Rozmowa

Z jakim obrazem Bogusława Kaczyńskiego zaczął pan pisać "Primadonnę"?

Ten obraz się zmieniał. Gdy byłem dzieckiem, postrzegałem go jako miłego, eleganckiego pana, który w telewizorze opowiada o diwach, koafiurach i falbankach. Potem podśmiewałem się z jego egzaltacji i archaicznego podejścia do muzyki. W dorosłym życiu śledziłem jego ostrą walkę o stanowisko dyrektora Teatru Wielkiego w Warszawie i skandal, jaki wywołało jego bulwersujące "Kretowisko" – wtedy już wiedziałem, że niekoniecznie jest miły. Ale najbardziej uderzyło mnie to, jak pod koniec życia czołobitnie poparł PiS.

Dlaczego to pana uderzyło?

Bo PiS to partia homofobiczna, a Boguś był gejem. Może nie mówiło się o tym wprost, jak to w Polsce, jego orientacja była tajemnicą poliszynela. Ale – że tak powiem – wszyscy wiedzieli.

Czy na pewno wszyscy? Gdy w 1989 roku tygodnik "Antena" rozpisał ankietę, w której czytelniczki miały wskazać mężczyzn widzianych w roli życiowych partnerów, panie wybrały kolejno: Richarda Chamberlaina, Tomasza Raczka i Bogusława Kaczyńskiego.

Czyli trzech niewyoutowanych wówczas gejów. (śmiech)

Dorota Kozińska, krytyczka muzyczna i operowa, którą przepytałem na tę okoliczność do książki, twierdzi – słusznie zresztą – że homoseksualizm kojarzył się w PRL-u z marginesem społecznym i szaletami, a Boguś był dokładnie na drugim biegunie. W siermiężnych latach 80. uosabiał elegancję, galanterię i uprzejmość, a do tego propagował operę i operetkę, nie mógł się więc Polakom z "tym" kojarzyć. No ale właśnie – queerowość Bogusia aż biła z telewizora, a jego walory absolutnie nie wpisywały się w „polski" wzorzec mężczyzny: nieczułego, źle ubranego, tylko trochę ładniejszego od diabła. Na ile wielbicielki Kaczyńskiego czy Raczka wierzyły w to, że ci dwaj są do wzięcia? To nie miało znaczenia. Wystarczyło, że ich cechy były przez kobiety pożądane, bo na co dzień rzadko obecne.

Wiedziało homoseksualne środowisko, a to było Kaczyńskiemu nieprzychylne.

Część środowiska gejowskiego, w którym i Kozińska się obracała, traktowała Kaczyńskiego w najlepszym razie pobłażliwie, a w najgorszym z odrazą. Uważano go za tzw. klasyczną operową ciotkę, która wykorzystuje swoją pozycję, pieniądze, wpływy i przywileje, by "zgarniać chłopczyków".

Najzłośliwiej sportretował Bogusia Grzegorz Musiał w książce "Czeska biżuteria". Występuje w niej jako Gęś Wyścigowa: "Pisuje o operze, koronkach, primadonnach i smakołykach. Mości się w najwygodniejszym fotelu, łapie zaraz największy kieliszek, ze sterty kanapek wybiera najobfitszą, koniecznie z orzeszkiem na czubku. I gada, gada, morda mu się nie zamyka, morda krągła, dobrze odżywiona, jadowita jak brazylijskie ropuchy". Środowisko śmiało się z Kaczyńskiego, bo samo prowadziło bujne życie miłosno-seksualne – co wiemy z wielu tomów akt ubecji w IPN-ie – a Boguś musiał się pilnować, jako gwiazda telewizji, i sprawy erotyczne załatwiać pokątnie. W tych aktach ubecji Kaczyński się pojawia, ale nigdy jako postać pierwszoplanowa. Nie mieli na niego erotycznych haków.

Kaczyński robił wszystko, żeby ludzie nie wiedzieli, że jest homoseksualny.

A ponieważ plotki się niosły, postanowił zdusić je w zarodku i się ożenił. Potrzebne mu to było nie tylko jako alibi, ale też po to, żeby dostać przydział na większe mieszkanie i wynieść się z nieeleganckiego Grochowa. Jacyś złośliwcy mi opowiadali, że gdy poszedł do urzędu załatwiać ten przydział, usłyszał od urzędnika: "My tam wiemy, że to wszystko jest fikcja".

Pytanie o życie miłosne Bogusia zadawałem jego znajomym śmiało. Potwierdzali, że był gejem, ale nie pamiętali go z facetami czy chełpiącego się erotycznymi podbojami. Zdradzali plotki, lecz trudno weryfikowalne, a nie chciałem, żeby książka miała plotkarski wydźwięk.

Opisuje pan tylko dwie sytuacje, kiedy trochę się zapomniał.

Raz został pobity – świecznikiem – chyba ewidentnie na tle seksualnym. Myślę, że to był dla niego sygnał ostrzegawczy, żeby jeszcze bardziej mieć się na baczności. W Polsce nie mógł sobie pozwolić na swobodę i romanse, bo każdy go znał. Co innego za granicą, gdzie bywał.

Druga historia wiąże się z festiwalem w Krynicy, którego Kaczyński był wieloletnim dyrektorem i skąd przywiózł sobie do Warszawy chłopaka, Pawła. Blondyn, około 20 lat, festiwalowy elektryk, dostał w stolicy przezwisko Sugar Kowalczyk, takie, jakie nosi Marilyn Monroe w filmie "Pół żartem, pół serio". Boguś zabrał raz Pawełka do biura agencji Pagart. Przepadł w gabinecie na plotki, a Sugar czekał i czekał pod drzwiami. Aż zgarnął go jakiś redaktor "na herbatkę" i odbił Pawełka.

Poza krótką historią z Kowalczykiem Boguś pokazywał się publicznie jedynie z wielką sztuką. Kreował mit, że to jej się oddał, a sztuka nie znosi konkurencji, więc życie miłosne ma nasz bohater nieudane jak Maria Callas. Ja podejrzewam, że to raczej jego ego – większe niż Teatr Wielki – powodowało, że niespecjalnie udawało mu się utrzymywać relacje.

Porozmawiajmy jeszcze o wyglądzie, bo to była bardzo ważna część wizerunku Bogusława Kaczyńskiego. Zakazane – i w życiu, i na scenie – były tusza i nagość. Gdy przeszedł udar i kilka miesięcy spędził w szpitalu, cieszył się, że dzięki temu schudł.  

Jego lęk przed ciałem jest dla mnie zrozumiały – to było ciało obce. Raz, że wstydliwość wyniósł z domu – nigdy w życiu nie zmieniłby koszuli w czyjejś obecności – a dwa: homoseksualność czyniła z niego odmieńca. Bardzo dużo wysiłku włożył w wykreowanie persony będącej kompromisem między jego pragnieniami i fantazjami a tym, co było akceptowane społecznie. Do dziś ekstrawagancja w ubiorze wiąże się z ryzykiem agresji ze strony współobywateli, a wtedy była pełna urawniłowka – wszyscy musieli wyglądać tak samo. To, że został gwiazdą telewizji, pozwalało mu na trochę więcej. Ale nie za dużo! Choć suknie matki i śpiewaczek pamiętał w najdrobniejszych detalach, sam nigdy się w sukni balowej nie pokazał. Raz tylko założył migającą muszkę. Elegancja to był jego pancerz.

Kuba Wojewódzki i Bogusław Kaczyński w 2005 roku (AG)

Jest w książce scena wprost niesamowita. Boguś siedzi przy stoliku w Krynicy, jego asystentka sprzedaje pocztówki z jego podobizną, a kobiety całują go po rękach jak papieża. Żeby zmyć te pocałunki, Kaczyński polewa sobie dłonie kryniczanką. Usłyszał pan już, że pisaniem wprost o homoseksualności kala pan dobre imię człowieka?

Tak, już czytam, że zdradzam potworną tajemnicę, o której fani i fanki Bogusia nie chcą wiedzieć. Bo nawet jeżeli się domyślali, to ja burzę obraz i przypinam łatkę geja komuś, kto na pewno nie chciałby, żeby to wypłynęło. Pada argument, że skoro Boguś nie powiedział o tym za życia, to nie mam prawa o tym pisać – mogłem napisać biografię zakłamaną albo taką jak oficjalna biografia "Będę sławny, będę bogaty" z 2022 roku autorstwa Anny Lisieckiej. Lisiecka bardzo wyraźnie w niej sugeruje, jaką Boguś miał orientację, ale nie używa żadnych brzydkich słów typu "homoseksualista" czy "gej". Pisze, że Kaczyński "był nie dla pań".

Nie był też szczególnie miły.

Był, ale nie zawsze. (śmiech) Miłym panem był na wizji, a poza nią – biada temu, kto mu się naraził. Swoich rozlicznych wrogów zwalczał z siłą huraganu, nieproporcjonalnie do sytuacji. Jego upór, konsekwencja, determinacja – np. żeby zostać dyrektorem Teatru Wielkiego w Warszawie – były zadziwiające. Nie udało mu się, ale nie poddał się do końca. Jedna ze śpiewaczek, które wywarły na niego największy wpływ, Maria Fołtyn, powiedziała o nim na pewnym oficjalnym spotkaniu: "Bogusław jest młody, mądry, pracowity, świetny mówca, nienaganny gust, ma znakomite pomysły… Ale proszę też pamiętać, że jest mściwy, bezwzględny, pamiętliwy i potrafi każdego zniszczyć". Boguś stał obok i wtrącił: "Mario, ależ ja to wszystko słyszę!", na co ona: "Właśnie zarekomendowałam cię władzy".

Lubował się w intrygach – od operowych diw nauczył się być diwą, podkładał więc świnie i wbijał szpile. Jego zabiegi były bardzo operowe. Z drugiej strony był wręcz samcem alfa, bo musiał zwalczyć swoją odmienność, pokazać się jako prawdziwy mężczyzna, wojownik.

Jednym z jego największych krytyków był kolega z branży Jerzy Waldorff. Też gej.

Waldorff miał do Bogusia stosunek pobłażliwy. Uważał go za złotoustego gawędziarza, który dobrze ludziom objaśnia operę i na tym jego talenty się kończą. Myślę, że był trochę zazdrosny – wcześniej to Waldorff opowiadał ludowi o wielkim świecie, Boguś zajął więc jego miejsce. Kaczyński do pewnego momentu pisał i mówił, że ceni Waldorffa, że jest on dla niego wręcz autorytetem. Popsuło się na początku lat 90., gdy Boguś starał się o stanowisko dyrektora najważniejszej sceny operowej w kraju. Waldorff straszliwie go wtedy wyśmiał – pisał, że kity o operze może wciskać co najwyżej gospodyniom domowym. Potem naigrywał się z Bogusia, gdy ten został prorektorem Akademii Muzycznej w Warszawie. Waldorff uważał też, że wiele działań Bogusia jest otoczonych "wulgarnym zapaszkiem".

Boguś nie pozostał dłużny. Natychmiast zaczął wytykać Waldorffowi, że nie ma muzycznego wykształcenia, a władze PRL-u dały mu mieszkanie na najelegantszej ulicy Warszawy. Oczywiście "zapomniał", że sam podobnie skorzystał z uprzejmości władzy.

Bogusław Kaczyński w 1994 roku (AG) , Jerzy Waldorff (Fot. Tomasz Wierzejski / Agencja Wyborcza.pl)

Jednak żaden z nich nie poruszał wątku orientacji drugiego.

To prawda, homofobicznych akcentów w krytyce Waldorffa ja nie wyczułem. Trochę się śmiał z Bogusia jako przegiętej "ciotki operetkowej", ale to nie było ujęte w tych słowach.

Niewątpliwie Waldorff nie był tak zafałszowany jak Boguś – nie ożenił się, nie opowiadał o romansach z kobietami itd. Pod koniec lat 80. wydał powieść "Fidrek", z silnymi wątkami autobiograficznymi – opisał w niej młodzieńczą miłość dwóch mężczyzn i nie krył się z tym, że to historia o nim. Dokonał więc coming outu w wersji wówczas akceptowanej. Forma literacka nie budziła zgorszenia i była buforem bezpieczeństwa.

Na przełomie wieków tygodnik "Polityka" uznaje Kaczyńskiego za jedną z dziesięciu największych osobowości telewizyjnych mijającego stulecia. Ale jego początki w telewizji wcale nie były łatwe.

Nie były. Boguś próbował się dostać do telewizji już na przełomie lat 60. i 70. Pisywał wtedy o muzyce do prasy i trafił mu się jakiś telewizyjny epizodzik. Ale gdy pierwszy raz usiadł przed kamerą, poczuł się "jak ustawiony przed plutonem egzekucyjnym skazaniec". Janusz Cegiełła, ówczesny naczelny dyrektor muzyczny Polskiego Radia i Telewizji, podziękował mu za współpracę, twierdząc, że Boguś jest beznadziejny, zbyt nerwowy i za szybko mówi.

Sam Boguś stworzył legendę, że przełomowym momentem dla jego kariery był program Ireny Dziedzic "Tele-echo", szalenie popularny pierwszy polski talk-show. Dziedzic potrzebowała kogoś, kto odbierze z lotniska śpiewaczkę Teresę Żylis-Garę. Koleżanka poleciła jej Bogusia, a Dziedzic pozwoliła mu przygotować jednominutową zapowiedź rozmowy z gwiazdą i zadać jej jedno pytanie. Poradził sobie śpiewająco – w miasto poszła fama, że przegadał samą Irenę, a to nie było proste.

Bogusław Kaczyński (Fot.NAC)

Potem było "Operowe qui pro quo", prawdziwa telewizyjna sensacja.

W 1975 roku Boguś przyszedł do poznańskiego ośrodka Telewizji Polskiej z pomysłem na żywy program operowy, w którym fragmenty oper będą inscenizowane, a rozmowy prowadzone nie w studiu, tylko na tle wielkopolskich zamków i pałaców. Przyjął go Zbigniew Napierała, młodszy od Bogusia, nowy i prężny dyrektor. Wcześniej Napierała był szefem Estrady Poznańskiej – jedynej dochodowej estrady w Polsce – a teraz czarno-białą telewizję Gomułki miał zmieniać w kolorową, otwartą na świat, robioną z rozmachem i dynamiczną telewizję Gierka. Telewizja miała łączyć wysokie z niskim, ale nikt nie wiedział, jak ugryźć operę. Napierała pomysł kupił.

Pierwszy odcinek "Operowego qui pro quo" wyemitowano w niedzielę, 7 września 1975 roku w programie pierwszym o godzinie 13.20. Okazał się wielkim sukcesem, to było to, na co publiczność czekała. Polacy nie znali się na muzyce klasycznej i chcieli nieco "popowego" jej ujęcia. Boguś wymyślił program, jakiego ani wcześniej, ani później nie było. I tak ze skromnego dziennikarza muzycznego przemienił się w lwa telewizyjnego. Od dziecka był złotousty, a postawy i zachowania przed kamerą się po prostu nauczył.

Boguś trwał w telewizji przez dekady, największe triumfy święcąc w latach 80. Pod koniec 1985 roku otrzymał jako pierwszy statuetkę Wiktora. Był wtedy najprawdziwszym PRL-owskim celebrytą.

Grażyna Torbicka, Bogusław Kaczyński, Adam Małysz, Anna Maria Jopek, SteffenMoeller i Beata Tyszkiewicz, Wiktory 2003 (AG)

Do czasu.

Wiele porażek poniósł na własne życzenie, bo się obrażał, trzaskał drzwiami, uważał za nie wiadomo kogo – tak stracił choćby stanowisko dyrektora festiwalu w Łańcucie. Ale problem Bogusia zaczął się na dobre wtedy, gdy do Polski dotarła fala nowoczesnego operowego teatru. Kaczyński okazał się wtedy człowiekiem ze skansenu. Świat, któremu hołdował, w którym się bardzo dobrze czuł, zmienił się o 180 stopni.

Przywołując opisy "Operowego qui pro quo", próbuję pokazać, że to był przełom. Gdyby Boguś był bardziej elastyczny i wyczulony na trendy, a mniej przeczulony na punkcie swoim i swojej skostniałej wizji sztuki, może do końca pozostałby atrakcyjny, także dla młodego pokolenia. Jednak zamiast kierować największymi scenami operowymi świata, pod koniec robił widowiska kurortowe, w estetyce muszli koncertowej Ciechocinka.

Zobacz wideo Violetta Villas swoim głosem zachwycała widownie w Las Vegas i Paryżu, ale Polska ją zniszczyła

Ten sam człowiek, który miał obsesję ciała, mówi na koniec do znajomego: "Ja już nigdzie nie wychodzę. Cieszę się, jak jestem w stanie sam się wypróżnić". Smutne.

Smutne, ale może wszyscy tak skończymy? Starość jest nieprzyjemna. Boguś walczył do końca. Podniósł się po udarze, w rok wydał osiem książek, ale przesunął się na margines. Stał się takim dziadziusiem opowiadającym w kółko te same anegdoty. Właściwie wszystko, łącznie z jego słynną elegancją, odeszło do lamusa.

Próbuję w książce pokazać Kaczyńskiego w nowym ujęciu: w kategoriach inności, kampu, queeru. To łamie pomnikowość Bogusia i myślę, że jest w stanie wywołać na nowo żywe emocje. Nie napisałem hagiografii Bogusia, bo on składał się ze sprzeczności. Jak my wszyscy.

Książka do kupienia w formie papierowej w Kulturalnym Sklepie i jako e-book na Publio.pl >>

Bartosz Żurawiecki. Rocznik 1971. Krytyk filmowy, dziennikarz, dramaturg, felietonista, pisarz. Szef działu recenzji i felietonista w miesięczniku "Kino" oraz w dwumiesięczniku LGBT+ "Replika". Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych oraz nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej za blog "Czego nie widać". Autor powieści "Trzech panów w łóżku, nie licząc kota" (2005), "Ja, czyli 66 moich miłości" (2007), "Nieobecni" (2011), "Do Lolelaj. Gejowska utopia" (2017) oraz zbioru sztuk teatralnych "Erotica alla polacca" (2006). W 2019 r. opublikował książkę reportażową "Festiwale wyklęte", a w 2023 – "Ojczyzna moralnie czysta. Początki HIV w Polsce". W 2021 ukazał się zbiór wywiadów i felietonów pod jego redakcją "Ludzie, nie ideologia". Publikował również m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Dwutygodniku", "Filmie", "Przekroju", "Tygodniku Powszechnym", "Ruchu Muzycznym", "Newsweeku".

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.