Moskwa! Po stu pięćdziesięciu czterech godzinach pociąg wolno wtoczył się na Jarosławski. 6.30 – punktualnie co do minuty. Wyszedłem na plac Trzech Dworców. Dziwne uczucie. Jakbym schodził na ląd z pokładu żaglowca.
***
Na wieczór umówiłem się z Florą na Arbackiej, przed budą. Wzięliśmy pół litra Białej Brzozy, dwa plastikowe kubki, dwa razy po pół litra piwa Bałtyka nr 7 oraz suszoną rybę. Powiedziałem mu, że pochodzę z chłopskiej rodziny i odczuwam genetyczną namiętność do ziemi: – Jak siedzę na tarasie, to zachłannie patrzę za płot. Myślę, czy sąsiad kiedyś sprzeda mi swoją działkę. Po co mi ona? Nie wiem. Chyba po nic, tyle że chciałbym ją mieć. Jednak nigdy w życiu nie poszedłbym na ochotnika na pacyfikację jakiejś wsi pod Gudermesem. Bo jaki ja mam interes pod Gudermesem? – No ty, k***a, żadnego. – A ty? Jaki miałeś?
***
Flora idealnie wpisywał się w Arbacką. Piwko. Wojskowe spodnie. Kozia bródka. Uśmieszek cwaniaczka, którym oznajmiał przechodniom: "Lepiej mi tu nie podskakujcie". Oczy miał jednak chłodne. Była w nich wojna i wszystkie wsie pod Gudermesem, które spacyfikował w ramach żołnierskich obowiązków. Jak już wspomniałem, pochodził z Riazania. W tamtym półmilionowym mieście dużo spraw kręci się wokół armii. Jedną z najważniejszych instytucji jest Wyższa Szkoła Wojsk Powietrzno-Desantowych, która kształci komandosów. Obok Gwardyjski Pułk Spadochronowy. Riazańską młodzież psuje bliskość wielkiej stolicy (dwieście kilometrów na północ, dojazd dobry). Szlajają się młodzi po dworcach. Grają na gitarach w podziemnych przejściach. Piją. Palą. Malują na różowo włosy i noszą pacyfy na plecakach. Z czasem rodzina ma dość tych wybryków.
Wtedy ojciec bierze syna na poważną rozmowę. Następnego dnia ostrzyżony na zero chłopak jest już na stanie osobowym kompanii piechoty. W ten właśnie sposób osiemnastoletni Flora, dziennikarz młodzieżowego radia i redaktor młodzieżowej gazety, znalazł się w desancie. A potem w jednostce specjalnej wojsk wewnętrznych, z którą jeździł "w delegacje do Czeczenii".
***
W siódmym roku służby odszedł na własną prośbę. Dostał papiery weterana. I zaczął pisać teksty o tym, co przeżył. Nie miał zamiaru niczego ukrywać. Ta szczerość nie cieszyła dowódców ani większości towarzyszy broni.
***
Pijany opowiadał mi zawsze tę samą historię. – Idziemy na zaczistkę do wsi, okrążamy ją. Stanowiska dla karabinów maszynowych. Ludzie poukrywani. Przodem Czeczeni. Ci, którzy przeszli na naszą stronę. Wchodzą do domów i krzyczą, żeby wszyscy wychodzili ze wsi. Po nich my. Od domu do domu. Kolejne pomieszczenia w całkowitej ciszy. Nie ma komend, tylko znaki rękoma. Zauważysz ruch? Strzelaj! Gdy z tamtej strony odpowiedzą ogniem, wal na całego: kałach, granat, co pod ręką. Dowódca wzywa helikoptery. Palimy całą wieś! Taki plan. Wchodzę do domu i widzę ruch. Może mi się przywidziało? Nie, nie, na pewno jakiś ruch. W końcu pokoju ktoś się chowa za wielkim dzbanem. Dlaczego nie strzela?
A dlaczego ja nie strzelam? Wycofuję się powoli. Może udać, że nie zauważyłem? A jak zaczną walić w plecy? Pokazuję swoim: "Był ruch!". Dowódca pokazuje: "Wchodź znowu!". Boże, wiesz, matka kazała mi się ochrzcić przed wyjazdem do Czeczenii. Znowu tam wejść? Przecież teraz na pewno mnie rozwalą! Wchodzę. Cisza. Ale znów widzę ruch. Nie wytrzymam. Pociągnę serią. Albo on, albo ja. Jeszcze krok, jeszcze jeden. On nie strzela. Ja też nie. Jeszcze krok. Już jestem przy dzbanie. Teraz, k***a, już na pewno, jak Boga kocham, wyj***ę w niego cały magazynek. Cały magazynek! Słyszę śmiech. Skąd śmiech? Ja pier***ę, za dzbanem stoi pięcioletni chłopak. Nic nie rozumie. Bawi się ze mną w chowanego. K***a, k***a, k***a. Mogłem zabić dziecko. Mogłem przez gnojka spalić całą wieś!
***
– Jaki miałeś wtedy interes pod Gudermesem? – powtórzyłem. Flora uśmiechnął się tylko. Położył mi rękę na ramieniu i polał w plastik. Bo wiadomo, nie miał żadnego interesu. Służył po prostu! Ojczyzna posłała! Teraz o tym ciągle opowiadał. Chciał się z tego oczyścić. Wybaczyć sam sobie. Szukał Czeczenów, którzy stali po drugiej stronie. Pisał do nich. Raz pojechał do Skandynawii, żeby z nimi pogadać. Opowiedzieć, jak – będąc "w delegacji" – ich zabijał.
***
Rosjanie od XVIII wieku robili na Kaukazie to, co robił Flora. "W delegację" wysłano setki tysięcy żołnierzy. Wśród nich zebrałby się pewnie cały pułk ludzi o delikatnych duszach i otwartych sercach, humanistów: poetów, pisarzy, artystów. Jednych za nieprawomyślne poglądy zsyłano na "ciepłą Syberię". Inni zaciągali się do wojska z własnej woli. Pisali wiersze, eseje, ale Kaukaz był tylko tłem tych opowieści. Daleką, egzotyczną kolonią. Kolonia zachwycała. Grzbiety górskie całe w śniegu. Siwe, rumiane i wysokie. Tylko mieszkający w aułach tubylcy drapieżni, dzicy. Tak paskudni, że aż chce się ich zabijać.
***
Aleksander Puszkin w poemacie Jeniec Kaukazu opowiedział o młodym rosyjskim żołnierzu pojmanym przez czerkieskich barbarzyńców. Jeniec tęsknił za przyjaciółmi, których zostawił w Rosji, chciał odzyskać wolność. Z pomocą przyszła zakochana w nim miejscowa dziewczyna. Uciekli oboje, ale dziewczyna, wiedząc, że jej miłość nie jest odwzajemniona, rzuciła się w nurt wzburzonej rzeki i utonęła. Podobno czytelnicy mieli za złe Puszkinowi, że jego bohater nie starał się ratować Czerkieski. Poeta jakoby żartował, że to oczywiste. Górskie rzeki są niebezpieczne. Dzielny Rosjanin mógłby zginąć. Jeniec Kaukazu cieszył się wielką popularnością. Wissarion Bielinski, filozof i krytyk, jeden z najważniejszych intelektualistów epoki, wyjaśniał ten fakt następująco: "Jeniec to bohater swojego czasu […]. Szczególnie zachwycali się nim młodzi ludzie, ponieważ każdy widział w tej postaci, bardziej lub mniej, własne swoje odbicie. Ta tęsknota za utraconą młodością, to rozczarowanie, którego nie poprzedzały żadne oczarowania, ta apatia duszy w porze jej najintensywniejszej aktywności, to wrzenie krwi wraz z chłodem ducha" […] (Cytat w przekładzie autora za: Wissarion Bielinskij, Sobranije soczinienij w 3 tomach, Moskwa 19"48, t. 3, s. 440). Po pewnym czasie pojawiły się teorie, że Puszkin w istocie sympatyzował z Czerkiesami – przecież pięknie opisał ich zwyczaje i zdolność (przynajmniej żeńskiej części populacji) do wyższych uczuć, czyli do miłości. Ale teorie te broniły się słabo. W epilogu poematu wieszcz zachwyca się krwawym dowódcą rosyjskich wojsk: "Ukorz się, Kaukazie: Jermołow nadchodzi!" (Cytat w przekładzie autora za: Aleksander Puszkin, Kawkaskij plennik, dostęp: 3.01.2024).
Żałuję, że Puszkin zalał krwią ostanie wiersze swej opowieści. […] Poezja nie jest sojuszniczką katów; polityce mogą być potrzebni i wówczas niech sąd historii rozstrzyga, czy można ją usprawiedliwić, czy nie; ale hymny poety nie powinny nigdy wysławiać rzezi – napisał w prywatnej korespondencji poeta i krytyk Piotr Wiaziemski (Cytat za: Wiktor Woroszylski, Kto zabił Puszkina, Warszawa 2004, s. 392–393).
***
Przywołany przez Puszkina generał Aleksiej Jermołow miał europejskie wykształcenie. Zajmowała go filozofia oświeceniowa. Prywatnie sympatyzował z dekabrystami i współczuł ich doli. Służbowo zaś był mordercą. Słano go w różne zakątki imperium (to do Polski, to na Kaukaz), by uczył miejscowych pokory i posłuszeństwa. Generał, choć humanista, szczerze nienawidził rdzennych mieszkańców wszystkich kolonii rosyjskich. Metodycznie przekształcał ich w lojalnych poddanych. By wywiązać się z zadania, wydawał rozkazy ścierania z powierzchni ziemi całych wsi. Wiemy to z jego zachowanych notatek: "Zbuntowane osady zostały zrujnowane i spalone, sady i winorośle wyrąbane do korzeni… skrajna bieda będzie dla nich karą" (Cytat w przekładzie autora za: Mark Blijew, Rossija i gorcy Bolszogo Kawkaza, Moskwa 2004, s. 138).
Tubylcy nazywali generała Czyngis-chanem Kaukazu. Przez lata matki straszyły dzieci jego imieniem. Za to w Rosji uchodził za bohatera. Mordy, których dopuszczali się żołnierze, opisywano wymyślnymi słowami, "pacyfikacje", "ekspedycje karne". Za współczesny odpowiednik Jermołowa można by uznać generała Siergieja Surowikina, który lubił bombardować syryjskie miasta. A za spadkobierców pułków Jermołowa jednostki okupujące Buczę. Może wieczorami w Mariupolu żołnierze rosyjscy powtarzali sobie złotą myśl Jermołowa: "Jesteśmy tu tylko po to, żeby ich uspokoić i nauczyć żyć w pokoju" (Cytat w przekładzie autora za: Mark Blijew, Rossija i gorcy Bolszogo Kawkaza, Moskwa 2004, s. 148).
* Fragmenty książki Pawła Reszki "Stolik z widokiem na Kreml".

