Napisałaś felieton polemiczny, w którym krytykujesz chłopomanię przetaczającą się przez niektóre kręgi czytelnicze. Czujesz złość z powodu tej mody?
Złość to mocne słowo – jestem nią lekko zirytowana. Od ponad 10 lat, czyli dość długo, należę do nurtu wzmożonego zainteresowania kulturą chłopską – nie tylko w literaturze, ale i w muzyce, bo śpiewałam w różnych grupach tradycyjnych. Całe lata jeździłam na festiwale, takie jak np. Folkowisko w Gorajcu na wschodzie Polski, i obserwowałam ludzi, którzy przyjeżdżali na tego typu imprezy z miasta. Przyglądałam się ich zachowaniu wobec mieszkańców. Za każdym razem pojawiał się pewien zgrzyt. Przyjezdni, nie kryjąc swojej ciekawości, przyglądali się gorajczanom trochę jak egzotycznym zwierzętom w zoo, chodzili za nimi, niby ich wysłuchiwali, ale zawsze w tym paternalistycznym geście "pochylania się nad maluczkim", którego najbardziej widoczną formą było podnoszenie głosu w zwyczajnej konwersacji.
Swoje zainteresowania kulturą ludową przeniosłam z grup śpiewaczych w stronę literatury – debiutowałam jako pisarka wpisująca się w nurt chłopski. I słyszałam wtedy opinie, że na tej fali długo się nie pociągnie, że temat "już się wyczerpuje". Tymczasem minęła dekada, a książek o chłopstwie i pochodzeniu chłopskim wciąż przybywa. Mam wrażenie, że ten temat się kanibalizuje.
Co druga książka zawiera opis babki jedzącej perz na przednówku, jakby ta babka była jedynym determinantem współczesnej polskiej tożsamości. Obraz babki, babulki sprowadza się do folkloru i cepeliady.
Brakuje mi prawdziwego spojrzenia na współczesną wieś polską. Na przykład dyskusji o różnicach między poszczególnymi regionami, bo przecież transformacja odmiennie przebiegała w różnych częściach Polski.
Jestem z Olszyn, położonych między Tarnowem i Gorlicami, na granicy Małopolski i Podkarpacia. To są okolice, które dobrze znam, ale nie mam pojęcia o realiach wsi z innych polskich regionów. Z chęcią bym poczytała, jak się dzisiaj w nich żyje.
Co cię w książkowych wizjach wsi, wpisujących się w chłopomanię, denerwuje?
W którymś momencie wytworzył się stereotypizowany obraz polskiej wsi, do którego literatura próbuje się dopasować. Dla przykładu: wiejskie bohaterki, które jadą do miasta po sprawunki lub z wizytą do lekarza, mówią gwarą, tymczasem każdy, kto jest ze wsi, wie, że nawet jeśli ludzie na wsi wciąż mówią gwarą, to w sytuacjach typu wizyta w szpitalu starają się mówić hiperpoprawną polszczyzną.
Tak naprawdę zderzenie wsi wyobrażonej z rzeczywistą jest dosyć bolesne. Bo w strojach ludowych to się chodzi na dożynki lub katolickie święta majowe, ale nie na co dzień.
"Chłopi" Reymonta spadli z listy lektur - nawet w profilach z rozszerzonym polskim. Jak to się ma twoim zdaniem do chłopomanii?
Powieść Reymonta jest osadzona w nurcie realistycznym, tymczasem "chłopomania" zrodziła się w środowisku młodopolskim i dzisiejsza "mania" jest właśnie pokłosiem tamtego myślenia. Małopolska, albo szerzej niegdysiejsza Galicja wciąż zresztą pozostają najsilniejszym ośrodkiem chłopomanii - w inteligenckich środowiskach w Wielkopolsce dyskusji o chłopstwie i wsi sielskiej-anielskiej jest zdecydowanie mniej niż w środowisku krakowskim. Poza tym, twórcy filmu animowanego "Chłopi" otrzymali w tym roku chyba najbardziej komercyjną nagrodę branżową - Odkrycia Empiku, a Agora wydała właśnie limitowaną wersję "Chłopów" Reymonta z kadrem z tego filmu na okładce.
Ironia polega na tym, że film powstawał w oparciu o wyzysk uczestniczących w projekcie artystów, mamy więc do czynienia z przyznaniem nagrody dziełu opartemu na współczesnym modelu pańszczyzny. To, że "Chłopi" zniknęli z listy lektur może mieć więcej przyczyn, ale nie wydaje mi się, żeby zahamowało "monetyzację" dzieła Reymonta.
Uważasz, że tematowi powrotu do korzeni atrakcyjności dodało zainteresowanie doświadczeniem awansu społecznego na Zachodzie.
Polska miała konkretną historię i chłopstwo było czołowym narzędziem propagandy w socjalizmie. Dlatego śmieszy mnie, że dopiero po tym, jak Annie Ernaux dostała literackiego Nobla, w Polsce podchwycono temat awansu. Tak jakby nie było u nas całego okresu socjalizmu. Aplikujemy francuskie odkrycia na nasz polski grunt i udajemy, że przebyliśmy taką samą drogę.
A przecież polski awans społeczny jest zupełnie inny niż francuski. Na fali mody z Zachodu 'odkrywamy', że nasza babka czy prababka miała klepisko w izbie. Wydaje mi się, że taka wiedza jest raczej powszechna.
Piszesz o tym mocno: Bujda! Nie zgodzę się z tobą. Moja babcia zawsze była dla mnie babcią z 12-piętrowego bloku na warszawskich Bielanach. Wiedziałam o niej tyle, ile mi opowiadała, a jej narracja była bardzo określona: kochał się w niej ksiądz, lekarz, który uratował jej życie, esesman uderzył ją w twarz, młodo wyszła za mąż za dziadka i przyjechała do Warszawy. Reszta jej rodzeństwa wyemigrowała do USA, nigdy nie byłam w jej rodzinnych stronach. Serio, nie wiem, czy wychowała się w chacie z klepiskiem. A już nie żyje, więc nie dopytam.
Czy ciebie bardziej nie irytuje to, że siedzisz w temacie od dekady, a tu nagle taki boom? Bo sądzę, że dla wielu "odkrycie chłopskich korzeni" jest autentyczne.
Zryw chłopomański sugeruje, że odkrycie korzeni jest doświadczeniem powszechnym. Wśród moich znajomych większość ma świadomość swojego pochodzenia. Irytuje mnie więc ta aplikacja powszechności.
Marketing wokół chłopomanii jest dla mnie wręcz perwersyjny. Rozumiem, że ty możesz tego chcieć i poszukiwać. Jesteś w jakiejś grupie ludzi, która tego odkrycia potrzebuje – i szanuję to – ale udawanie, że w Polsce przebiega właśnie wielka rewolucja myślenia, jest nadużyciem. Pamiętajmy, że pomimo migracji do większych miast i emigracji zarobkowej duża część społeczeństwa wciąż żyje na wsi i nigdzie się nie wybiera.
Uściślając – 93 proc. Polski to tereny wiejskie zamieszkiwane przez 40 proc. ludności. Czuję, o co tobie chodzi. Sama w naszej redakcji "wycisnęłam" temat chłopek – zrobiłam wokół niego trzy rozmowy, nie tylko z Joanną Kuciel-Frydryszak, autorką "Chłopek", ale i z Szymonem Szarkiem ze Skansenu Tokarnia czy historyczką Joanną Hytrek-Hryciuk. Ale tu ważne jest chyba, co się dalej z odkryciem korzeni zrobi. Można pozostać w niedopowiedzeniu, jak ja, można odkryć korzenie i drążyć temat w rozmowach z bliskimi ze starszego pokolenia, a można ruszyć w rodzinne strony i szukać informacji w księgach kościelnych, podjeżdżając SUV-em pod wiejskie adresy, które uda się namierzyć.
Parkowanie SUV-a i kupowanie drewnianego domu absolutnie mi nie przeszkadza. Nie mam nic przeciwko tworzącym się agroturystykom dla mieszczuchów...
...w których – jak piszesz w swoim felietonie – "serwuje się jaja po benedyktyńsku".
To jest biznes i rozumiem, że tak się reklamują. Przeszkadza mi jednak udawanie, że jest się częścią tej społeczności, i rekonstruowanie skansenu. Instagramowy przekaz ludzi napływowych z miasta sugeruje, że prowadzą zwykłe, proste życie w gumiakach, funkcjonują z lokalną społecznością.
Przyglądam się różnym "wiejskim neofitom" i zapewniam, że oni z tą społecznością nie żyją. W większości przypadków już zawsze pozostaną na marginesie.
Nie można być rolnikiem i wozić się pół lata po festiwalach muzycznych czy literackich – nie da się ot tak opuścić gospodarki. Hodują owce i kozy? Wstają codziennie o piątej rano? A może jednak mają kogoś, kto się tymi owcami zajmuje? Przeszkadza mi ten fałsz. Ale ten obraz jest "seksi" i determinuje cały rynek książkowy.
Proponując wydawnictwom książkę, która nie wpisuje się w aktualne trendy, słyszymy – a mówię o swoim doświadczeniu oraz doświadczeniu innych autorów, z którymi rozmawiałam – 'A może by pani/pan napisała książkę o swojej babci?'.
Autorka "Chłopek" mówiła mi, że pisanie tej książki to był trudny czas, bo trudne były świadectwa kobiet. Wspomina to jako kilka lat życia w mroku, który przeszła dzięki bliskim i higienie pracy.
Wierzę w czyste intencje autorki, ale w przypadku sukcesu tej książki widać jednak, że sprzęgło się zapotrzebowanie rynku, części społeczeństwa, ludzi takich jak ty – ale nie wszystkich – z ogromnymi środkami finansowymi włożonymi w promocję. Oddolny szum wokół książki generuje w Polsce maksymalnie 5 tys. sprzedanych egzemplarzy, a nie setki tysięcy. Tak działa ten biznes.
Zastanawiam się, ze strony ludzkiej, czy chłopomania jako powrót do korzeni nie musi – jak proces terapeutyczny – zwyczajnie potrwać dłużej? A może pokolenie babek i córek wstydziło się chłopskich korzeni i teraz wnuczki potrzebują porządnie temat przewałkować, żeby poczuć się dobrze z historią rodziny?
Temat wstydu jest niezwykle ciekawy, ale tak jak powiedziałam, większość prozy nie dotyka go bezpośrednio. Tymczasem ten polski wstyd, polska specyfika wstydu wychodzi z Polaków na każdym kroku.
Od prawie 10 lat żyję na Słowacji i tutaj zupełnie inaczej niż w Polsce podchodzi się do tego, że ktoś zaciąga i mówi gwarą. O ile mi wiadomo, ludzie we Francji, Hiszpanii czy Włoszech również nie wstydzą się swojego akcentu.
W Polsce staramy się mówić hiperpoprawnie, maskując swoje pochodzenie. Gdy ktoś pochodzi z małej miejscowości, to podaje inną, większą, i mówi, że jest np. 'z okolic Poznania'.
Chętnie bym poczytała o wstydzie w kontekście pochodzenia, a nie o "brodatym stryjku, który wyszedł na ganek i głaskał krasulę". Brakuje mi książek o historii najnowszej, o polskiej prowincji po wejściu do Unii Europejskiej.
Większość literatury babra się w czasach minionych, wygrzebuje trupy z ziemi. Na jednym z festiwali literackich niedawno przeprowadzono panel dyskusyjny o prowincji.
Moja koleżanka pisarka napisała do mnie: Patrz, tyle lat minęło od naszych debiutów, a ci ciągle wałkują temat, tylko autorów zmieniają.
Jakby mechanizm się zaciął, trybiki nie przeskoczyły, a my ciągle kręcimy się w kółko. Po latach dyskusji obraz wsi coraz bardziej się wynaturza, urasta do karykatury. Świetnie o takim zjawisku, na przykładzie góralszczyzny, pisał Antoni Kroh.
U zarania bogato zdobionych strojów i przedmiotów stoi sztuczność, maskarada. Ludzie z miasta przyjeżdżali w góry i zachwycali się ubranymi odświętnie góralami, a przecież na co dzień noszono zgrzebne stroje. Górale podchwycili ten zachwyt i zaczęli się dostosowywać do wyobrażeń oraz pragnień i czerpać z tego określone korzyści materialne, monetyzować – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. I to samo robi polska literatura. Przyjezdni oczekują potem od mieszkańców wsi, żeby byli jak postaci z czytanych przez nich książek i oglądanych filmów.
Gdzie w kontaktach wykładają się przyjezdni, że nie udaje się im zasymilować?
Przyjęcie osób z zewnątrz do zamkniętej społeczności jest trudne i trwa dłużej niż jedną generację. Chociaż są wyjątki, jak moja mama, która przeprowadziła się na wieś w 1989 roku i funkcjonuje w społeczności na pełnych prawach. Ale to wynika z jej osobowości. Pomogło jej również, że pracowała w sklepie we wsi i poznała wszystkich mieszkańców.
Osoby napływowe często traktują swoje domy jak domki letniskowe, przyjeżdżają wyposażone w supermarketowe zakupy, lokalnie kupują tylko jajka i chleb, w życiu wsi nie uczestniczą.
Pisarz Sławek Shuty, który mieszka w Beskidzie Niskim i prowadzi tam agroturystykę, w reakcji na mój felieton najpierw napisał: Ale mi pojechałaś, a potem rzucił, że w sumie mam rację. Ciekawe było, że osoby, w które w moim wpisie uderzyłam bezpośrednio, pisały mi później, że w sumie to się ze mną zgadzają. Także osoby odtwarzające muzykę dawną i tradycyjną pisały, że zadają sobie często to pytanie, czy to, co robią, jest do końca prawdziwe. Odbyłam dużo ciekawych rozmów po publikacji mojej polemiki, stąd wnioskuję, że nie tylko mi coś "zgrzyta".
Jeśli przyjezdni bywają zamknięci, to czy wieś jest na nich otwarta? Czy druga strona też ma wyobrażenia?
Opór wobec spotkania istnieje po obu stronach. Element obcy jest zawsze podejrzany, bo stanowi zagrożenie dla wspólnoty. Pierwszym testem jest, czy element obcy pójdzie do kościoła.
Pozycja Kościoła na wsi jest cały czas mocarna, a ksiądz jest alfą i omegą. Może już się mu rąk nie całuje, ale dla ludzi wciąż ważne jest potwierdzenie, czy osiadły przyjezdny żyje po bożemu.
Owszem, wyłomy się pojawiają, bo młoda generacja często nie wysyła swoich dzieci na religię, ale mimo to ulegają presji i łamią się, żeby mieć spokój i nie tracić kontaktu ze swoją rodziną. Są ateistami, ale "dla mamusi" odgrywają role i chodzą na mszę. Ich postawa często jest niejednoznaczna: ich dzieci nie chodzą na religię, ale są ochrzczone. Wciąż popularne są też śluby kościelne, "bo babcia by tego nie przeżyła".
Moja babcia też jest religijna, a jakoś przeżyła moje decyzje, nie traktuje mojej córki jako prawnuczki gorszego sortu tylko dlatego, że jest nieochrzczona.
Pamiętam z lat 90., kiedy nowo osiadli przyjezdni nie chodzili do kościoła – dostawali łatkę "żydów" i "antychrystów". Za pojawienie się w kościele był dodatkowy plus, ale nie oznaczał przepustki do życia wsi.
Ta najłatwiej przychodziła przez tzw. wżenienie się, czyli wejście w społeczność poprzez związek z jej członkiem; w przypadku Polski – oczywiście ślub kościelny. Kiedy ktoś z miasta kupuje dom we wsi, witany jest z dystansem. Reszta zależy już od indywidualnych cech takiego przyjezdnego. Są osoby, którym udaje się nawiązać kontakt, ale i tak nawet po latach będą dodatkiem, który jest "nasz".
To tak jak ludzie, którzy mają problem z mniejszością homoseksualną, ale znają 'jednego geja, który jest w porządku', i mówią: 'nasz pedał'. Więc czasem taki przyjezdny może stać się takim 'naszym pedałem'. Ale 'naszym' w znaczeniu wspólnotowym nigdy nie będzie.
Twój olszyński wujek powiedział: Ile można o tej wsi p*******ć?.
Mogę się założyć, że w mojej wiejskiej bibliotece nie ma książki "Chłopki", ponieważ ten temat ludzi na wsi absolutnie nie interesuje. Ludzie ze wsi najzwyczajniej w świecie nie mają czasu na zastanawianie się nad kwestiami swojego awansu. Nie znaczy to jednak, że są pozbawieni jakiejkolwiek refleksji. Porównują przecież życie kiedyś z tym teraz. W latach 90. większość dzieciaków z mojej klasy żyła w skrajnej biedzie. Sama byłam z niezamożnej rodziny, ale na tle innych taka się nie czułam.
Nikt nie jeździł na kolonie, dzieci miały dwie pary spodni i jedną bluzę, wszy, problem alkoholowy w domu, dostawały dodatkowe bułki w szkole.
Kiedy przyjeżdżał do wsi ktoś z miasta, to różnicę było widać na pierwszy rzut oka – w wyglądzie, ubraniach. To była przepaść. Dzisiaj wieś wygląda jak przedmieścia. O tym bym poczytała, a nie kolejną książkę jak makatkę z cepelii.
Dlatego desperacko przywołuję pytanie mojego wujka. No ile jeszcze?
Weronika Gogola. Pisarka i tłumaczka. Tłumaczyła książki słowackich autorów: Maroša Krajňaka i Jána Púčeka. Jej debiut "Po trochu" otrzymał w 2018 r. Nagrodę Conrada oraz był nominowany do Nagrody Literackiej Nike. "Ufo nad Bratysławą" to jej książka reporterska o Słowacji, gdzie mieszka od lat.
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.


