Rozmowa
I nowy osadnik, i stary mieszkaniec - jeżdżą na rowerze, uprawiają ogródki, robią przetwory, pracują fizycznie. Ale ich motywacje są inne (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)
I nowy osadnik, i stary mieszkaniec - jeżdżą na rowerze, uprawiają ogródki, robią przetwory, pracują fizycznie. Ale ich motywacje są inne (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Kim są "nowi osadnicy", jak nazywa pani mieszczuchów, którzy przyjeżdżają na wieś?

Akurat na Mazurach Garbatych nie ma grupy dość popularnej w innych miejscach, czyli osób, które wracają na wieś do gniazda rodzinnego, do rodzinnego siedliska, gdzie mieszkali rodzice, dziadkowie, a wynika to z historii Mazur. Tu wszyscy są przyjezdni w pierwszym, drugim czy trzecim pokoleniu. Chociaż badałam relacje między nowymi osadnikami i starymi mieszkańcami akurat na Mazurach Garbatych, to te napływowe grupy i ich relacje z miejscowymi będą podobne bez względu na miejsce, czy to będą Mazury, czy np. województwo świętokrzyskie.

Zobacz wideo Andrzej Piaseczny o domu. "Na wsi czas płynie inaczej"

Bez wyjątków? Rozmawiamy, bo ma pani naukowe badania potwierdzające to, co o nieprzenikaniu się mieszkańców wsi i "nowowiejskich" mówiła – bazując na swoich doświadczeniach – pochodząca ze wsi pisarka Weronika Gogola.

Od początku lat 90. ziemia na Mazurach Garbatych zaczęła być sprzedawana miastowym – podobnie jak to się działo już wcześniej w Krainie Wielkich Jezior – głównie na działki rekreacyjne, na których stawiali swoje drugie domy lub kupowali działki ze starymi siedliskami. Tę grupę nazywam "spadochroniarzami".

Przyjeżdżają na weekendy, na okres wakacyjny, nie wchodzą w lokalną społeczność, ale korzystają z tutejszych zasobów: natury, przyrody, wynajmują lokalną ludność do pracy, robią drobne zakupy w sklepie. Pojawiają się i znikają, niewiele o nich wiadomo, oni też nie interesują się swoimi wiejskimi sąsiadami.
Na Mazurach osadników 'zmęczonych życiem' stać na mozolne rekonstrukcje domów z czerwonej cegły (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Są także niemiejscowi, których określam jako "kolonizatorów". Oni wykorzystują potencjał przyrodniczy regionu w swoim biznesie – mają bardzo duże firmy hodowlane albo prowadzą duże, luksusowe ośrodki turystyczne. Tworzą miejsca pracy i pośrednio przyczyniają się do rozwoju gminy, jednak rzadko angażują się w działania lokalnej społeczności, ale ponieważ mają duży kapitał ekonomiczny i społeczny, wchodzą w relacje z decydentami z gminy i mają wpływ na decyzje podejmowane przez władze samorządowe, a dotyczące np. rozwoju infrastruktury w gminie.  

Są jeszcze dwie grupy, zdecydowanie bardziej widoczne we wsiach.

Tak, to nowi osadnicy, których nazywam "migrantami lifestyle’owymi", a oni siebie sami określają "nowowiejskimi", "najazdowymi", "najezdnymi". To osoby, które wyjeżdżają z dużych miast i osiedlają się na wsi na stałe ze względu na styl życia, jaki chcą prowadzić. Ta grupa nie jest jednolita, wyraźnie zarysowuje się w niej podział na dwie podgrupy.

Nowowiejscy chętnie dbają o kapliczki i krzyże przydrożne, ale jako o znaki w krajobrazie, a nie miejsca kultu (Fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)

Niech zgadnę, "nowowiejskich" odróżnia wiek?

Tak. Oraz etap w życiu, na którym są. Tych starszych rocznikowo nazwałam "zmęczonymi życiem w mieście". W tej grupie są osoby w wieku okołoemerytalnym, większość z nich jest 60 plus, z wyższym wykształceniem, dobrze lub bardzo dobrze sytuowana, niektórzy pracowali za granicą lub w zagranicznych korporacjach w Polsce – taka średnia i wyższa klasa średnia. Mają odchowane dzieci, często wnuki, i duże zasoby ekonomiczne. Zwykle zostawiają sobie mieszkanie lub nawet dom w mieście na wypadek, gdyby im się wieś znudziła, gdyby ze względów zdrowotnych musieli do miasta wrócić.

Znam takie osoby. One stopniowo przenosiły się na wieś i w końcu na niej osiadły.

Proces osiedlania na wsi wyglądał u nich najczęściej tak, że kupowali działkę rekreacyjną z siedliskiem z myślą o przyjeżdżaniu na weekendy i urlopy. Z czasem pojawiał się bardziej wymagający pracy ogród, psy, koty, pobyty się wydłużały. Zwykle w tych wypadkach to kobieta w związku pierwsza przechodziła na emeryturę i przenosiła się na wieś, a partner – wciąż aktywny zawodowo – dojeżdżał. Wraz z jego przejściem na emeryturę oboje na stałe zamieszkali na wsi. W ten sposób drugie domy stają się pierwszymi, a działki rekreacyjne – rezydencjalnymi.

Przedstawiciele tej grupy mają dość miejskiego pędu, hałasu, rywalizacji, chcą ciszy, spokoju, odstresowania się, bliskości natury. Karierę z sukcesem zrealizowali w mieście, teraz świadomie wchodzą w kolejny etap życia. 
Wśród starych mieszańców do zwierząt jest stosunek użytkowy, pragmatyczny (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Wyborcza.pl)

Jak wypadają w kontaktach ze "starymi" mieszkańcami wsi?

Raczej tkwią w swojej bańce, a z miejscowych korzystają przy pracach w ogrodzie, remontach, kupując jajka i mleko u gospodarza. Zresztą miejscowi także na tych znajomościach zyskują, bo wśród migrantów stylu życia, lifestyle’owych osadników są prawnicy czy lekarze.

Mieszkańcy wsi i nowowiejscy pomagają sobie i koegzystują, ale to są dwa absolutnie równoległe światy, które kontaktują się ze sobą jedynie w sprawach zawodowych, dotyczących stosunku pracy, ewentualnie drobnych życiowych przysług, ale nie bywają u siebie na imieninach, nie są chrzestnymi swoich dzieci.

Obie strony wyraźnie mówiły, że nie mają potrzeby społecznej integracji. Przyjezdni dodają, że mają poczucie, że powinni tworzyć wspólnotę i się integrować, ale ich podejście do miejscowych jest protekcjonalne: "chcą edukować", "stwarzać warunki", "uczyć dzieci" mieszkańców, "pokazywać im", "zmieniać ich system wartości", "poszerzać horyzonty kulturowe". Tacy nowi osadnicy mówią: opłacam lekcje angielskiego córce gospodarza, żeby miała lepszy start. Nie mają refleksji, że można więcej płacić gospodarzowi, żeby na te lekcje było go stać samemu.

Pańskie podejście.

Zdecydowanie, bardzo wyższościowe, paternalistyczne, na zasadzie: my i klasa ludowa, którą należy edukować.

Część z tych nowych osadników ma za sobą dużą aktywność w lokalnych stowarzyszeniach obywatelskich – nie chodzi mi o koła gospodyń wiejskich czy Ochotniczą Straż Pożarną, tylko o zakładane w XXI wieku stowarzyszenia, których członkowie pisali programy edukacyjne, kulturalne, ekologiczne – robili wspólne spotkania, chcieli poznawać historię gminy, ale też rozmawiać o jej przyszłości. Z czasem się jednak wypalali, bo ile można się podniecać  nowym, nawet bardzo ekscytującym miejscem? 5–10 lat, nie dłużej. Jeśli liderowi zabraknie sił, inicjatywa zniknie.

Zresztą nowi osadnicy rzucali się wtedy na działania, z których część była całkiem nietrafiona, jak nauka mieszkających na wsi seniorów obsługi komputerów, których w domu w ogóle nie mieli i z nich nie korzystali, organizowanie dyskusyjnego klubu filmowego.
Nowi osadnicy zbierają owoce z dzikich sadów zamiast kupować je w sklepach (Fot. Piotr Skornicki / Agencja Wyborcza.pl)

Czy bycie obok tej grupy wzbudza emocje wśród mieszkańców wsi?

Są raczej do nich i ich obecności przyzwyczajeni. Doceniają fakt, że mogą u nich zarobić. Nie ma między nimi poważnych konfliktów, bo te światy są niemal równoległe, praktycznie się nie przecinają. 

Jaka jest ta druga grupa migrantów stylu życia?

Przede wszystkim są to osoby młodsze, 30–40-letnie, z małymi dziećmi, dobrze wykształcone, niektórzy mieszkali za granicą. Jest to także klasa średnia, ale wciąż na dorobku. Są w niej osoby pracujące w zawodach pozarolniczych: księgowi, nauczyciele, fotografowie, a także pracujący przy projektach realizowanych w gminach, których niekiedy określa się jako przedstawicieli "klasy projektowej".

Zakładają ogrody z warzywami, owocami, są bardzo wyczuleni na ekologię, niektórzy nastawieni są na samowystarczalność żywieniową. Chcą zdrowo żyć, w czystym powietrzu, z nieskażoną wodą, jedząc niepryskaną żywność.

Ważna jest dla nich cisza, spokój, brak stresów, ale widoczne jest nastawienie antykonsumpcyjne i minimalistyczne: zbierają owoce z dzikich sadów, zioła, jeżdżą na rowerze. Ich siedliska są skromniejsze. Obie grupy mają podobny stosunek do zastanego krajobrazu i starych domów, który jest inny niż mieszkańców wsi. 

Nie burzą, tylko poddają renowacji?

Owszem. Stary, podupadający tradycyjny budynek to dla miejscowych źródło cegieł, które można sprzedać lub użyć do innej konstrukcji. Nowi osadnicy ogromnym kosztem domy remontują, wykorzystując stare, mniej popularne i dużo droższe technologie oraz jakościowe materiały. Osadników "zmęczonych życiem" stać na mozolne rekonstrukcje – ocieplając budynki, w przypadku domów z czerwonej cegły stosują inne, droższe technologie niż okładanie styropianem i tynkowanie.

Inne mają podejście do drzew w skrajni, czyli tych rosnących blisko drogi. Takie aleje, tunele z drzew są bardzo charakterystyczne dla terenów poniemieckich. Nowi osadnicy chcą je zachować, bo stanowią element lokalnego krajobrazu, wyróżniający te rejony. Mieszkańcy wsi ze względów bezpieczeństwa wolą je wyciąć. 

Nowi osadnicy to z perspektywy mieszkańców wsi hamulcowi modernizacji? Wybrukowana ulica ma urok, ale ciężko po niej jeździć na co dzień rowerem.

Nowi osadnicy chcą zostawić wszystko, co świadczy o rustykalnym charakterze, o tradycji regionu. Miejscowi chcą iść do przodu, zależy im, żeby było nowocześnie. Dotyczy to także rozwoju turystyki.

Nowi osadnicy przenieśli się, żeby mieć ciszę i spokój. Jeśli turystyka, to agroturystyka, małe, klimatyczne pensjonaty, a nie skutery i motorówki na jeziorach. 
Nowi osadnicy mówią - jeśli turystyka to agroturystyka, małe, klimatyczne pensjonaty, a nie skutery i motorówki na jeziorach (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Wyborcza.pl)

Miejscowi chcą dobrego, asfaltowego dojazdu, dużego ośrodka, żeby więcej ludzi przyjeżdżało, wydłużenia sezonu turystycznego. Inaczej postrzegają szanse na rozwój regionu. I obie strony mają swoje racje. Niektórzy, bardzo zamożni, nowi osadnicy lifestyle’owi dokupują ziemię wokół swojej działki po to, żeby nic w ich sąsiedztwie nie powstało. Chodzi im o estetykę i spokój.  

Jak wśród młodszych osadników lifestyle’owych wygląda integracja?

Chcą się integrować, wchodzić w tradycyjną więź – i dotyczy to również tradycyjnych wiejskich stowarzyszeń, takich jako koła gospodyń czy OSP. Co ciekawe, często to młodzi mężczyźni wchodzą do kół gospodyń i bardzo się faktem robienia przetworów emocjonują. 

Miejscowi to doceniają?

Tak, chcą się dzielić wiedzą, pomagać, wspólnie je na lokalnych festynach sprzedawać. Wzajemnie się dowartościowują, razem działają, uzupełniając się kompetencjami. Nowi osadnicy piszą np. wnioski o dofinansowania różnych imprez – mają przecież doświadczenie przy projektach. Jest tu symbioza i duma, zwłaszcza u młodych nowowiejskich mężczyzn.

W tych relacjach mocno wybijają jednak różnice światopoglądowe.

Miejscowi są bardziej religijni – na pewno w warstwie tradycji i rytualności. Wśród nowych osadników zdecydowana większość jest areligijna. Ich fascynuje raczej koloryt i obrzędowość – dbają o kapliczki i krzyże przydrożne, ale jako o znaki w krajobrazie, a nie miejsca kultu. W nabożeństwach majowych odprawianych przy kapliczkach nie uczestniczą.

Wyraźnym kontrastem jest stosunek do zwierząt. Nowi osadnicy z obu grup zwykle mają zwierzęta, część z nich właśnie dla lepszego dobrostanu pupili się na wieś w ogóle przenosi. Stadko się zresztą na wsi powiększa o miejscowe znajdki.
Wybrukowana ulica ma urok, ale ciężko po niej jeździć na co dzień rowerem, chodzić (Fot. Dariusz Kulesza / Agencja Wyborcza.pl)

Wśród starych mieszkańców do zwierząt jest stosunek użytkowy, pragmatyczny. Tu napięcia są ciągle, bo nowi osadnicy zwracają im uwagę, a starzy mieszkańcy mówią, że tak było, jest i będzie, "to jest tylko zwierzę". Nowi osadnicy miewają konie – nie do pracy czy rekreacji, tylko po to, żeby były obecne w krajobrazie, dla walorów estetycznych.

W podejściu do zwierząt jest widoczny konflikt i brak zrozumienia. To się zmienia, ale powoli. U mieszkańców wsi bywają psy w domu, a nie na łańcuchu, ale różnica wciąż jest bardzo wyraźna. 

Nie ma szans, żeby nowi osadnicy cofnęli się w swoich przekonaniach. 

W kwestii stosunku do zwierząt, przyrody i historii obie te grupy są bardzo pryncypialne i stojące po stronie swoich przekonań. Moda na wegetarianizm przychodzi wraz z młodymi mieszkankami wsi, które mają otwartość na zmiany i chcą próbować różnych rzeczy.

No właśnie – dzięki dostępowi do sieci, zakupom online różnica między młodymi mieszkańcami wsi a miastowymi osadnikami się zaciera. 

Młodzi mają dostęp do tych samych zasobów online, dodatkowo obserwują nowych osadników, część tych zachowań im imponuje – ze względu na kapitał kulturowy i ekonomiczny. Zmienić się może młode pokolenie, ale pomimo podobnej dostępności do zasobów pojawia się pytanie, czy będą mieli podobne wartości, styl życia. Czy będą chcieli pójść w minimalizm – zbieranie ziół zamiast kupowania ich w markecie, hodowanie własnych warzyw.

Kiedy doświadczyło się nadmiaru, łatwiej docenić piękno w prostocie.

Mieszkańcy wsi wciąż w większości są na dorobku, natomiast nowowiejscy szukają jakości życia. Jest wiele praktyk podobnych w obu grupach, ale przyczyny tych praktyk są różne.

I nowy osadnik, i stary mieszkaniec jeżdżą na rowerze, uprawiają ogródki, robią przetwory, pracują fizycznie, ale ich motywacje są inne. Dla miejscowych to często konieczność, dla nowowiejskich to intencjonalny wybór.

Nowi osadnicy lubią mówić, że czują ból po całym dniu pracy fizycznej; w mieście muszą chodzić na siłownię, żeby osiągnąć ten stan. Generalnie nowi mają wybór: praca fizyczna lub relaks i emerytura albo praca poza rolnictwem. Mieszkańcy wsi najczęściej takiego wyboru nie mają. 
Wśród nowych osadników widoczne jest nastawienie antykonsumpcyjne i minimalistyczne (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Czy te migracje stylu życia na wieś będą miały trwały charakter?

Życie na wsi nie jest proste. Opalanie w piecu, odśnieżanie, praca w ogrodzie, naprawy w siedlisku – w pewnym wieku wszystko to staje się uciążliwe. Do tego dochodzi wizja wykluczenia transportowego. Nowi osadnicy ze starszego pokolenia po wsi poruszają się samochodami. Kiedyś przestaną z nich korzystać i zaczną mieć problem.

W mieście seniorzy stają się więźniami trzeciego lub czwartego piętra w blokach bez windy, a na wsi swojego siedliska.
Nowi osadnicy ze starszego pokolenia po wsi poruszają się samochodami. Kiedyś przestaną z nich korzystać i zaczną mieć problem z dojazdem gdziekolwiek (Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl)

Mieszkając na wsi, nie będą mieli wyboru i łatwej dostępności do lekarzy i rehabilitantów. Dzieci czy wnuczęta chętnie przyjeżdżają na wieś na weekend czy część wakacji, ale nie chcą się zajmować wiejskim domem, mieszkać w nim na stałe, przynajmniej na tym etapie życia, na którym są. Poza tym starsi osadnicy mają potrzebę większego kontaktu z rodziną na co dzień, szczególnie z wnukami. Wiele z tych osób mówiło, że myśli o powrocie, jak "ich zwierzęta odejdą", kiedy "wyremontują dom w mieście". Ta migracja na wieś nie jest na zawsze, nie jest bezalternatywna.

W przypadku nowowiejskich seniorów kluczową kwestią w powrotach jest śmierć  partnera. Jako para sobie radzą, dostrzegają walory życia na wsi, ale jako wdowa czy wdowiec już w mniejszym stopniu.  

A jak przyszłość widzą młodsi osadnicy lifestyle’owi?

Oni przenieśli się na wieś jako młodzi ludzie, uważają, że na wsi będą mieszkać do końca życia, nie wyobrażają sobie powrotu do miasta. Do siedemdziesiątki mają 40–30 lat. Wcześniej też wchodzą w lokalną społeczność, poznają mankamenty życia na wsi.

Nowi osadnicy miewają konie - nie do pracy czy rekreacji, tylko po to, żeby były obecne w krajobrazie (fot. Roman Jocher / Agencja Wyborcza.pl) , Nowi osadnicy chcą drzewa w skrajni zachować, mieszkańcy wsi ze względów bezpieczeństwa wolą je wyciąć (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Wyborcza.pl)

Co może zakłócić tę sielankę?

Ich dzieci. Nie wiadomo jeszcze, jak zareagują na bycie wywiezionymi poza duże miasto, kiedy staną się nastolatkami mieszkającymi nawet nie we wsi, tylko na koloniach, które są czasami naprawdę końcem świata. Ich rodzice mieli wybór, jako adolescenci mieszkali w mieście, a oni nawet do najbliższego przyjaciela muszą być wożeni przez opiekunów samochodem, bo jesienią i zimą rowerem się nie da dojechać. Pytanie, co się stanie, kiedy ci nowi osadnicy zderzą się z oporem potomstwa, bo miasto daje atrakcje, większy wybór opcji, choćby edukacyjnych, i ich dostępność. Oni na razie o tym nie myślą, spełniają się, przede wszystkim realizując swoje pomysły na siebie.

Na końcu książki, w której opisuje pani migracje wiejskie, zacytowała pani socjolożkę wsi Hannę Podedworną, która pisała, że dla nowej klasy wiejsko-miejskiej wiejskość jest towarem nabytym.

Tak, bo oni – choć bardzo by marzyli – nie staną się chłopami. Mieszczuch, przenosząc się na wieś, nigdy nie będzie miał wystarczającego zakorzenienia. Będzie tak, że będą funkcjonowały obok siebie dwie–trzy klasy: wiejska klasa ludowa i może wiejska klasa średnia, bo awans edukacyjny i ekonomiczny na wsi się dokonuje, oraz osobna, wiejsko-miejska klasa średnia.

Dr hab. Małgorzata Budyta-Budzyńska, socjolożka i politolożka, zastępczyni kierowniczki Instytutu Socjologii Collegium Civitas (Monika Kościółek) , Miejscowi chcą dobrego asfaltowego dojazdu, dużego ośrodka, żeby więcej ludzi przyjeżdżało, wydłużenia sezonu turystycznego (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Dr hab. Małgorzata Budyta-Budzyńska. Socjolożka i politolożka, doktor habilitowana nauk społecznych, zastępczyni kierowniczki Instytutu Socjologii Collegium Civitas. Studiowała na Uniwersytecie Warszawskim i w Central European University. O migracji na wieś pisze w książce "Islandory i nowowiejscy. Migracje wiejskie na przykładzie mazurskiej gminy Stare Juchy".

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.