Co było najtrudniejsze podczas pracy nad filmem o Wandzie Rutkiewicz?
Na ostatnim etapie procesu, czyli już postprodukcji, odkryłyśmy z Elizą Kubarską, reżyserką "Ostatniej wyprawy", olbrzymie archiwum Wandy Rutkiewicz – ze zdjęciami, artykułami, listami, slajdami, pismami wyprawowymi, artykułami, ale także z taśmami z nagraniami audio i filmowymi, częściowo w formatach, które już dzisiaj nie są powszechnie używane.
Kwerenda tego archiwum, przejrzenie go, zdigitalizowanie materiałów było ogromną pracą, którą także po drodze wykonałyśmy. Te prywatne materiały znajdowały się w rodzinnym domu Wandy we Wrocławiu, później przejęła je Justyna Tafel, która pracowała i wciąż pracuje nad filmem fabularnym o Rutkiewicz. Ostatecznie Eliza – za zgodą Janiny, siostry Wandy – zabrała wszystkie pudła i kartony do domu, żeby móc je przeglądać i wybierać, co chce pokazać w filmie.
Podejmowanie decyzji przy takiej ilości materiału stanowiło moim zdaniem największą trudność w pracy nad tym filmem.
Wanda Rutkiewicz była i jest w Polsce osobą bardzo znaną, jest z nią wiele wywiadów w archiwach telewizyjnych i radiowych, także w mediach zagranicznych. Co więcej, nie brakuje ludzi, którzy ją znali. I oni też mają własne na jej temat przemyślenia i opinie.
Wyszukiwanie i przygotowywanie materiałów w sposób, który pozwoli poprowadzić historię i zamknąć ją w półtorej godziny, było ogromnym wyzwaniem.
Dzięki temu, że kręciliście w Himalajach, można poczuć przestrzeń, spokój, siłę gór.
Od początku założyłyśmy, że będziemy ten film realizowały w Himalajach, dlatego że Wanda się utożsamiała z tymi górami, to było miejsce, w którym czuła się dobrze, była sobą. Nie wyobrażałyśmy sobie nie pojechać tam, nie przejść ostatniej drogi Rutkiewicz.
Okazało się to dużym wyzwaniem dla całej ekipy pod względem fizycznym i logistycznym. Podobnie jak zimowanie w Himalajach, Nepalu, w Zanskarze w Indiach na granicy z Tybetem. Te miejsca są oddalone od cywilizacji, trudno się do nich dostać.
Tym bardziej niezwykłe jest to, że na krańcu świata jest przechowywana czerwona beczka z rzeczami Rutkiewicz, a w odmętach archiwum wypraw himalajskich biały tobołek z dokumentami.
Pod Kanczendzongą pełno jest malutkich wioseczek zamieszkanych przez Szerpów, niewiele w nich jest, więc kiedy jakaś wyprawa górska zostawia swoje rzeczy, to one są przechowywane i pielęgnowane, tak jak ta czerwona beczka Rutkiewicz. Mieszkańcy tych miejsc wciąż ją pamiętają, po 25 latach.
W archiwum wypraw himalajskich w Nepalu w tobołku zawiniętym w biały materiał znajdują się dokumenty wyprawy Rutkiewicz z 1992 roku. Każda ekipa ruszająca w Himalaje musi się zameldować i złożyć odpowiednie papiery. Te współczesne zapisy są w pamięci komputerów, ale starsze, w wersji papierowej, wciąż są przechowywane w archiwach.
Jaki miałyście pomysł na pokazanie waszej bohaterki?
Od samego początku zastanawiało nas to niedopowiedzenie, czy Wanda na Kanczendzondze rzeczywiście zginęła, bo nikt przecież nie znalazł jej ciała. Tym bardziej jest to intrygujące, że są świadectwa osób, które twierdzą, że widziały Rutkiewicz później, po jej zniknięciu, w Himalajach. To był dla nas poetycki punkt wyjścia do pokazania jej historii.
Zależało nam na opowiedzeniu o osobie, która być może zwyczajnie chciała zniknąć u szczytu kariery.
Wydawało nam się to bardzo dramatyczne, że ktoś, kto jest tak niesamowicie inteligentny, zdolny, kto ma tak wielkie osiągnięcia, chce przestać dla świata istnieć. Otworzyło nam to drzwi do pokazania, co się tak naprawdę wydarzyło w jej życiu i jaką cenę zapłaciła za swoje marzenia.
Jaka jest legenda Wandy Rutkiewicz?
W świecie Wanda nie jest bardzo znana – jak Reinhold Messner czy Jerzy Kukuczka – a powinna. Jeśli ktoś się interesuje górami, to wie, że była pierwszą Europejką na Mount Evereście, pierwszą kobietą i osobą z Polski na K2. Na górze uznanej za najtrudniejszą na świecie do wspinaczki. Wanda ją zdobyła, co ustawia ją na szczycie listy najlepszych światowych himalaistów w całej historii himalaizmu. Mało o tych dokonaniach mówiła, bo położyła się na nich cieniem śmierć dwójki uczestników tej wyprawy, a później, w kolejnej próbie zdobycia K2 – śmierć trójki Polaków.
W Polsce są różne wizje legendy Wandy. Była popularna w mediach – interesowali się nią ludzie, także ci niekoniecznie zainteresowani górami i wspinaczką. Części osób jawiła się jako wspaniała kobieta, która miała na koncie niesamowite osiągnięcia.
W polskim środowisku górskim z jej odbiorem bywało różnie. Jednym z wątków w naszym filmie jest oskarżenie skierowane wobec Rutkiewicz w 1991 roku, że nie weszła na Annapurnę i wcale nie przeszła jako pierwsza kobieta jej południowej ściany.
Udowodniono, że takie zarzuty były bezpodstawne, że na szczyt weszła. Specjalna komisja prowadziła dochodzenie wyjaśniające w tej sprawie. Mimo wszystko środowisko pozostało nieprzekonane i dalej Wandzie nie wierzyło.
Takie doświadczenie łączy Rutkiewicz z reżyserką filmu.
Tak. Wspólne osiągnięcie Elizy Kubarskiej i Davida Kaszlikowskiego także podważono, zarzucając im kłamstwo w wytyczeniu drogi wspinaczkowej w fiordach Grenlandii w 2007 roku. Po czasie, w 2021 roku, sąd przyznał im rację. Nie zmienia to faktu, że kwestionowane są ich dotychczasowe osiągnięcia. Takie przeżycia są bardzo trudne i przykre. W przypadku Wandy zdaje się, że nie pozostały dla niej obojętne. Zaginęła na Kanczendzondze zaledwie kilka miesięcy po tej aferze.
Od lat obserwuję to środowisko górskie, w nim wciąż przeważają mężczyźni, jest to środowisko tradycyjne i konserwatywne. Nie mam wątpliwości, że 30 lat temu w stosunku do Wandy było bardzo mizoginiczne, na pewno nie było jej łatwo się z nim mierzyć.
Czy to, jak była postrzegana, odbiegało od tego, co wy, przekopując się przez archiwa, zobaczyłyście?
Słuchanie jej audiopamiętników bardzo nam otworzyło oczy na to, jaką osobą była przed zniknięciem. Zapis głosu Wandy i jej słowa stanowią oś narracyjną całej opowieści w naszym filmie. Wanda nagrywała kasety już kilka lat przed zaginięciem – było ich 30.
Ona się w nich sama z sobą konfrontuje: zastanawia się nad swoim życiem, podważa sensowność swoich działań, przygląda się temu, co w życiu jest ważne, co w życiu straciła. Pochyla się nad tym, że nie założyła rodziny, że nie dane jej było zostać matką, mówi o miłości, relacjach z mężczyznami. O cenie, jaką zapłaciła za bycie w górach.
W filmie pokazujemy proces jej dojrzewania – od okresu, kiedy jest młodą, ambitną, niczego się niebojącą, ale także dość naiwną kobietą, po średni wiek, gdy zastanawia się nad tym, jaki to wszystko miało sens. Jawiła się nam jako 49-letnia, nieszczęśliwa, skrajnie samotna kobieta rozliczająca się sama ze sobą.
49 lat postrzega się jako czas kryzysu wieku średniego – być może trafiłyście na zapis tego właśnie momentu? Zakładam, że w przypadku alpinistów wiek ma ogromne znaczenie w realizacji pasji. Słabnące siły zabierają możliwość zdobywania szczytów – pasji, której podporządkowało się wszystko.
Z pewnością, ale trzeba wziąć pod uwagę także to, że życiorys Rutkiewicz pełen był bardzo ciężkich i tragicznych wydarzeń, które nie pozostały bez wpływu na jej stan psychiczny. W jej przypadku nie ma mowy o przeciętnym życiorysie. Brat Wandy zginął tragicznie, gdy miała pięć lat – rozpalił ognisko na niewypale. Ojciec został brutalnie zamordowany. Na jej oczach półtora roku przed jej zaginięciem zginął podczas wspólnej wyprawy na Broad Peak jej ukochany Kurt Lyncke-Krüger. W górach umarło wielu jej bliskich znajomych.
Na archiwalnych nagraniach programu "100 pytań do…" widać emocje, jakie wzbudzały wśród zwykłych ludzi zaginięcia alpinistów, wyprawy, które natrafiały na trudności. Dzisiaj także mówi się o "pozostawianiu kolegów", ocenia się alpinistów, wytyka egoizm, rozlicza ocalałych.
Nie wiem, jak można oceniać sytuacje, w których się nie znaleźliśmy, w warunkach, które są nie do wyobrażenia. Zdobywanie szczytu to często ekstremalny wysiłek. Jak osoba, która nigdy w nich nie była, może oceniać człowieka, który się w niej znalazł? A już ocenianie moralności jest wyjątkowo niesmaczne i nieadekwatne.
Rutkiewicz inteligentnie i w bardzo współczesny sposób odpierała te ataki, mówiąc, że nikt nie zmusza ludzi do chodzenia w góry, że to są ich własne wybory.
W filmie jest scena, w której Rutkiewicz z pomocą montażystki edytuje film o sobie samej. I robi to tak, jakby edytowała kogoś innego.
Reżyserzy tak mają – Eliza Kubarska też siebie w ten sposób montuje. Tu niezbędny jest dystans i traktowanie siebie jako jednej z postaci filmu. Pokazuje to, że Wanda miała z taką sytuacją często do czynienia, potrafiła dostrzec, co i jak pokazywać. Miała na siebie pomysł, chciała być rozpoznawalna, była medialna, profesjonalnie podchodziła do wspinaczki i całej otoczki wokół niej – miała menedżerkę, sponsorów, mówiła trzema językami obcymi.
Ona była filmowcem, realizowała filmy telewizyjne, zawsze miała przy sobie kamerę i coś nagrywała. Kasetki audio także zaczęła nagrywać z myślą o ich ewentualnym wykorzystaniu w pracy – w audycji radiowej.
Na początku filmu Rutkiewicz mówi, dlaczego się wspina. I wylicza, że: dla gór, dla ludzi i dla sportu. Mam wrażenie, że ostatecznie zwłaszcza ten drugi powód mógł być dla niej po czasie rozczarowujący.
Ludzie zawiedli ją bardzo. Wspinanie – tak jak kręcenie filmów – jest pracą zespołową. Nawet jeśli wspinacz wchodzi na szczyt sam, to ma cały zespół, z którym się przygotowuje.
W czasie ostatniej wyprawy nie mogła znaleźć partnerów do wyjazdu – Arek Gąsienica-Józkowy był jedyną osobą, która się zgodziła pojechać z nią na Kanczendzongę. To musiało być okropne uczucie – osamotnienia, odrzucenia, ostracyzmu. Nie miała wokół siebie sprzyjających jej ludzi.
Dlaczego?
Złożyło się na to wiele czynników, w tym oskarżenia o to, że nie weszła na Annapurnę, w wyniku którego środowisko wspinaczy się od niej odwróciło.
Ale ona nie była osobą łatwą. Nie była dyplomatką, mówiła, co myśli, była bardzo ambitna i świetna w tym, co robiła. Wzbudzała w niektórych antypatię, zazdrość, zawiść, chęć rywalizowania z nią. Zresztą takie uczucia towarzyszą moim zdaniem alpinizmowi.
Była osobą wybitną: decyzyjną, konsekwentną, umiejącą realizować plany, czasami bezwzględną. Ale była też kobietą, u której taki zestaw tych cech postrzegany był pejoratywnie.
W filmie widać, że na wyprawy wychodziła jak równa z równym, bez kompleksów, nie patrząc przez pryzmat płci, bardzo równościowo.
Bardzo w tym wyprzedzała swoje czasy. Przyznaje co prawda, że nie da się porównywać kobiety sportowca z mężczyzną sportowcem, bo mają inne warunki fizyczne i pod pewnymi względami mężczyźni zawsze wypadną lepiej, ale kobiety mają inne cechy, które pozwalają im docierać do końca zgodnie z planem.
Musiała być i była pewna siebie. Nie kwestionowała swojej wartości, tego, że jest w czymś lepsza od innych. Była bardzo wysportowana, silna – przygotowywała się do wypraw fizycznie – co było ewenementem. Pokazujemy w filmie, jak biega po śniegu i robi pompki.
Są dwie sceny z archiwum Wandy, które trochę mi zazgrzytały. Pierwsza to moment przebierania się w pokoju – Wanda zdejmuje bluzkę i pokazuje gołe plecy z zarysem piersi. A druga to tańce na kobiecej domówce.
To materiał z archiwów telewizyjnych. Wanda "była w ten sposób używana i dawała się tak używać". Ujęcia, o których pani mówi, były bardzo seksistowskie, ale pokazałyśmy je, żeby unaocznić, jak media wykorzystywały jej wizerunek, ale także, żeby podkreślić, że Rutkiewicz była tego świadoma i grała w tę grę. Nie miała z tym problemu.
Tańce przy muzyczce to podobna sytuacja – nakręcono "dziewczynki wijące się przy płycie" z kamerą ślizgającą się po ich ciałach i twarzach. Natomiast tekst piosenki "Tak chciałabym twoją żoną być", do której tańczą, jest mocno ironiczny.
Świadczy to o charakterze Wandy – nie wszyscy potrafią złapać dystans do siebie i świadomie biorąc udział w kreacji, osiągnąć swoje cele.
W filmie zastanawiacie się nad tym, czy to możliwe, że Rutkiewicz zaplanowała swoje zniknięcie, że wcale nie zginęła, tylko została w Himalajach jako mniszka.
Nawet gdybyśmy trafili na ślad Wandy, czy wręcz do niej dotarli w jakimś odległym tybetańskim buddyjskim klasztorze, nie mielibyśmy prawa o tym powiedzieć światu. Skoro od 30 lat skutecznie się ukrywa, to nie wolno nam jej demaskować.
Taka teoria jest prawdopodobna. Reinhold Messner, największy w historii alpinista, uważa, że to było wykonalne, choć taka przeprawa stanowiłaby nieprawdopodobny wyczyn. Są przełęcze, przez które Wanda mogła zejść na drugą stronę góry, do Sikkimu, indyjskiego królestwa.
Rok wcześniej, podczas próby wejścia na Kanczendzongę, zostawiła depozyt z jedzeniem, namiotem i sprzętem na wysokości siedmiu tysięcy metrów. Tak się w górach robi, nie było to więc nic dziwnego. Wszystko jest więc możliwe i nic nie jest wykluczone.
Zwłaszcza że Wanda była wybitna – doskonale orientowała się w terenie, była świetnie przygotowana sportowo, kondycyjnie, choć miała 49 lat i w szczytowej formie była pewnie dekadę wcześniej.
Rozmawiałyśmy z mniszkami z zakonów buddyjskich, które twierdziły, że widziały podobną do Wandy osobę lub – patrząc na jej zdjęcia – wskazywały wręcz ją konkretnie.
Czy to jest niecodzienne, że do tej pory nie znaleziono w górach jej ciała?
Rzadko się organizuje wyprawy po ciała osób, które w górach zginęły. Wanda sama zorganizowała taką ekspedycję – po ciało koleżanki. Po trzech latach od jej śmierci z dwójką kolegów znosiła jej ciało w plecaku.
Takie ekspedycje są bardzo kontrowersyjne, bo niebezpieczne. Sprowadzenie ciała bliskiej osoby jest obarczone ryzykiem śmierci kolejnych osób. Gdy zginęła Halina Krüger-Syrokomska, Wanda zorganizowała akcję zniesienia ciała do bazy.
Ciałom, których się nie odnajduje, robi się symboliczne tablice i nagrobki. Bywa tak, że lodowiec odkrywa zaginione ciała po czasie. Kiedy robiłyśmy z Elizą film "K2. Dotknąć nieba", to idąc szlakiem przez lodowiec Baltoro, trafiałyśmy na wiele ludzkich szczątków po drodze. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie lodowiec odda zwłoki.
Październik jest miesiącem pamięci o Wandzie Rutkiewicz. Jak byście chciały, żeby o niej myślano?
Jako o osobie wybitnej, która osiągnęła w Polsce więcej niż ktokolwiek inny. Zależy nam, żeby świat się o niej dowiedział, bo mamy wrażenie, że jej nazwisko ginie między męskimi.
Film "Ostatnia wyprawa" dopiero wchodzi do kin, wcześniej był pokazywany w Polsce na festiwalu Docs Against Gravity jako film otwarcia. Ludzie cieszyli się, że mieli możliwość pobyć z Wandą. Nasz dokument daje możliwość poczucia jej obecności.
Jeśli chodzi o środowisko górskie – bo pewnie o to także pani pyta – to pokazałyśmy "Ostatnią wyprawę" na przeglądzie filmów górskich w Lądku-Zdroju, gdzie otrzymał nagrodę publiczności, więc summa summarum musiał się podobać. Nie słyszałam, żeby był źle odebrany czy komentowany. Wygląda na to, że środowisko przyjęło naszą wersję.
A refleksja po latach się w środowisku pojawiła?
Obawiam się, że nie, ale film wchodzi do kin, więc może temat się odrodzi i wejdzie na nowy poziom. Bo do tej pory nie było dyskusji konfrontującej środowisko – ono trzyma dystans, pomija Wandę milczeniem. Mamy nadzieję, że coś zmienimy w odbiorze Rutkiewicz – w polskim ją skorygujemy, a za granicą przedstawimy tak, jak na to zasługuje.
Monika Braid. Producentka filmów dokumentalnych i fabularnych. Od 1995 r. mieszka w Wielkiej Brytanii, a od 2006 r. prowadzi tam własną firmę producencką Braidmade Films. Wśród wyprodukowanych przez nią filmów znajdują się m.in.: "Ściana cieni", "K2. Dotknąć nieba", "Badjao. Duchy z morza", "Wojtek. Niedźwiedź, który poszedł na wojnę".
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.


