Skąd kolekcjonerstwo w twoim życiu?
Z przypadku. Zaczęło się 20 lat temu, na pierwszym roku studiów z historii sztuki w Kolonii. Jest nawet taka teoria, że kiedy ludzie wyjeżdżają daleko od domu, zaczynają coś zbierać. Ja zaczęłam od dość oszczędnej w formie torebki z krokodyla w stylu art déco, którą prawdę powiedziawszy, kupiłam, bo potrzebowałam ładnego dodatku do wieczorowej kreacji.
Gdzie ją kupiłaś?
Na jednym z kolońskich targów staroci, gdzie wtedy, 20 lat temu, można było złowić prawdziwe skarby.
Wcześniej coś zbierałaś?
Zbierali moi rodzice i zabierali mnie zawsze na rozmaite targi staroci. Przy czym rodzice kupowali po prostu to, co im się podobało, a ja dość szybko zaczęłam porządkować moje zbiory i skupiać się na określonych grupach przedmiotów. Właściwie chyba tydzień po tym, kiedy kupiłam wspomnianą torebkę, pojawiła się w mojej głowie myśl, że może powinny być kolejne, czemu oczywiście sprzyjało studiowanie historii sztuki, gdzie moją uwagę przyciągnęło przede wszystkim rzemiosło artystyczne.
Mówisz o torebce, a w Muzeum Okręgowym w Rzeszowie jest twoja kolekcja butów.
Buty pojawiły się po torebkach, co, przyznasz, ma sens. Jedną z pierwszych par były obecne na wystawie trzewiki zapinane na rząd guziczków z macicy perłowej, wykonane z atłasu jedwabnego i skóry mniej więcej w połowie XIX wieku.
Gdzie je kupiłaś?
To już były zakupy bardziej świadome, bo buty zaczęłam kolekcjonować jakieś 10 lat po torebkach – miałam więc już inną wiedzę i doświadczenie. To był tak na marginesie czas, kiedy historyczne akcesoria mody damskiej mało kogo interesowały, dlatego nie osiągały jeszcze ogromnych cen.
Dzięki temu ja, studentka, mogłam sobie pozwolić na ich zakup do mojej kolekcji, która do końca studiów liczyła już kilkaset obiektów, co oczywiście wiązało się z wieloma wyrzeczeniami.
Albo jedzenie, albo buty?
Nie aż tak, ale masz dobrą intuicję. Odmawiałam sobie wielu rzeczy i do dzisiaj jeżdżę drugą klasą, bo to, co na tym zaoszczędzę, mogę wydać na kolejny zakup do kolekcji. Dodam, że mam bardzo wspierającego partnera, który rozumie moją pasję, co wcale nie jest takie oczywiste, bo jednak wydaję sporo pieniędzy na buty, których w dodatku nie noszę.
Kolekcjonowanie dla przyjemności z czasem się profesjonalizuje i jest wręcz traktowane jako inwestycja. To także twój przypadek?
Tego się nie da uniknąć, kiedy się zgromadziło kolekcję, w moim przypadku liczącą już kilka tysięcy obiektów. Fundamentem tej kolekcji są nadal torebki, ale kupuję je coraz rzadziej, bo dzisiaj już szukam tylko takich rarytasów, których nie mam. Zmienił się również oczywiście mój gust, więc kupuję rzeczy często inne od tych, od których zaczęłam, mogąc jednocześnie z częścią kolekcji się rozstać. Nie wyobrażam sobie natomiast, że sprzedaję kolekcję butów, z której blisko sto par można oglądać teraz w Rzeszowie.
Niedużo w porównaniu z liczbą torebek.
Bo buty są trudniejsze w kolekcjonowaniu, właściwie najtrudniejsze w kategorii akcesoriów. Wynika to z faktu, że są najbardziej narażone na zużycie – noszą ciężar naszych ciał i są łącznikiem z ziemią, a więc brudem, wilgocią i tak dalej. Poza tym wykonywano je – mówimy o butach kobiet z wyższych sfer – z bardzo delikatnych materiałów.
Dlatego żeby znaleźć buty w dobrym lub bardzo dobrym stanie, trzeba mieć wielkie szczęście. Dodajmy, że oba buty, bo kolekcjonuję tylko pary, nie kupuję pojedynczych sztuk.
Przechowujesz je w specjalnych warunkach?
Oczywiście, wszystkie są przechowywane w ciemności, w papierach jedwabnych i w bezkwasowych pudełkach. Tyle mogę zrobić. Buty są niestety bardzo trudne w konserwacji i właściwie nigdy się nie udaje przywrócenie ich do stanu pierwotnego.
Masz duże mieszkanie. Czy twoja kolekcja żyje gdzieś indziej?
Lubię mieć ją blisko i prawdę powiedziawszy, będąc otoczoną tymi przedmiotami, nie bardzo wiem, gdzie ta kolekcja się zaczyna, a gdzie kończy, choć oczywiście wszystko mam skatalogowane.
Tym, co od razu zwraca uwagę, są niewielkie rozmiary tych butów, które zadziwiają, nawet kiedy się wie, że ludzie 200 lat temu byli mniejsi.
Wyobraź sobie, że jeszcze moja babcia nosiła buty o numer za małe, twierdząc, że w takich kobieca stopa wygląda lepiej. Mnie też do tego zachęcała. I takie generalnie było podejście do obuwia kobiecego 100 czy 200 lat temu. Buty kobiet z wyższych sfer mogły być za małe także dlatego, że były używane umiarkowanie – zamożne kobiety spędzały czas głównie we wnętrzach. Nie mówiąc już o tym, że była i taka praktyka, by butów nie wkładać do końca. Pięta mogła wystawać, bo pod suknią nikt przecież tego nie zauważył.
Męskich butów nie zbierasz?
Nie, skupiam się wyłącznie na modzie damskiej, więc moja kolekcja jest swego rodzaju herstorią opowiadaną przedmiotami. I nie jest to błaha opowieść, bo traktuje tak naprawdę o pozycji kobiety w społeczeństwie i o jakże istotnych przemianach tej pozycji.
Obuwie to bardzo ciekawe genderowe zagadnienie, bo przecież przez większą część historii nie było podzielone płciowo. Kobiety i mężczyźni nosili dokładnie te same modele butów. Płciowy podział zaczyna się tak na dobrą sprawę pod koniec XVII wieku i jest już widoczny wyraźnie w XVIII stuleciu. Bardzo późno.
Dlatego zbieram buty, zaczynając właśnie od XVIII wieku, bo wtedy, jak zauważyłeś, możemy już mówić z całą pewnością o butach damskich. Co ciekawe, podobnie jest z torebkami. Przecież to mężczyźni zaczęli nosić torebki, które potem przejęły kobiety. Mało tego, pończochy również były początkowo męskimi akcesoriami, a nie damskimi. Strój męski został uproszczony do modelu, który dzisiaj znamy i przypisujemy kulturowo mężczyznom dopiero w XIX wieku. Wcześniej, co możemy dzisiaj oglądać na historycznych obrazach, stroje mężczyzn były niezwykle fantazyjne, z butami włącznie, a te damskie były często skromne, schowane pod suknią.
Były jakieś odstępstwa od tej reguły?
Abstrahując od koturnów używanych przez mężczyzn w greckim teatrze antycznym, które traktujemy jako element kostiumu scenicznego, były nimi zoccoli, we Francji nazywane chopines – noszone w XVI wieku przez wenecjańskie kurtyzany wysokie koturny. Tych mężczyźni nigdy nie nosili. Ten obuwniczy wynalazek miał pomagać kobietom, by podczas przypływu mogły przejść suchą stopą przez zalane wodą ulice miasta, jednak w dość krótkim czasie ten praktyczny aspekt został zapomniany.
Przecież ledwo można było zrobić w nich krok! Zoccoli przypominały raczej obuwie sceniczne Lady Gagi.
Ale mężczyźni, w tym katolicki kler, aprobowali je, bo kobiety nie mogły się w nich samodzielnie poruszać, potrzebowały asysty służby. To był kolejny męski wynalazek służący zniewalaniu kobiet.
Buty to generalnie męski wynalazek. Szewstwem przez wieki zajmowali się wyłącznie mężczyźni i chyba do dzisiaj za najdroższymi obuwniczymi markami modowymi stoją mężczyźni, prawda?
Prawda. Mimo że w XX wieku pojawiły się kobiety projektujące obuwie, to luksusowe, ikoniczne buty są sygnowane nazwiskami mężczyzn, jak Christian Louboutin czy Manolo Blahnik.
Skoro zaszliśmy na chwilę do XX wieku, to powiedzmy, że żadne, nawet najbardziej ekstrawaganckie współczesne buty nie są nowością. Wszystko już było, od wspomnianych chopines do butów z tak długimi noskami, że trzeba je było przywiązywać łańcuszkiem do cholewek.
Masz rację, każdy, kto zna historię obuwia, wie, że wszystko już było. Naprawdę wszystko. A jeśli chodzi o te XIV-wieczne noski, warto pamiętać, że ich długość określała status właściciela i była ściśle skodyfikowana – im zamożniejszy i przynależący do wyższej klasy właściciel, tym dłuższe noski. Książę nosił takie buty, których czubki mogły mierzyć do 75 cm. Czubki butów przeciętnego człowieka mierzyły natomiast zaledwie do 15 cm.
Długo ich jednak nie ponoszono, bo zaczął je zwalczać Kościół, gdyż nie można było w nich klękać.
Kościół zwalczał je także dlatego, że przeszkadzał mu falliczny kształt tych zadartych nosków.
Głównym surowcem, z którego robiono buty, była skóra. Tymczasem w twojej kolekcji prawie jej nie ma. Są buty z jedwabiu czy aksamitu, haftowane i pełne drogich aplikacji. To buty jednorazowego użytku?
Prawie, co wiązało się z tym, o czym wspomnieliśmy, czyli niewychodzeniem kobiet z domu, ale również z tym, że stać je było na zamawianie kolejnych tak nietrwałych butów.
A co w sytuacji, kiedy trzeba wyjść z domu?
Wtedy buty wsuwało się w patynki, rodzaj najczęściej drewnianego, a potem również metalowego koturnu czy grubszej podeszwy podwiązywanej do właściwego buta lub wsuwanej i utrzymywanej za pomocą grubszego, wykonanego z tkaniny albo skóry paska.
Jak można było gdziekolwiek dojść w patykach i się nie zabić, pozostaje dla mnie do dzisiaj tajemnicą...
Bezpieczeństwo i wygoda w modzie damskiej były na drugim planie, że wspomnę choćby suknie farbowane arszenikiem. Najważniejsze było zadanie szyku. Nawet jeśli miał on trwać tylko chwilę.
Tytuł wystawy butów z twojej kolekcji to "Na obcasie i bez". Obcasy kojarzymy – choć i to się ostatnio zaczyna zmieniać – głównie z obuwiem kobiecym. Feministyczny dodatek do "Gazety Wyborczej" nosi tytuł "Wysokie Obcasy". Tymczasem wynalezienie wysokich obcasów było znów sprawą męską i to zupełnie niezwiązaną z estetyką.
Obcas wymyślili około 1600 roku mężczyźni, a dokładnie perscy kawalerzyści. Chodziło o to, że buty z obcasem dobrze trzymały się w strzemieniu, co pomagało stanąć w nich podczas jazdy konnej i celniej trafiać z łuku. Perskie obcasy przywędrowały najpierw do Francji, a potem z Francji do nas.
Twoja kolekcja to głównie buty z Francji?
Tak, a powód jest prozaiczny. Francja była – i jest – centrum europejskiej mody, więc powstawało tam mnóstwo znakomitych i nieraz bardzo fantazyjnych butów, co nie znaczy oczywiście, że wszystko we Francji wymyślono. Wielką inspiracją był dla francuskich szewców Orient, skąd przybyły nie tylko obcasy, ale także znakomitej jakości hafty, które możemy oglądać dzisiaj na wystawie na przyszwie niejednego buta.
Jakość to jest coś, co pojawia się w europejskim szewstwie stosunkowo późno, bo w XVIII wieku.
Wtedy rzeczywiście zaczyna się przywiązywać wielką wagę do sposobu wykonania buta, ale też detali wykończeniowych i zdobniczych, co nie znaczy, że tak dopracowane buty były wygodne, ale z pewnością były piękne.
Wygodniej robi się chyba dopiero wraz z początkiem XIX wieku?
Rzeczywiście pojawia się wtedy wyglądające na wygodne obuwie płaskie, bo buty na obcasie kojarzyły się we Francji ze zgilotynowaną monarchią. Było to również częścią większej zmiany w modzie: luzowania i odrzucania gorsetów, lekkości i zwiewności. Zobacz na te buty z 1830 roku z krepy jedwabnej, koźlęcej skóry i z wiązaniem na kostkach – wyglądają na takie, w których można by przetańczyć całą noc.
To pewnie jednak znów tylko pozór wygody, mimo że każdy z nich nie waży więcej niż sto gramów. Ale te buty nie są wyprofilowane, nie mają żadnego elementu, który stanowiłby dla stopy jakąkolwiek formę dziś rozumianego komfortu.
Dlaczego wystawa twojej kolekcji jest akurat w Rzeszowie?
Z Muzeum Okręgowym w Rzeszowie współpracujemy już od dekady, bo wtedy muzeum kupiło część mojej kolekcji, głównie torebek i wachlarzy. Zdecydowałam się na ich sprzedaż tylko dlatego, żeby mieć środki na kolejne zakupy, ale do nieco już inaczej profilowanej kolekcji. Muszę powiedzieć, że bardzo mnie ucieszyło, że jest w Polsce lokalne muzeum, które postanowiło się wyróżnić od innych konsekwentnym budowaniem kolekcji związanej z szeroko pojętą modą. Myślę, że to znakomity pomysł, więc bardzo zachęcam do odwiedzin Rzeszowa, choć wiem, że z wielu miejsc w Polsce nie jest tam blisko.
Muzeum już ci zaproponowało zakup twojej kolekcji butów?
Możemy wrócić do tego pytania, kiedy będę po dziewięćdziesiątce, bo dzisiaj moje buty nie są na sprzedaż. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Zrozumie to każdy, kto je zobaczy.
Hanna Szudzińska. Historyczka sztuki, absolwentka Uniwersytetu im. Albertusa Magnusa w Kolonii, kolekcjonerka m.in. zabytkowych akcesoriów mody damskiej z okresu XVII do XX w. Przedmiotem jej zainteresowań jest rzemiosło artystyczne, a także wnętrzarstwo i kultura zamieszkiwania.
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, Wysokich Obcasów i polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike. Mieszka w Poznaniu.
"Na obcasie i bez – 150 lat historii i rozwoju obuwia damskiego", kuratorki: Beata Kuman i Hanna Szudzińska, Muzeum Okręgowe w Rzeszowie, wystawa czynna do 31 grudnia 2024 r.


