Nieodpowiadanie na wiadomości, ghosting, czyli znikanie bez wyjaśnienia, odwoływanie spotkań w ostatniej chwili, zachowania defensywne, gdy zwróci się uwagę – takich przykładów wzajemnego traktowania się mogłabym podać wiele. Czy straciliśmy do siebie szacunek?
Pewne jest jedno: szacunek stał się pustym słowem. Polityk wchodzi na mównicę sejmową i zaczyna przemówienie słowami "szanowny panie marszałku", po czym zaczyna kogoś obrażać. Właściwie nikt już nie pamięta, czym szacunek jest.
Bo to, o czym pani mówi, to przykłady dobrego wychowania, grzeczności, a nie szacunku.
Takie zachowania nie są wyrazem szacunku wobec drugiego człowieka?
Są jego zewnętrznym przejawem. Szacunek to coś znacznie głębszego.
To znaczy?
Będzie filozoficznie.
Poproszę!
Jak powiedział Immanuel Kant, szacunek jest nierozerwalnie związany z godnością, która przysługuje każdemu człowiekowi. Jest ona czymś niezbywalnym, nie można jej na nic zamienić, nie można jej stracić. Jest czymś, co zrównuje nas wszystkich. Jest istotą człowieczeństwa.
Człowiek ma szacunek do drugiego człowieka wtedy, kiedy ma głębokie przekonanie co do tego, że nie wolno mu naruszać jego godności.
Co to oznacza? Że nie mogę czuć się od nikogo ani lepszy, ani gorszy – nie ustawiam nikogo w hierarchii poniżej czy powyżej siebie, akceptuję ludzi takimi, jakimi są, doceniam ich wyjątkowość, indywidualność.
Brzmi jak coś bardzo abstrakcyjnego, zwłaszcza w świecie, w którym wszyscy wszystkich oceniają.
Dokładnie.
Czy można o szacunku mówić także wtedy, gdy akceptuję, że ktoś jest, ale w związku z tym, że nie podzielam jego systemu wartości, nie mam ochoty z nim się zadawać?
Nie! Bo o szacunku mówimy także wtedy, kiedy jestem w stanie docenić indywidualność drugiego człowieka, jego odmienność, nie traktuję go jak kamień, obok którego przechodzę obojętnie, ale jak partnera do rozmowy.
Zygmunt Bauman ujął to w ten sposób: tym, co odróżnia szacunek od jego braku, jest poświęcanie komuś uwagi. Jeśli mówię: OK, akceptuję, że ktoś taki istnieje, ale jednocześnie lekceważę go i ignoruję, nie jestem otwarty na to, żeby go wysłuchać, zrozumieć, docenić, to znaczy, że nie czuję do niego, należnego człowiekowi, szacunku.
A co, jeśli ten człowiek mnie obraża?
Wtedy trzeba zastosować strategie mające na celu uświadomienie mu, że nie zachowuje się odpowiednio, czyli przywrócić kogoś do właściwego zachowania. Jeżeli to nic nie zmieni, możemy taką osobę opuścić, przestać koncentrować na niej swoją uwagę. Bo nas ona po prostu rani, do czego nie ma prawa.
Mam wrażenie, że takich sytuacji, w których ktoś nas rani, jest mnóstwo – od fizycznej przemocy, przez obrażanie, krzyk, aż do łagodniejszych przejawów, jak brak zainteresowania nami, naszym życiem, niesłuchanie. Mogłabym wymienić może trzy osoby w moim życiu, które naprawdę aktywnie mnie słuchają – przejmują się tym, co mówię, odnoszą się do moich zwierzeń.
I te trzy osoby po prostu panią szanują. A pozostali nie. Przynajmniej nie na tyle, żeby się zatrzymać i pani posłuchać. Dlaczego tak wiele osób chodzi dziś do psychologa?
Bo jest większa świadomość problemów psychicznych?
Również. Ale wiele osób nie ma żadnych poważnych zaburzeń, a i tak korzystają z pomocy psychologicznej. Bo czują się zagubione, bo nie mają z kim porozmawiać.
Często świadomie rezygnuję z "przywrócenia kogoś do właściwego zachowania", bo jestem prawie w stu procentach przekonana, że nic nie wskóram lub ktoś zachowa się wobec mnie wręcz agresywnie, w najlepszym wypadku defensywnie. Niedawno poprosiłam sąsiada, żeby jego goście zachowywali się ciszej, ponieważ obowiązuje cisza nocna. Odpowiedział, że jest u siebie i będzie robił, co mu się podoba. Następnym razem po prostu zadzwoniłam na policję.
Szanowanie drugiego człowieka wiąże się zawsze z ryzykiem, że nie zostaniemy w ten sam sposób potraktowani. Ponieważ dzisiaj rzadko się szanujemy i często w relacjach z ludźmi „nacinamy się", to mamy coraz więcej negatywnych myśli o innych. A jak pokazują badania społeczne, im więcej negatywnych myśli, tym większe ryzyko, że sami zachowamy się wobec kogoś agresywnie lub defensywnie. Robi się błędne koło: przez to, że ludzie nam nie okazują szacunku, my przestajemy szacunek okazywać. I żyjemy w świecie, w którym jesteśmy nieszczęśliwi.
Zanim odpowiemy sobie na pytanie, dlaczego tak się stało, chciałabym jeszcze wrócić na chwilę do tego, w czym się przejawia i jak ważny jest szacunek.
Słucham.
Fantastyczne rzeczy na ten temat powiedział Erich Fromm. Jego charakterystyka miłości produktywnej jest bardzo powiązana z tym, czym jest szacunek dla drugiego człowieka.
Pisał, że powinniśmy kierować się w relacji z drugim człowiekiem czterema elementami: troską, która przejawia się w staraniach o drugą osobę, by była szczęśliwa; wiedzą, która pozwala nam poznać ją i zrozumieć; odpowiedzialnością – ta ma kilka znaczeń. Po pierwsze, odpowiadamy za to, co komuś mówimy i obiecujemy. Jeśli deklaruję, że coś zrobię, to dotrzymuję słowa. Po drugie, zachowujemy się stabilnie i przewidywalnie, nie zmieniamy co chwila zdania. Najtrudniejszy jest ostatni rodzaj odpowiedzialności – odpowiadamy za to, jak dana osoba czuje się z nami w relacji. To ważne, abym kogoś nie przytłaczała sobą, pozwalała innym się rozwijać, dopuszczała do głosu, nie deprecjonowała. W praktyce sprowadza się to do nietraktowania ludzi przedmiotowo, nieoczekiwania, że będą wyłącznie spełniali moje oczekiwania i dopasowywali się do mnie.
Gdy w tych filarach dobrej relacji zabraknie szacunku, nabierają one innego znaczenia: zamiast troszczyć się o drugą osobę, kontroluję ją, zawłaszczam, zamiast zdobywać o niej wiedzę, inwigiluję ją, przesłuchuję. Zamiast czuć za nią odpowiedzialność, dominuję nad nią, próbuję ją sobie podporządkować.
Czy to dotyczy wyłącznie relacji bliskich? Romantycznych?
Nie tylko.
Niejedna osoba ma w pracy szefa, który nie szanuje swoich pracowników – dziś ma taki humor, jutro inny, najważniejsze jest to, czego on chce, a nie to, czego chcą ludzie, z którymi pracuje. Buduje szacunek na strachu. A jak powiedział Albert Camus, nie ma nic bardziej godnego pogardy niż szacunek oparty na strachu.
Wspomniała pani, że czekając zbyt długo na odpowiedź, czuje się pani niepewnie albo ignorowana, zapomniana. To jest właśnie to!
Szacunek i miłość do ludzi nie powinny ograniczać się wyłącznie do bliskich – rodziny, partnerów.
Ta osoba może sobie nie zdawać sprawy z tego, że ja się tak czuję, że czekam.
Jeżeli ma takie podejście, to znaczy, że nie rozumie, czym jest szacunek do drugiego człowieka. Bo szacunek – oprócz tego, że przejawia się w określonym zachowaniu – jest refleksją nad tym, jak moje działania wpływają na innych ludzi. Jeśli się nad tym nie zastanawiam, to oznacza, że nie szanuję innych.
Pamiętam, co powiedział kiedyś taki czarujący francuski dyplomata: jeśli moja partnerka powiedziałaby mi, że chce ode mnie odejść, to zamiast robić jej awanturę, złościć się, starałbym się zachowywać wobec niej jak najlepiej, tak aby rozważyła pozostanie ze mną.
To rzeczywiście niepopularna reakcja. Raczej wyobrażałabym sobie, że najpierw pojawi się złość, poczucie bycia zranionym, odtrąconym, zdradzonym.
Czyli skupienie na sobie, brak refleksji nad tym, co właściwie mogło spowodować to, że nasza partnerka czy partner podjęli taką decyzję lub mają do nas taki, a nie inny stosunek.
Co się stało, że przestaliśmy się szanować? A może zawsze tak było?
Kiedyś wychowywano dzieci w poczuciu szacunku do drugiego człowieka. Bo ten szacunek był ważnym elementem budowania relacji między ludźmi, którzy byli bardziej zależni od siebie. Gdy nadeszła era konsumpcjonizmu – przeniesienia wartości z „być" na „mieć", z zależności na niezależność i stawianie akcentu na gloryfikowanie sukcesu, który stał się głównym celem w życiu – przestaliśmy dbać o dobre relacje z ludźmi. Bo przestało się to opłacać. Drugi człowiek stał się środkiem do celu, do wzbogacania się, a chciwość – jedną z cech, która może zapewnić sukces. Chcemy mieć coraz więcej i przede wszystkim chcemy mieć wyższą pozycję od innych, bo jeżeli ją zdobędziemy, to inni będą nas cenić i nie będziemy musieli się liczyć z tymi, którzy są na pozycji niższej.
Skupienie na posiadaniu sprawiło, że zaczęliśmy żyć w nieprawdopodobnym pędzie – bo żeby osiągnąć sukces, musimy poświęcić temu czas, w dodatku narracja jest taka, że aby go osiągnąć, trzeba pokonać innych, wybić się, czymś wyróżnić, być lepszym. Jeśli poświęcamy czas na zdobywanie pozycji i bogacenie się, to automatycznie nie poświęcamy go dla drugiego człowieka oraz na to, by poddać nasze życie i to, co robimy, do czego zmierzamy, głębszej refleksji.
Nieco mnie dziwi, gdy słyszę od kogoś, że jest zmęczony, bo dużo pracuje, a jednocześnie stale gdzieś wyjeżdża, wchodzi w kolejne projekty... Niby jest z tego powodu niezadowolony, a z drugiej strony wyczuwam dumę.
Bycie w pędzie stało się wyznacznikiem sukcesu. Kto miewa wolny czas, nie goni od zadania do zadania, nie biega z jogi na pilates, z Turcji na Cypr, nie przeskakuje z jednego projektu w drugi, ten nie jest postrzegany jako godzien podziwu. Im więcej i szybciej, tym lepiej.
Odchodzimy od czytania skomplikowanej literatury pięknej, która wymagała od nas i czasu, i refleksji, wybieramy krótkie treści, rolki internetowe, które do żadnej refleksji nie pobudzają, a ich głównym celem jest zapewnienie nam natychmiastowego zastrzyku dopaminy.
A może jest tak, że przestaliśmy dbać o nasze podstawowe potrzeby, stąd brak czasu dla ludzi i tym samym brak szacunku?
Ale czym są te podstawowe potrzeby? To pojęcie względne. Gdyby się nad tym zastanowić, to mogłoby się okazać, że nigdy nie zostaną one zaspokojone, bo ciągle dążymy do tego, żeby mieć więcej, nasze oczekiwania stale rosną. Jedną potrzebę zaspokoimy, pojawi się kolejna. Sąsiad ma porsche, ja też chcę mieć porsche, bo co, jestem gorszy od niego? Nie, wręcz przeciwnie, jestem lepszy, więc dlaczego nie mam takiego auta? To idiotyczne, ale niestety tak jest.
Kolejna sprawa – indywidualizm. Nie uczy się nas skupienia na potrzebach drugiego, ale na potrzebach własnych. "Inwestuj w siebie", "poznaj siebie", "szukaj siły w sobie", "jesteś najważniejszy", "twoje problemy są najważniejsze, problemy innych to nie twój problem".
Ale przecież króluje trend mindfulness, czyli poświęcanie czasu właśnie nauce uważności, stawianie akcentu na samorozwój, rozwój wewnętrzny, duchowy?
Tylko jaki jest cel tych wewnętrznych poszukiwań? Żeby jeszcze bardziej skupić się na sobie, na indywidualnym rozwoju, na słuchaniu samego siebie. W efekcie jeszcze bardziej odcinamy się od ludzi. Klucz w tym, aby cieszyć się obecnością innych, pragnąć tej obecności, dostrzegać, jak wiele ona wnosi do naszego życia, jak nas rozwija. A nam wciąż trochę chodzi o to, żeby osiągnąć taki poziom życia, aby móc się uniezależnić, czuć się dobrze z samym sobą i mieć tzw. święty spokój. W tym momencie drugi człowiek raczej nas wkurza, jest źródłem frustracji. Tylko problem w tym, że to nie daje poczucia szczęścia. Badania pokazują, że samotność staje się plagą XXI wieku.
Co jeszcze mogło wpłynąć na to, że przestaliśmy się szanować?
Na pewno dość ważnym czynnikiem jest rozwój technologii, Internetu, a wraz z nimi zanik bezpośrednich kontaktów między ludźmi. Nie spotykam kogoś twarzą w twarz, więc o wiele łatwiej jest mi go obrazić. Nie muszę się konfrontować z drugim człowiekiem, więc łatwiej mi go zignorować. Media społecznościowe tylko podkręcają rywalizację, porównywanie się do innych.
Zachłysnęliśmy się nowoczesną technologią, która wiele nam w życiu ułatwia, ale nie potrafimy sobie radzić z jej konsekwencjami. Moim zdaniem jeszcze do niej nie dorośliśmy.
Mam wrażenie, że przyzwyczailiśmy się do tego, że ludzie się nawzajem obrażają, ignorują, że jak święto traktują, gdy ktoś ich wysłucha, poświęci czas, spróbuje zrozumieć. A gdy się to nie dzieje, tłumaczymy sobie: ma tyle na głowie, taki już jest.
"Bo chłopcy tacy są, że biją, a dziewczynki płaczą". Godzimy się na zastaną sytuację i wydaje nam się, że jesteśmy wyrozumiali. Nie jesteśmy. Jesteśmy obojętni. Godzenie się z czymś zastanym jest formą wygodnictwa, do niczego nie prowadzi. Myślenie, podważanie status quo męczy. To, że nie jest nam wszystko jedno, męczy, bo wymaga jakiejś reakcji, działania, może rezygnacji z wygód. Zatrzymać się przy cierpiącym człowieku? No nie, nie teraz. Powstrzymać chamskie zachowanie w sklepie? Tylko mogą być tego konsekwencje – mogę zostać obrażony, zaatakowany.
Ponarzekałyśmy na ludzkość, a co możemy zrobić, żeby zacząć się bardziej szanować?
Po pierwsze, cały czas powinniśmy rozwijać naszą wewnętrzną wolność.
Co to znaczy?
By mieć wolność wewnętrzną, trzeba myśleć twórczo i świadomie funkcjonować, a jak wiadomo, to jest raczej męczące. Dochodząc do wewnętrznej wolności, uczymy się zmierzać ku czemuś, ale też odchodzić od czegoś. W każdych warunkach mieć przekonanie, że możemy dokonywać wyboru, mieć własne zdanie na dany temat.
Wolność wewnętrzna to coś, czego nie można człowiekowi odebrać. Jeżeli mamy własne kryteria wyboru, nie będziemy się przejmować, że sąsiad ma porsche, a ja nie.
Co jeszcze?
Bardzo trudno jest zmienić to, co już zostało wykształcone, o wiele łatwiej kształtować nowego człowieka. Dlatego tak ważna jest edukacja. Niestety, nie ma poważnej dyskusji o tym, jaką rolę ma odgrywać system edukacji.
Sporo się o niej mówi.
Ale w jakim kontekście?
Listy lektur, zarobków...
No właśnie. A co to ma do edukacji człowieka, jego rozwoju wewnętrznego, rozumienia zjawisk psychologicznych? Dzieci nie uczą się w szkole o emocjach, nie rozumieją, skąd biorą się ich zachowania. Psychologia jako nauka bardzo się rozwinęła w ostatnich latach. Wiele dowiedzieliśmy się na temat tego, jak funkcjonuje nasza psychika, co sprawia, że czujemy się szczęśliwi, co wzmacnia naszą samoocenę i sprawczość, a co ją osłabia, jak budować dobre relacje z innymi. Ta wiedza nie jest w ogóle wykorzystywana w procesie edukacji.
Psychologia jako przedmiot obowiązkowy w szkołach?
Dlaczego nie? Ale chodzi przede wszystkim o to, na co stawiać w szkole akcent – czy na rywalizację, zdobywanie wiedzy, naukę posłuszeństwa, osiąganie coraz to lepszych wyników, czy na budowanie umiejętności interpersonalnych, komunikowania się, na naukę partnerstwa, współpracy, krytycznego myślenia, tego, czym są emocje, jak je wyrażać, jak sobie z nimi radzić. Trzeba postawić pytanie: czy chcemy prymusów, czy ludzi kreatywnych, kompetentnych, a równocześnie ciepłych i życzliwych.
W jakim kierunku zmierzamy?
Wierzę, że zaczniemy dostrzegać np. wartość czasu, przestaniemy myśleć, że najważniejsze jest posiadanie. To już się dzieje. Najmłodsze pokolenia widzą, jakie błędy popełnili ich rodzice, i nie chcą popełnić tych samych. Każde pokolenie żyje trochę inaczej, ma inne cele, przyświecają mu inne wartości.
Liczę też, że ludzie zaczną wkładać większy wysiłek w to, żeby np. ratować planetę, niż w to, żeby się bogacić. Będą w stanie zrezygnować z jakichś wygód w imię wyższego celu.
Według najnowszych badań "People’s Climate Vote" 80 proc. respondentów zadeklarowało, że chce, by ich rządy podjęły zdecydowane działania na rzecz walki z kryzysem klimatycznym. W badaniu uczestniczyło ponad 73 tys. osób z 77 krajów. 86 proc. respondentów jest zdania, że ich kraje powinny odłożyć na bok różnice polityczne i współpracować w tej sprawie.
Miejmy nadzieję , że to pragnienie się ziści, ale musimy pogodzić się z wyjściem ze strefy komfortu. Wspierajmy się nawzajem w tych działaniach z należytym szacunkiem.
Katarzyna Anna Popiołek. Psycholog, dr hab. nauk humanistycznych, profesor nadzwyczajny Wydziału Zamiejscowego w Katowicach SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego z siedzibą w Warszawie, Wydziału Psychologii Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia.

