy się już dawno poobrażali na amen. Ja się staram po sobie sprzątać, ale nie bardzo mi wychodzi. Za to wychodzi mi wiele innych rzeczy.
A o wadach żony pan opowie?
W życiu!
Państwo chodzili do jednej klasy w liceum, ale zeszli się dopiero w czasach studenckich.
Znowu przypadek! Ja mieszkałem w akademiku politechniki na placu Grunwaldzkim we Wrocławiu…
Bo pan jest z wykształcenia inżynierem.
Wydział elektryczny. Technika wysokich napięć.
A żona studiowała na uniwersytecie, ale mieszkała w akademiku, który również mieścił się przy placu Grunwaldzkim. Nie musieliśmy się specjalnie umawiać, ganiać za sobą przez pół miasta, tylko po prostu na siebie wpadliśmy raz i drugi. Przyzwyczailiśmy się do siebie, zakochaliśmy. I już!
Żeby się dobrze, czyli na całe życie, ożenić, mówi pan, że trzeba akceptować swoje wady. Czyli bardzo dobrze się poznać przed ślubem?
E tam! Na to nie ma żadnego przepisu.
Miłość, małżeństwo są – jak całe życie – zlepkiem przypadków. Trzeba się poddać rzece życia, temu prądowi, który człowieka wciąga. Ktoś zawsze płynie obok. Trzeba tylko tego człowieka zauważyć.
Czy kiedy pan wczoraj przeglądał slajdy z młodych lat, zdarzyło się panu westchnąć: ech, wtedy to był lepszy świat!
A skąd! Jak byłem młody, to byłem młody. Takie opowiadanie, jak to "kiedyś nawet piosenki były ładniejsze"? Bez sensu. Moi rodzice mówili, że piękniejsze były przedwojenne. Dziś moje pokolenie opowiada, że najlepszy i bezkonkurencyjny to był Krzysztof Krawczyk, a jednak Dawid Podsiadło sprzedaje bilety na całe stadiony. Wszystko się zmienia. Takie jest życie.
Jeśli ktoś tęskni za młodymi latami, nie ma co pomstować na współczesność, tylko wystarczy na YouTubie wpisać frazę "lata 60." i już. Całą noc można sobie słuchać piosenek, które się zna na pamięć.
A jak to jest z tą pana emeryturą? Powiedział pan kiedyś, że nie ma zamiaru odpoczywać. Dlaczego?
A po czym ja miałbym odpoczywać? Odpoczywa człowiek zmęczony. Ja się nigdy niczym nie zmęczyłem.
Rób to, co kochasz, a nigdy nie będziesz w pracy?
Oczywiście. Kiedy dostaję propozycję, nigdy nie mówię "nie", dlatego że ja po prostu bardzo lubię występować.
Jest pan dumny ze swoich zawodowych osiągnięć?
Ja przede wszystkim jestem szczęśliwy, że los tak dobrze wszystkim pokierował. Przecież wielokrotnie nie ode mnie zależało, co się wydarzy. Za Gierka dostałem pierwszy paszport, angażowano mnie do pracy za oceanem, a jak przyszedł kapitalizm, założyłem własną firmę, która produkowała moje programy telewizyjne i powstały telewizje, które ode mnie te programy kupowały.
Większe szczęście miał pan w życiu zawodowym czy prywatnym?
Na nic nie mogę narzekać. Mam cudowną żonę, córki oraz wnuki. A publiczność na całym świecie wciąż jest dla mnie łaskawa. Przed ośmioma laty odbyłem tournée po Australii. Pełne sale! Ogromny sukces! Szał! W ubiegłym roku zaproponowano mi powtórkę. W pierwszym odruchu się zgodziłem, ale potem pomyślałem: przez sześć tygodni miałbym być poza domem i cały czas zmieniać miejsce, przebywać z nowymi ludźmi?
Zadzwoniłem, odwołałem, przeprosiłem. Ja już tego nie dźwignę.
W młodości bywał pan kilka dni w miesiącu w domu, a teraz na odwrót.
I tak jest dobrze.
Do Lublińca – na tę imprezę firmową – pojechałem pociągiem. Na jeden dzień. Przespałem się w fajnym hoteliku i następnego dnia rano wróciłem do domu. Tak samo było w listopadzie, kiedy wystąpiłem w filharmonii w Białymstoku. Pełna sala. Publiczność na stojąco prosiła o bis. Takie rzeczy to ja lubię! W trzecią niedzielę stycznia wystąpię na Wilanowie. Już się cieszę.
Co to panu daje? Ten stały kontakt z publicznością? Sprawdzanie się?
Motywuje mnie to, nakręca w pewien sposób, chce mi się dzięki temu trochę bardziej żyć. Bo wie pani, jak człowiek nic nie robi, to się coraz bardziej rozleniwia, a z lenistwa jeszcze nigdy nic dobrego nikomu nie przyszło.
Tadeusz Drozda. W kabarecie od pół wieku. Satyryk, literat, aktor oraz piosenkarz. Współzałożyciel Kabaretu Elita. Prowadzący oraz twórca popularnych programów telewizyjnych, m.in. "Dyżurny satyryk kraju", "Śmiechu warte" oraz "Herbatka u Tadka". Z wykształcenia inżynier elektryk. Z programami kabaretowymi zjechał cały kraj, a także liczne państwa europejskie oraz Stany Zjednoczone, Kanadę i Australię. Ma żonę, trzy córki oraz wnuki.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


