Dominik Szczepański: Znamy się już prawie 10 lat i po raz pierwszy ruszasz na wyprawę, której kompletnie nie rozumiem. Po co dziś jechać na Mount Everest?
Mateusz Waligóra*: Żeby zobaczyć, jak wygląda Lhotse z góry.
Nawet zabawne.
Przynajmniej nie powiedziałem, że idę na Everest, "bo jest", jak to robili pierwsi ludzie owładnięci jego magią. A teraz na serio: chcę tego od wczesnej młodości.
Czy zaspokajanie młodzieńczych potrzeb jest warte pchania się w miejsce, w którym kumuluje się cała patologia górskiego świata?
Nie lekceważ młodości i tego, co się w niej rodzi. W mojej opinii to najważniejszy okres w życiu. W młodości marzymy bez przeszkód, nie kalkulujemy, czy coś się nam opłaci, nie poddajemy ocenie, dlaczego chcemy coś zrobić. Zamiast tego zdajemy się na uczucia. Potem większość z nas zaczyna działać inaczej: na marzenia nakładamy filtry, obliczamy korzyści potencjalnych planów, zastanawiamy się nad zagrożeniami.
To zupełnie naturalne, bez tego szybko byśmy się pozabijali lub zbankrutowali.
Ja tak nie mam. Być może kiedyś się na tym przejadę, ale na razie wierzę, że jeśli coś w moim życiu ma sens, którego nie podważam, to właśnie te pragnienia. To one kształtowały mnie przez te wszystkie lata i sprawiły, że jestem tym, kim jestem - zabrały na biegun południowy, wielkie pustynie Ameryki Południowej, Azji i Australii, prowadziły wzdłuż rzek. Dzięki marzeniom z dzieciństwa jeżdżenie na wyprawy w miejsca trudne i wymagające stało się moją codziennością zanim jeszcze całkiem dorosłem.
Everest nie jest miejscem odludnym, nie pasuje do tej definicji. W poprzednim roku szczyt był zdobywany 668 razy, a w sumie już 11 996. Dlatego nie rozumiem, po co się tam pchasz. To zupełnie do ciebie niepodobne.
Może i nie pasuje do definicji odludzia, ale pasuje do czegoś bardziej pierwotnego, czyli chłopięcego marzenia, żeby zdobyć trzy skrajne punkty na Ziemi - biegun południowy, północny i najwyższy szczyt.
Zapytam inaczej: czy jest coś poza marzeniem z dzieciństwa, co każe ci tam jechać?
Ciekawość. Jednym z powodów, dla których chciałem dojść do bieguna południowego, była chęć przekonania się na własnej skórze jak czuje się człowiek, który przemierza samotnie Antarktydę, aby dotrzeć do wyimaginowanego punktu na mapie. Gdyby nie wbito tam pala z lustrzaną kulą i nie zbudowano baz naukowych, miejsce to wyglądałby dokładnie tak samo jak wszystkie inne, które mijałem przez 58 dni.
I jak się tam czułeś?
Spełniony. To właśnie tam po raz pierwszy poczułem, że wszystkie moje podróże i plany mogą się wydarzyć, ale już nie muszą. I jeśli się nie wydarzą to nie będzie mi z tego powodu źle.
Różnica polega na tym, że przez te 58 dni byłeś sam, a teraz wybierasz się w miejsce, które coraz bardziej przypomina cyrk.
W takim razie, kiedy tam jechać, jak nie teraz? Oczywiście, że wolałbym wejść na tę górę 10, a najlepiej 15 lat temu, ale wtedy była całkowicie poza moim zasięgiem finansowym. A cyrk z roku na rok staje się tylko większy.
To dlaczego nie pojedziesz na Everest w sezonie jesiennym, kiedy góra jest praktycznie pusta lub nie spróbujesz wspinaczki od tybetańskiej strony, gdzie wspinaczy jest znacznie mniej?
Żeby jechać jesienią, musiałbym wynająć cały zespół Szerpów, którzy zaporęczowaliby icefall, potrzaskany lodospad wznoszący się nad bazą, najniebezpieczniejszy fragment drogi na szczyt. Nie stać mnie na to.
Druga strona góry odpada, bo na tyle, na ile jestem w stanie, nie wspieram chińskiego reżimu.
Ile kosztuje pozwolenie na wspinaczkę?
11 tysięcy dolarów od strony nepalskiej. W przyszłym roku planowana jest podwyżka do 15 tysięcy. Nepalczycy mówią, że jeśli trzeba będzie zapłacić więcej, to może przyjedzie mniej ludzi, ale ja w to nie wierzę. Skończy się tym, że na Everest będą jeździć tylko najbogatsi. Albo ci, którzy zastawią cały rodzinny majątek i zapożyczą rodzinę.
Kto tak robi?
Wielu Hindusów. Po Chińczykach i Amerykanach to dziś trzecia siła na Evereście. Dla nich wejście na szczyt jest szansą na potwierdzenie społecznego prestiżu, a także na zwrot części poniesionych kosztów - jeśli staną na wierzchołku, mogą starać się o finansową bonifikatę od rządu. Szukają więc tych pieniędzy, podobnie jak szukam ich ja - nie byłbym w stanie pojechać na Everest, gdyby nie sponsor tytularny Asekol, który zajmuje się odzyskiem sprzętu elektrycznego i elektronicznego, baterii, opakowań oraz producent zegarków Aztorin, z którym pracuję już od wielu lat.
Hindusi idą na więc na Everest dla sławy i pieniędzy, ale żeby podjąć próbę, biorą kredyty. Niestety ciążąca na nich presja sprawia, że dopuszczają się oszustw.
Jakich?
Retuszują zdjęcia ze wspinaczki, tak żeby wyglądały, jakby zrobiono je na szczycie. Produkują te fejki, żeby dostać certyfikat potwierdzający zdobycie szczytu, ale kiedy sprawa wychodzi na jaw najczęściej dostają wieloletni zakaz wjazdu do Nepalu.
Jestem ciekaw, jak to wszystko wygląda z bliska. Jak funkcjonuje cały ten wspinaczkowy przemysł, który w ostatnich latach rozlewa się na kolejne ośmiotysięczniki.
Szerpowie poręczują i wprowadzają klientów na Lhotse, Makalu, Annapurnę, Kanczendzongę, Nanga Parbat, a nawet na K2.
Wydaje mi się, że w perspektywie dekady na każdym ośmiotysięczniku będzie tak samo. A zaczęło się od Everestu. Jeszcze 15 lat temu nie do pomyślenia było, żeby K2 zamieniło się w turystyczną górę. Przecież dla wielu himalaistów stanowiła ona najbardziej prestiżowy cel w karierze nieraz stanowiący jej zwieńczenie. Przedsmak jego komercjalizacji w 2012 r. poczuł już Adam Bielecki, który utknął w trakcie ataku szczytowego w kolejce wspinaczy. Tego dnia na wierzchołku stanęło 20 osób. W 2022 r. padł absolutny rekord - K2 zdobyło ponad 200 osób.
W tych liczbach nie widać Nepalczyków, a to oni przygotowują kolejne ośmiotysięczniki dla klientów. Wśród 668 wejść na Everest w poprzednim roku, aż 393 należało do Nepalczyków. Bez nich Everest wciąż byłby wyzwaniem, natomiast z nimi na szczyt są w stanie wejść nawet osoby średnio przygotowane. Krążą legendy o ludziach uczących się w bazie zasad posługiwania się rakami i czekanem. Innego świata nie będzie?
Nie widzę szans, aby ten trend miał się odwrócić. Jesteśmy coraz bardziej żądni wrażeń, spełniliśmy się na płaszczyźnie rodzinnej, zawodowej, szukamy nowych wyzwań, a czasu mamy niewiele, potrzebujemy więc fachowej pomocy.
W dodatku w kreowaniu pragnień pomagają nam postaci takie jak Nirmal "Nims" Purja, jeden z pierwszych zimowych zdobywców K2, który ogłosił, że zdobył wszystkie ośmiotysięczniki w nieco ponad pół roku.
Choć nie ma pewności, czy rzeczywiście dotarł na prawdziwe wierzchołki, ale to już temat na inną rozmowę.
Nims w produkcji Netfliksa mówi: "poddawanie się nie jest w mojej krwi". Te słowa rezonują z marzeniami wielu osób, które chcą sobie coś udowodnić.
Nims łączy dwa światy - z jego postaci wylewa się olbrzymie ego, ale jednocześnie swoje sukcesy dedykuje Nepalowi i tysiącom anonimowych tragarzy i wspinaczy, które pracowały na sukces zachodnich wypraw. Z jakiego świata ty przybywasz?
Wejście na Everest dla Amerykanina to już wyłącznie sukces personalny. Inaczej jest w przypadku wspinaczy z Indii, czy niewielkich krajów jak Syria, Liban czy Arabia Saudyjska. Dla nich zdobycie Everestu wciąż jest budowaniem narodowej dumy. Reszta wspina się z dwóch pobudek: aby karmić swoje ego lub zaspokoić ciekawość. Zawsze chciałbym być w tej drugiej grupie. Parafrazując: zostanie himalaistą nie jest w mojej krwi.
No a jak to jest z tym twoim ego? Wejście na Everest by go nie podreperowało?
Gdybym chciał je karmić, to naprawdę pojechałbym na wyprawę, która byłaby mniej niebezpieczna, a jednocześnie dużo bardziej ambitna – kilka takich mam już na swoim koncie. Przed żadną z ekspedycji nie bałem się tak bardzo i nie byłem tak zestresowany jak teraz.
Chodzi o to, że będziesz wspinał się w tłumie?
Ludzie często widzą Everest jako górę kolejek, ale to tylko wycinek rzeczywistości. Kolejki tworzą się w trakcie dwóch, trzech dni, tuż przed nadejściem wiatrów monsunowych bardzo szybko pogarszającego warunki atmosferyczne umożliwiające wspinaczkę. Ten krótki okres to najlepszy czas na zdobycie wierzchołka. Zator może powstać wówczas w dwóch miejscach. Pierwszym jest droga przy wyjściu z obozu III. To stromy i wymagający odcinek, gdzie bardzo trudno kogoś wyminąć. Drugim miejscem jest grań szczytowa. Tłoczno robi się tam w tę jedną, idealną noc, kiedy pogoda jest świetna a wiatr zamiera. Są jednak na tej górze agencje, które dbają o swoich klientów i pomagają im uniknąć tych kolejek.
W jaki sposób?
Takie agencje na atak szczytowy wybiorą dzień, gdy będzie trochę bardziej wiało, będzie trochę zimniej, ale dzięki temu spadnie ryzyko utknięcia w korku.
Czym może się skończyć stanie w kolejce?
Czas to życie. W korku może skończyć ci się tlen w butli. Na Evereście tak naprawdę aklimatyzujemy się do wysokości 7100 metrów. Część osób biwakuje na tej wysokości i potem schodzi odpocząć przed atakiem szczytowym. Ale niektórzy nie robią nawet tego - po prostu docierają do tej wysokości, piją herbatę i schodzą, uznając, że zaaklimatyzowały się wystarczająco i są gotowe w następnym wyjściu zaatakować szczyt z użyciem tlenu. Są i tacy, którzy na tlenie działają już od obozu II (6400 m).
Co o tym myślisz? Sam będziesz używał tlenu.
Nie oceniam tego. Z mojego punktu widzenia, jeśli wspinasz się na tlenie, to możesz to robić nawet od bazy – to już nie ma znaczenia, jeśli chodzi o styl, choć byłoby skrajnie niebezpieczne. Przypuśćmy, że jesteś zaklimatyzowany do tego, aby możliwie swobodnie funkcjonować bez dodatkowego tlenu z butli na wysokości 7000 m, a ten tlen skończy ci się na 8000 m. Jeśli jakimś cudem udałoby ci się szybko zejść te 1000 m, to twoje ciało być może sobie jeszcze jakoś poradzi. Ale co, jeśli ugrzęźniesz na 8000 m bez tlenu, a wcześniej zaaklimatyzowałeś się do zaledwie 6400 metrów?
W kilka minut zmiecie cię z planszy.
Gdybyś jeszcze mógł szybko zejść. Ale idziesz przecież mozolnie, bo skończył ci się tlen. Organizm nie wie, co się dzieje, zaczynasz mieć kłopoty z oddychaniem i stawianiem kroków, przestajesz logicznie myśleć. W dodatku obok ciebie są ludzie, których nie możesz wyprzedzić, bo znajdujesz się na wąskiej grani.
Umierasz w tłumie.
Uprzedzę twoje pytanie: tak, to jest patologia. Jeździmy w góry, żeby poczuć się wolnymi. Nie czujesz się wolny, jeśli stoisz w kolejce. Everest padł ofiarą swojej wyjątkowości i tego, że jest najwyższą górą świata. Tego już nie zmienimy. Odkąd ludzie zaczęli interesować się wchodzeniem na szczyty, chcą zdobyć Everest. To się nie zmieni. Chciałbym spróbować, zanim ten proces przekroczy kolejne granice absurdu.
Akceptujesz ten poziom ryzyka? Że skończy się tlen i nie żyjesz?
To totalne wyjście z mojej strefy komfortu i jeden z głównych powodów, dla których odczuwam ogromny stres. Kiedy idziesz na nartach do bieguna południowego, ciągniesz za sobą cały sprzęt i jedzenie na 60 dni. Od początku ruszasz więc z myślą, że jesteś samowystarczalny i zdany tylko na siebie. Twoje bezpieczeństwo w dużej mierze zależy tylko od twoich decyzji. Na Evereście ze względu na liczbę wspinaczy, ale też to, z jakimi zagrożeniami wiąże się przebywanie w górach wysokich, na wiele rzeczy nie masz żadnego wpływu. Nic nie poradzisz, że ktoś przed tobą nie potrafi się wspinać i może na ciebie spaść, nie przewidzisz, czy nad głową nie oberwie się serak wielkości Pałacu Kultury i Nauki, czy ziemia się nie zatrzęsie, nie spadnie lawina.
Jaką decyzję podejmiesz, gdy ktoś będzie umierał obok ciebie?
Nie ma chyba nikogo, kto myślałby o tym intensywnie…
Regularnie słyszymy o ludziach umierających w centrach miast i przechodzących obok nich osobach, które nie reagują. Przepraszam za to porównanie, ale chcę tylko powiedzieć, że nigdy nie możesz być pewien, jak się zachowasz, gdy coś będzie wymagało twojej natychmiastowej reakcji. Mogę myśleć, że gdy na Evereście spotkam umierającego człowieka, to przerwę atak szczytowy, udzielę mu pomocy, oddam swój tlen i spróbuję przeżyć. To tylko dobre chęci, bardzo szlachetne na poziomie morza, kiedy rozmawiamy w bezpiecznym miejscu, pijemy kawę z mlekiem, czujemy się komfortowo. Chciałbym się tak zachować, ale czy będę w stanie…
No i dlaczego mówisz, że nikt o tym nie myśli, skoro słyszę, że masz to dobrze przemyślane?
OK, przyznaję, zastanawiałem się nad tym.
I?
Nie wiem jak się zachowam. Nie jestem w stanie zadeklarować, że poziom mojego odmóżdżenia spowodowanego wysokością pozwoli podjąć racjonalne decyzje przy wpięciu się do poręczówki, a co dopiero, czy będę mógł komuś pomóc. W pojedynkę na dużej wysokości człowiek może naprawdę niewiele, potrzeba dodatkowego tlenu i akcji kilku mocnych wspinaczy, żeby sprowadzić kogoś do miejsca, gdzie może przylecieć helikopter.
Jednocześnie to bardzo wygodne usprawiedliwienie przed samym sobą.
"Co mogłem zrobić w pojedynkę? Dlatego poszedłem dalej na szczyt".
Samotność w tłumie. Jak w centrach miast.
Tutaj możesz zadzwonić na policję. A na Evereście?
Możesz zacząć krzyczeć na ludzi i wskazywać ich palcem: "ej, ty, musisz mi pomóc". Dzięki temu już nie są anonimowi. Wiem, jak chciałbym się zachować i czego oczekuję sam od siebie. Wiem też, jak czułbym się, gdybym komuś nie pomógł. Śmierć na wyprawie nie jest dla mnie czymś z pogranicza wyobrażeń – doświadczyłem jej. Wiem, że już na zawsze zostawia cię z pytaniami: "czy mogłem zrobić więcej?"; "czy mogłem zrobić cokolwiek?".
Po co jedziesz na górę, gdzie dylematy moralne leżą na śniegu?
Jon Krakauer w książce "Wszystko za Everest" pisał, że ta góra w bardzo nieświadomy sposób, ale powoli, po kawałku, zaczyna władać twoim umysłem. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że zachorowałeś na Everest, to ciężko już się z tego wyleczyć.
Nawet jeśli Everest właśnie traci cały swój romantyzm? To już nie jest góra z książek Krakauera.
Zmiany rzeczywiście następują bardzo szybko i nieraz trudno się w nich połapać.
Na przykład - użycie helikopterów. W poprzednich latach latało ich coraz więcej, dostarczały zaopatrzenie aż do obozu II. Powód był prosty: dzięki temu Szerpowie byli bezpieczniejsi, bo nie musieli przenosić ładunków przed niebezpieczny icefall. Wydawałoby się, że to ma sens, bo to właśnie Szerpowie ponoszą największy koszt wypraw. To oni często giną zaopatrując obozy dla klientów, którzy wspinają się z lekkim bagażem. Z drugiej strony, helikoptery są bardzo obciążające dla środowiska – emitują hałas i spaliny. Co jest ważniejsze?
Kilka tygodni temu stowarzyszenie wiosek leżących w dolinie Solu Khumbu, w której znajduje się Everest zdecydowało, że śmigłowce mogą latać tylko w jednym celu - ratunkowym. Koniec z transportem bagaży, bo z powodu obecności maszyn zanika tradycja hodowli jaków, które wcześniej niosły zaopatrzenie. Problem polega na tym, że w poprzednich latach śmigłowców przybywało, a jaków i pasterzy odwrotnie, więc dziś jest ich za mało, aby zaopatrzyć bazę.
Właściciel agencji Imagine Nepal, współorganizującej moją wyprawę, jeden z najlepszych nepalskich wspinaczy, Mingma Gyalje Sherpa, zdobywca zimowego K2, powiedział ostatnio, że marzy mu się, aby rząd Nepalu ogłosił nowe restrykcje chociaż raz z wyprzedzeniem kilku miesięcy, a nie kilku tygodni.
Co jeszcze nowego w tym sezonie?
Każdy wspinacz na starcie wyprawy musi wykupić coś w rodzaju chipa z lokalizatorem i zaszyć go w puchowym kombinezonie. Nikt na razie nie wie co to za lokalizator, ani jak dokładnie działa.
A, no i jest coś jeszcze - sprawa kup. Od tego sezonu każdy będzie musiał nosić ze sobą worki na fekalia i w trakcie zejścia ze szczytu zabrać je na dół. To powinno było się wydarzyć już w połowie lat 90., kiedy biznes na Evereście dopiero raczkował. Worki funkcjonują od dawna na najwyższych górach kontynentów: Aconcagua, Denali czy Mount Vinson. To jedyny sposób, żeby utrzymać względną czystość gór, w które wybiera się coraz więcej ludzi. Zresztą nie o tylko samą górę chodzi, przecież to wszystko spływa z lodospadem i potem płynie rzekami do wiosek pod Everestem, przez całą dolinę Khumbu. Tam nie ma innych źródeł wody.
I taki szejk z Kataru będzie nosił swój woreczek?
Obawiam się, że to zadanie za dodatkową opłatą prędzej czy później, jak wszystkie inne, przypadnie Szerpom.
Jesteś gotowy na te wszystkie rozczarowania, zagrożenia, dylematy?
Aby móc coś ocenić, trzeba tego doświadczyć. Poza tym szczyt Everestu będzie tylko jednym z punktów mojej wyprawy. Planuję dotrzeć tam z poziomu morza, z Zatoki Bengalskiej. Najpierw dojechać do Nepalu na rowerze - ponad 1200 km, a potem przejść do bazy 80 km na piechotę. Gdybym miał polecieć do Katmandu, wsiadł w samolot do Lukli, a potem może nawet helikopter do bazy, to pewnie nigdy bym się nie zdecydował na Everest.
Wyprawy to dla mnie zbiór emocji. W trakcie każdej z nich odnoszę sukcesy i ponoszę porażki. Warunkowanie powodzenia całej wyprawy od 10 minut spędzonych w konkretnym punkcie na mapie byłoby dla tych emocji zagładą. Droga mnie kształtuje, a cel wyznacza kierunek – nigdy nie odwrócę tych proporcji.
*Mateusz Waligóra. Specjalista od wyczynowych wypraw w najbardziej odludne miejsca planety. Szczególnie upodobał sobie pustynie: od Australii po Boliwię. Na koncie ma rowerowy trawers najdłuższego pasma górskiego świata – Andów, samotny rowerowy przejazd najtrudniejszą drogą wytyczoną na Ziemi – Canning Stock Route w Australii Zachodniej, samotny pieszy trawers największej solnej pustyni świata – Salar de Uyuni w Boliwii, pierwsze samotne przejście mongolskiej części pustyni Gobi, przejście Grenlandii z zachodu na wschód. Jako czwarty Polak zdobył biegun południowy. Członek The Explorers Club.
Dominik Szczepański. Dziennikarz Gazeta.pl, autor i współautor książek m.in.: "Selma. Jeszcze dalej niż południe", "Spod zamarzniętych powiek", "Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza". Z bazy pod Nanga Parbat relacjonował pierwsze zimowe wejście na ten szczyt. Wziął udział w trzech wyprawach eksploracyjnych do parku narodowego La Serranía de Chiribiquete w Kolumbii. Na pokładzie "Selmy" dopłynął do Antarktydy.