Rozmowa
Elżbieta Starostecka (Eastnews)
Elżbieta Starostecka (Eastnews)

Wraca pani na wielki ekran jako Eleonora w filmie "Uwierz w Mikołaja".  Słyszałam, że podobno nie obyło się bez drobnych wątpliwości?

Propozycję zagrania Eleonory otrzymałam niedługo po dość poważnych problemach zdrowotnych. Kiedy rzuciłam okiem na scenariusz, pierwsza kwestia, na jaką się natknęłam, dotyczyła tego, że postać, którą miałabym zagrać, marzy, żeby położyć się w trumnie. Pomyślałam, że ja się jeszcze nigdzie nie wybieram i nie bardzo chce mi się dywagować na takie tematy.

Ale ostatecznie przyjęła pani tę rolę. Dlaczego?

Po jakimś czasie znów zajrzałam do tekstu, a tam Eleonora co rusz informuje, że się właśnie wybiera do tej trumny i że jest to dla niej powód do wielkiej radości. Okazało się, że wątek Eleonory obfituje w elementy czarnego humoru. Cała ta sytuacja zaczęła mnie niespodziewanie bardzo bawić. Jeszcze zabawniej było na planie filmowym, gdzie w gronie niedawnych amantek i amantów [w filmie zobaczymy też Martę Lipińską, Ewę Szykulską, Krystynę Tkacz, Dorotę Stalińską, Macieja Damięckiego i Bohdana Łazukę – przyp. red.] grałam jedną ze szczęśliwych pensjonariuszek domu opieki Happy End. Wydaje mi się, że to film dający wiele powodów do uśmiechu i wzruszeń.

Elżbieta Starostecka jako Eleonora w filmie 'Uwierz w Mikołaja' (mat. prasowe)

Skoro już pani wspomniała o niedawnych amantach i amantkach, to proszę powiedzieć, jakie jest pani podejście do upływającego czasu?

W szkole aktorskiej w Łodzi mieliśmy zajęcia, na których zwracano nam uwagę, że kiedy mówimy, kolejne sylaby wypowiadamy na zmieniających się wysokościach. Wsłuchiwaliśmy się w brzmienie wznoszących się i opadających fraz i ta, która utkwiła mi w głowie do dzisiaj, brzmiała "pogoda jesieni". Pociągała mnie jakąś nostalgią, ciepłem, słońcem delikatnie przesłoniętym mgiełką chmur, kojarzyła się z łagodnym uśmiechem i spokojem. Dziś, po wielu latach, myślę, że ta pogoda jesieni to najlepsza wskazówka, jak sensownie współistnieć z upływającym czasem.  

Łatwo to powiedzieć komuś, kto – tak jak pani – ma świetną pamięć. W jaki sposób dba pani o swoją kondycję?

Praca aktora, który gra w teatrze, filmie, telewizji, radiu i na estradzie, to nieustanny pośpiech, pełna mobilizacja fizyczna i umysłowa, skomplikowane zadania sprawnościowe i pamięciowe. Po paru latach kondycja przychodzi sama. Również ta pamięciowa. Był czas, kiedy miałam w głowie kilka dużych ról, zdarzało mi się zagrać w teatrze trzy spektakle tego samego dnia. Zresztą tekstów uczyłam się rzadko, z reguły zapamiętywałam je po kilku próbach czytanych.

Dziś na szczęście to szaleństwo jest już za mną, ale po problemach zdrowotnych gimnastykuję się, spaceruję, pamiętając o prostym kręgosłupie. A jeżeli chodzi o pamięć, sprawdziłam ją, przygotowując się do roli Eleonory, i okazało się, że nadal działa.

A jak działa dziś plan filmowy czy serialowy? Bardzo różni się od tego sprzed lat?

Kiedyś na plan filmowy przywożono mnie na przykład po rannej próbie w teatrze, po popołudniowym nagraniu telewizyjnym i wieczornym spektaklu teatralnym. Trochę pospałam w taksówce, trochę w hotelu i półprzytomna meldowałam się o świcie w charakteryzatorni, żeby po kilkugodzinnym oczekiwaniu na tzw. ekspozycję nakręcić scenę, w której na zbliżeniu miałam obowiązek być świeżutka i wypoczęta. Dziś przed kręceniem scen mam szansę normalnie pospać, a po pracy przyzwoicie odpocząć. Dodatkowo od pewnego czasu doświadczam nadzwyczajnej troski ekipy filmowej.

Elżbieta Starostecka w 'Nocach i dniach', 1975 rok (Stanisław Loth/Eastnews)

W czym się ona przejawia?

Czuję się wręcz rozpieszczana.

Nie pozwalają mi niczego nosić, odprowadzają, podprowadzają, mówią miłe słowa. Czasem mnie to trochę krępuje. Tłumaczę, że spokojnie dam sobie radę, że swobodnie biegam po schodach i z nich nie spadam, ale potem myślę, że ci młodzi, dobrze wychowani ludzie policzyli sobie, ile lat minęło od powstania moich pierwszych filmów, i wyszło im, że inaczej nie wypada. 

Ja też sobie policzyłam i nie mogę uwierzyć, że Stefcię Rudecką zagrała pani 47 lat temu. Czy często zdarza się jeszcze, że ktoś mówi: "Pamiętam panią z "Trędowatej'"?

Zagrałam wiele amantek, których głównym zadaniem było nieszczęśliwie się zakochać i umrzeć. W pewnym momencie miałam już tego trochę dosyć i wtedy przyszła propozycja zagrania Stefci Rudeckiej u Jerzego Hoffmana. Początkowo byłam stanowczo na "nie", ale Kalina Jędrusik powiedziała: "Możesz zagrać nie wiem jak genialnie wielkie role z wielkiej literatury światowej i wszyscy o nich zapomną. Ale jak zagrasz Stefcię, będziesz na zawsze miała miejsce w historii polskiego filmu".

Kadr z filmu 'Uwierz w Mikołaja' (mat. prasowe)

I miała rację!

Pomyślałam, że Kalinka mocno przesadza, ale dzisiaj wydaje mi się, że jednak jakąś część racji miała. Po latach ta "Trędowata" przylgnęła do mnie najbardziej. Niektórzy pamiętają też Teresę Kociełłową z "Nocy i dni" czy Annę z "Czarnych chmur", ale to Stefcia stała się moim głównym znakiem rozpoznawczym.

Jeszcze dziś zdarza się, że podchodzą do mnie obcy ludzie, żeby opowiedzieć o swoich wzruszeniach związanych z oglądaniem tego filmu. I chociaż trochę mnie to krępuje, cieszę się z dowodów sympatii.

Jak dziś patrzy pani na tę rolę?

Niedawno obejrzałam spore fragmenty "Trędowatej" i zaczęło mi się wydawać, że ten melodramat w jakiś zadziwiający sposób pozytywnie zniósł próbę czasu. Grałam w towarzystwie znakomitych aktorów, w pięknych wnętrzach i plenerach. W tle piękna muzyka, przy mnie piękny Teleszyński, ja czterdzieści parę lat młodsza. Tylko szkoda, że ten film tak się smutno zakończył. Chociaż gdyby się zakończył happy endem, nie byłoby łez, a melodramat bez nieszczęśliwej miłości i bez łez na pewno nie odniósłby sukcesu.

Elżbieta Starostecka na benefisie Krystyny Sienkiewicz w Teatrze Komedia, 2013 rok (Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)

Uważa pani, że Stefcia była dla pani jakiegoś rodzaju łatką czy szufladą?

Może i tak było, ale żeby powstała taka łatka czy szuflada, musiał się zdarzyć spektakularny sukces. Nie mogę więc narzekać, że udało mi się ten sukces osiągnąć. Zdarzało mi się spotykać panie, które twierdziły, że oglądały "Trędowatą" już kilkanaście razy i za każdym razem się wzruszały. Co ciekawe, niektórzy panowie też mi to czasami wyznawali. Wielu z nich nie było jeszcze na świecie, kiedy ten film powstawał. Kiedy zdawałam do szkoły aktorskiej, nawet nie śniłam, że coś takiego mi się przydarzy.

No właśnie, jak to się stało, że została pani aktorką?

Jako nastolatka obejrzałam kilka wspaniałych filmów, które zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie: "La Stradę" Felliniego z Giuliettą Masiną i Anthonym Quinnem, "Białe noce" Viscontiego z Marią Schell, Jeanem Marais i Marcellem Mastroiannim czy "Nędzników" Jeana-Paula Le Chanois z Jeanem Gabin. Doznałam olbrzymich wzruszeń i poczułam, że też chciałabym tak wzruszać. Później przyszły konkursy recytatorskie i jeden z jurorów, Lech Zarzycki, namówił mnie, żebym złożyła papiery na łódzką PWSTiF.

Pamiętam moje przerażenie, kiedy na korytarzu szkolnym zobaczyłam wspaniałe, pewne siebie dziewczyny, świadome najnowszych trendów mody, z którymi miałam konkurować o prawo studiowania na wydziale aktorskim. Na ich tle moja biała bluzeczka i granatowa spódniczka w połączeniu z grubym warkoczem nie musiały robić oszałamiającego wrażenia, ale weszłam do sali egzaminacyjnej, wyrecytowałam monolog Infantki z "Cyda" Corneille'a, "Ptasie radio" Tuwima i fragment opowiadania Iwaszkiewicza "Ikar".

I się pani dostała.

Po pełnym napięcia oczekiwaniu moje nazwisko pojawiło się na liście przyjętych. Co prawda studenci, którzy pomagali w organizacji egzaminów, a przy okazji podsłuchiwali profesorów, donieśli mi wcześniej, że zdałam, ale nie umiałam uwierzyć w swoje szczęście, póki nie przeczytałam swojego nazwiska na liście przyjętych. Czytałam listę parę razy, sprawdzając, czy nie ma pomyłki, a potem jeszcze parę razy, żeby zapamiętać tę chwilę na zawsze.

To był dla pani ważny dzień?

Kiedy składałam dokumenty do PWSTiF, nie bardzo wierzyłam, że uda mi się dostać na studia, o które starało się kilkaset innych dziewczyn. Złożyłam więc papiery również na psychologię. Zabawne, że po latach moja córka ukończyła ten kierunek, ale psychologiem nie została. Nie wiem, czy mogłabym uprawiać inny zawód niż aktorstwo. Dzisiaj wydaje mi się już, że nie, ale gdyby cofnąć czas, to kto wie? Tylko być może żałowałabym całe życie, że moje największe marzenie się nie spełniło, a tak nie mam na co narzekać. W Teatrze Telewizji zagrałam Arlettę w "Korsarzu" Conrada, tytułową "Ondynę" Giraudoux, Ninę w "Maskaradzie" Lermontowa, Smugoniową w "Uciekła mi przepióreczka" Żeromskiego, Violę w "Wieczorze trzech króli" Szekspira, w teatrze dziesiątki ról w sztukach klasycznych i współczesnych, w filmie też mi się poszczęściło. Dziś mogę powiedzieć: jest pięknie!

Elżbieta Starostecka w 1975 roku (Stanisław Loth/Eastnews)
Zobacz wideo Od 11 lat prowadzi próby dziecięcego chóru gospel

Początki pracy w zawodzie też były piękne?

Na początku szczytem szczęścia wydawał mi się angaż w jednym z teatrów łódzkich. Zgłosiłam się do dyrektora Teatru Nowego i usłyszałam, że na razie nie ma etatów, ale jak przyjdę za rok, postara się coś znaleźć. Przyjęłam więc propozycję z Kalisza, a po roku zostałam aktorką łódzkiego Teatru Nowego, co potraktowałam jako olbrzymią nobilitację. W Kaliszu, a później w Łodzi grałam przez kilka lat, aż nadszedł dzień, kiedy odczułam potrzebę zmiany. Spróbowałam szczęścia w Warszawie i udało mi się zaangażować najpierw do Teatru Rozmaitości, a po kilku latach do Teatru Ateneum. Grałam w nim przez wiele lat u boku wybitnych ludzi sceny. Najczulej wspominam mojego partnera z serialu "Czarne chmury" Lolka Pietraszaka. 

Nie tylko pani gra, ale i śpiewa.

Jeszcze w czasie studiów zaproszono mnie do udziału w serii programów telewizyjnych "Śpiewki stare, ale jare" w reżyserii Janusza Rzeszewskiego. Śpiewałam tam piosenki ludowe: hiszpańskie, rosyjskie, włoskie, amerykańskie, irlandzkie, angielskie. Potem był radiowy kabaret Bąbelek, a po przeprowadzce do Warszawy grałam śpiewaną rolę Anuncjaty w musicalu Wojtka Młynarskiego i Maćka Małeckiego "Cień" w Teatrze Rozmaitości.

Później przyszła współpraca z panami Jerzym Wasowskim i Jeremim Przyborą przy wznowionym po dłuższej przerwie "Kabarecie Starszych Panów". Kiedy zaczęłam jeździć na koncerty estradowe, mąż napisał mi piosenkę do tekstu Jana Zalewskiego "Za rok, może dwa".

Muszę się pani przyznać, że z przyjemnością nucę sobie czasem tę piosenkę.

Pamiętam jej pierwsze wykonanie z orkiestrą Stefana Rachonia. Wcześniej nie śpiewałam z orkiestrą, a tu orkiestra symfoniczna, wielka sala pełna ludzi i ja – z zaschniętym gardłem, mająca wykonać nikomu nieznaną piosenkę. Nie wiem, jakim cudem udało mi się skończyć. Nie rozumiałam, dlaczego kazano mi na tę scenę wracać, bo bisowałam trzy razy. Dostałam za tę piosenkę nagrodę w Opolu i nagrałam ją z kilkunastoma innymi do recitalu telewizyjnego. Śpiewanie traktowałam jako miły dodatek do aktorstwa, o wiele pewniej czułam się, mówiąc. Nigdy nie czułam się piosenkarką, raczej aktorką, która w razie potrzeby potrafi zinterpretować piosenkę.

Mąż, który skomponował dla pani tę piosenkę, to słynny kompozytor Włodzimierz Korcz. W jakich okolicznościach się państwo poznali?

W Łodzi, przy ulicy Gdańskiej, w pałacu Poznańskiego mieści się Akademia Muzyczna. Za moich czasów budynek był podzielony – na parterze był Wydział Aktorski, a piętra zajmowała Wyższa Szkoła Muzyczna. Studiowaliśmy więc w tym samym budynku, w tym samym czasie, nic o sobie nie wiedząc. U nas, na parterze, był hol, gdzie często zbieraliśmy się przed zajęciami i koledzy opowiadali o swoich nieprawdopodobnie barwnych, niezwykłych przeżyciach, których bohaterkami były najczęściej dziewczyny. Słuchając tych fantastycznych opowieści, myślałam sobie, że nigdy nie chciałabym być ich bohaterką.

Po trzecim roku tworzyły się grupy kabaretowe. Do jednej z nich zostaliśmy zaangażowani – Włodek jako akompaniator, ja jako jedna z wykonawczyń. Praca w czasie wakacji miała nam przynieść fortunę. Fortuny nie przyniosła, ale zdarzyło się coś o wiele ważniejszego. Spotkałam mężczyznę, który zaimponował mi tym, że był diametralnie różny od tamtych kolegów. Był delikatny, opiekuńczy, czasem rozśmieszał mnie jak nikt, ale w zasadniczych sprawach był poważny. A dodatkowo pięknie grał na fortepianie. No i stało się – zwariowaliśmy. Świat przestał istnieć, byliśmy tylko my.

Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz (mat. prasowe)

Doczekali się państwo dwójki dzieci. A w jakim domu pani wyrastała?

Moja mama samotnie wychowywała mnie i mojego brata, pracując jako pielęgniarka na dwa pełne etaty. Żyliśmy skromnie, ale mieliśmy co jeść i w co się ubrać. Dziadkowi udało się po wojnie sprzedać resztki tego, co zostało po jego majątku, jakim był zrujnowany młyn z kawałkiem ziemi. Kupił za to dom z ogrodem w Gliwicach, przy ulicy Owsianej. Ta uliczka była jak z bajki – mała, w kształcie podkowy, oświetlona ślicznymi latarniami gazowymi. Ogród pielęgnowała mama, nocami, po powrocie z pracy i po ugotowaniu obiadu dla nas na drugi dzień. Permanentnie nie dosypiała, w końcu wylądowała w szpitalu, ale nie zmieniło to jej stosunku do życia. Była przekonana, że sensem jej istnienia jest poświęcenie się innym.

Ucieszyła się na wieść, że chce pani zostać aktorką?

Kiedy mama dowiedziała się, że zamierzam zdawać do szkoły aktorskiej, była przerażona, że znajdę się w świecie, który mnie przytłoczy i w którym po prostu zginę. Później jednak, widząc, że nic złego mi się nie dzieje, a nawet sporo dobrego, zaakceptowała moje wybory życiowe. Nawet ten, że na męża wybrałam nie lekarza, tylko muzyka. Do końca życia była dla nas kimś niesłychanie ważnym – zamieszkała z nami, prowadziła dom, opiekowała się wnukami, po prostu żyła dla nas. Trudno mi dziś wyobrazić sobie, jak byśmy dali radę podołać wszystkim obowiązkom zawodowym, gdyby nie jej poświęcenie.

Wychowałam się więc w domu z ogródkiem i później, kiedy przyszło mi mieszkać w blokach – najpierw w Łodzi, potem w Warszawie – powtarzałam mężowi, że my też kiedyś będziemy mieli domek z ogródkiem. On pytał, czy na pewno wiem, ile on kosztuje.

Elżbieta Starostecka w filmie 'Uwierz w Mikołaja' (mat. prasowe)

Początkowo wam się nie przelewało?

Byliśmy biedni jak myszy kościelne i przy naszych pierwszych zarobkach dom wydawał się zupełnie nieosiągalny. Jednak w pewnym momencie otworzyła się możliwość wyjazdów estradowych, a później aktorskich na Zachód. Nieduże pieniądze zarabiane tam po przeliczeniu na złotówki stawały się poważnymi kwotami. Po kilku latach wydeptywania ścieżek w rozmaitych urzędach, walki z brakiem cegły, wapna, cementu, drewna, blachy i właściwie wszystkiego, po momentach załamań i ponownym zbieraniu się do boju w końcu, w 1980 roku, zamieszkaliśmy w wymarzonym domu z ogródkiem. I jesteśmy z niego dumni do dzisiaj. 

Elżbieta Starostecka. Aktorka filmowa i teatralna. Największą popularność przyniosła jej rola Stefanii Rudeckiej w filmie "Trędowata" Jerzego Hoffmana. Grała także w "Nocach i dniach", "Czarnych chmurach" i "Lekarzach". Mieszka na warszawskim Żoliborzu. Jej mężem jest kompozytor Włodzimierz Korcz. Mają dwoje dzieci. 

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.