Rozmowa
'To był moment, w którym moje dzieciństwo się skończyło' (Fot. Łukasz Żołądź / Agencja Wyborcza.pl)
'To był moment, w którym moje dzieciństwo się skończyło' (Fot. Łukasz Żołądź / Agencja Wyborcza.pl)

Postanowiłeś zdradzić największy, najbardziej wstydliwy sekret swojej rodziny.

Moja rodzina stawała się nagle jakby niema, kiedy pojawiał się temat Désirégo, mojego stryja, i jego córki. To było głębokie tabu. Gdy jako dzieciak o nich pytałem, słyszałem: "Nie zadawaj pytań", "Przestań o tym mówić!". A nawet: "Zamknij się, do cholery!". W ogóle o tym nie mówiono. Nigdy.

Teraz część rodziny jest na mnie bardzo zła. Babcia i ciotka mają do mnie pretensje. Twierdzą: "Próbowałyśmy zapomnieć tę historię. A ty nam nie pozwalasz".

Sam chciałeś zapomnieć.

Tak, ale wspomnień nie da się wymazać. A skoro nie możemy zapomnieć, to znaczy, że musimy coś z tym zrobić. Ja napisałem książkę.

Opowiedz zatem tę historię. Kim był Désiré?

Pierworodnym synem moich dziadków, zawsze w najlepszych ubraniach, rozpieszczany przez  rodziców. Był zabawny, pełen życia, ciekawy świata.

Piszesz w swojej książce: "Odkrywał, że można żyć inaczej, z dala od mięsa i doliny".

Moja rodzina dorobiła się jako wioskowi masarze. Mój pradziadek, dziadek i ojciec byli znani ze swojej uczciwości i pracowitości, w latach 70. byliśmy bogatą rodziną. Désiré był pierwszym członkiem rodziny, który zdobył wykształcenie w mieście, w Nicei. Jego młodszy brat miał przejąć masarski biznes, bo dziadkowie uważali, że stryj jest stworzony do wyższych spraw. Uwielbiali go. Kiedy skończył liceum w Nicei, wrócił do wioski i został asystentem notariusza.

Anthony Passeron (Jessica Jager)

Któregoś dnia wyjechał niespodziewanie do Amsterdamu. Po prostu, taką miał fantazję. Tam pierwszy raz eksperymentował z heroiną. Na przełomie lat 70. i 80. to był "modny" narkotyk. To prawdopodobnie wtedy się uzależnił, a kiedy wrócił do naszej wioski na południu Francji, zaraził się wirusem HIV. Ożenił się z Brigitte, która też brała narkotyki i też w którymś momencie się zaraziła. Moja babcia przez lata nie przyjmowała do wiadomości, że jej syn jest narkomanem i umiera na AIDS. Désiré gasł w oczach, ale nikt nie mówił o powodzie – chociaż wszyscy musieli wiedzieć.

To ironia losu, że Désiré został wysłany przez rodzinę, żeby przynieść jej awans społeczny i dumę, a przywiózł wielki wstyd. 

Stryj był pierwszym, który wyjechał, i pierwszym, który w swoim pokoleniu w rodzinie zmarł. Przez długi czas niewiele osób z rodziny opuściło wioskę.

Dopiero później zrozumiałem, że choroba i śmierć stryja zmieniły naszą rodzinę. Razem z nim odeszła cząstka ciekawości, radości… jego zainteresowań: muzyką, polityką, światem. Zostało milczenie i złość. Mojego ojca przepełniał gniew. Jestem przekonany, że wciąż sądzi, że jego starszy brat był złym człowiekiem. Potępiał go, tak jak robiła to część wioski. Ten podział na "dobre" i "złe" ofiary epidemii HIV zatruł naszą rodzinę.

Bo Désiré miał córkę - twoją kuzynkę Emilie.

Tak. W oczach wszystkich Emilie była małym, niewinnym aniołkiem, przeciwieństwem swoich rodziców. Szybko po narodzinach okazało się, że jej matka Brigitte przekazała jej wirusa. Dorośli w naszej rodzinie, w wiosce byli dla niej zawsze bardzo mili. Nie rozumiałem dlaczego. Kiedy mieliśmy po trzy-cztery lata, wyglądała tak samo jak każde inne dziecko. Miała pyzate policzki, okrągłe rysy. Pamiętam, że bawiliśmy się razem, chodziła do szkoły. Wychowywały ją dwie babcie. Désiré nie żył, a jego żona mieszkała we własnym domu, zbyt chora, żeby uczestniczyć w życiu Emilie.

Z bratem dorastaliście w domu pogrążonym w żałobie, której nie mogłeś zrozumieć.

Ta historia była przed naszą trójką pilnie strzeżona. Kiedyś w szkole podstawowej Emilie usłyszała od kolegów, że nie będą się z nią bawić, bo ma AIDS i ich zarazi. Musieli usłyszeć to w domu od swoich rodziców. Emilie wróciła zapłakana ze szkoły.

Pamiętam wściekłość mojej babci. Była jak wilczyca chroniąca swoje młode. Dzwoniła po kolei do rodziców dzieci, krzyczała na nich i zmusiła ich, by przyszli do jej domu z dziećmi. "Myliliśmy się, przepraszamy" - mówili koledzy po kolei do Emilie. Babcia walczyła z taką zaciekłością! A przecież walczyła przeciwko prawdzie, przecież inni rodzice mieli rację. Emilie była nosicielką wirusa HIV.

Dziś mogłaby żyć. Są skuteczne lekarstwa, żeby zatrzymać chorobę. Nosiciel wirusa nie zaraża, chora matka rodzi zdrowe dzieci. Ale wtedy HIV było niemal jak wyrok śmierci. I jak stygmat społeczny, szczególnie w wiosce.

Puget-Théniers, miejscowość, w której rozgrywa się akcja książki, dzisiaj. (Nissato, CC 4.0 via Wikimedia Commons)

Niektórzy rodzice chcieli, żeby w ogóle zabrać Emilie ze szkoły...

Na szczęście jej wychowawca na to nie pozwolił. Z tą historią miałem problem, bo myślałem, że to może odosobniony przypadek. Zamierzałem napisać o epidemii AIDS na wsi i chciałem opisać doświadczenie wspólne dla wielu rodzin. Nie chciałem jednocześnie, żeby ktoś poczuł, że oczerniam wiejskie społeczności. "Słyszałam tak wiele podobnych historii ze szkoły" - powiedziała mi lekarka, z którą rozmawiałem, przygotowując się do napisania książki. Dopiero wtedy uznałem, że mogę o tym napisać.

Kiedy sam poznałeś prawdę?

Miałem około dziewięciu lat. Stałem na moście z kolegą i on rzucił coś na ten temat. Wydawało mi się, że to jakaś dziwna, niemiła zaczepka. Wytłumaczyłem mu, że to nie może być prawda, bo AIDS to choroba gejów i narkomanów, a moja kuzynka nie jest ani jednym, ani drugim. Ale kiedy zobaczyłem jego reakcję, zrozumiałem od razu. Miał na twarzy jakieś zawstydzenie, zażenowanie. Nie chciał mnie zranić: był zagubiony, bo zorientował się, że ja naprawdę o tym nie wiedziałem. Zapytałem mamę. Powiedziała, że mój kolega miał rację.

Jak to odebrałeś, dziewięcioletni ty?

Poczułem się, jakby ktoś mi powiedział, że nie ma Świętego Mikołaja. Mama powiedziała, że jestem duży, więc może mi powiedzieć prawdę. I to był moment, w którym moje dzieciństwo się skończyło.

Ale jednocześnie to odpowiedziało mi na tyle pytań: czemu wszyscy byli dla Emilie tacy mili i cierpliwi, dlaczego coraz częściej jeździła do szpitala.

To musiało być wielkie obciążenie.

Dorastałem z wielkim poczuciem winy, że jestem zdrowy. Czułem się winny, bo bałem się jej ciała. Była... taka chuda, miała spuchniętą twarz. Nie była w ogóle podobna do dziewczynki, z którą się bawiliśmy, gdy byliśmy młodsi. Wiem, że jej bardzo zależało na tym, żebyśmy ją odwiedzali z bratem w szpitalu. Moim rodzicom i dziadkom też na tym zależało. A ja nie mogłem się przemóc, za wszelką cenę próbowałem tych spotkań unikać. Tego się bardzo wstydziłem. Czułem, że robię coś złego.

Myślę, że chodziło o to, że ona umierała, a ja byłem za młody, żeby zrozumieć, że umierają też dzieci w moim wieku. Zadawałem sobie co chwila pytanie, czy ja też umrę. Bałem się tego.

Rozmawiałeś o tym z dorosłymi?

Nie. Nigdy nie zapytałem o to rodziców. Myślę, że w takich rodzinach jak moja dzieci nie zadają tego rodzaju pytań, ponieważ wiedzą, że nie dostaną odpowiedzi.

Z takiego strachu można wyrosnąć?

Sądzę, że przeżyłem jakieś 20 lat, czyli pół mojego życia, bojąc się przez cały czas choroby i śmierci. Próbowałem różnych terapii, ale naprawdę trudno zwalczyć ten strach. Ciągle staram się tego lęku pozbyć, ale część mojego umysłu zawsze tym jest zajęta. Moja żona próbuje mi pomóc i myślę, że robię postępy. 

Chodziliście na grób Désirégo?

Nie pamiętam, żebym chodził na grób stryja. Pamiętam pogrzeb Emilie.

"Biała trumienka, zaplombowana jak trumny jej ojca i matki. Rozmiar trumny, który nie powinien istnieć". Opisywałeś to wydarzenie tak, jak je zapamiętałeś? To refleksja dziecka czy dorosłego ciebie?

Świetne pytanie, ale nie znam na nie odpowiedzi. Pisałem jako dorosły, ale chciałem odtworzyć wrażenia, które miałem jako dziecko. Chciałem pokazać brutalność tej historii. Myślę, że czułem, że ta śmierć nie powinna się wydarzyć. Pewnie nie miałem na to słów, nikt nie miał. Ale potrafię to powiedzieć dopiero teraz.

Pamiętam dobrze doświadczenie kolektywnego smutku. W rodzinie, w której nie dało się rozmawiać, w wiosce, w której nikt nie pokazywał uczuć... to był moment wielkiego zbiorowego smutku. Wszyscy przerwali swoje zajęcia i przyszli na pogrzeb. Ludzie, których lubiłeś, nie lubiłeś, zwaśnione rodziny… to było bez znaczenia. Wszyscy tam byli, w czarnych garniturach i sukienkach, i nie mieścili się w kościele.

To znów ironiczne, że wirus, który tak podzielił twoją rodzinę i wioskę, przyniósł tak duże poczucie wspólnoty.

W tym sensie ta śmierć ma w sobie coś jasnego. Społeczność nie potępiała nikogo, po prostu wspólnie cierpiała.

Ale w książce to tylko promyk światła. Bo kiedy znika Emilie, na całą historię znów spada zasłona milczenia. Aż do momentu, kiedy ty wyjechałeś uczyć się do Nicei, prawda?

Myślę, że moja książka jest tego pokłosiem, bo wtedy odkryłem, że ludzie są w stanie o HIV i AIDS rozmawiać. W liceum mówiliśmy o prewencji. Jeden z moich nauczycieli na geografii badał relację pomiędzy występowaniem chorób i miejscem, w tym kontekście mówił czasem o AIDS. Bardzo mnie to interesowało, robiło na mnie wrażenie, że mówią o tym bez wstydu… We Francji mamy zresztą dużo tekstów kultury, które dotyczą epidemii AIDS w latach 80. i 90. Tylko że wszystkie opisują miejski i gejowski wymiar tego doświadczenia. Czułem, że w tej historii brakuje jakiegoś elementu.

Edukacyjny plakat z 1989 roku, dotyczący związku dożylnego używania narkotyków i AIDS (Domena publiczna via Wikimedia Commons)

Od kiedy zacząłem poznawać rodzinną historię, chcę wiedzieć wszystko: skąd się wirus wziął, jacy doktorzy go poszukiwali, kto robił testy, jak powstało lekarstwo. To wręcz bulimiczny głód wiedzy. Nie mogę znieść dłużej żadnego rodzaju niewiedzy, niejasności. Dużo rozmawiałem z lekarzami, historykami i socjologami. Uświadomiłem sobie, jak duże znaczenie w tej historii ma geografia. W Amsterdamie, gdzie mój stryj pierwszy raz spróbował heroiny, w tamtym czasie narkotyk prawdopodobnie wciągano nosem. Na prowincji nie dało się dostać narkotyku na tyle czystego, by go przyjmować w ten sposób, więc prawdopodobnie on i jego żona zaczęli korzystać ze strzykawek. I znowu w tej historii wielką rolę gra geografia. Na początku lat 80. nie można było kupić w aptece strzykawek, prawo tego zabraniało. W mieście trudno je było "załatwić", na wsi było to wręcz niemożliwe. Strzykawki się kradło ze śmietników szpitali, a później wymieniano się nimi. Dostęp do nich zliberalizowano wtedy, kiedy mój stryj już dawno nie żył.

W jakimś sensie zrealizowałeś "zadanie" Désirégo. Wyjechałeś do dużego miasta, zostałeś pisarzem.

Jestem nauczycielem historii, który napisał książkę, nie pisarzem. Ale tak, coś w tym jest.  Désiré był moim stryjem, ale też ojcem chrzestnym. Mój ojciec, który ma do niego przecież tyle pretensji, wybrał go, ponieważ miał nadzieję, że w ten sposób przywróci go do rodziny. Był to jego sposób na powiedzenie: wierzymy w ciebie i liczymy na ciebie. Mam wrażenie, że znacznie bardziej jestem synem Désirégo niż synem mojego ojca.

Wiesz, jak on zareagował na książkę?

Nie rozmawiałem z nim od 25 lat. Wiem, że mieszka niedaleko rodzinnej wioski. Jestem niemal pewny, że ją przeczytał i że mu się spodobała.

Jak to?

Jedyne, czym mógłbym ojca obrazić albo zasmucić, to powiedzieć o nim, że jest leniwy. To główna rzecz, którą o nim pamiętam: ciągle pracował, a kiedy nie pracował, mówił o pracy. Nie liczyło się nic innego. Nawet teraz, kiedy porozmawiałem z jego znajomymi, słyszałem zawsze jedno: "To był człowiek pracy". W książce właśnie taki jest - ciągle pracuje. Jestem pewny, że nie ma mi nic do zarzucenia.

Mam nadzieję, że ta książka w jakiś sposób pomogła mu wyzwolić się z jego gniewu i bólu. I mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli jeszcze o tym porozmawiać.

Mówiłeś, że obraziłeś pół rodziny. Było warto?

Czasem mam wrażenie, że od kiedy książka została wydana, po złamaniu tego tabu nie jestem do końca częścią rodziny. Jakbym odrzucił jej dziedzictwo - milczenie. Ale są też tacy, którzy się cieszą, że o tym napisałem. Woleliby wprawdzie, żeby to była historia sąsiadów, nie ich, ale mimo to doceniają, że wreszcie możemy o tym porozmawiać.

Nie udało mi się ustalić, ile rodzin miało podobną historię do naszej. Désiré nie brał przecież heroiny sam. Na spotkaniach autorskich we Francji zawsze pojawia się kilka osób, które nieśmiało przychodzą z książką pod pachą i mówią, że "muszą coś mi powiedzieć". U nich w wiosce wydarzyła się podobna historia. I o niej też się nigdy nie mówiło.

Pisanie tej książki było bardzo dla mnie ważne. Żeby ją skończyć, musiałem wybaczyć sobie, że unikałem Emilie, że się jej bałem. Że ona była chora i umierała, podczas gdy ja rosłem zdrowo. Nie lubię patosu, ale to, że znalazłem słowa, by o tym mówić, jest dla mnie odkupieniem.

Anthony Passeron. Francuski pisarz i nauczyciel, rocznik 1983. Uczy literatury i historii w szkole średniej. Jego debiut "Uśpione" ukazał się we Francji w 2022 r. Książka została wyróżniona Nagrodą Weplera, Nagrodą Première Plume, Nagrodą Summer 2023 i nagrodą miasta Limoges, a także otrzymała nominację do Nagrody Coiffard i kilku innych francuskich wyróżnień literackich.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią. Kontakt z autorem: jan.rybicki@grupagazeta.pl.

Zobacz wideo