Centrum Warszawy jest betonową miską, która zatrzymuje wodę?
Warszawa, podobnie jak większość polskich miast, dąży do wygody. Jak najwięcej powierzchni ma być komfortowe dla mieszkańców. Nie zawsze idzie to w parze z takimi kwestiami jak odprowadzanie opadów deszczu, w szczególności opadów gwałtownych, które mogą powodować zalewanie ulic, piwnic, domów.
Warszawa ma dosyć sprawnie funkcjonujący system kanalizacji burzowej, który przynajmniej w teorii powinien nadmiar wód opadowych odprowadzać do Wisły. Ale praktyka pokazuje, że ulice i inne nawierzchnie w stolicy – w szczególności asfalt, beton, kostka brukowa, granit – nie zawsze są dobrze utrzymane i nie współpracują z systemami kanalizacji.
Tutaj tak naprawdę jedynym rozwiązaniem jest odpowiednie wyprofilowanie nawierzchni nieprzepuszczalnych, takich jak asfalt, by z pomocą grawitacji woda spływała do infrastruktury burzowej pod ulicami, czyli pionowych studzienek kanalizacyjnych.
Ale jeśli mamy bardzo gwałtowne opady deszczu – kilkadziesiąt litrów deszczu na metr kwadratowy w 20–30 minut – i któryś z elementów tej infrastruktury nie zadziała, to woda będzie się zatrzymywać, gromadzić i następnie rozlewać. To się może zdarzyć, gdy nie będzie dobrego przepływu do studzienki, woda napotka przeszkody na swojej drodze, nawierzchnia ulegnie deformacji pod wpływem ciężaru aut czy przepustowość studzienek okaże się za mała. Lub tak jak na przykład w centrum miasta, w okolicach metra Nowy Świat w Warszawie, rury drenażowe odprowadzające wodę mogą się zatkać. W każdym z tych przypadków zostajemy z dużą ilością wody, która nie ma gdzie się podziać.
Te problemy występują nie tylko w stolicy, ale też w wielu innych dużych miastach w Polsce. Więc pod tym kątem możemy powiedzieć, że Warszawa jest betonową miską na deszcz.
Rozumiem, że docelowo z ulic woda powinna spływać w stronę krawężników, a następnie do studzienek. Ale co z rowerzystami, którzy przy tych krawężnikach jeżdżą? Ostatnio nagła ulewa złapała mnie na ulicy Obozowej w Warszawie i miałam jedną czwartą kół zanurzoną w wodzie przez kilkaset metrów.
To, o czym pani mówi, to bardzo niebezpieczne zjawisko, bo bardzo łatwo można stracić kontrolę nad takim rowerem. Kierujący nie widzi przecież chociażby dziur i ubytków w jezdni, które znajdują się pod wodą i mogą doprowadzić do wypadku. Dlatego równocześnie z działaniami takimi jak profilowanie jezdni powinniśmy zadbać o zapewnienie odpowiedniej infrastruktury rowerowej w postaci wydzielonych ścieżek. Bo niestety większość rozwiązań związanych z nawierzchniami nieprzepuszczalnymi sprowadza się do kierowania wody w stronę krawężników.
Możemy spodziewać się, że nawalnych deszczy będzie coraz więcej?
Trudno powiedzieć, czy będzie więcej nawalnych deszczy. Wiemy za to, że mogą być coraz bardziej intensywne, czyli będzie spadało jeszcze więcej wody w krótkim czasie. Do tego widzimy, że miasta się coraz bardziej uszczelniają i o ile teraz w tej betonowej misce mamy jeszcze szczeliny, o tyle niedługo może ich już nie być.
Te dwie rzeczy będą coraz większym problemem zwłaszcza dla infrastruktury transportowej. Kilka lat temu mieliśmy już przypadki zalewania przejść podziemnych czy stacji metra przy mocnych opadach. Obecnie miasto Warszawa wyposażyło stacje metra pierwszej i drugiej linii w różnego rodzaju rozwiązania, jak specjalne grodzie wodoszczelne, które mają zapobiegać takim zalaniom przez wejścia z poziomu ulicy, ale one także nie są bezawaryjne i nie z każdą ilością wody dadzą sobie radę.
Kilka lat temu byłam w Nowym Jorku, gdy z powodu nawalnych deszczy zalało nie tylko stacje metra, ale i budynki mieszkalne, w których schody zmieniały się w wodospady. Wtedy NYPD zarządziło ewakuację mieszkańców z niektórych miejsc. Czy taki scenariusz jest prawdopodobny dla Warszawy?
Na szczęście dzięki ukształtowaniu terenu i temu, że przez środek miasta przechodzi dolina i koryto Wisły, do której skutecznie odprowadzana jest woda z wielu wyższych obszarów, same nawalne deszcze nie powinny doprowadzić do tak skrajnych sytuacji jak konieczność ewakuacji mieszkańców wybranej dzielnicy czy całego miasta.
Natomiast może dojść do takiej sytuacji jak w 2010 roku czy jeszcze wcześniej, w 1997 roku, gdy nastąpiło znaczne podniesienie poziomu wody w Wiśle. I jeśli do tego dojdą intensywne, nawalne deszcze, możemy spodziewać się fali powodziowej, która mogłaby część Warszawy zalać. I skutkować ewakuacją mieszkańców.
Tak że o ile Wisła pomaga nam radzić sobie z nadmiarem wody, o tyle może też dojść do sytuacji, w której sama stanie się zagrożeniem.
Które rejony w Warszawie zostałyby wtedy zalane?
Przede wszystkim obszar bulwarów wiślanych, ulica Dobra i z nią sąsiadujące. Bezpośrednio zagrożone powodzią są przede wszystkim tereny poniżej skarpy. Samo ukształtowanie terenu w tej części Warszawy jest niekorzystne, są tam tzw. zagłębienia bezodpływowe, czyli obszary, które nie mają naturalnego odpływu wody, są lokalnie najniżej położone. I w takich miejscach, pomimo umocnień brzegu, trzeba liczyć się z zalaniem budynków, zwłaszcza części podziemnych, parkingów, piwnic. W takim przypadku woda utrzymywałaby się do momentu, w którym nie zostałaby odpompowana, bo nie ma tam żadnego innego ujścia. I to jest największe ryzyko na ten moment.
Na prawym brzegu sytuacja wygląda trochę lepiej, dlatego że spora część nie jest uregulowana, mamy tam las łęgowy, który choć krytykowany przez mieszkańców miasta za bycie dzikim i "nieestetycznym", pełni ogromnie ważną funkcję buforową. Wisła może w tym momencie wylewać na prawą stronę i las łęgowy przejmuje ten nadmiar wody.
Jeden z deweloperów przedstawił plany na kolejne osiedle po prawej stronie Wisły, tym razem na cyplach Portu Żerańskiego. W planach ma między innymi całkowite zabetonowanie części brzegu Wisły. Jak to wpłynie na ryzyko powodzi?
Ingerencja w ukształtowanie i zagospodarowanie nadbrzeży zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko. Zwłaszcza jeśli nowe projekty pogorszą funkcjonowanie brzegu pod kątem możliwości przyjmowania wód wezbraniowych w czasie powodzi. Musimy pamiętać o tym, że im więcej jest naturalnych, nieprzekształconych nadbrzeży i niezabudowanych stref zalewowych, tym bezpieczniejsze są tereny położone dalej. Zabetonowanie kolejnych części nadbrzeży Wisły może w czasie powodzi przyczynić się do szybszego wzrostu poziomu wody i wylania rzeki. Dlatego ważne jest świadome zarządzanie przestrzenią miejską, w tym tą dostępną do zabudowy, aby zminimalizować ryzyko dla mieszkańców.
Niecałe 20 proc. powierzchni Warszawy znajduje się w strefie największego zagrożenia hydrologicznego i termicznego. Czy to są tereny głównie nad brzegiem Wisły, poniżej skarpy?
Niekoniecznie. Najbardziej zagrożone są tereny najbardziej zabetonowane, na których jednocześnie żyje bardzo dużo ludzi. Przede wszystkim obszary Śródmieścia, Starego Miasta, całe Śródmieście Południowe, część Mokotowa, w tym tereny położone poniżej skarpy, i część terenów po prawej stronie Wisły, głównie Praga. Zagrożenie hydrologiczne w tym przypadku wynika z niskiej lub wręcz zerowej przepuszczalności podłoża, które – jak już wspominałem – może doprowadzić do lokalnych podtopień przy silnych opadach.
Natomiast jeśli chodzi o zagrożenie termiczne, to najwyższe temperatury są w najbardziej zabudowanych obszarach. Koryto Wisły ma tę zaletę, że mówiąc fachowo, jest lepiej przewietrzone. Dzięki dużej przestrzeni nad rzeką powietrze może się wymieniać i to bardziej zanieczyszczone powietrze ucieka z tej części miasta, jednocześnie ułatwiając napływ czystszego, często chłodniejszego powietrza z zewnątrz. Dodatkowo sama woda powoduje spadek temperatury powietrza w ciągu dnia, więc o ile zagrożenie hydrologiczne jest tutaj dalej duże, o tyle zagrożenie termiczne już znacznie mniejsze.
Zagrożenie termiczne to tylko wysokie temperatury?
Pod pojęciem zagrożeń termicznych rozumiemy przede wszystkim zagrożenia związane ze stresem termicznym organizmu. Oznacza to, że organizm człowieka może być nadmiernie obciążony w związku z warunkami, które panują. Mamy do czynienia z dwoma rodzajami takiego stresu, z tzw. stresem ciepła i stresem zimna.
Natomiast oczywiście wiadomo, że zmiany klimatu, które postępują, i globalne ocieplenie powodują, że tak naprawdę dominującą rolę i dużo większe znaczenie mają obciążenia związane ze stresem gorąca. Czyli tutaj, mówiąc o zagrożeniach termicznych, przede wszystkim skupiamy się właśnie na tych, które powodują długotrwale utrzymujące się wysokie temperatury powietrza, tzw. fale upałów. Bardzo często towarzyszą im także noce tropikalne, gdy temperatura powietrza nie spada w nocy poniżej 20 stopni. One powodują, że nie tylko przetrwanie dnia jest trudne dla organizmu, ale dodatkowo w nocy nie jesteśmy w stanie się zregenerować.
W rozmowie o zagrożeniach termicznych często pojawia się taki zwrot jak "dni charakterystyczne", czyli liczba dni upalnych lub gorących, a także nocy tropikalnych występujących w ciepłej porze roku. Częstość takich dni jest jednym z kryteriów, którymi ocenia się poziom zagrożenia zmianami klimatu, a współczesne badania pokazują, że zarówno dni upalne, jak i gorące występują w Warszawie coraz częściej.
Podczas naszego pierwszego spotkania w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego wspomniał pan w kontekście zagrożeń hydrologicznych i termicznych, że w stolicy "wszyscy chcemy mieć drzewa, ale nie na naszym podwórku". A zieleń jest w Warszawie ciągłym powodem konfliktów przestrzennych.
Z punktu widzenia poprawy warunków życia i kwestii klimatycznych, obniżenia temperatury, jak najbardziej powinniśmy zwiększyć ilość zieleni w mieście. I wiele osób się z tym zgadza. Kiedy jednak przychodzi do sadzenia tych drzew, pojawiają się problemy z tym, że zabiorą miejsca parkingowe, spowodują utrudnienia w poruszaniu się po mieście, bo trzeba będzie zmniejszyć liczbę pasów, poprowadzić chodnik dookoła, czy nawet to, że zrzucają liście na zimę, bo ktoś to musi sprzątnąć i to już jest dodatkowy koszt. I takie głosy sprzeciwu blokują sadzenie kolejnych roślin. Chcemy, żeby było chłodniej, tylko nie naszym kosztem.
A poza oczywistymi zaletami posiadania drzew w mieście warto też pamiętać o tym, że one potrafią częściowo niwelować zagrożenia związane z opadami. Korony drzew, a zwłaszcza drzew liściastych, są w stanie częściowo zatrzymywać wodę i dochodzi do intercepcji opadów, czyli spowolnionego przechodzenia wody przez liście i gałęzie drzew, dzięki czemu dociera ona do powierzchni ziemi z opóźnieniem. Zamiast dużej ilości opadów, których ziemia na raz nie jest w stanie przyjąć, mamy znacznie wolniejsze krople, które są dużo lepiej wchłaniane przez grunt. A nawet jeśli grunt nie jest w stanie ich przyjąć, to takie spowolnienie tempa może wystarczyć do tego, żeby kanalizacja deszczowa poradziła sobie z odprowadzeniem nadmiaru wody. Miejsce parkingowe tego nie zrobi.
Warszawa, podobnie jak wiele innych polskich miast, posiada plan adaptacji do zmian klimatycznych, w tym zagrożeń termicznych i hydrologicznych. Jest on jednak bardzo ogólny. Czy to celowy zabieg? Czemu nie mamy konkretnych planów?
W takich planach adaptacji, nie tylko w Warszawie, często możemy spotkać się z ogólnymi frazesami w rodzaju "zwiększenie partycypacji społecznej na rzecz świadomości obywateli na temat różnych działań" czy "prowadzenie do zmniejszenia negatywnego oddziaływania czynników związanych ze zmianami klimatu". Rzadko takie plany w ujęciu przeglądowym zawierają konkretne działania, konkretne cele, które byłyby weryfikowalne i mierzalne.
Ja nie jestem włodarzem miasta, trudno mi mówić z perspektywy osób podejmujących decyzje w tych kwestiach, natomiast przypuszczam, że plany, które są konkretne, to także plany, z których można potem publicznie rozliczyć – czy zostały wykonane dokładnie w taki sposób, jak podano, w takiej dacie, czy cel został osiągnięty w stu procentach itp. Natomiast w momencie, gdy taki plan jest bardzo ogólny, trudno jest z niego szczegółowo rozliczać polityków. Jest to – z ich perspektywy –zapewne bezpieczniejsze.
W konsekwencji te konkretne, mierzalne, weryfikowalne działania często nie są realizowane na poziomie miasta, tylko przez oddolne inicjatywy, organizacje społeczne czy stowarzyszenia. Natomiast oczywiście musimy także pamiętać o tym, że nawet takie działania ogólne, które są wpisane w strategię adaptacji do zmian klimatu polskich miast, są dla nas dalej cenne, bo pokazują nam kierunek, w którym powinniśmy podążać.
Zaczęliśmy od Warszawy jako betonowej miski i na betonowej misce chciałabym zakończyć. Czy wiemy, ile innych miast w Polsce ma ten sam problem?
Nie mamy niestety konkretnych liczb na temat tzw. betonozy, które moglibyśmy tutaj podać, bo nie są prowadzone takie badania statystyczne. Natomiast wydaje mi się, że większość polskich miast, zwłaszcza tych większych, tego typu problemy ma lub będzie mieć. Wynika to z tego, że w miarę rozwoju miast, szczególnie przez ostatnie 10 lat, zwiększała się coraz bardziej liczba powierzchni nieprzepuszczalnych, typu asfaltowe drogi dojazdowe, kostka brukowa czy płyty betonowe lub żelbetonowe. Jest to związane oczywiście z planowaniem architektonicznym, z tym, że łatwiej jest taki materiał położyć i mieć chodnik z głowy, niż pracować z przepuszczalnym podłożem, o które trzeba później także dbać. Natomiast odbywa się to kosztem tych oddziaływań, o których rozmawialiśmy.
Z mojej perspektywy problem jest największy w dużych miastach, gdzie mamy dużo nowych, zabetonowanych osiedli. W mniejszych miastach często zachowały się jeszcze spore osiedla składające się głównie z domów jednorodzinnych czy zabudowy szeregowej, gdzie siłą rzeczy obszary przepuszczalne mają większą powierzchnię.
Natomiast jest tutaj pewne światełko w tunelu, dlatego że w różnego rodzaju miejskich planach zagospodarowania przestrzennego są wprowadzane dosyć ścisłe wytyczne odnoszące się do tego, jaki procent powierzchni, na przykład danej inwestycji budowlanej, musi być obszarem przepuszczalnym, czyli na przykład jakąś powierzchnią odkrytego gruntu, trawnika, rabaty kwiatowej. Jaki procent tej działki musi zostać przykryty materiałem, w który woda może wsiąknąć. Nie można już na szczęście pokryć całej działki budowlanej lub osiedla betonem albo innymi materiałami nieprzepuszczającymi wody. Ale oczywiście surowsze przepisy, korzystniejsze z punktu widzenia odprowadzania wody deszczowej, dotyczą nowych inwestycji, więc o ile możemy mieć nadzieję, że dopiero powstające inwestycje wezmą to pod uwagę, o tyle stare niestety pozostaną niezmienione.
Dr Kamil Leziak. Klimatolog. Adiunkt w Katedrze Geografii Fizycznej Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się komputerowym modelowaniem klimatu lokalnego oraz wpływu cech fizycznogeograficznych środowiska na klimat. Prowadzi badania z zakresu wyznaczania zagrożeń klimatycznych i analizy funkcjonowania miast w dobie globalnego ocieplenia. Autor licznych publikacji obejmujących adaptację polskich miast do zmian klimatu.
Agata Porażka. Dziennikarka weekendowego magazynu Gazeta.pl. Twórczyni cyklu Zagrajmy w Zielone, który skupia się na tym, co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę. Prowadzi podcast Zetka z Zetką.


