Rozmowa
Mariusz Urbaniak, były żołnierz GROM. (Archiwum prywatne)
Mariusz Urbaniak, były żołnierz GROM. (Archiwum prywatne)

Odnalazłeś się w cywilu po odejściu z GROM-u?

Miałem dość miękkie lądowanie, bo wcześniej znalazłem nową pracę. Ale dla wielu osób odejście z GROM-u to bardzo stresujący moment.

Dlaczego?

Wyobraź sobie taką sytuację: ta praca to było twoje marzenie, sposób na życie, wszystko, co znasz. Przychodzi wiek emerytalny, czyli masz jakieś czterdzieści kilka lat, możesz jeszcze trochę popracować w GROM-ie, ale do sześćdziesiątki nie dasz rady. Musisz wymyślić się na nowo. Wczoraj byłeś najlepszy, dostawałeś najbardziej zaawansowany na świecie sprzęt, wszystko się kręciło wokół ciebie... Nagle tak nie jest. Masz pieniądze z emerytury, ale nie masz się czym zająć. Myślę, że wielu moich kolegów poszłoby pracować za darmo, byle robić coś, co znów ich cieszy, daje poczucie misji.

Żołnierze są jakoś przygotowywani na odejście ze służby?

Dopóki jesteś w wojsku, jesteś skupiony na pracy. Ona pochłania cię całkowicie. Jak cię wysyłają, to po prostu jedziesz. Nie musisz się martwić tym, czy będą zwolnienia, i nie negocjujesz swojej stawki, nie przejmujesz się dostępem do opieki medycznej, ubezpieczeniem społecznym i podatkami. Nie rozmawialiśmy o tym, co będziemy robić później. Czasem ktoś rzucił coś na temat swoich planów na życie po wojsku, ale bez żadnych konkretów. W USA korporacje i instytucje zabijają się o byłych "specjalsów". W Polsce wpadamy trochę w próżnię. Pracodawcy nie wiedzą, jak dobrymi pracownikami mogą być emerytowani żołnierze jednostek specjalnych. A my często nie potrafimy ich sobą zainteresować.

'Śniło mi się, że z chłopakami wyjeżdżamy na misję, np. do Afganistanu'. (Archiwum prywatne)

Opowiedz, jak wyglądało życie, które musiałeś zostawić po 13 latach służby w GROM-ie?

Każdy dzień był inny, nigdy nie było wiadomo, czym nas zaskoczy. Cały czas musieliśmy doskonalić umiejętności taktyczne, strzeleckie itp. Często wyjeżdżaliśmy także szkolić innych. Do tego dochodziły misje doradcze, głównie na Bliskim Wschodzie, bo to jest element polityki zagranicznej wielu krajów. No i naturalnie wyjazdy na misje z zadaniami bojowymi do Afganistanu czy Iraku. Na takich wyjazdach spędziłem łącznie cztery lata.

Co tam robiłeś?

Najczęściej zadanie polegało na zatrzymaniu osoby lub osób podejrzanych o terroryzm albo współpracę z terrorystami. Nasza jednostka dostawała informację o tym, gdzie przebywa konkretna osoba. Mieliśmy trochę czasu, żeby poznać teren i zaplanować akcję. Operacja zazwyczaj odbywała się w nocy. Chodziło o to, żeby pojawić się znienacka i zaskoczyć przeciwnika. Zazwyczaj terroryści nie zdążyli wyciągnąć broni, ale czasem dochodziło do wymiany ognia. Następnego dnia trzeba było przekazać pojmaną osobę jednostce specjalnej w Afganistanie. Oni zajmowali się przesłuchaniami. I wszystko powtarzało się od początku: znowu dostawaliśmy informację, planowaliśmy, szliśmy na akcję… Przerwa między nimi była czasami kilkudniowa, a innym razem działaliśmy trzy noce z rzędu.

Co było dla ciebie najtrudniejsze w tej pracy?

Połączenie jej z życiem rodzinnym. Pamiętam taką sytuację: kończyliśmy przeprowadzkę. W poniedziałek powiedziałem żonie, że w przyszłym tygodniu zajmiemy się urządzeniem nowego domu. We wtorek dowiedziałem się, że za kilka dni wylatuję do Afganistanu. W weekend przed wyjazdem w ogóle nie spałem, bo chciałem wszystko załatwić. Zakupy, przegląd samochodu, żeby żona nie miała problemu. Byłem tak zmęczony, że kiedy wsiadłem do samolotu, zasnąłem od razu i obudziłem się na miejscu. Nie pamiętam nawet startu. Mieliśmy być na wyjeździe trzy miesiące, w domu nie było mnie dziewięć. Mieliśmy kontakt telefoniczny, ale co z tego? W czasie misji wszystkie obowiązki domowe spadają na drugą osobę – praca, zakupy, dzieci, a ty nigdy nie wiesz, kiedy wrócisz. Nie mogłem być na komunii syna ani córki. Wielu moich kolegów się rozwiodło. Moje małżeństwo też nie przetrwało.

Kiedy pytałem o to, co jest najtrudniejsze, to spodziewałem się, że powiesz o stresie związanym z tym, że strzelasz do ludzi, a oni do ciebie. Że możesz zginąć i stracić przyjaciół.

Na to… nie wiem, jak to wytłumaczyć... jesteś jakoś przygotowany. Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz znalazłem się w Afganistanie. Chwilę wcześniej zginął tam polski żołnierz. Jechaliśmy do bazy, ale mieliśmy awarię samochodu i trzeba było wysiąść. Pustynia. Czułem gorące powietrze i specyficzny zapach pustyni. Poczułem, że jesteśmy tutaj odsłonięci, a to jest prawdziwa wojna. To był pierwszy moment, kiedy doświadczyłem strachu, poczułem adrenalinę. Na jedno wychodzi. Oswajasz się z tym. Podczas wymiany ognia działa się automatycznie, wszystko jest wyćwiczone. Z czasem człowiek się przyzwyczaja, bo już wie, jak to brzmi, jak pachnie.

'GROM był pracą marzeń. Wielu moich kolegów ma poczucie, że najlepsze już za nimi. A w cywilu wiele rzeczy jest nowych, obcych.' (Archiwum prywatne)

Brałeś udział w akcji, w której zginął twój kolega.

Krzysiek Woźniak. To była trudna sytuacja. Mieliśmy kogoś zatrzymać, ale zostaliśmy ostrzelani w środku wioski. Z kilku stron do nas strzelano, obrzucono granatami. Dziewięciu ludzi zostało rannych, Krzysiek zmarł. Próbowałem go ratować, bo miałem medyczne przeszkolenie, ale z perspektywy czasu wiem, że nie miałem szans.

I co potem?

Czułem niedowierzanie. Rozpoczynałem z nim kurs podstawowy. Byliśmy w jednym pokoju, później w zespole bojowym w jednej sekcji. Wyjeżdżaliśmy razem, a on wrócił w śmigłowcu do kostnicy. Chcieliśmy złapać wszystkich, którzy wtedy do nas strzelali. Chyba się udało, ale tym zajmował się już inny oddział, bo my mieliśmy zaplanowany powrót. Dużo o tym później myślałem. Ale każdy, kto jedzie na misje, wie, że coś takiego może się stać. Tak musiało być i już.

A twoi koledzy? Jak sobie z tym poradzili?

Pytasz o zespół stresu pourazowego? Spotkałem na misjach sporo osób z jednostek konwencjonalnych i wiem, że wiele osób miało jakieś problemy po powrocie z misji. W GROM-ie wśród moich kolegów nie słyszałem o takim przypadku.

Jak to możliwe?

Myślę, że naprawdę dobrze działa proces selekcji. Po prostu do tej jednostki trafiają najbardziej wytrzymali i odporni na stres żołnierze.

Opowiedz o tym.

Pierwszy jest egzamin z WF-u, później rozbudowane testy psychologiczne. Przyjechało 150 osób, w większości żołnierzy. Zostało nas 30. Później zabrali nas na tygodniową selekcję w górach. To jest głównie marsz z różnymi zadaniami. Najwięcej ludzi odpada po drugim dniu, bo wtedy dobra kondycja przestaje wystarczać. Przez dwa dni można tak zmęczyć człowieka, że naprawdę nie ma już siły pracować, iść, biec. Tylko siła woli i psychika ciągną cię dalej. Ostatecznie 10 osób dało radę. Później jest kurs podstawowy, który trwa rok. Pierwsze dwa tygodnie to znów marsze. Wiedziałem, że pośpię dwie–trzy godziny i trzeba będzie znowu iść. Nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony jak wtedy. Kilka kolejnych osób wtedy zrezygnowało. Sporo osób odpada też później. Ćwiczymy strzelanie, także w pomieszczeniach. To trwa godzinami, zużywamy tysiące sztuk amunicji. Masz strzelać szybko i celnie. Pojawiają się tarcze: na jednej np. jest zdjęcie osoby, która trzyma kubek. Na drugiej ta sama osoba trzyma broń. Masz reagować od razu. Jeśli zaczynasz panikować, strzelasz na oślep, to widać, że się nie nadajesz. Każda minuta jest wypełniona, nie ma czasu na nic. Czujesz zmęczenie fizyczne i psychiczne przez cały rok kursu podstawowego. Nie ma urlopu. Czasem na ciebie krzyczą. Masz ostrą broń i amunicję – musisz się pilnować, żeby przypadkiem nie wystrzelić. Za niekontrolowany strzał wylatujesz. Instruktor próbuje zmusić ludzi, żeby zrezygnowali. Zostają ci, którzy są najbardziej odporni. I to później procentuje. Zresztą nawet po kursie podstawowym można zostać relegowanym, chociaż to się bardzo rzadko zdarza. Przed wyjazdem na misje, jak i po, przechodzisz testy psychologiczne.

Zatem mamy grupę bardzo odpornych na stres, zdyscyplinowanych i zmotywowanych ludzi. Przeszli selekcję, a później sprawdzali się przez kilkanaście lat w najtrudniejszych warunkach. Załóżmy, że nie kończą służby z problemami psychicznymi. Dlaczego życie cywilne to nie jest dla nich bułka z masłem?

Jesteśmy przygotowani do strzelania, wiemy, że mogą do nas strzelać, ale… lubimy tę pracę. Ona stała się też moją strefą komfortu. A nagle trzeba iść na rozmowę kwalifikacyjną. Nie wiadomo, jak się przygotować, o co będą pytali. To GROM był pracą marzeń. Wielu moich kolegów ma poczucie, że najlepsze już za nimi. A w cywilu wiele rzeczy jest nowych, obcych.

'Dziewięciu ludzi zostało rannych, Krzysiek zmarł. Próbowałem go ratować, bo miałem medyczne przeszkolenie, ale z perspektywy czasu wiem, że nie miałem szans.' (Archiwum prywatne)

Czym ty się zająłeś?

Zostałem dyrektorem w Rekrut24. Firma zajmowała się rekrutacją byłych mundurowych z policji, straży pożarnej, wojsk konwencjonalnych oraz pozostałych służb dla firm z cywilnego rynku pracy. Pomagaliśmy napisać CV, przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej, podpowiadaliśmy, jak w ogóle szuka się pracy, bo ludzie tego nie wiedzieli. Moją rolą było pozyskiwanie emerytowanych mundurowych i rozmowy z prezesami firm oraz instytucji prywatnych czy państwowych, np. Poczty Polskiej lub Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Przekonywałem ich, by ich zatrudnili.

Tęskniłeś za GROM-em?

Tak. Śniło mi się, że idę korytarzem, którym wchodziłem do jednostki codziennie przez 13 lat. Albo że razem z chłopakami wyjeżdżamy na misję, np. do Afganistanu. Jesteśmy na miejscu w bazie z chłopakami i planujemy jakąś akcję. Wstawałem i wtedy najbardziej tęskniłem. Czułem, że chciałbym pójść do jednostki. A szedłem do pracy: pisałem e-maile, dzwoniłem, chodziłem na spotkania zespołu i jeździłem do kontrahentów.

Odnalazłeś się w tym?

Musiałem się bardzo wielu rzeczy nauczyć. Na rozmowie o pracę prezes zapytał, jak się rozliczamy, czy może być B2B. Powiedziałem, że pewnie, może być. Wyszedłem i sprawdziłem w telefonie, co to jest. Skąd miałem to wiedzieć? Przez pierwsze cztery miesiące nie dostawałem wypłaty, bo zapomniałem podać numeru konta. Przychodziła emerytura, więc miałem za co żyć, i zapomniałem. Byłem bardzo zaangażowany w pracę. O szóstej otwierałem komputer i sprawdzałem e-maile, o dwudziestej drugiej, kładąc się, myślałem, co można by zrobić więcej. Nie wiem, czy pracowałem ciężej niż w GROM-ie, na pewno więcej. Ale miałem poczucie, że to ma sens. To była moja misja. Cieszyłem się, że mogę pomóc byłym mundurowym.

Jak przekonywałeś potencjalnych pracodawców do zatrudnienia byłych "specjalsów"?

Mówiłem prawdę o nich. To w większości ludzie po studiach. Podkreślałem, że są zadaniowi, punktualni, że często mają doświadczenie w zarządzaniu zespołami, potrafią pracować pod presją, są samodzielni. W GROM-ie masz zadanie do wykonania i nikogo nie interesuje, jak to zrobisz. Kiedy planowaliśmy akcję, siadaliśmy do tego razem. Stopień nie miał znaczenia. "O, ty młody jesteś, może coś świeżego podpowiesz". I jeśli ktoś miał dobry pomysł, to się tak robiło.

Jak toczą się losy twoich emerytowanych kolegów?

Bardzo różnie. Mam znajomego, który postanowił po prostu zająć się dziećmi i spędzać czas z rodziną. Kilku kumpli zatrudniło się na jakiś czas przy ochronie VIP-ów, ale porezygnowali. Powiedzieli, że to nudne, za mało kreatywne. W firmie współpracowałem z osobami po konwencjonalnym wojsku. Powiedziałbym, że pod pewnymi względami jest im łatwiej, bo mają mniejsze oczekiwania. Rozmawiałem z jednym majorem: miałem dla niego menedżerskie stanowisko w firmie. Wcześniej miał pod sobą w wojsku kilkaset osób. Powiedział, że on się nie zna na zarządzaniu, w wojsku wszyscy musieli robić to, co kazał. I że on to najchętniej poszedłby do pracy w ochronie. Przekonałem go jednak do zmiany podejścia i do tej pory pracuje w dużej firmie na Pomorzu jako menedżer. Po wojskach specjalnych chłopaki mierzą wysoko. Znowu chcą być najlepsi. Część moich kolegów założyła firmy zajmujące się organizowaniem szkoleń z taktyki i strzelania. Inni poszli do korporacji i instytucji publicznych. Część założyła własne biznesy, niezwiązane z wojskiem.

'W Ameryce korporacje i instytucje zabijają się o byłych 'specjalsów'. W Polsce wpadamy w próżnię'. (Archiwum prywatne)

Opowiedz o tym.

Scenariusz szkoleniowy jest prosty: załatwia się broń i strzelnicę, ludzie przyjeżdżają uczyć się od ciebie, bo się na tym znasz. Mam sporo znajomych, którzy poszli jednak do korporacji. Kolega logistyk został dyrektorem sprzedaży. Znajomy z BOA [Centralny Pododdział Kontrterrorystyczny Policji "BOA" – przyp. red.] jest handlowcem. Jeszcze inny, były dowódca oddziału, został dyrektorem do spraw pozyskiwania materiałów w dużej firmie zajmującej się lotnictwem.

Nie musiał się znać na branży?

Przeszkolili go oczywiście do pracy biurowej, a wcześniej poznał specyfikę firmy. Najwyraźniej uznali, że jego kompetencje przywódcze są warte tego, żeby dać mu czas na wdrożenie. Z tego, co wiem, dobrze tam sobie radził. Pamiętam, że kiedyś do niego pojechałem i pisaliśmy procedury COVID-owe dla zespołu: ja się na tym znam, bo byłem na kilku konferencjach i szkoleniach dotyczących procedur postępowania w razie ataków z wykorzystaniem broni chemicznej i biologicznej. Siedzieliśmy do trzeciej w nocy. Inni dyrektorzy zajęli się tym dopiero rano. My jesteśmy przyzwyczajeni, że jak coś ma być zrobione, to robimy.

Ten kolega dalej tam pracuje?

Zrezygnował. Mówił mi: nie uwierzysz, ludzie dostają tyle kasy i udają, że pracują. Potrafią robić dwugodzinne spotkania na jakiś temat i nic z tego nie wynika. Z tego, co wiem, zrobił furorę wśród podwładnych. Szefowie nie bardzo go lubili – powiedzieli mu, że przyniósł zachowania z wojska. Przez cały czas pytał o konkrety, protestował, kiedy miał poczucie, że robią coś naokoło, marnują czas. Myślę, że z punktu widzenia właściciela firmy jest to bardzo pożądane.

A scenariusz biznesowy? 

Wielu moich kolegów otwiera własne firmy. Często bardzo dobrze im idzie. Ale rozmawiam z innymi i słyszę, że wcale nie jest świetnie. Początki są trudne. Musisz zdecydować: wziąć dotację czy pożyczkę? Jak zadbać o reklamę, znaleźć wspólnika, który cię nie oszuka? W jednostce wszystko dogadywało się na gębę. "Jestem coraz bardziej wkurzony, myślałem, że będzie łatwiej" – powiedział mi jeden znajomy. Myślę, że problem nie polega tylko na tym, że musimy nauczyć się rachunkowości. Na początku w cywilu często brakuje nam takiego poczucia... że jesteśmy komuś potrzebni. Musisz się ustawić w szeregu i zbudować coś od nowa. Większości się w końcu udaje.

Zobacz wideo Dlaczego boimy się zmian?

Założyłeś fundację Rekonwersja SOF, która działa na rzecz wprowadzenia systemowych rozwiązań, które mogłyby pomóc byłym "specjalsom" w przejściu  do cywilnego życia.

Chodzi też o to, żeby Polska nie marnowała potencjału ludzi, którzy mogą się jeszcze przydać. Po pierwsze, powołaliśmy zespół parlamentarny, z którym pracujemy nad ustawą, która regulowałaby zatrudnienie osób po wojskach specjalnych w instytucjach państwowych i spółkach Skarbu Państwa. Chcemy, żeby osoby o określonych kompetencjach miały pierwszeństwo zatrudnienia, np. w departamentach bezpieczeństwa czy wojewódzkich sztabach reagowania kryzysowego. Żołnierze po jednostkach specjalnych mają wiedzę i zdolności, które sprawiają, że są idealnymi kandydatami. Przydadzą się tam. Po drugie, pracujemy nad projektem szkoleń prowadzonych przez byłych specjalsów dla urzędów i mieszkańców gmin. To element tworzenia obrony cywilnej, można nas w to zaangażować. Przykład Ukrainy pokazuje, jak ważne jest to, żeby cywile umieli się odnaleźć w sytuacji zagrożenia. Po trzecie, myślę, że powinniśmy mieć wewnątrz wojska system, który przygotowuje  żołnierzy do przejścia na emeryturę. Obecnie istnieje program praktyk, ale najczęściej to nie są atrakcyjne oferty. W Stanach Zjednoczonych przed końcem służby żołnierze przechodzą szkolenia z pisania CV, prowadzenia rozmów kwalifikacyjnych. Chciałbym, żeby w Polsce to również działało w ten sposób. Ale to raczej mój postulat, fundacja nie działa na tym polu. Nie chciałbym mówić MON-owi, jakie regulacje ma wprowadzać.

Czym się teraz zajmujesz, poza działalnością w fundacji?

Prowadzę biznes w branży turystycznej. Poza tym prowadzę szkolenia dla oddziałów antyterrorystycznych w Ameryce Łacińskiej. Jakiś czas temu chłopaki z brazylijskiej policji, których szkoliłem, wzięli mnie na akcję. Mieliśmy zatrzymać podejrzanego o kilka morderstw. To nie było nic wymagającego, ale fajnie było być znowu w akcji.

Dalej tęsknisz za GROM-em?

Oczywiście. Tęsknię za ludźmi. Chciałbym przeżyć jeszcze jeden taki dzień, choćby najzwyklejszy, z rutyną treningową. Lubię to, co robię w cywilu, będą inne świetne rzeczy. Ale czegoś takiego już nie doświadczę. Myślę, że to w GROM-ie był najlepszy czas mojego życia. Nie wiem, co przede mną, ale myślę, że za czterdzieści lat powiem to samo.

Mariusz "Maniek" Urbaniak. Weteran Jednostki Wojskowej GROM i pierwszy Polak, który otrzymał nagrodę dla najlepszego żołnierza na świecie w specjalizacji medycyna pola walki, przyznawaną przez międzynarodową organizację SOMA. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim. Założyciel fundacji Rekonwersja SOF. 
Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories. Obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m. in w Dużym Formacie i Tygodniku Powszechnym. Lubi słuchać, jak ludzie mówią.