Dzik zaatakował niedawno 55-letnią mieszkankę Gdyni. Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Skąd się biorą dziki w mieście?
To proces, który nasila się od dekad. Faktycznie dzików jest coraz więcej, nie tylko w miastach, ale w ogóle jest ich coraz więcej, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach Europy. To przekłada się na to, że więcej tych zwierząt wchodzi do miast. Zresztą ich rozród też się w nich odbywa.
Czy nie jest to przypadkiem następstwo pandemii? Gdy miasta pustoszały, zwierzęta zaczynały się w nich czuć jak u siebie.
Rzeczywiście, w lockdownie zwierzęta, nie tylko dziki, zaczęły więcej wędrować, częściej przekraczać drogi i wchodzić do miast. Miejsca, które kiedyś były gęsto zaludnione, chwilowo opustoszały, więc dziki także zaczęły je eksplorować. Prowadziliśmy badania o wpływie lockdownu na dziki w miejskim lesie pod Pragą, który jest terenem rekreacyjnym dla mieszkańców. Gdy zamknięto galerie handlowe, przyjeżdżało do niego 10 razy więcej ludzi niż przed pandemią. Okazało się, że dziki w tym czasie ani nie wędrowały więcej, ani mniej, ale zmienił się ich sen – stał się krótszy i przerywany. I dużo bardziej niespokojny. Zakłócały go większe niż zwykle grupy turystów. Co prawda dziki nie uciekały przed ludźmi, ale były o wiele czujniejsze.
Z kolei parę lat temu porównywałem dziki mieszkające w okolicach Krakowa i te z Białowieży. Dziki białowieskie było aktywne zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy, krakowskie z kolei były aktywniejsze w nocy, co jest zresztą charakterystyczne dla dzików, które żyją w miastach. Te krakowskie pokonywały w nocy dwukrotnie dłuższe trasy.
To nie jest też tak, że dzikom ubywa zielonych terenów, na których powstają kolejne osiedle, więc przychodzą do miast?
Ten problem dotyczy nie tylko dzików, ale i innych zwierząt. Jednak powstaje pytanie, dlaczego dziki, zamiast iść gdzieś dalej, przychodzą do ludzi. Oczywiście miasto jest dla nich atrakcyjne, bo jest cieplej i nie brakuje jedzenia, ale jednocześnie jest też pełne zagrożeń.
Na przykład w Pradze, której liczba mieszkańców jest porównywalna z liczbą mieszkańców Warszawy, problemu dzików praktycznie nie ma. To ciekawe, bo żyją na obrzeżach czeskiej stolicy, w okolicznych lasach, ale nie wchodzą do miasta. Prawdopodobnie nie zachęca ich pagórkowaty teren oraz "wyspowość" miejskich terenów zielonych. Widać więc, że nie każde miasto ma ten problem.
Proszę opowiedzieć o naturze dzików.
To zwierzęta socjalne, żyjące w grupach. Są bardzo elastyczne, jeśli chodzi o wymagania pokarmowe czy siedliskowe, co sprawia, że łatwo adaptują się do nowych środowisk, w tym miejskich.
Mogą się żywić zarówno tym, co rośnie w lesie, jak i resztkami z koszy na śmieci?
Dokładnie tak. Dieta dzików jest zróżnicowana. Nie stronią od padliny, zwłaszcza w zimie, a także od drapieżnictwa na małych ssakach czy jajach ptaków gniazdujących na ziemi. Oczywiście w przewyższającej większości jedzą rośliny, ale raczej podążają za dostępnością pokarmów w danym sezonie czy miejscu, niż szukają czegoś, co im wyjątkowo smakuje.
Są wszystkożerne i dlatego rozkopują trawniki czy alejki w parkach, a nawet – jak ostatnio – buszują w kwietnikach na głównych ulicach miast, chociażby na Świętojańskiej w Gdyni? Innym razem na bulwarze nadmorskim, także w Gdyni, przeszukiwały plecak jakiejś pary, żeby zdobyć coś do jedzenia. Czy dziki zawsze są groźne dla ludzi?
Na pewno są bardziej skłonne do ataku, gdy czują się zagrożone. Zwłaszcza jeśli są to samice z młodymi. Wtedy dość często zdarza się, że w odruchu obronnym atakują ludzi. Jeśli ktoś nie stwarza wrażenia, że może dzikom zaszkodzić, zmniejsza ryzyko, że coś może mu się stać. Same z siebie dziki raczej nie są skłonne do atakowania ludzi.
Oglądałem niedawno nagranie z Barcelony, gdzie dziki podchodziły do ludzi siedzących na ławce i starały się im wyrwać jedzenie z rąk. Gdy im się nie udało, zabrały ludziom plecaki i rozerwały je na strzępy. To ewidentnie był atak, niesprowokowany przez człowieka, który może zakończyć się niebezpiecznie.
Jak się zachować, kiedy na naszej drodze pojawi się dzik?
Rekomenduję spokojne, mało inwazyjne zachowanie. Jednak problemem jest to, że przebywając w pobliżu ludzi, dziki tracą dystans. Mają kontakt z ludźmi, którzy je dokarmiają, a wręcz dotykają, więc przyzwyczajają się, że pożywienie jest przy człowieku, i wtedy może dochodzić do ataku. Szczerze mówiąc, nie mam jednej dobrej rady, co w takiej sytuacji zrobić. Wolałbym, żeby ktoś później mnie nie obwiniał, ale myślę, że rozsądnym wyjściem będzie po prostu oddalenie się od stada. Lepiej odżałować plecak czy torbę, a ochronić siebie. Dziki potrafią zrobić krzywdę, mają przecież kły, mogą szarżować z ogromną siłą oraz gryźć.
Ze względu na własne bezpieczeństwo lepiej dać im przejść, odejść i w ogóle ich nie niepokoić. Warto też powiadomić miejskie służby, że dziki są w okolicy. Takie dane, które ludzie zbierają w ramach nauki obywatelskiej, mogą być bardzo przydatne. Na ich podstawie można stworzyć mapę miejsc, w których dzików jest najwięcej. Inna kwestia, czy ktoś z tych danych zrobi odpowiedni użytek. Na przykład taki, jaki zrobili twórcy ogólnopolskiej bazy z miejscami, w których najczęściej dochodzi do kolizji drogowych z udziałem zwierząt.
Co by pan rekomendował jako przyrodnik? Odławianie dzików czy może odstrzał?
Podejrzewam, że agresywnie wobec ludzi zachowują się konkretne osobniki. Prawdopodobnie nie jest tak, że każdy dzik zaatakuje człowieka. Na tym polegają różnice w cechach osobowości dzików. To samo dotyczy zresztą niedźwiedzi, wilków czy żubrów. Najlepiej byłoby więc odławiać tylko te osobniki, które stwarzają problem, ale oczywiście nie jest to łatwe, zwłaszcza przy dzikach, których liczba stale rośnie.
Generalnie jednak uważam, że odłów dzików jest rozsądnym rozwiązaniem. Chciałbym jednak podkreślić, że w celu zmniejszenia liczby bezpośrednich sytuacji konfliktowych konieczne jest wyeliminowanie zwyczaju dokarmiania dzików przez ludzi poprzez na przykład kampanie informacyjne lub oznakowanie przestrzeni miejskiej. To jest naprawdę kluczowe.
Czy dzik wywieziony kilkadziesiąt kilometrów dalej wróci, czy nie?
Dziki nie są terytorialne w ścisłym tego słowa znaczeniu, tak jak drapieżniki, które mają swój areał i go bronią, patrolują. Co prawda mają dobrą pamięć przestrzenną, ale kilkadziesiąt kilometrów powinno wystarczyć, żeby już nie wróciły. Niemniej nie likwiduje to problemu, bo w tym rejonie pewnie są inne, które gdy powstanie pustka, szybko w nią wejdą. Miasto jest dla dzików bardzo atrakcyjnym miejscem do życia, więc na długo puste nie pozostanie. Jeśli więc decydujemy się na odłowienie dzików, to trzeba je wykonywać systematycznie, żeby utrzymać niskie zagęszczenie tych zwierząt.
Bardziej kompleksowym, choć trudniejszym podejściem jest próba ogrodzenia przestrzeni miejskiej. To jednak zależy od konfiguracji danego miasta. Mam na myśli zamknięcie zielonego korytarza, którym dziki przychodzą, i w ten sposób ograniczyć ich napływ albo wręcz tam skoncentrować odławianie.
Na własne oczy widziałem takie rozwiązanie w Barcelonie.
Jak ono działa?
Nad miastem jest duży półdziki rezerwat, a w nim mnóstwo dzików, które czasem schodzą na skwerki prowadzące do ścisłego centrum. To ogromny problem, ale napływ dzików łatwo daje się kontrolować, bo wiadomo, z której strony przychodzą. Po konsultacjach z mieszkańcami zaczęto w tym miejscu wstawiać betonowo-stalowe płoty, bardzo estetycznie zrobione i wkomponowane w miejską architekturę. Pozwala to ograniczyć liczbę dzików w centrum miasta.
Pewnie jest to kosztowne rozwiązanie?
Tanie nie jest. Jednak Hiszpanie tłumaczą, że bilansuje się, jeśli zestawić je z kosztami, jakie ponosi miasto na odłowy dzików czy częste interwencje, gdy te zwierzęta wyrządzają szkody. Zawsze trzeba się zastanowić, jakich strat się nie ponosi, inwestując w podobne zabezpieczenia.
Pod koniec zeszłego roku planowano odstrzał 20 dzików na terenie lasów państwowych i komunalnych w granicach administracyjnych Gdyni i Sopotu. Rozporządzenie wydał Powiatowy Lekarz Weterynarii w Gdyni. Co pan myśli o takich działaniach?
Pamiętam duży odstrzał dzików w Warszawie. Przeprowadzono go po raporcie, według którego rosła liczba kolizji z udziałem dzików, a liczebność tych zwierząt w parę lat wzrosła o 300 proc. Przybywało też zgłoszeń od działkowców o zniszczeniach wyrządzonych przez dziki.
Odstrzał jest jednym z narzędzi rozwiązywania problemów, które powodują dzikie zwierzęta, gdy jest ich za dużo. Jeżeli władze czy lokalna społeczność zdecydują, że koszty nadmiernej liczebności dzików są zbyt wysokie i nie można ich dłużej tolerować. Nie jestem przeciwnikiem odstrzału, ale uważam, że to ostateczność. Przed odstrzałem można rozważyć inne środki.
Jakie?
Możliwa jest na przykład między innymi antykoncepcja i kastracja, ale pewnie się pani domyśla, że ich wykonanie jest bardzo trudne. Można też użyć preparatu imitującego zapach człowieka czy drapieżników, co z kolei zwykle jest nieskuteczne, bo dziki się do tych zapachów przyzwyczaiły. Z kolei ogrodzenie lasów to przecięcie szlaków migracji zwierząt. Ważne jest ograniczenie dostępu dzików do odpadków i śmieci.
Na jednym z nagrań, które latem trafiło nawet do włoskich mediów, dziki sporą grupą przechadzają się przez centrum Gdyni.
Widziałem to nagranie.
Zaskakujące, bo przez ruchliwą ulicę przechodzą po pasach. Skąd wiedzą, że tak jest bezpieczniej?
Dziki na pewno są bardzo inteligentne. Dość szybko się uczą, podpatrują ludzi i robią to samo co oni.
A jaką mają osobowość? Choć nie wiem, czy to jest odpowiednie słowo w odniesieniu do zwierząt...
Z użyciem określenia "osobowość" w przypadku dzików nie byłbym aż tak sceptyczny. Właśnie prowadzę badania na ten temat i już widzę, że między poszczególnymi osobnikami są różnice w zachowaniu, co możemy nazwać "osobowością". Nie jest ona tym samym co w odniesieniu do człowieka, ale obserwuję, że dziki mają różne zachowania i strategie przetrwania.
Niektóre osobniki są nieśmiałe i zachowawcze, a inne eksploracyjne i przebojowe. Te drugie zwykle chętniej przebywają w pobliżu ludzi czy na otwartej przestrzeni. Nie stronią od ryzykownych sytuacji, odbywają dłuższe wędrówki w ciągu dnia i poznają nowe tereny, na przykład szukając pożywienia. Prawdopodobnie czują też mniejszy strach przed ludźmi.
Zaobserwowałam, że dziki żyją w grupach.
Grupę tworzy kilka samic z potomstwem, które zazwyczaj są ze sobą spokrewnione. Najczęściej to siostry. Małe grupy mogą też łączyć się w większe, dzielić albo rozpadać, choć nie wiemy jeszcze, dlaczego tak się dzieje. Dorosłe samce odłączają się od grup rodzinnych i prowadzą samotny tryb życia. Tylko w czasie tzw. huczki, czyli okresu rozrodczego, na jakiś czas przyłączają się do samic.
Trochę jak słonie, którymi się pasjonuję, choć to dość odległe porównanie.
A wie pani, że wcale nie tak odległe, przynajmniej w aspekcie społecznym. I dziki, i słonie funkcjonują w grupach matriarchalnych, które się łączą i rozdzielają.
Słonie porozumiewają się ultradźwiękami, a dziki?
Dziki mają bardzo słaby wzrok, więc nie jest to ich główny kanał komunikacji. Ważny jest dla nich zapach i najróżniejsze odgłosy, których mają bardzo szeroki repertuar.
Wiadomo, ile dzików żyje obecnie w Polsce?
W ubiegłym roku było to około 300–400 tys.
Są dziś bardziej oswojone niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu?
Te, które żyją w mieście i mają kontakt z człowiekiem, oczywiście. Przyzwyczajają się, że człowiek wcale nie jest aż tak bardzo niebezpieczny, a wręcz można od niego coś dostać.
Dr hab. Tomasz Podgórski. Zajmuje się badaniem m.in. zachowań dużych ssaków kopytnych wobec zakłóceń antropogenicznych w Instytucie Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży. Obecnie pracuje na Czeskim Uniwersytecie Przyrodniczym w Pradze.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.


