Casey rozpoczął swoją wyprawę na Marajó, największą wyspę rzeczna w ujściu Amazonki, w grudniu 2015 r. Przez kolejne sześć i pół roku wędrował wzdłuż największej rzeki świata aż do jej źródeł, a podróż zakończył na wybrzeżu Pacyfiku. Tym samym jako pierwszy w historii, używając jedynie sił własnego ciała, pokonał Amerykę Południową ze wschodu na zachód, zaliczając w trakcie trawersu całą Amazonkę. Do Polski przyjechał na zaproszenie festiwalu podróżniczego Kolosy, gdzie odebrał nagrodę specjalną (Colossus Award), oraz Piotra Chmielińskiego, pierwszego człowieka, który przepłynął tę rzekę kajakiem i dziś pomaga podróżnikom, których losy się z nią przecinają.
Jak się podejmuje taką decyzję? Jak postanowić, że w wieku 40 lat porzuca się stare życie i rusza w kilkuletnią podróż wzdłuż Amazonki? Co przeważyło? Może jakieś wydarzenie?
Oczywiście mógłbym odpowiedzieć, że to proces i byłoby to najbliższe prawdy.
To inaczej, od czego zaczął się ten proces? Może od książek?
Nigdy dużo nie czytałem, nie miałem na to czasu, szybko zacząłem pracować. Urodziłem się w dość parszywej części Anglii, nie miałem szans na porządną edukację.
To może o dalekich podróżach opowiadali ci znajomi?
Nic takiego.
Festiwale podróżnicze?
O ich istnieniu dowiedziałem się na krótko przed wyjazdem do Ameryki Południowej.
Może ci się ta Amazonka przyśniła?
Też nie.
(Chwila ciszy).
Wiem, opowieść matki! Zbierała gazety i czytała nam niektóre artykuły do snu.
O czym był ten konkretny?
O katastrofie samolotu. Leciał nad Amazonią z Limy do Pucallpy w Wigilię 1971 r. Na pokładzie było prawie 100 osób. Uderzył w niego piorun, maszyna pękła w pół i spadła z wysokości trzech kilometrów niedaleko rzeki Ukajali.
Zginęli wszyscy, poza 17-letnią dziewczyną Juliane Koepcke. Obudziła się wciąż przypięta do fotela, który jakimś cudem wyleciał z samolotu i wbił się w błoto.
W jakim stanie była?
Miała złamany obojczyk, głębokie rozcięcia skóry, wstrząs mózgu.
Na pokładzie była jej matka, znana ornitolożka. Ojciec Juliane również był przyrodnikiem. Mieszkała z nimi przez jakiś czas w dżungli, gdzie prowadzili mały rezerwat. Zapamiętała ich nauki, wiedziała, jak poradzić sobie w lesie, i że w razie niebezpieczeństwa musi trzymać się rzeki. Miała na nodze tylko jeden but, szła przez dziewięć dni, aż w końcu znalazła resztki obozowiska rybaków. Wkrótce ją znaleźli. Jedenastego dnia od wypadku trafiła do szpitala.
Matka opowiadała mi tę historię, oglądaliśmy też film dokumentalny o Juliane. Myślę, że to wtedy zapragnąłem zobaczyć kiedyś Amazonkę.
To był zalążek. A pamiętasz sam moment podjęcia decyzji?
Że to teraz albo nigdy, pomyślałem, sprzedając swoje mieszkanie. Pracowałem na nie ciężko latami po siedem dni w tygodniu, wylewając fundamenty pod domy. Kiedy mieszkanie zniknęło, nie miałem już wyjścia.
Ale dlaczego zdecydowałeś się to zrobić? Po co zmieniać życie i sprzedawać dom, na który się tak ciężko pracowało, żeby wyjechać do Amazonii?
Mieszkałem przy lotnisku, patrzyłem na samoloty, zawsze czułem ogromną chęć podróży, ale nie miałem na nie czasu. Przez 20 lat wyjechałem może tylko jeden, jedyny raz. Aż któregoś dnia przeczytałem w lokalnej gazecie artykuł o facecie, który na krótki czas dołączył nad Amazonką do Eda Stafforda.
Stafford to pierwszy człowiek, który przeszedł wzdłuż Amazonki na piechotę. Zajęło mu to trochę ponad dwa lata. Potem został gwiazdą telewizji.
Ed szedł od źródeł do ujścia. Ja postanowiłem zrobić to na odwrót.
Wracając do artykułu - kończyło go zaproszenie na spotkanie z tym facetem. Poszedłem, posłuchałem jego opowieści, wypiliśmy parę piw i pogadaliśmy. Wróciłem do domu zazdrosny i trochę skołowany. Nie miałem pojęcia, że takie wielkie przygody w ogóle jeszcze istnieją.
Potem przeczytałem, że partner Eda wycofał się z wyprawy. Wysłałem zapytanie, czy mógłbym na chwilę dołączyć do jego marszu.
W jaki sposób chciałeś go przekonać?
Nie miałem żadnego doświadczenia. Nie jestem żołnierzem, ani naukowcem, ale napisałem, że mogę dorzucić się do ekspedycji, jeśli tylko pozwoli mi potowarzyszyć sobie przez tydzień. Nawet poleciałem wtedy do Iquitos, ale z różnych powodów nic z tego nie wyszło.
Iquitos to największe miasto w dżungli.
Spędziłem tam wtedy tydzień i, Jezu, bardzo chciałem zostać dłużej. W kolejnych latach udało mi się wrócić nad Amazonkę. Zrobiłem dla Eda trochę zdjęć i przez kilka tygodni towarzyszyłem mu w podróży. Chyba wtedy zachorowałem na tę rzekę.
Wróciłem do domu w styczniu, pogoda w Anglii była koszmarna. Znów czułem zazdrość. Wtedy mój przyjaciel z pracy popełnił samobójstwo. Rosło we mnie napięcie.
Udało mi się wyjechać jeszcze raz, na ostatnie dni ekspedycji Eda i pomóc mu przy filmowaniu finiszu marszu. Pamiętam moment, w którym dotarł do plaży przy ujściu Amazonki do oceanu. Miałem dwie myśli. Pierwsza - co ten facet musi czuć po takiej podróży? I druga - dlaczego poszedł akurat w tym kierunku, z nurtem rzeki? Przecież można iść w przeciwnym.
Chyba właśnie dotarliśmy do odpowiedzi na pierwsze pytanie. Ta druga myśl to był ten decydujący moment!
Nie, wtedy kompletnie nie czułem się na siłach, żeby wyruszyć na taką wyprawę. Nawet przez myśl mi to nie przeszło (śmiech). Ale też nie wyparowało całkiem z głowy, idea towarzyszyła mi w późniejszych latach, kiedy zacząłem jeździć na spotkania z podróżnikami. W końcu wymyśliłem, że pójdę wzdłuż Nilu. Planowałem to przez rok, wykupiłem domenę walkingthenile.com i zacząłem myśleć o sprzedaży mieszkania. Szukałem sponsorów, chodziłem na eventy, gdzie mogłem ich spotkać. Na jednym z nich ktoś powiedział mi, że się spóźniłem, bo tam, przy tamtym stoliku, stoi facet, który właśnie wyrusza na pieszą wyprawę wzdłuż Nilu.
Levison Wood?
Tak.
Oficer brytyjskiej armii, służył m.in. w Afganistanie. Od wyprawy wzdłuż Nilu w 2015 roku napisał kilkanaście książek. Ed Stafford też zresztą był żołnierzem.
Obaj są teraz znani i bogaci. Mają sponsorów. Pogadałem z Levisonem i oddałem mu za darmo nazwę domeny. Skoro nie Nil, pomyślałem, to zostaje Amazonka. Sprzedałem mieszkanie i poleciałem do Brazylii.
Zaczekaj. Co z pożegnaniami?
Mama była ciężko chora. Wiedziałem, że nie zostało jej wiele czasu. Kiedy sprzedałem mieszanie, siostra zapytała, czy mógłbym się do niej wprowadzić i czuwać przy mamie nocami. Pracowałem więc do późna, potem próbowałem planować wyprawę i trochę odpocząć.
Mama dużo płakała, mało spaliśmy. Pożegnałem się z nią ze świadomością, że się już nie zobaczymy.
Co powiedziałeś przyjaciołom?
Nic. Wiedziałem, że będą mnie przekonywać, żebym nie jechał. Kilka dni po tym, jak wylądowałem w Brazylii, wysłałem im linka do mojej strony, gdzie opisałem początek wyprawy. Próbowałem wyobrazić sobie ich minę (śmiech).
Nieważne jak liczyć - sposób jest wiele - ale ujście Amazonki jest gigantyczne. Rzeka wlewa się do Oceanu Atlantyckiego licznymi odnogami na szerokości 330 km. Marsz zacząłeś na największej wyspie ujścia, na Marajó. Nie przytłoczył cię ten widok? Wyobrażam sobie, że droga od źródeł może być psychicznie łatwiejsza, bo człowiek przyzwyczaja się do marszu wraz z rosnącą rzeką. Tymczasem ty od razu zobaczyłeś Amazonkę w całej okazałości i potędze.
Przyznaję, przytłoczyło mnie to. Pierwszy wpis na blogu zatytułowałem "Inn in the deep end" (z ang. zajazd na samym dnie, na samym końcu). Zaprawdę, dno było głębokie, również w sensie metaforycznym.
Na co ja się porywałem? Nie miałem doświadczenia wojskowego czy sportowego, nie ukończyłem żadnego uniwersytetu, nie znałem się na geografii i przyrodzie.
W czym upatrywałeś swojej szansy?
Zawsze lubiłem się uczyć nowych rzeczy. Próbowałem też zachować zimną krew i nie myśleć zbytnio do przodu.
Przypomina mi to nieco opisy heroicznej ery odkrywania Antarktydy z początku XX wieku, gdy na wyprawy polarne kwalifikowali się ludzie przede wszystkim zdeterminowani. Umiejętności czy wykształcenie bywały drugorzędne. Wprawdzie często kończyło się to tragicznie...
Moja wyprawa udowadnia, że chęci i bycie gotowym to stawienia czoła trudnym momentom są być może ważniejsze niż lata doświadczenia. Nigdy nie planowałem, że ta podróż da mi sławę albo pieniądze. Po prostu chciałem to zrobić. Albo zginąć, próbując.
Pamiętasz swoje pierwsze błędy w dżungli?
Sponsorom się to nie spodoba (śmiech). Już podczas tego pierwszego wyjazdu z Edem kupiłem trochę drogiego sprzętu, ale szelki, paski i zamki zaczęły mnie obcierać. Z obtarć robią się rany, a w ranach pojawiają się zakażenia. Później długo szukałem odpowiedniego sprzętu, testowałem wiele produktów, aż w końcu znalazłem takie, które nie zostawiają obtarć. Szybko nauczyłem się, że trzeba sumiennie przygotowywać obozowisko. Codziennie po marszu zrobić pranie i dać rzeczom wyschnąć przez noc. Pilnowałem też, żeby robił to mój przewodnik. Czyste rzeczy sprawiają, że ciało jest mniej podatne na obtarcia. Brud i pot przyciągają insekty. Ważny jest też czynnik psychologiczny, w czystych rzeczach jest przyjemniej.
Ile powinien ważyć plecak w trakcie długiego marszu przez dżunglę?
Jak najmniej. Ciężki plecak do morderca.
Ile ważył na początku twojego marszu?
Ponad 30 kg. Potem udało mi się pakować tak, żeby waga nie przekraczała 20 kg, ale zdążały się odcinki, na które musiałem zabrać więcej jedzenia, bo nie było po drodze żadnych wiosek, i wtedy waga znów rosła do tych 30 kg. Musiałem się też nauczyć, żeby nie zabierać za dużo jedzenia, bo nie byłem go w stanie unieść.
Nie łowiłeś ryb? Nie polowałeś?
To niemożliwe, nie ma na to czasu.
Idąc z tym ciężkim plecakiem przypominałem sobie zdjęcia tych wszystkich bogatych odkrywców z ery wiktoriańskiej, którzy swoje rzeczy kazali nieść wynajętym przewodnikom, dzięki czemu stąpali nadzwyczaj lekko i mieli czas na spacer z aparatami fotograficznymi. Kojarzysz te fotografie panów w czystych, jasnych ubraniach?
Białe koszule, idealnie przystrzyżone wąsy, fajka?
W niczym ich nie przypominałem. Pot lał się ze mnie strumieniami, w dodatku myślałem wcześniej, że dżungla jest płaska. Tymczasem musiałem się ciągle wspinać i schodzić, góra, dół, góra, dół. Jakim cudem to przegapiłem? (śmiech).
Co pamiętasz z pierwszych tygodni marszu?
Ciało musiało przyzwyczaić się do gorąca i wysokiej wilgotności. Marsz zaczynałem praktycznie na równiku. Piłem litry wody, z czasem potrzebowałem jej coraz mniej, ale nigdy nie dorównywałem w tym mieszkańcom Amazonii, którzy piją niewiele. Przez pierwsze miesiące cierpiałem od ugryzień komarów i muszek. Po roku przestałem brać leki na malarię, bo zauważyłem, że jest lepiej, a insekty mnie chyba zaakceptowały. Poza tym te leki nie działały na mnie dobrze, bolał mnie żołądek, miałem kłopoty ze wzrokiem. Oczywiście bałem się, że zachoruję na malarię, ale tak się nie stało. Może miałem szczęście?
Co powiedział ci lekarz, kiedy zbadał cię po powrocie do Europy?
Nigdy się do niego nie wybrałem.
Ostatni raz byłem u lekarza dziewięć lat temu. Planowałem wprawdzie wizytę w londyńskim centrum chorób tropikalnych, ale nie stać mnie było na badania. Po powrocie nie miałem nawet na bilet z lotniska (śmiech).
Czuję się silny i zdrowy, sporo biegam. Chciałbym tylko kiedyś sprawdzić wątrobę.
Dużo piłeś?
Chodzi o larwy komarów, zarodźce, które pasożytują w ludzkiej wątrobie. Mogą tam spędzić nawet wiele lat. Kiedyś nie dało się ich wykryć, dopóki jej nie opuściły i nie przedostały się do krwioobiegu. Ale może teraz medycyna poszła do przodu?
Czego bałeś się pierwszych tygodniach marszu?
Że zabraknie mi wody i umrę z pragnienia.
Jakim cudem? Przecież szedłeś wzdłuż rzeki.
Nie do końca, w pewnym momencie zacząłem unikać jej brzegu.
Dlaczego?
Bałem się bandytów. W 2017 r. brytyjska kajakarka Emma Katly została przez nich zabita na Amazonce. Byłem akurat blisko tego miejsca, w niewielkiej indiańskiej osadzie. Panowała pora sucha i planowałem iść nad samym brzegiem rzeki, bo tak jest szybciej, ale kiedy dowiedziałem się o morderstwie Emmy, zmieniłem trasę i zagłębiłem się w las. Nie chciałem, żeby mnie ktoś wypatrzył z wody, a potem zakradł się w nocy do obozowiska.
Stałem się też bardzo ostrożny i nie umieszczałem swojej lokalizacji w sieci w obawie, że ktoś może wpaść na mój ślad i mnie obrabować.
Przez to, że unikałem brzegów, zdarzało się, że miałem ograniczony dostęp do wody. Czasami byłem bliski paniki, jak wtedy, gdy przez osiem godzin marszu przez górską dżunglę nie byłem w stanie znaleźć żadnego źródła. Musiałem sobie wtedy przypomnieć, że podejście w końcu się skończy, że gdzieś tam na dole musi być jakaś woda.
Jak blisko brzegów trzymałeś się więc w trakcie marszu?
Starałem się być blisko, ale na ogół było to niemożliwe, bo brzegi były po prostu zalane. Kilka razy udało mi się iść samym brzegiem, w trakcie pory suchej. Wtedy znacznie przyspieszałem, bo nie musiałem pokonywać nieskończonych małych dopływów.
Jak pokonywałeś te większe?
Nie używałem łodzi, pokonywałem je wpław. Przy wielkich rzekach zorganizowanie przeprawy zajmowało mi kilka dni. Pytałem miejscowych o najspokojniejsze miejsce, żeby nie wpłynąć w wir. Mój przewodnik wsiadał wtedy…
Kim był?
Miałem ich wielu, towarzyszyli mi czasem dłużej, czasem krócej. To nie są przewodnicy w literalnym znaczeniu tego słowa - na ogół znają tylko okolicę swojej wioski, a po 30 km nie wiedzą, gdzie się znajdują. Ale umieją przeżyć w lesie, porozmawiać z miejscowymi, zapewnić nam, przynajmniej na ogół, bezpieczeństwo.
Wracając do pływania - kiedy ja wskakiwałem do wody, przewodnik siadał na łodzi i kręcił wszystko telefonem albo kamerką, żebym miał dowód, że to zrobiłem. Czasami było jednak tak, że nie czekał na mnie, tylko płynął sobie na brzeg pogadać z rybakami. Gdyby coś się wtedy stało, byłoby po mnie. Wymyśliłem więc, jak go przekonać, żeby jednak nie odpływał za daleko. Powiedziałem: "jeśli w trakcie przeprawy zje mnie jakiś kajman albo jaguar, a ty to nagrasz, to później będziesz mógł sprzedać materiał za dobre pieniądze".
Były jakieś odcinki rzek, których nie dałeś rady przepłynąć?
Dwa, albo trzy. Miejscowi mówili, że w wodzie jest za dużo anakond. Jak policzyłem, pokonałem wpław ponad 99 proc. wszystkich przepraw rzecznych.
Nie pływałem żabką, bo musiałem mieć głowę na powierzchni, żeby obserwować rzekę i wypatrywać kajmanów.
Ale to nie one były największym zagrożeniem. Prawie utonąłem w rzece Javari niedaleko granicy Peru i Kolumbii, gdy złapały mnie skurcze tak mocne, że nie byłem w stanie ruszyć nogami. Szedłem na dno. Na szczęście łódź była w pobliżu i mogłem się jej złapać.
W jaki sposób spałeś?
W hamaku. Nie wyobrażam sobie innego rozwiązania. Można wprawdzie rozbić namiot i zabezpieczyć jakoś jego sąsiedztwo, ale to czasochłonne. Poza tym śpisz wtedy na ziemi.
Która w dżungli tętni od życia. Wiele zwierząt żeruje w nocy. Np. wielkie koty.
Pewnego razu rozbijając obozowisko, zobaczyliśmy na jednym z drzew ślady po pazurach. Przewodnik powiedział, że to ślady jaguara, który w ten sposób znaczy terytorium. Zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Hamaki rozwiesiliśmy w pewnej odległości od siebie, bo podobno głośno chrapię. Mój kompan śmiał się, że to może zwabić jaguara. W nocy obudziło mnie jakieś zwierzę. Prychało tuż pod moim hamakiem.
Serce waliło mi jak oszalałe, kiedy próbowałem sięgnąć po czołówkę. Zapaliłem ją i zobaczyłem błyszczące oczy, a zwierzę szybko skoczyło w las. Przewodnik powiedział, że to był jaguar.
Czytałem potem dużo o tych kotach i jestem prawie pewien, że nie atakują ludzi w hamakach, bo nie widzą ich karków. Nie wiedzą zatem, gdzie mają wbić zęby. Ciekawe, ile takich sytuacji miało miejsce, gdy spałem? Miałem też różne myśli, kiedy co wieczór szedłem się umyć. Byłem w tych momentach całkowicie bezbronny. Towarzyszyło mi dziwne uczucie, że ktoś mi się przygląda z gęstych zarośli. Innym razem prawie stratował mnie tapir…
To wyjątkowo płochliwe zwierzęta. Jak do tego doszło?
Wspinaliśmy się przez las. Moim przewodnikiem był mężczyzna z plemienia Ticuna. Lało jak diabli, szalała burza. Nagle wielki tapir zbiegł z góry prosto na nas. Minął mnie o centymetry.
Niektóre tapiry potrafią ważyć 350 kg…
Wbiłby mnie w ziemię i zostawił za sobą kupę połamanych kości.
Co z wężami?
Nie miałem przy sobie żadnego antidotum. Nie mogłem nic takiego dostać w Brazylii, poza tym jady są różne, nie ma uniwersalnej odtrutki, a antidotum musi być przechowywane w odpowiednich warunkach, na pewno nie przez wiele dni w zatęchłym plecaku (śmiech). Choć w szpitalu w Peru jeden z lekarzy chciał mi sprzedać antidotum w proszku, które podobno działa na jad dziesięciu różnych węży.
Wyruszając w tę podróż nie miałem złudzeń. Jeśli będę głęboko w dżungli i ugryzie mnie wąż, to raczej tego nie przeżyję. Żadna pomoc nie dotrze tam w ciągu kilka godzin, a po ośmiu czy dziesięciu będę trupem.
Starałem się więc patrzeć pod nogi i ciężko stąpać, wierząc, że węże rzeczywiście wyczuwają drgania terenu i schodzą wtedy z drogi.
Schodziły?
Nie zawsze
Opowiedz.
Prowadziłem, przewodnik szedł z tyłu, musiałem przejść bez wiszącą nad rzeką kłodę, a w połowie drogi przejść z na inną kłodę, gęsto porośniętą roślinnością.
Kiedy zrobiłem krok, z gęstwiny wyskoczył wąż. Zaatakował moją nogę, rozdarł mi nogawkę, ale nie ugryzł.
Innym razem, w trakcie pokonywania rzeki wpław wąż przepłynął mi przed nosem wąż koralowy, również bardzo jadowity. Innym razem tuż obok przepełznął fer-de-lance [żarakaka lancetowana - przyp red.]
Jeden z najbardziej jadowitych gatunków w Amazonii.
"Chłopie, miałeś szczęście!" - krzyknął wtedy mój przewodnik.
Twoja podróż miała trwać dwa lata, skończyło się na sześciu i pół. Zdarzały się chwile, gdy musiałeś ją przerywać tygodniami, czy jak w trakcie pandemii - miesiącami. Jak poradziłeś sobie z upływającym czasem?
"Czas biegnie za szybko, ja jestem daleko od celu, moje życie pędzi i mija" - miałem takie myśli. Żeby się ich pozbyć, musiałem w końcu pogodzić się z tym, że podróż zajmie tyle, ile zajmie. Kluczem do sukcesu był czas i cierpliwość, ciągle to sobie powtarzałem, czas i cierpliwość.
Brzmi banalnie.
Rozwinę. To całkiem prozaiczne, mówiłem sobie, jeśli będę się spieszył, to popełnię błąd i zginę, wtedy mój czas się ostatecznie skończy i stracę wszystko. Ale jeśli przeżyję, zostanie mi jeszcze trochę czasu. Wybór jest prosty. Poza tym czułem się odpowiedzialny za przewodników, którzy mi towarzyszyli. Jeśli będę za bardzo szarżował, to może się im coś stać, a mają przecież rodziny.
Czas w Amazonii płynie inaczej i trzeba było to zaakceptować. Bez pomocy mieszkających tam ludzi nigdy nie udałoby mi się ukończyć tej podróży.
Czasami było tak, że zatrzymywaliśmy się na dłużej w jakieś wiosce, bo przewodnik mówił np., że spodziewa się odwiedzin kuzyna, którego nie wiedział przez osiem lat. Innym razem nie udało się nam wyruszyć przed początkiem pory deszczowej. Woda szła do góry, nikt nie chciał ryzykować przeprawy w takich warunkach, więc znów musiałem czekać. Coś takiego spotkało mnie w okolicach Manaus. Czekałem pięć miesięcy.
Co robiłeś w trakcie przerw?
Uczyłem się codziennie dwudziestu nowych słówek. Pracowałem też na farmach, żeby zarobić na dalszą podróż.
Czułeś się czasem samotny?
Nie. Pewnie dlatego, że miałem łączność satelitarną i mogłem pisać wiadomości do kogo tylko chciałem. Poza tym rzadko bywałem sam. Muszę też przyznać, że jestem introwertykiem i nie potrzebuję wielu ludzi.
Czy w którymś momencie tej wyprawy byłeś bliski zrezygnowania?
Był jeden taki moment, kiedy zaczęła się pandemia. Nikt wtedy nie wiedział, ile potrwa, a ja się już zdążyłem zorientować, że jeśli szybko nie opuszczę Peru, to potem będzie z tym problem. Zastanawiałem się więc, czy nie wyjechać i nie przeczekać tego okresu w Anglii. Ale wtedy okazało się, że i tak mi się to nie uda. Musiałbym pokonać rzekę, a ona była zablokowana przez lokalne władze. Więc czekałem. Wydawało się to trwać wieki. Miejscowi zaczęli mi nawet szukać żony.
Czas i cierpliwość, tylko to mnie mogło uratować.
A co ratowało cię z opresji? Były w ciągu tych lat momenty, gdy mogłeś zginąć?
Było ich trochę.
Pamiętam, jak musiałem pokonać trudny kawałek dżungli za Manaus. Policzyłem, że zajmie nam to 15 dni. Padało, woda zalewała las, dochodziła godz. 16, za dwie godziny miało się ściemnić, a my nie wiedzieliśmy żadnego suchego skrawka lądu, w którym moglibyśmy się zatrzymać na noc. Szliśmy więc przed siebie, wodą sięgała nam szyi, tempo spadło, bo nie byliśmy w stanie wycinać sobie drogi w gąszczu, obie ręce miałem nad głową, w jednej trzymałem maczetę, w drugiej - InReach, nadajnik i komunikator satelitarny. Zacząłem myśleć, że jeśli poziom wody podniesie się jeszcze trochę, to utoniemy.
Traciłem zimną krew, zalewały mnie emocje. Przewodnik spojrzał wtedy na mnie i powiedział: "nie martw się, to piękne miejsce na śmierć".
Ale ja nie chciałem umierać.
Wysłałem wiadomość do przyjaciela, podałem mu naszą pozycję, poprosiłem, żeby spojrzał na mapę i odnalazł miejsce, które znajduje odrobinę wyżej niż reszta terenu. Przynajmniej znajdą moje kości, pomyślałem wtedy.
W końcu kolega wysłał mi koordynaty i udało się. Odnaleźliśmy niezalany kawałek lasu. Byliśmy cali przemoknięci, trząsłem się całą noc. Nie mieliśmy nic do jedzenia, bo przeprawa trwała dłużej, niż planowałem. W dodatku zepsuliśmy oba kompasy, chmury pokryły niebo, nie mogliśmy nawigować w oparciu o słońce, kończyła mi się bateria w GPS-ie.
23. dnia weszliśmy do wioski. Byłem tak słaby, że nogi się pode mną załamały i upadłem. Mój przewodnik powiedział wtedy, że ma dość. Ja musiałem odpocząć. Za kilka dni ktoś płynął łodzią do Manaus, zabraliśmy się z nim.
Inny razem miejscowi schwytali nas i zamknęli w więzieniu.
Gdzie i dlaczego?
Również w Brazylii. Weszliśmy na ziemie plemienia, które nie życzyło sobie gości. Zamknęli nas w więzieniu.
Kiedy nadeszła noc, zobaczyliśmy, że wzburzony tłum okrąża budynek. Coś krzyczeli, przeklinali, zaczęli wkładać ręce między kraty w oknach, mieli przy sobie maczety. Mój przewodnik zaczął nerwowo palić i powtarzać, że zaraz nas zabiją.
Mieliśmy szczęście, że strażników było dostatecznie wielu, żeby nas obronić. Nad ranem ktoś otworzył nasze drzwi. Zabraliśmy nasze plecaki i uciekliśmy. Usłyszeliśmy, że jeśli jeszcze raz tam wrócimy, to zginiemy. Zwialiśmy najkrótszą drogą, ale przez to ominąłem 60 km brzegu Amazonki. Nie dawało mi to spokoju i postanowiłem wrócić, bo jaki sens miałby dalszy marsz, gdybym pominął tamten fragment? Szukałem przewodnika, który chciałby to zrobić. Aż w końcu znalazłem.
Powiedziałeś mu, w czym tkwi szkopuł?
Tak.
I co on na to?
Zaśmiał się i powiedział tylko: "pewnie zginiemy, ale je...ć to, spróbujmy". Wynajęliśmy łódź, ruszyliśmy w środku nocy, wylądowaliśmy nad ranem. Musieliśmy przejść przez część wioski, a potem zniknąć w lesie.
Prawie nam się udało. Zauważyła nas kobiet, musiała wstać wcześniej niż reszta wioski. Spytała, co tu robimy. Położyłem palec na ustach i zaczęliśmy tłumaczyć, kim jesteśmy i jaki jest cel naszej podróży. "Musicie zawrócić, zginiecie, jeśli ktoś was jeszcze zobaczy" - ostrzegła. Przewodnik powiedział, żebym dał jej trochę pieniędzy. Przepuściła nas. Użyło mi, bo bez tego fragmentu podróż nie byłaby kompletna. No i nie miałbym szansy na rekord Guinnessa.
Rekord był dla ciebie ważny?
Trochę. Myślałem, że jeśli uda mi się go ustanowić, to zarobię na tym jakieś pieniądze.
Zarobiłeś?
Nie (śmiech).
Jak się poczułeś, gdy po wielu latach opuściłeś w końcu dżunglę i wkroczyłeś w góry?
Na początku tęskniłem, ale przez cały czas musiałem być skupiony, bo poruszałem się po ziemiach tzw. czerwonej strefy, gdzie kręcą się handlarze narkotyków. To też terytoria ludu Ashanika. Bardzo przydałby mi się tam przewodnik, ale nie miałem pieniędzy, żeby jakiegoś nająć. Szedłem więc wzdłuż drogi, mijały mnie tysiące samochód, czekałem tylko, aż ktoś do mnie strzeli, ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego proponowano mi podwózkę za niewielką opłatą.
Pod koniec czerwca 2022 r. zakończyłeś nad brzegiem Pacyfiku swoją trwającą prawie sześć i pół roku podróż. Co poczułeś następnego dnia?
Emocje były słodko-gorzkie. Z jednej strony ulga, że żyję i już nie muszę dalej iść, ale również poczucie pustka. Na mecie byli dziennikarze, pytali oczywiście o moich rodziców. Oboje umarli, kiedy byłem w drodze. Tata odszedł z tego świata zaledwie dziesięć dni przed końcem mojej wyprawy.
(Chwila ciszy, Pete powstrzymuje łzy).
To było prawie dwa lata temu, a ja i tak za każdym razem się rozklejam, kiedy to opowiadam.
Potem pojechałem do Arequipy i Cuzco, myślałem, że zostanę tam chwilę, ale nie miałem pieniędzy, żeby wrócić do Anglii, więc zostałem w Peru kolejny rok.
Co zmieniła w tobie ta podróż?
Wzmocniła mnie psychicznie. Wiem, że sobie zawsze poradzę. Nauczyłem nie przejmować się pierdołami i doceniać małe rzeczy. Staram się cieszyć tym, co mam dziś i aż tak bardzo nie myśleć o jutrze.
Co teraz?
Jestem spłukany. Piszę książkę, napisałem też scenariusz. Mam też inne pomysły. Chciałbym wrócić do Amazonii i otworzyć miejsce, w którym można by prowadzić badania naukowe nad wylesianiem lasów deszczowych i jednocześnie zajmować się turystyką w odpowiedzialny sposób. Chciałbym, żebyśmy byli samowystarczalni i żeby stać nas było na zatrudnianie i szkolenie rdzennych mieszkańców tych ziem, którzy mogliby stać się ich strażnikami.
Widziałeś skutki wylesiania Amazonii?
Kilka razy szedłem przez wycięty las. Pamiętam, jak mężczyzna z plemienia Ashanika zabrał mnie na spacer obok swojej wioski. Powiedział, że poruszamy się starym, leśnym szlakiem, którym jego lud wędrował przez setki lat. Ale lasu już nie ma. Przez dwa, trzy kolejne kilometry szliśmy pośród pni wielkich drzew. Płakał, kiedy mówił, że to wydarzyło się w ostatnich latach. Serce mu pękało. "Wystarczy nam mały skrawek ziemi, żeby uprawiać warzywa, nie potrzebujemy industrializacji. Ale ona już tu jest i nas wypycha" - powiedział. Dodał, że zwierzęta uciekają w głąb lasu i teraz myśliwi muszą polować coraz dalej.
Powiedział jeszcze, że mieszkańcy jego wioski nie mają tytułów własności do ziemi, na której mieszkają od setek lat, ani pieniędzy, żeby opłacić prawników, którzy by się tym w ich imieniu zajęli. Próbowałem zdobyć dla nich te pieniądze, pisząc do wszystkich międzynarodowych organizacji pozarządowych, jakie tylko byłem w stanie znaleźć. Nikt się tym nie zajął, pytali za to jakie kwalifikacje posiadam, żeby pisać w imieniu rdzennych społeczności.
Rozmawiałeś z miejscowymi urzędnikami?
Pracują na laptopach, które dostali od korporacji naftowych. Kobieta, z którą rozmawiałem, powiedziała że chciałaby pomóc, ale jeśli to zrobi, to może zginąć., jak wielu ludzi w Ameryce Południowej, którzy wtykają nosy w interesy wielkich korporacji. Obok bawiła się jej mała córka.
Po wyprawie udało mi się zgromadzić mała sumę, wysłałem ją do tej wioski i udało się zorganizować wyjazd do Limy dwóch do wodzów Ashanika na spotkanie z prezydentem Peru Pedrem Castillo. Podobno to był pierwszy raz, kiedy mieli szansę porozmawiać z głową kraju! Prosili mnie, żeby przyjechał i nakręcił relację, ale nie miałem już na to pieniędzy. Spotkanie było transmitowane w telewizji, prezydent obiecał odwiedzić ich wioskę i zapłacić za prawników, którzy zajęliby się sprawą własności ziem. Wizyta była zaplanowana na 15 grudnia 2022 r. Tydzień wcześniej Castillo został odwołany ze stanowiska. Zabrakło tak niewiele...
Jak zniosłeś powrót do Anglii?
Dwa dni przed wylotem musiałem jeszcze odwiedzić Pucallpę, bo dwa lata wcześniej zostawiłem tam plecak. A tak się składa, że to właśnie w Pucallpie stoi pomnik katastrofy samolotu, o której opowiadałem ci na początku naszej rozmowy. Spędziłem tam prawie cały dzień, a na noc wynająłem pokój w pobliskim hoteliku. Był dość drogi, ale nic innego w okolicy nie znalazłem.
Poszedłem do baru i zacząłem przeglądać zdjęcia, które zrobiłem tego dnia. Zastanawiałem się, kim jest dziś dziewczyna, która przeżyła tamtą tragedię. Bar był praktycznie pusty, w kącie siedziało tylko starsze małżeństwo. Przywitałem się, spuściłem głowę, ale podniosłem ją jeszcze raz, bo skądś znałem tę kobietę. Szybko sprawdziłem zdjęcia.
To była ona! Juliane Koepcke, kobieta, która wypadła z samolotu. Właśnie przyjechała, żeby odwiedzić miejsce, w którym kiedyś jej rodzice prowadzili badania.
O czym rozmawialiście?
Doszliśmy do wniosku, że oboje jesteśmy ocaleńcami. Oboje przeżyliśmy coś bardzo nieprawdopodobnego.
Dominik Szczepański. Dziennikarz Gazeta.pl, autor i współautor książek m.in.: "Selma. Jeszcze dalej niż południe", "Spod zamarzniętych powiek", "Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza". Z bazy pod Nanga Parbat relacjonował pierwsze zimowe wejście na ten szczyt. Wziął udział w trzech wyprawach eksploracyjnych do parku narodowego La Serranía de Chiribiquete w Kolumbii. Na pokładzie "Selmy" dopłynął do Antarktydy.

