Rozmowa
Dariusz Hieronim Stobiecki z wędrownym ascetą. Katmandu 1996 rok (Fot. Archiwum prywatne)
Dariusz Hieronim Stobiecki z wędrownym ascetą. Katmandu 1996 rok (Fot. Archiwum prywatne)

Zaczął pan dzień od jogi czy od medytacji?   

Nie ma dnia, żebym nie medytował przez godzinę, dwie, trzy. Jestem buddystą taoistą od ponad 30 lat. Już w szkole średniej zaczytywałem się w książkach dotyczących filozofii i religii Indii. "Filozofia indyjska" Saverpallego Radhakrishnana czy "Wprowadzenie do buddyzmu zen" Daisetza Teitaro Suzukiego zrobiły na mnie fenomenalne wrażenie!    

A medytacji uczyłem się między innymi od mistrza zen Seung Sahn, który w latach 80. i 90. odwiedzał nasz kraj.   

Skąd się u pana wzięła fascynacja Wschodem? Rodzice byli hipisami?   

Nie! (śmiech) Mama była księgową, a tata inżynierem. Pracowali w państwowych przedsiębiorstwach.    

Czyli prowadzili przyzwoite i stabilne życie.   

A mnie zawsze ciągnęło w daleki świat. Przez całe wakacje włóczyłem się po hipisowskich zlotach.    

Stobiecki w towarzystwie opiekunów taoistycznej świątyni w Singapurze. Rok 1989 (Fot. Archiwum prywatne) , Sanktuarium Boudhanath Stupa w Katmandu (Fot. Archiwum prywatne) , Największa świątynia buddyjska w Singapurze: Bright Hill Temple (Fot. Archiwum prywatne)

Z rodzicami nie trafiłam, ale już pan hipisem był.

Tak. Studiowałem etnologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie chcę się przechwalać, ale byłem najlepszym studentem, więc już na trzecim roku proponowano mi zrobienie doktoratu. Wyobrażałem sobie, że jako naukowiec będę uczestnikiem wypraw naukowych na całym świecie.   

Tak się jednak nie stało. Owszem, mieszkał pan na Dalekim Wschodzie – i to siedem lat – tyle że nie jako szanowany naukowiec, ale przemytnik.   

Znalazłem się tam, ponieważ byłem niecierpliwy. Kiedy tylko pojawiła się możliwość wyjazdu do Indii, wziąłem urlop dziekański i poleciałem. Był 1989 rok.   

Skąd student miał pieniądze na taką wyprawę?   

Łatwo nie było. W Polsce zarabiało się 150 dolarów rocznie, a sam bilet lotniczy kosztował mnie 200. Wcześniej pojechałem do pracy do RFN, gdzie udało mi się trochę odłożyć, ale kluczowe było to, że pojawiła się możliwość pożyczenia pieniędzy, dzięki czemu mogłem kupić towar, który następnie sprzedałem…   

Ucieka mi pan! Cóż to była za cudowna "możliwość"?   

Kobieta, od której pożyczyłem pieniądze, również studiowała na UJ, indianistykę, i od jakiegoś czasu mieszkała w Indiach. Istniały tam dobrze zorganizowane polskie grupy przemytnicze, które przewoziły elektronikę na trasie Singapur–Indie. Dostałem od niej pożyczkę na start i dowiedziałem się, że będąc pracownikiem takiej "polskiej firmy", zarobię 250 dolarów w kilka dni!   

"Pracownikiem"? Mówi pan, jakby to było zajęcie jak każde inne.   

A cóż innego miałem robić w Indiach? Zostać rikszarzem? Pojawiła się możliwość zostania przemytnikiem, więc nim zostałem. Myśmy nie byli złodziejami! Nikogo nie napadliśmy ani nie okradaliśmy! Wykorzystywaliśmy po prostu różnice w cenach towarów. W Indiach było olbrzymie zapotrzebowanie na sprzęt elektroniczny, ponieważ Hindusi lubowali się w nagrywaniu uroczystości religijnych, przede wszystkim ślubów, a nie byli w stanie wyprodukować tyle sprzętu, żeby zaspokoić tamtejszy popyt.    

Natomiast w Singapurze kamer wideo i pozostałej elektroniki było tyle, że każdy mógł sobie kupić, ile mu się podobało. A potem sprzedać w Indiach i sporo zarobić.  

Robiliśmy więc tzw. kółka. Człowiek z czterema kamerami – tzw. wrzucak – wyruszał z lotniska w Singapurze. Na lotnisku w Nowym Delhi dosiadało się trzech przemytników – tzw. wieszaków – i wszyscy lecieliśmy dalej do Katmandu, gdzie każdy z nas wysiadał z jedną tylko kamerą, na którą dostawał legalny wpis do paszportu od celnika, po czym jechał z nią dalej autobusem i pociągiem. Trasa zajmowała prawie dwa dni. Docierałem do Nowego Delhi i tam otrzymywałem pieniądze. Musiałem je odpowiednio zapakować, gdyż w Indiach sumę powyżej 2 tys. dolarów trzeba było deklarować, a myśmy te pieniądze szmuglowali. Leciałem z nimi dalej do Singapuru i usuwałem wpis celnika z paszportu, po to by nie wzbudzać podejrzeń przy kolejnym kursie z kamerą. Za taką trasę dostawałem 250 "amerykanów", czyli dolarów.  

Ulice Kalkuty (Fot. Archiwum prywatne) , Mieszkaniec Katmandu palący fajkę z tytoniem (Fot. Archiwum prywatne)

Ale to jest nielegalne!   

Nie jestem człowiekiem, którego sposób myślenia jest ukształtowany przez kategorie legalny–nielegalny. Ważne było dla mnie to, że nikomu nic złego się nie działo. Wręcz przeciwnie, wielu ludzi – od dealerów, którzy od nas kupowali towar, przez właścicieli biur podróży sprzedających nam bilety lotnicze, przez hotelarzy, a nawet taksówkarzy i rikszarzy – zarabiało dzięki polskim przemytnikom bardzo duże pieniądze. Że nielegalne? No, nielegalne, ale ci wszyscy ludzie mieli z tego wymierną korzyść.   

Przemycał pan również złoto. Łańcuszki? Pierścionki?    

Nie. To były sztabki 24-karatowego złota. Brałem nie więcej niż kilogram i owijałem szczelnie towar grafitem zmieszanym z plasteliną, a potem jeszcze folią, żeby bramki na lotniskach nie reagowały. Za przemyt kilograma złota plus kamery i tzw. drobnicy elektronicznej, typu głowica do kamery i aparat fotograficzny typu point albo shoot, dostawałem tysiąc "amerykanów". 

Nie bał się pan, że trafi do więzienia?   

Nie. Byłem przygotowany na taką ewentualność i wiedziałem, że jeśli zdarzy się wpadka, to w więzieniu spędzę maksymalnie rok, a "firma", dla której pracowałem, będzie mnie przez ten czas zaopatrywała we wszystko, co będzie mi potrzebne do życia.   

Wpadka się zdarzyła i trafił pan do więzienia w Nowym Delhi.   

W Central Tihar Prison spędziłem dokładnie rok. Polaków, którzy w latach 80. i 90. parali się w Indiach przemytem, było przynajmniej kilkuset. Tamtejsze służby specjalne zastawiły na nas zasadzkę na dworcu kolejowym w Nowym Delhi i wpadło nas kilkunastu. To był wtorek, 19 września 1989 roku.  

Mówi pan o tym z uśmiechem, a ja sobie wyobrażam, że przemytnik w azjatyckim więzieniu musi mieć koszmarne warunki.   

Polacy, którzy wpadli w Kalkucie czy Mumbaju, siedzieli w 30–40-osobowych celach. Ja w takich warunkach spędziłem tylko tydzień jako skazaniec. Kiedy już dostałem wyrok, razem z trzema kolegami, z którymi wpadłem, zostałem przeniesiony do innej celi. I siedzieliśmy tylko we czwórkę. Charakterystyczną cechą więzienia w Nowym Delhi był wydzielony oddział tylko dla obcokrajowców.   

W Indiach można bardzo wiele załatwić, jak się ma pieniądze. Kiedy przekraczałem granicę, zawsze każdy celnik pytał, czy nie mam przypadkiem dla niego jakiegoś bakszyszu [łapówki – przyp. red.]. Na szczęście ta sama zasada obowiązywała w więzieniu. W oddziale dla obcokrajowców cele były otwarte od godziny szóstej rano do zachodu słońca. Spacerowaliśmy sobie po dziedzińcu, a kiedy nastała wiosna, graliśmy w siatkówkę.   

Ale spaliście na betonowej podłodze.

To prawda, ale Polak, który nam przynosił zaopatrzenie, dostarczył koce i ciepłą odzież, tak że to nie był problem. Cela była rozmiarów sześć na cztery metry i na szczęście była wysoka na około trzy i pół metra oraz był w niej zainstalowany wiatrak. To ważne, bo przy 40-stopniowych upałach inaczej trudno by było wytrzymać. Mieliśmy też toaletę i przedsionek okratowany z obu stron tak, że można było sobie swobodnie rozmawiać z sąsiadami z cel obok.   

Polacy, którzy zostali złapani ze złotem wcześniej niż my, wytłumaczyli nam, jak wygląda życie w więzieniu.   

Kompleks świątynny boga Śiwy Paśupatinath. Katmandu (Fot. Archiwum prywatne)

Co to byli za ludzie?   

Jeden był lekarzem, drugi nauczycielem matematyki w liceum na Śląsku. Jako ludziom z wyższym wykształceniem sędzia przyznał nam wszystkim wyższą kategorię więźniów.  

A więc system kastowy funkcjonował nawet w hinduskim więzieniu. Jakie przywileje w związku z tym otrzymaliście?   

Dostawaliśmy lepsze jedzenie. Wszyscy więźniowie jedli dhal – soczewicę z warzywami – ale nasz dhal był gatunkowo lepszy. Należały nam się też jajka, których nie otrzymywała niższa kategoria więźniów. A kiedy przewożono nas do sądu, to nie więźniarką, która była po brzegi wypełniona ludźmi, ale taką, do której wsiadało maksymalnie sześć osób.   

A czy w więzieniu byli także niedotykalni, czyli przedstawiciele najniższej kasty?   

Taki status mieli więźniowie, którzy dorabiali sprzątaniem toalet. Dawaliśmy im w podzięce pieniądze albo papierosy. Mieliśmy duże dostawy, a że nie byliśmy egoistami, dzieliliśmy się z tymi, którzy byli w gorszej sytuacji.   

Skoro pan wspomina o dostawach od "firmy" – przynoszono wam nawet wódkę.   

Dostarczano ją w butelkach po wodzie mineralnej. (śmiech) Ale ja prosiłem głównie o książki i dostałem ich tyle, że nie wiedziałem, czy starczy mi czasu, żeby je przeczytać. Prócz czytania medytowałem, ćwiczyłem kung-fu oraz prowadziłem rozmowy z bardzo ciekawymi ludźmi. Poznałem oficera z Nepalu, który również wpadł, przemycając złoto, oraz Pasztunów z Afganistanu, którzy przemycali narkotyki. Często ich odwiedzałem w celi. Bardzo serdeczni ludzie! Częstowali mnie herbatą i daktylami.   

Tybetańscy mnisi w ceremonialnych nakryciach głowy podczas obchodów Nowego Roku (Fot. Archiwum prywatne)

Wyszedł pan z więzienia i również zajął się przemytem narkotyków – konkretnie haszyszu z Himalajów – do Niemiec i Szwajcarii.  

Za przemyt 3 kg haszyszu dostawałem 2,5 tys. "amerykanów". Plus oczywiście opłacano mi hotele w Szwajcarii, taksówki, bilety lotnicze.  

Wciąż nie miał pan moralnych dylematów?   

Żadnych.    

(cisza)   

Widzę, że pani jest przerażona.    

Jak słyszę o przemycie narkotyków, jestem przerażona.   

Bo pani się kieruje kategorią legalne–nielegalne! A jaka jest historia marihuany i haszyszu w Nepalu? Dopiero pod koniec ubiegłego wieku Amerykanie przekonali króla Birendrę – którego później zastrzelił jego własny syn – oraz nepalski parlament, by zdelegalizowali te substancje. I tak się stało. W kraju, gdzie palenie marihuany i haszyszu miało kilkutysięczną tradycję! Dwa lata temu bardzo wpływowy nepalski parlamentarzysta zaczął kampanię za ich ponowną legalizacją, a marihuanę zalegalizowało 19 stanów w konserwatywnych USA!   

W Niemczech i Szwajcarii, dokąd pan haszysz przemycał, on był i jest nielegalny.   

Jest tak nielegalny, że gdybym miał potknięcie na lotnisku w Zurychu, to nie wydarzyłoby się nic ponad to, że by mi ten haszysz zarekwirowano i wstawiono pieczątkę zabraniającą wjazdu do tego pięknego kraju na pięć lat. Od marihuany ani od haszyszu nikt nigdy się nie uzależnił.   

Terapeuci podkreślają, że to, co pan teraz opowiada, to zwyczajne kłamstwo. Osobiście znam osoby, które uzależniły się od marihuany.   

Skutki społeczne używania marihuany są zdecydowanie mniej niebezpieczne niż alkoholu…   

Nie zgadzam się na lansowanie tezy, że używki są zdrowe i fajne. Rozumiem, że dużo pan na tym zarabiał, dzięki czemu siedem lat mógł mieszkać w Azji. Z haszyszem pan nie wpadł?   

Nie.    

Zostawmy przemyt. Czy Indie okazały się takim krajem, jak pan sobie wyobrażał, czytając w liceum wspomniane książki?   

Pokochałem Indie, natomiast znam ludzi, którzy raz przyjechali i oświadczyli, że nigdy nie wrócą. I rozumiem ich. Przekonania i mity, które w sobie nosili, okazały się nieprawdziwe.   

Wędrowny asceta przekazuje znak pokoju symbolizujący stan ducha wolnego od lęków i obaw - abhaya mudra. Tereny wokół świątyni boga Śiwy, Katmandu (Fot. Archiwum prywatne) , Wędrowny asceta hiduistyczny - sadhu podczas rytualnego palenia haszyszu (Fot. Archiwum prywatne) , Obozowisko wędrowych ascetów w Katmandu (Fot. Archiwum prywatne)

Jakie na przykład?   

Że w Indiach wszyscy są bardzo uduchowieni, na okrągło praktykują jogę i medytują, są spokojni, życzliwi i pozbawieni agresji. A jest odwrotnie. Każdy tam goni za rupią. Jak się rikszarz z panią umówi na opłatę, to po skończonym kursie zawsze się będzie wykłócał o większe pieniądze. I nie mówię tylko o ludziach biednych, bo ci, którzy od nas kupowali złoto, byli zamożni, a jednak nie poświęcali uwagi rozwojowi duchowemu. Oczywiście gdyby pojechać do aśramy, na przykład w Rishikesh w Himalajach, to człowiek byłby umocniony w przeświadczeniu, że Indie są krajem niezwykle rozwiniętym duchowo. Ale w 31-milionowym Nowym Delhi, w którym jest też potwornie zanieczyszczone powietrze, się tego nie znajdzie.    

A gdzie się znajdzie?   

Najlepiej czułem się w Nepalu. Jak u siebie w domu! Panują tam spokój i cisza. Wynika to między innymi z tego, że nie mieszka tam 1 mld 400 mln ludzi.   

Praktykowany jest tam buddyzm tybetański. W Nepalu znajduje się również jedna z najważniejszych hinduistycznych świątyń – boga Śiwy – Paśupatinath. Każdemu, kto interesuje się tą kulturą i chce poczuć niezwykłe wibracje, proponuję spędzić kilka dni właśnie na terenie tej świątyni.  

To tam obserwował pan hinduskich ascetów?

Tak.   

Kim oni są?   

Wędrowni asceci – sadhu – to są zwyczajni ludzie, na przykład pracownicy biurowi, którzy pewnego dnia postanowili zostawić dotychczasowe życie i wstąpić na ścieżkę prowadzącą do absolutu. Nie posiadają nic i wędrują od świątyni do świątyni. Żyją z tego, co im dadzą ludzie.    

Czyli są żebrakami?   

Nie wszyscy. W Katmandu żył na przykład słynny sadhu Milk Baba, który prowadził przedszkole na terenie świątyni Paśupatinath. Niektórzy zarabiają, nauczając. A inni są wykwalifikowani w starożytnej medycynie – ajurwedzie. Na terenie Indii i Nepalu jest 5 mln takich osób.   

Sadhu w trakcie medytacji (Fot. Archiwum prywatne) , Zaklinacz węży na terenie sanktuarium boga Śiwy w Katmandu (Fot. Archiwym prywatne)

Pisze pan w swojej książce o tym, że kiedy wypada święto boga Śiwy, rząd nepalski zaopatruje ich w jedzenie, opał oraz wspomniany haszysz.   

To dlatego, że to są bardzo szanowani ludzie. Niczym święci w chrześcijaństwie. Tradycja sadhu liczy kilka tysięcy lat. Materialnie? Nie mają nic. A jednak są postrzegani jako ci, którzy mają bliższy kontakt z absolutem. Ludzie ustawiają się do nich w kolejce po błogosławieństwo.   

Wypowiada się pan niczym rzecznik hinduizmu. Dlaczego pan nie mieszka w Azji? Nie chciał pan?   

Zawsze chciałem mieszkać w Nepalu, najlepiej w okolicach góry Annapurna. Tak mi się życie poukładało, że osiadłem z partnerką życiową w Londynie, a covid przeszkodził nam w realizacji marzenia o organizowaniu wypraw do Indii i Nepalu. Ale już jest po pandemii i wrócimy do tych planów.   

Zobacz wideo Najchętniej odwiedzane miasto w 2018 roku. Co zobaczyć w Bangkoku?

Z czego pan żyje?   

Jestem rekruterem oraz uczę angielskiego.    

Czyli wykonuje pan przyzwoitą i przewidywalną pracę, jak pana rodzice.   

(śmiech) Nigdy nie myślałem negatywnie o przyzwoitych pracach. Ale piszę też kolejną książkę, a za trzy lata, kiedy przejdę na emeryturę, na pewno odwiedzę Królestwo Bhutanu i Księstwo Mustangu, gdzie znajdują się niesamowite klasztory buddyjskie. Wybiorę się też do Japonii. Pozostaję wierny Azji jako miłości mojego życia.   

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>

Dariusz Hieronim Stobiecki. Urodził się w Wałbrzychu, a młodość spędził w Skarżysku-Kamiennej. Z wykształcenia jest etnologiem. W Azji – Indiach, Nepalu, Singapurze – mieszkał przez siedem lat. Trudnił się m.in. tłumaczeniem z języka angielskiego książek o tematyce buddyjskiej. Mieszka w Londynie. Jest autorem książki "Na przemytniczych szlakach. Podróże przez Azję i Europę" i pracuje nad kolejną publikacją.    

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. otrzymała honorowe wyróżnienie Festiwalu Sztuki Faktu oraz została nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.