Rozmowa
Maciej Woroch mieszka w Londynie od 2008 roku. W angielskiej stolicy pracuje jako korespondent TVN (Archiwum Macieja Worocha)
Maciej Woroch mieszka w Londynie od 2008 roku. W angielskiej stolicy pracuje jako korespondent TVN (Archiwum Macieja Worocha)

Gdybyś miał opisać Londyn jako znajomego, to co byś o nim powiedział?

Jest uporządkowany, można na niego liczyć, ma swoje ułomności, bo się spóźnia, jest drogi, ale kiedy potrzeba, to otoczy opieką. Nigdy nie będziesz w nim sama, ale z drugiej strony – jeśli nie będziesz chciała, to się nie będzie narzucał. Nie wtrąca się, ale wiele rzeczy ułatwia.

Londyn to znajomy, na którym możesz polegać. Nawet jeśli stracisz pracę, posypie ci się życie, to tutaj uda ci się odbić. On nie da ci łatwo utonąć w tej śmierdzącej Tamizie, jeśli tylko się nie poddasz i będziesz walczyć. 

Jest przyjazny? 

Dość łatwo się tu daje umościć, choć trudniej niż przed brexitem jest się do niego przeprowadzić i wszystko sobie ułożyć: załatwić numer ubezpieczenia, otworzyć konto w banku. Ale Londyn nie odpuszcza, nie można tu sobie tak po prostu płynąć z falą, jest duża konkurencja.

Tu na jednym etacie da się żyć: opłacić mieszkanie, rachunki, jedzenie i jeszcze odłożyć czy wysłać pieniądze rodzicom. Londyn dawał i daje poduszkę bezpieczeństwa, chociaż po wyjściu z Unii nie jest może pod górę, ale nieco trudniej się maszeruje.
Zobacz wideo Jak mieszkają księżna Kate i książę William?

Bywa rozczarowujący?

Dla mnie tak, ale z zawodowego punktu widzenia. Życie korespondenta telewizyjnego to nie są degustacje herbatek w Pałacu Buckingham. Światowe media mają w Londynie ponad tysiąc korespondentów. Dla Brytyjczyków media zagraniczne są mało ważne, chyba że mówimy o państwach Commonwealthu, na przykład Australii, Kanadzie, Nowej Zelandii. Dziennikarze niekrajowi pokątnie dowiadują się o ważnych wydarzeniach. Downing Street, czyli biuro premiera, z rozdzielnika powinno nam wysyłać mejle o zmianie szefa rządu albo o dacie konferencji prasowej, a nie wysyła, bo dla nich ważne jest, żeby informacje trafiły do brytyjskich mediów.

'Medialna łączka' czyli dziennikarze w oczekiwaniu (Archiwum Macieja Worocha)

O Pałacu Buckingham nawet nie wspominam. Polaków nieoficjalnie jest na Wyspach około dwóch i pół mln, oficjalnie około miliona, i los tych ludzi w czasie brexitu był na którymś etapie niepewny. Były sytuacje, kiedy działo się naprawdę dużo i z punktu widzenia dziennikarskiego miałbym ważne rzeczy do przekazania, a mnie ignorowano. Mamy nawet taki żarcik wśród akredytowanych kolegów i koleżanek.

Pytamy się nawzajem: "A napisałeś mejla do Susan?". To taka metaforyczna Susan, która nigdy nie odpisuje. Takie same bolączki ma koleżanka z Portugalii, o koledze z Iranu nawet nie wspominam, bo on nigdy o niczym nie jest informowany.

A pozazawodowo?

Ja się w Londynie zakochałem i jestem nieobiektywny. Było parę rozczarowań, bo w 2008 roku zrobiło się nagle drogo i poczułem, że robi się finansowo nieciekawie. Ale krzywdy mi nigdy Londyn nie zrobił, wręcz przeciwnie.

Jak tu trafiłeś?

Po etapie pracy jako korespondent w Afganistanie i Iraku – relacjonowaniu wojen – nie za bardzo było dla mnie miejsce w redakcji w Warszawie. W Zjednoczonym Królestwie dużo się działo w tematach polonijnych: a to Polacy jedli łabędzie, a to pomagali staruszce odbudować dom.

Przed przenosinami ciągle kursowałem między Polską a Wyspami, do tego stopnia, że raz wylądowałem w Warszawie i dostałem polecenie, żeby przejść na odloty i wsiadać do samolotu z powrotem.

Na loty i hotele redakcja wydawała więcej, niż gdybym w Londynie mieszkał na stałe. Wtedy Kamil Durczok poszedł do Piotra Waltera i zdecydowali, że mnie przenosimy.

Argumentem za przeniesieniem mnie do Londynu był także fakt, że stąd da się zawsze wszędzie dolecieć. Nawet na początku konfliktu w Izraelu – po pierwszym szoku – następnego dnia izraelskie linie lotnicze El Al miały trzy połączenia z Londynu.

Chciałbyś w Londynie zostać już na zawsze?

Nie wiem. Z jednej strony większą część mojego świadomego, dorosłego życia przeżyłem właśnie tu. Bardziej u siebie czuję się na Wyspach, choć korzeni z Polski nie wyrwałem. Pracuję w polskich mediach, w brytyjskich nikt mnie nie zatrudni na wizji – brytyjski akcent jest tu barierą nieprzekraczalną. Zawodowo w Polsce czuję się jak w domu, ale jeśli chodzi o życie poza kamerą, to wybieram Londyn. Kiedy przyjdzie czas, to wtedy się okaże, co mi los przyniesie.

Maciej Woroch przed Pałacem Buckingham (Archiwum Macieja Worocha)

Od czasu, kiedy tu mieszkasz, wiele się zmieniło?

Londyn dzisiaj wygląda zupełnie inaczej niż 10 lat temu. Nie chodzi mi o budynki, które mają historię, ale o wszystko, co zostało dobudowane wokół. Londyn łatwo dostosować do zmieniających się potrzeb i wieku – kiedy jest się młodszym, chodzić na imprezy, obiadkować. Dzisiaj największą przyjemność sprawia mi wspólny spacer, gdy przylatują znajomi z Polski. Potem wracamy do domu, pijemy herbatkę i skupiamy się na rozmowie, a Londyn jest do tego tłem.

W Londynie można mieć wszystko, co się chce: być obdartusem wpuszczonym do najekskluzywniejszego klubu, a jeśli nie chcesz "być wpuszczaną", tylko "móc wchodzić", masz miejsca z kartami członkowskimi, jak Soho House. Można znaleźć swoje miejsce, bo to miasto, które ma bardzo dużo odcieni. Bankierzy chodzą w swoje miejsca, a studenci w swoje.

Czy Polacy w Londynie przez te lata się zmienili?

Na początku fali emigracji byli tu wszyscy, ale głównie ludzie z miejscowości do 10 tysięcy, którzy przyjechali, bo było łatwo znaleźć pracę i osiąść. To była emigracja typowo zarobkowa. Kiedy pytałem Polaków w sondach ulicznych, kiedy przyjechali, zazwyczaj słyszałem: "Przyjechałem cztery lata temu na dwa lata". Łapali robotę w typowo polonijnych dzielnicach: Hammersmith, Ealing. Niektórzy nigdy nie byli w dzielnicy rządowej Westminster, mieszkali w Londynie kilka lat i nie widzieli na żywo Big Bena.

W Londynie zawsze dużo się dzieje (Archiwum Macieja Worocha)

Później przyjechała emigracja z lepszym wykształceniem do lepszej pracy: w instytucjach, bankach. I robili kariery, zarabiali wielkie pieniądze, mieli wpływy. Przedstawiciele tej grupy nie znali z kolei polonijnych dzielnic, dla nich wyjazd na zachód miasta to była egzotyka. Śmieję się, że wspólnym mianownikiem tych dwóch grup było jeżdżenie do polskich sklepów po kiełbasę, która nie smakuje jak zmielona tektura, i po musztardę.

Polacy się zmienili, bo osiedli, mają więcej znajomych Anglików i poszerzył się ich horyzont i zainteresowania. Pięć lat przed pandemią część nie wiedziała, kto jest premierem Zjednoczonego Królestwa, ale też nie znała nazwiska polskiego premiera.
Policjanci przed siedzibą Premiera przy Downing Street 10 (Archiwum Macieja Worocha) , Sir Keir Starmer - premier Wielkie Brytanii (Fred Duval/Shutterstock)

Ta grupa działała wedle schematu praca–dom. Kiedyś w Londynie był jeden serwis dla Polaków, Londynek.net, zaspokajający wiele potrzeb, od ofert pracy po tłumaczenia tekstów z angielskich gazet. Dzisiaj można być tu i jednocześnie wiedzieć, czym żyje Polska, obrady Sejmu są transmitowane na YouTubie. Widać, że Polacy zapuścili korzenie na Wyspach, wiążą z nimi swoją przyszłość, wielu wyprowadziło się poza stolicę, gdzie jest taniej i jest większa szansa na wzięcie kredytu hipotecznego. Ludzie mają swoje biznesy.

Poruszasz się w kręgu polonijnym?

Odrobinę. Na początku wymuszały to tematy. Mam wielu znajomych Polaków, ale czy nazwałbym ich Polonią? To są moi znajomi z Londynu, którzy są Polakami. Mam też znajomych Australijczyków, Irlandczyków, Włocha, Portugalczyka, Hiszpankę.  

Jaki jest ten twój Londyn? 

Mój Londyn to jest głównie miasto, które poznawałem i znam przez pryzmat pracy i wydarzeń, które się w nim działy. Pomysłem na opisanie miasta były trzy spacery: po królewskim Londynie, tym nad Tamizą i po mojej okolicy, czyli Wschodnim Londynie.

Kiedy rozpoznają i zaczepiają mnie na ulicy turyści z Polski, zawsze pytam, co mają na liście atrakcji, i słyszę: "Musimy iść na London Eye, musimy pójść do National Gallery". Otóż wcale nie! Nic nie musimy, nic w Londynie nie trzeba!
Widok na Londyn z London Eye w tle (Archiwum Macieja Worocha)

Żeby poczuć ducha i historię tego miasta, wystarczy półtoragodzinny pieszy spacer wzdłuż Tamizy, bo tak można przerobić całą historię, zaczynając od Westminsteru, czyli bieżącej polityki, poprzez okolice Temple, czyli słynnej świątyni templariuszy, do Tower Bridge, który jest ikoną stolicy, i London Bridge, bez którego nie byłoby w ogóle tego miasta.

Ludzie przyjeżdżają często do współczesnego, bieżącego Londynu, a on na każdym kroku jest upakowany historią. W tym mieście ona się narzuca, więc trudno zamknąć na nią oczy. Pójść tylko na London Eye to zmarnować czas i pieniądze.

Mój Londyn to centralna część miasta. Nie znam terenów za bogatą Chelsea czy wystawnym Kensington. W Harrodsie byłem ze trzy razy w życiu i uważam, że jest tandetny. Atrakcją dla mnie za to jest posiedzieć i popatrzeć na budynek parlamentu, bo tu zawsze coś się dzieje. 

Kocham miejsce, w którym mieszkam, czyli rejon Canary Wharf, gdzie znajduje się Docklands z dokami, dokąd przypływały statki z Afryki z ludźmi, których później wywożono do Stanów Zjednoczonych, gdzie stawali się niewolnikami. Centralny odcinek Tamizy, od Tower Bridge do Westminsteru, jest kluczowy dla zrozumienia tego miasta.

W twojej książce "Londyn po mojemu" nie brakuje ciekawostek. Zastanawiałam się, z czego są te czarne czapy straży przybocznej. Już wiem i aż nie dowierzam.

Że z futra niedźwiedzia? Anglicy mają takie tradycje, że człowiek otwiera oczy ze zdziwienia. Począwszy od idei istnienia samej monarchii.

Czapy żołnierzy wykonane są z futra niedźwiedzi z Kanady (Archiwum Macieja Worocha)

Gdy pisałem książkę, pomyślałem, że ona nie może być tylko dla turystów, lecz także dla Polaków, którzy w Londynie już są. Analogicznie do tego, że są warszawiacy, którzy nigdy nie byli na Targówku albo na tarasie widokowym Pałacu Kultury. Osiadli w Londynie Polacy też mogą mieć wiele rzeczy do zrobienia i do zobaczenia.

Przestrzegasz przed lotniskiem Heathrow, bo gubią tam bagaże, a samoloty mają zawsze opóźnienia.

Z lotnisk mam doktorat, ale podzieliłem się też swoją wiedzą o jeździe pociągami, bo wiem, jakie problemy sprawia ludziom korzystanie z nich.

U nas w Polsce jest tablica i wszystko jasne – pociąg do Poznania, przez Konin, Kutno, Koło, odjedzie z tego i tego peronu. W Londynie możesz pojechać na Wimbledon, ale jest kilka różnych tras, a wyprawa może potrwać krócej lub o wiele dłużej.

Ha! Widziałam raz taki dworcowy flash mob. Dziki tłum stał pod tablicą informacyjną. Zaczęły się zmieniać literki i nagle ludzie ruszyli biegiem!

Natężenie pociągów, zwłaszcza na końcowych stacjach, jest tak ogromne, że wprowadzono "zarządzanie tłumem". Jeżeli pociąg się chwilę spóźni, to nie zostanie wyświetlony numer peronu, dopóki nie wysiądą z niego pasażerowie. Dopiero kiedy peron jest przepustowy, pojawia się konkretna informacja. A podróżni, którzy chcą wsiąść do pociągu, muszą lecieć, bo mają kilka minut, zanim ten odjedzie. Tego można się uczyć latami – ja do dzisiaj nie wszystko rozumiem.

Zgłębienie zasad funkcjonowania pociągów to duże wyzwanie (Archiwum Macieja Worocha)
Polacy przeżywają szok, gdy lądują na Luton. Idą na dworzec, a tam zamiast jednego pociągu do Londynu trzy. Tablica odjazdów pełna jest różnych kierunków i londyńskich dworców. Niby każdy jedzie w to samo miejsce, ale jednak nie do końca. Można stracić rezon.

Zachęciłeś mnie do przejechania się piętrusem – takim zwyczajnym, miejskim, nie turystycznym.

Z punktu widzenia turysty większego sensu to nie ma, ale jest to czysta frajda. Do czasu, kiedy odwiedzali mnie znajomi bez dzieci, w ogóle piętrusy pomijaliśmy, ale kiedy zaczęli przyjeżdżać bliscy z dziećmi, to okazało się, że to jest żelazny punkt każdej wizyty.

Dla londyńczyka autobus to najgorszy z możliwych środek transportu, przeznaczony dla ludzi starszych, niedołężnych, z dużymi zakupami. Autobusy mają przystanki co 200 m, żeby dojechać gdzieś autobusem, trzeba mieć ocean czasu. Ale za to autobusy są tanie – można przejechać z jednego końca miasta na drugi na jednym bilecie. Metro ma strefy, godziny i różne stawki. Płaci się za oszczędność czasu.

Co może zniechęcić do Londynu?

Drożyzna. Funt to nie jest euro. I nawet jeśli nie będziemy chodzić do restauracji, to za nocleg i przejazdy trzeba sporo zapłacić.

Zrazić może też harmider i rozmiary. Jeśli się nie ma przewodnika, orientowanie się w Londynie może być dla turysty bardzo trudne. Tamiza nie płynie prosto – kilka razy w mieście zakręca, odnalezienie się topograficznie jest tu utrudnione.

Wiele osób pyta mnie o bezpieczeństwo. Tak, zdarzają się ataki nożowników, owszem, w biały dzień, ale statystycznie Londyn jest bezpieczny. Jak wszędzie można się znaleźć w złym miejscu w złym czasie.

Słyszałem opinie, że londyńczycy są niemili. Ciekawe, bo uważam, że są mili, chociaż są badania, które mówią o tym, że wchodząc do metra, londyńczycy nienawidzą całego świata.

Ale to się chyba rozgrywa w ich wnętrzach?

Owszem, bo oni nie zwrócą uwagi, nie nakrzyczą – normy społeczne trzymają ich w ryzach. Jeśli poprosisz o pomoc, zapytasz o drogę, pomogą. Jak coś się będzie działo, to nie będą obojętni, staną w obronie, jak w przypadku odpierania ataku szaleńca kłem narwala albo okładania zamachowca deskorolką. Nad leżącym pijanym zawsze ktoś się zatrzyma, żeby sprawdzić, czy żyje. 10 mln osób, a nie przejdą obojętnie nad jednostką.

Położony na Tamizą parlament (Archiwum Macieja Worocha)

Jakie atrakcje odradzasz?

London Eye. Znajomi wydali na tę atrakcję 150 zł, pomimo wyznaczonej godziny wizyty stali półtorej godziny w kolejce. Z trójką dzieci. Ja bym wolał pójść na dobre frytki za ułamek tej kwoty. Co więcej, są inne miejsca, z których da się z wysokości popatrzeć na miasto: elektrownia Battersea, szczyt katedry św. Pawła.

Kiedyś chodziło się do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Dzisiaj bym tam nie poszedł. National History Museum odwiedziłem ostatnio z koleżankami. Po kwadransie chciały wyjść – połowy eksponatów nie ma, bo są w wypożyczeniu, zamiast prawdziwego kamienia jakieś odlewy. Muzeum znajduje się w pięknym budynku i ma zjawiskowe lobby, można więc popatrzeć z zewnątrz, wejść na chwilę do środka i już. Science Museum ma ciekawe wystawy, ale trzeba dobrze znać angielski, żeby wizyta miała sens.

Nie przekonuje mnie twierdza Tower. Zobaczyć koronę – to jest coś, ale trzeba swoje odstać w kolejce; wpuszczają do środka dosłownie na chwilkę i do widzenia.

A czego nie odpuszczać?

Wycieczki tramwajem wodnym po Tamizie. Kosztuje trochę więcej niż przejazd metrem i jeśli jesteście z dziećmi, należy pilnować, żeby nie wpadły do wody. Tramwaj ma bar, można się więc napić, nie trzeba chodzić, a można dużo zobaczyć i na dodatek z wody most Tower jest zjawiskowy.

Do National Gallery wszedłbym chociaż na chwilę. Podobnie do Victoria and Albert Museum – bo tam pełno sztuki użytkowej. To idealne propozycje na deszczowy dzień. Warto przejść się Tower Bridge, słynnym mostem znanym z filmów o Bridget Jones, Jamesie Bondzie i Sherlocku Holmesie.

Przejażdżka miejskim piętrusem może być czystą przyjemnością - zwłaszcza, kiedy nigdzie się nie spieszymy (Archiwum Macieja Worocha)
Byłem w Pałacu Buckingham, bo chciałem zobaczyć, jak jest w środku. Ale to nie jest taki pałac, jak sobie można wyobrazić po obejrzeniu serialu "The Crown". Wydaje się mały, duszny. Z zewnątrz widać imponującą fasadę, a do zwiedzania udostępnione są tylko komnaty państwowe.

Jaką energię czujesz, kiedy wychodzisz z domu w Londynie?

Nastrajającą do działania. Rano czujesz, że jest mobilizacja – w metrze są ludzie, którzy jeszcze dosypiają, ale masz wrażenie, że oni jadą dokądś, po coś, zdobywać świat. 

Poza energią w Londynie – zwłaszcza rano i zwłaszcza w metrze – czuje się także bąki. Takie fasolowo-pomidorowe.

Maciej Woroch. Korespondent TVN w Wielkiej Brytanii. Przez lata przekazywał informacje o trwających konfliktach w Afganistanie i Iraku, donosił o atakach terrorystycznych, trzęsieniach ziemi, tsunami, arabskiej wiośnie. Od 2008 r. na stałe mieszka i pracuje w Londynie. Autor książki "Londyn po mojemu. Spacerem po mieście i historii".

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.