Wreszcie wakacje. Jak się zachować, żeby nie psuć odpoczynku? Kilka lat temu pisaliśmy o właścicielach restauracji, którzy zdegustowani tym, w jakim stanie pozostawiła po sobie stolik rodzina z dziećmi, wprowadzili zakaz wstępu do lokalu dla dzieci poniżej szóstego roku życia. Temat powraca. Wyjeżdżamy, plażujemy, częściej chodzimy całą rodziną do restauracji. Od razu pojawiły się oburzone głosy, że to dyskryminacja rodzin z pociechami.
Kiedy pojawiają się takie reakcje, zawsze zastanawiam się nad jednym: co tu nie zdało egzaminu? Gzie coś nie zadziałało? Podobnie jest w przypadku tej restauracji. Być może rodzice za bardzo sobie odpuścili wychowanie swoich dzieci, kontrolę nad tym, jak się zachowują. Wszyscy wiemy, że małe dzieci – co jest naturalne – są często hałaśliwe, energiczne, biegają, krzyczą. Tu trzeba więc zadać sobie pytanie, czy restauracja to właściwe dla nich miejsce.
Powinno czy nie powinno do takich scen w restauracji dochodzić?
Absolutnie nie. Sam chętnie chodzę tam, gdzie mam pewność, że nie spotkają mnie podobne sytuacje. Wieczorem w restauracji oczekuję czego innego niż w stołówce. Niedawno poszedłem do bardzo eleganckiej restauracji w Krakowie, była niedziela, godzina 18, czyli pora raczej na spotkania towarzyskie czy randki. Usiadłem, zamówiłem. Dwa stoliki dalej siedziała młoda rodzina z małym dzieckiem w krzesełku. Chyba nie muszę opowiadać, jak to dziecko się zachowywało…
Chyba się domyślam. Na szczęście nie jest to reguła, bo zdarza się, że kilkumiesięczne dziecko w krzesełku do karmienia nikomu nie przeszkadza, kilkuletnim rodzice dają np. malowanki czy klocki. Z kolei moja przyjaciółka, mama energicznych bliźniaków, idąc na randkę z mężem, zawsze zostawia dzieci z babcią. Także dlatego, żeby nie popsuły wieczoru innym.
U podstaw tego myślenia leży nie tylko dobre wychowanie, ale i empatia wobec innych. Mam wrażenie, że my, Polacy, mamy przypadłość od miotania się z jednej skrajności w drugą. Po latach życia w PRL-u dołączyliśmy do zglobalizowanego wielkiego świata i z bycia częścią wielkiej masy nagle staliśmy się wyzwolonymi indywidualistami, którzy hołdują zasadzie „zawsze bądź sobą i myśl tylko o sobie". Jestem ogromnym zwolennikiem myślenia o społeczeństwie jako o wspólnocie. A ceną bycia jej częścią jest rezygnacja z jakiegoś fragmentu swojej autonomii czy indywidualizmu. Pewnych rzeczy, kiedy przebywa się wśród innych, po prostu robić nie można, ponieważ narusza to zasady, które są elementem naszej niepisanej umowy i które sprawiają, że jeszcze potrafimy ze sobą dobrze funkcjonować, że nie chcemy się pozabijać. Proszę zwrócić uwagę, że ten odrzucany tak często system miękkich zasad, np. kultury osobistej, z czasem zastępują właśnie przepisy, regulaminy, zakazy, które precyzują, co wolno, a co nie.
I znowu ktoś powie, że się go ogranicza.
Mówię to po to, żebyśmy popatrzyli na zasady dobrego wychowania nie jak na coś, co nas do czegoś zmusza i co nas ciemięży, lecz jak na coś, co w miękki sposób pozwala nam się organizować. Arthur Schopenhauer powiedział, że dobre wychowanie jest jak dmuchana poduszka. Niby pusta w środku, ale jednak łagodzi ciosy zadawane przez życie.
Ci, którzy myślą tylko o sobie, ani nie budują, ani nie pozwalają budować wspólnoty. Zbytni indywidualizm, egoizm prowadzi do tego, że się od siebie oddalamy i tracimy nić porozumienia, tracimy ze sobą kontakt. A wiemy przecież, co dzieje się z ludźmi, którzy żyją samotnie.
Liczne badania dowodzą, że często żyją gorzej i krócej. Dla mnie problemem jest też to, że ludzie dobrze wychowani oczekują wzajemności. Gdy jej nie dostają, są boleśnie rozczarowani.
Ja bym w tym nie dostrzegał problemu, wręcz przeciwnie — logikę. Trudno się dziwić. Ktoś wyciąga do kogoś rękę, ale zamiast życzliwego ucisku czuje, jak mu ktoś tę rękę kąsa. Jasne, nie ma co liczyć, że wszyscy i wszędzie będą zachowywać się w porządku. Ale kiedy ktoś odwzajemnia nasze dobre wychowanie, to zyskujemy ważną informację, że mamy do czynienia z osobą lub osobami, z którymi warto spędzać czas i wśród których warto być.
Celne! Jednak na plaży, w pociągu czy w autobusie nie można sobie wybrać towarzystwa.
Tak jest. W wielu miejscach publicznych jesteśmy skazani na innych.
Wróćmy jeszcze na chwilę do dzieci biegających po restauracji. Po pierwsze, mogą przeszkadzać tym, którzy chcieliby miło spędzić czas. Po drugie – na co zwróciła mi uwagę znajoma, która ma dziecko – wywołują u niej dodatkowe napięcie. Włącza jej się syndrom pilnowania i nie może się wyłączyć, bo się zastanawia, czy kelner nie obleje tych dzieci gorącą zupą.
A to jest akurat bardzo uzasadnione. Jeśli dziecko wbiegnie pod nogi kelnerowi, który niesie gorącą zupę — tragedia gotowa. Do kogo rodzic wtedy będzie miał pretensje?
Jak to do kogo? Do kelnera!
Wielu rodziców mówi tak: chodzę z dziećmi do restauracji, bo chcę je nauczyć, jak należy się tam zachowywać. Zapytałbym tak: czy jak ktoś zaczyna naukę języka obcego, to — nie mając żadnych, ale to żadnych podstaw — jedzie od razu do kraju tego języka i zatrudnia się w firmie na jakimś wyspecjalizowanym stanowisku? Strategia zanurzenia się w języku jest świetna, ale wymaga jakiegoś punktu zaczepienia, jakichś podstaw, jakiegoś programu. Podobnie z uczeniem dzieci zachowania w restauracji. Dobry pomysł, ale niech restauracja będzie miejscem na ostatnie szlify, a nie na wykuwanie podstaw.
Bieganie to dla mnie pół biedy, do szału doprowadzają mnie rodzice, którzy podczas jedzenia w restauracji podsuwają dziecku pod nos telefon albo tablet z niosącą się na kilka metrów bajeczką.
W takiej sytuacji możemy poprosić kelnera, żeby zwrócił takim rodzicom uwagę, że dzieci zbyt hałasują. W ogóle lepiej samemu nie strofować bezpośrednio dzieci, bo narażamy się na atak rodzica, których powie: A co mi pan/pani będzie wychowywać dzieci! Gdy nie ma personelu lokalu, najlepiej zwrócić się bezpośrednio do rodzica, do opiekuna dziecka.
I co mu powiedzieć?
Po pierwsze, zacząć od kurtuazyjnego słowa "przepraszam". Po drugie, opisać sytuację: "Z urządzeń, z których korzystają państwa dzieci, wydobywa się bardzo głośny dźwięk", "Państwa dzieci biegają po restauracji i co chwila trącają mój stół". Po trzecie, poprosić o zmianę zachowania: "Czy mogą państwo wyłączyć dźwięk?", "Czy mogą państwo zapanować nad zachowaniem dzieci?".
A jeśli ani kelner, ani rodzice nie reagują na nasze prośby?
Cóż, dobre wychowanie jest jak parasol, który ochroni nas przed deszczem, ale wichura go zerwie. Gdy po drugiej stronie mamy do czynienia z kimś nastawionym na konfrontację, nieprzejmującym się swoim zachowaniem, możemy albo zacząć się kłócić — ale wtedy już po miłym wieczorze — albo zapytać kelnera, czy jest szansa na zmianę stolika lub — w najgorszym wypadku — zrezygnować z pobytu w tym konkretnym lokalu.
Czyli ochronić siebie, ale z poczuciem klęski. Mam zrezygnować z ulubionego miejsca, bo ktoś inny nie potrafił się zachować w restauracji?
Mamy możliwość wyboru. To jest bezcenne. Owszem, nie mogliśmy zostać w miejscu, w którym chcieliśmy być, ale mogliśmy wybrać inne. Czy ponieśliśmy klęskę? Nie jesteśmy odpowiedzialni za to, jak wychowane są cudze dzieci, albo raczej jak wychowani są ich rodzice… Zrobiliśmy to, co było w mocy człowieka kulturalnego i dobrze wychowanego. Jednocześnie w obliczu czyjejś agresywnej i konfrontacyjnej postawy postanowiliśmy nie tracić zdrowia i resztek dobrego nastroju.
Myślę sobie też, że być może w debacie publicznej musi pojawić się na tyle dużo rozmów i wypowiedzi o przypadkach złego wychowania, żeby w końcu zrodził się w nas jakiś zbiorowy sprzeciw wobec takich zachowań, żebyśmy przestali się na to publicznie zgadzać, zamiast za każdym razem szukać jakiegoś usprawiedliwienia. Jeśli pani czytelnicy będą o tym mówić i czytać, tak jak w przypadku tej rozmowy, to może zasieje się w naszych głowach dobre ziarno. Na nowo uznamy, że dobre wychowanie to jednak nie żaden przymus, ciemiężenie, źródło traumy, tylko coś pożytecznego i społecznie ważnego. I finał finałów będą musieli się z tym skonfrontować ci rodzice, którzy do tej pory myśleli "ja i moje dziecko jesteśmy najważniejsi, możemy robić, co chcemy, i nie musimy liczyć się z innymi, z ich opinią".
Idealista z pana!
Jeśli nie interesuje nas to, co inni o nas pomyślą w związku z interakcjami, w które z nimi wchodzimy, to nie da się zbudować relacji. Myślę, że trzydziesto- i starsi -latkowie doskonale pamiętają z dzieciństwa pytanie rodziców: Co inni o tobie powiedzą? Ileż razy w różnych rozmowach, często publicznych, odrzucaliśmy to, twierdząc, że to nieistotne i nieważne, wręcz jakoś dla nas groźne. Dokąd nas to doprowadziło? Nożem można ukroić chleb, ale można też kogoś dźgnąć. Tak samo jest z naszą wolnością i indywidualizmem. Można go pięknie wyrażać, ale równie dobrze można z niego zrobić narzędzie, którym będziemy uprzykrzać sobie nawzajem życie.
Rozumiem savoir-vivre czy etykietę jako pewną strategię, jako sposób na wyznaczenie sobie pewnego pola gry w życiu społecznym, w relacjach z innymi. Uważam też, że dobre wychowanie to pewien rodzaj miękkiej dyscypliny, która jest potrzebna, żeby dobrze i efektywnie funkcjonować w społeczeństwie.
Ładne.
Jakiś czas temu czytałem książkę państwa Łozińskich o polskiej arystokracji [Maja Łozińska, Jan Łoziński, „Życie codzienne arystokracji "– przyp. red.]. Okazuje się, że małe dziecko z arystokratycznej rodziny przed snem musiało się rozebrać, poskładać ubrania i położyć je koło łóżka. Pomimo że była służba. Na tym polegała nauka zasad i pewnej dyscypliny. Wśród arystokracji. W grupie, która — mogłoby się wydawać — nic nie musiała. Dyscyplina jest nam potrzebna na wszelakich poziomach naszego życia, chociażby po to, żebyśmy mogli dbać o swoje zdrowie, żeby nie powaliła nas najmniejsza życiowa porażka, żeby nasze firmy i inne organizacje mogły jakoś funkcjonować. Umiejętność ustępowania pierwszeństwa, dostosowania stroju do okazji, odpowiedniego zachowania przy stole, dbania o pewne formy w komunikacji z innymi to właśnie taki rodzaj miękkiej dyscypliny.
Wracając do naszych czasów – jak rodzice mogą skutecznie tłumaczyć dzieciom, żeby nie oglądały głośno bajek w restauracji, skoro sami często rozmawiają przez głośnomówiący, łączą się z kimś przez kamerkę czy puszczają sobie wzajemnie muzykę?
Wyznaczyliśmy sobie w naszej rozmowie kierunek od rodzica do dziecka. To dziecko naśladuje rodzica, a nie odwrotnie. Rodzice przede wszystkim mogą dawać dobry przykład. Kiedy odpalamy bez słuchawek jakąś muzykę w restauracji albo rozmawiamy z kimś przez głośnomówiący, dobrze, abyśmy pamiętali, że oprócz nas słuchają tego jeszcze inni. A nie chcą! Dołożyłbym jeszcze do tego spotkania online, które czasem odbywają się w restauracji. Kiedyś wrzuciłem o tym filmik na swoje media społecznościowe i ktoś skomentował, że przecież przy stole też rozmawiamy. Tak, ale inna jest jakość głosu w zwykłej rozmowie, kiedy nim odpowiednio modulujemy, a inna z głośnika telefonu. W takiej sytuacji pomogłyby zwykłe słuchawki.
Proszę poradzić: co robić?
Wróciłbym do tych trzech kroków, o których już mówiłem: zacząć od kurtuazyjnego słowa "przepraszam", opisać sytuację, poprosić o zmianę zachowania, a więc: Przepraszam, ten dźwięk jest bardzo głośny i nie pozwala mi się skupić. Czy mogłabym prosić, żeby użył pan słuchawek?
Zwłaszcza gdy jest to strefa ciszy w pociągu…
Wiele razy widziałem, że czasem pasażerowie bronią tej strefy jak ojczyzny w czasie wojny. Bardzo nie chcą, żeby odebrano im jeden z ostatnich skrawków ciszy… Jeśli ktoś tego nie przestrzega, o pomoc można poprosić konduktora. Ostatecznie jakąś ucieczką od niesfornych współpasażerów może być pójście do Warsu, napicie się kawy i oderwanie się od nieprzyjemnych hałasów.
Hałasy hałasami, ale niedawno w bardzo eleganckiej restauracji w Warszawie para, która siedziała niedaleko mnie, najpierw puszczała sobie muzykę z telefonów, a potem zaczęła palić papierosy elektroniczne.
A co na to gospodarze tego miejsca, czyli kelnerzy? Jeśli nie pomaga wymowny kontakt wzrokowy, to wydaje mi się, że jedynym wyjściem jest poproszenie ich o pomoc.
A palenie w ogródku restauracji, podczas gdy inni obok jedzą?
Ci, którzy nie lubią dymu papierosów, nie są z tego zadowoleni. Palący z odrobiną empatii mogą spojrzeć, w którą stronę wieje, i usiąść tak, żeby dym nie leciał innym do jedzenia, np. na brzegu takiego ogródka. Jeśli mimo wszystko dym leci w naszą stronę, ale palenie w takim miejscu jest dozwolone, możemy poprosić kelnera, żeby wskazał nam inny stolik. To jest taka sytuacja, w której jednak musimy się z innymi spotkać gdzieś pośrodku.
Komfortowe na pewno nie jest w wakacje oglądanie golasów na ulicy czy w restauracji. Ostatnio w jednej z nich zauważyłam kartkę: "Osób nieubranych nie obsługujemy". A mimo to stojący przede mną mężczyzna bez koszulki bez kłopotu złożył zamówienie, zapłacił i odebrał swoje danie.
Cóż, to już pytanie do właścicieli lokali, czy zależy im na klientach, którzy nie chcą siadać na upoconym przez golasa krześle… Albo do strażników miejskich, którzy powinni interweniować, jeśli golasy spacerują po mieście.
Przestrzeń publiczna, czyli rynek miasta, ulica, autobus, ogródek piwny czy restauracja, to nie miejsca na chodzenie bez koszulki. Nie tylko ze względów estetycznych, ale także higienicznych. Wszystkim nam doskwiera latem wysoka temperatura, ale są granice, których przekraczać nie należy. Powiem więcej, zachęcam, żeby — jeśli idziemy latem do biura, muzeum, kościoła czy załatwić jakąś sprawę do urzędu — założyć długie spodnie i koszulę, której długie rękawy można przecież podwinąć. Sam tej zasady się trzymam.
Oj, to już jest wyższa szkoła jazdy!
Zasady savoir-vivre’u są po to, żeby ułatwiać nam życie. Wszyscy jedziemy na wakacje, żeby odpocząć. Róbmy wszystko, żeby nie wrócić z nich jeszcze bardziej zmęczonymi i sfrustrowanymi. Dajmy sobie szansę wrócić z wakacji z poczuciem, że ludzie wokół nas są fajni, że to nie potwory, z którymi nie chcemy mieć nic wspólnego.
Wojciech S. Wocław. Konferansjer, publicysta, popularyzator i trener etykiety w biznesie oraz wystąpień publicznych, przedsiębiorca. Autor książek pt. "Savoir-vivre, czyli jak ułatwić sobie życie" oraz "Etykieta w biznesie, czyli jak ułatwić sobie życie w pracy" i filmowych poradników, które można oglądać na kanale Wojciech S. Wocław w serwisie YouTube. Na TikToku śledzi go ponad 340 tys. osób. Prowadzi szkolenia z savoir-vivre’u, etykiety w biznesie, dress code’u i wystąpień publicznych. Jako konferansjer wystąpił do tej pory w 10 krajach na czterech kontynentach.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni. Prowadzi talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family.


