Rozmowa
Ewa Robert Brodacki (Fot. Archiwum prywatne / Grafika: Marta Kondrusik)
Ewa Robert Brodacki (Fot. Archiwum prywatne / Grafika: Marta Kondrusik)

O twoim życiu mógłby powstać fascynujący film. 

Zbieram się do napisania książki. Kiedy czytam o młodych ludziach popełniających samobójstwa z powodu społecznego odrzucenia, to myślę, że warto, żebym opowiedziała o swoim życiu. Moje pierwsze wspomnienia, kiedy czułam, że "coś jest ze mną nie tak", pochodzą z okresu, kiedy miałam cztery lata.  

Czyli czułaś to, odkąd tylko pamiętasz. 

Taka się urodziłam. Oczywiście nie wiedziałam, co to jest – ciągnęło mnie do dziewczyn i uwielbiałam przeglądać garderobę mamy. Zawsze towarzyszył temu wstyd.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

'Pierwsze wspomnienia, kiedy czułam, że 'coś jest ze mną nie tak', pochodzą z okresu, kiedy miałam cztery lata' (Fot. Archirum prywatne) , Malutka Ewa Robert (Fot. Archium prywatne) , 'Ciągnęło mnie do dziewczyn i uwielbiałam przeglądać garderobę mamy. Zawsze towarzyszył temu wstyd' (Fot. Archiwum prywatne)

Zanim zapytam o twoje dzieciństwo, chciałabym wyjaśnić sprawę imienia – używasz dwóch: Ewa Robert. Dlaczego?  

Próbowałam używać jednego, ale to troszkę nieuczciwe, ponieważ ja się nie poddałam operacji. Mam podwójną tożsamość: psychicznie na pewno jestem kobietą.  

Wybór imienia był zainspirowany biblijną Ewą? 

Tak. Poza tym to chyba najbardziej kobiece imię na świecie.  

Dopytuję, ponieważ wiem, że nazywanie osoby trans poprzednim imieniem może ją bardzo ranić. 

Dla mnie to nie stanowi problemu. Zdarza się, że znajomi czy osoby w pracy z rozpędu powiedzą "Robert" i przepraszają. Wtedy uspokajam. Nie szkodzi. Natomiast w sytuacjach oficjalnych uparłam się, że będzie albo Ewa Robert, albo w ogóle. Ostatnio na koncercie w Polsce wystąpiłam po raz pierwszy pod oboma imionami.  

Odkąd 16 lat temu wyemigrowałaś do Skandynawii, zagrałaś w macierzystej filharmonii w Lublinie trzy koncerty. Ale dopiero jesienią 2021 roku jako Ewa Robert.   

Kiedy zakomunikowałam to organizatorom, był moment ciszy, a potem: "Wiesz co, ale tutaj cię wszyscy znają jako Roberta, to może nie będziemy niczego zmieniać". Powiedziałam stanowczo: albo będzie tak, albo ja nie muszę grać tego koncertu. Nie chodziło o żadną demonstrację, tylko o bycie w zgodzie ze sobą. Bardzo szanuję ludzi, którzy tam pracują, na czele z dyrektorem, i biorąc pod uwagę, że Lublin to jest wschodnia ściana Polski, długo się zastanawiałam, co na siebie włożyć. Nie chciałam robić zadymy.  

Więc jaki to był strój?  

Fajne damskie spodnie i damskie buty.  

Szpilki? 

Na organach nie da się grać w szpilkach. Ale miałam buty na obcasie. A do tego kapitalna bluzka. Po koncercie zapytałam słuchaczy, czy to, kim jestem i jak wyglądam, miało dla nich znaczenie. Dostałam burzę braw.  

'Po koncercie zapytałam słuchaczy, czy to, kim jestem i jak wyglądam, miało dla nich znaczenie. Dostałam burzę braw' (Fot. Archiwum prywatne) , Jesienią 2021 roku odważyła się wystąpić pod oboma imionami podczas koncertu w filharmonii (Fot. Archiwum prywatne)

Przepiękna chwila. Cofnijmy się, proszę, w czasie do lat 60., kiedy jesteś w podstawówce. Czy z kimkolwiek rozmawiałaś o swojej tożsamości? 

Nigdy. To było tabu. Pamiętaj, że w socjalizmie takie rzeczy jak homoseksualność, jak bycie trans "nie występowały". Jakby mnie w ogóle nie było.  

Okres dojrzewania musiał być udręką. 

Coraz bardziej siebie nie lubiłam. Rówieśniczki piękniały i nabierały kształtów, a u mnie pojawiał się zarost i inne rzeczy, których kompletnie nie akceptowałam. Pogłębiała się dysforia. Przez pewien czas próbowałam bardziej być chłopakiem, chodziłam nawet na koszykówkę do klubu sportowego. Ale takie świadome zaprzeczanie sobie nie działa. Uciekłam więc w grę na organach. Od szóstej rano do późnego wieczora uczyłam się grać. I to się okazało prawdziwą pasją. 

'Od szóstej rano do późnego wieczora uczyłam się grać. I to się okazało prawdziwą pasją' (Fot. Archiwum prywatne) , 'Pracowałam na trzech etatach: na uczelni, w kościele i szkole muzycznej' (Fot. Archiwum prywatne)

Nikt nie zauważył, że jesteś nieszczęśliwa? 

Mama mogła widzieć, że rzeczy w jej garderobie bywały poprzekładane, ale nigdy na ten temat nie rozmawiałyśmy. A ja bardzo się starałam sprawiać wrażenie osoby, której się układa w życiu.  

Skończyłaś studia kierunkowe i zrobiłaś doktorat, już w Warszawie. Czy tam żyło się łatwiej? 

Fakt, że mieszkałam w stolicy, niczego nie zmienił, natomiast pamiętam, jak w ’79, a może ’80 roku w "Perspektywach" przeczytałam artykuł o osobach trans. Miałam 22 lata i mnie rąbnęło: "To jest o mnie!". 

W jakim tonie był napisany ten artykuł?  

Obiektywnym, sympatycznym. Tylko co dalej? W żaden sposób nie zmniejszyło to mojego poczucia wstydu ani lęku przed wyjściem z tym, jaka jestem, na zewnątrz. Żyłam złudzeniami. Poznałam Wiesię, bardzo fajną dziewczynę i notabene również bardzo dobrą psycholożkę.

Nie miałam odwagi jej powiedzieć, co się ze mną dzieje. Myślałam, że to jakoś tak naturalnie zniknie w małżeństwie... To wynikało z mojego kompletnego braku wiedzy, a nie z chęci bycia nieuczciwą… 

Miałaś nadzieję, że co się stanie w tym małżeństwie? 

Nie wiem nawet, jak to ująć... Znormalnieję? 

"Przejdzie mi"? 

Oczywiście nie przeszło. W tamtym czasie piłam już poważnie. Często na przykład w Krokodylu na warszawskiej Starówce. Alkohol to była kolejna ucieczka przed rozpaczą, jaka mi nieustannie towarzyszyła. Wróciłam z rodziną do Lublina, gdzie pracowałam na trzech etatach: na uczelni, w kościele i szkole muzycznej...

Nie uciekaj! Jeśli mogę, chcę dopytać o żonę. Czy to była wielka miłość? 

Tak.  

A czy kiedy na świat przyszło dwóch synów, to okazało się, że miłość do dzieci jest silniejsza niż każda inna? 

To też. Tylko że jednocześnie uciekanie w picie doprowadzało do katastrofalnych efektów. Nie byłam w stanie funkcjonować w rodzinie ani jej utrzymać. Aż przyszedł dzień, kiedy żona zapytała: "Co się dzieje? Dlaczego ty tyle pijesz?". Znalazła u mnie wtedy jakąś damską bieliznę...

I pomyślała, że masz kochankę? 

Nie, zupełnie nie miała tego typu wątpliwości. Natomiast ja powiedziałam wtedy uczciwie, że zawsze się czułam kobietą, tylko że nie wiedziałam, co z tym zrobić.

Jak zareagowała twoja żona? 

Bardzo spokojnie. Postanowiła mi pomóc, jak umiała najlepiej, i znalazła mi świetną psychiatrę. Usłyszałam od niej – cytuję – "No to, ku*a, ci się napie*doliło w tym życiu".  

Co takiego? 

To był typ lekarza wojskowego. Skierowała mnie na terapię, na którą chodziłam ponad trzy lata. Potem postanowiłam pójść do ośrodka kwalifikującego do operacji. To było w Warszawie. Pani doktor... Może akurat nie miała dobrego dnia, bo powiedziała mi: "Wiesz co, Robert, ponieważ nie miałeś próby samobójczej, to trudno nam podejmować ruchy". 

Jeśli nie było próby samobójczej, to nie można mówić o prawdziwym cierpieniu?! Kolejny raz nie mogę uwierzyć, że lekarz mógł coś takiego powiedzieć! 

A ja ani nie nalegałam, ani nie odebrałam tego negatywnie, aczkolwiek spodziewałam się sympatyczniejszego podejścia. Dwa lata później miałam próbę samobójczą, ale wcale nie po to, żeby komukolwiek cokolwiek udowadniać! Lekarze walczyli o mnie przez dwie doby. W tamtym czasie nie radziłam sobie ani z tym, ani z alkoholem. Przestałam pić 21 lat temu – rok po rozwodzie. I miałam wtedy okropne pretensje do żony, że mnie zostawiła. 

Zostawiła z powodu picia czy dlatego, że poczuła się oszukana? 

Nie miałabym pretensji, gdyby się tak poczuła, ale absolutnie tak nie było. Wielokrotnie o tym rozmawiałyśmy. Było wręcz odwrotnie: może obwiniała siebie, że jako psycholożka nie potrafiła pomóc. Tylko przez dwa pierwsze lata po rozwodzie – poza omawianiem spraw związanych z dziećmi – nie miałyśmy kontaktu. A potem zaproponowała kawę, spotkałyśmy się i od tego czasu jesteśmy przyjaciółmi. Na ślubie Marka, młodszego syna, siedziałyśmy razem nie dlatego, że tak wypada, tylko dlatego, że bardzo się lubimy. Czuję, że to jest osoba, na którą zawsze mogę liczyć. I odwrotnie. 

Coś pięknego. Czy twoje kontakty z dziećmi są równie dobre?  

Korzystałam w tej kwestii z pomocy terapeuty. Starszemu synowi, Michałowi, zajęło trochę czasu, by przyswoić wiedzę o mnie jako o osobie trans, ale ostatecznie udało nam się stworzyć bardzo dobrą relację. Z Markiem było trudniej. Do dziś nie potrafimy rozmawiać do końca szczerze i o wszystkim. 

Bardzo wysoko sobie stawiasz poprzeczkę.  

Być może. Wysłałam Markowi długi list – jak mi poradził terapeuta – a potem film "Dziewczyna z portretu" i napisałam, że nawet jeśli ta kwestia go w ogóle nie interesuje, to żeby sobie po prostu obejrzał, bo to piękny film. Najlepiej rozumie mnie Wiesia. Wie, że taka się po prostu urodziłam.

Znajomi próbowali mnie wtłaczać w historie pod tytułem "ty jesteś artystą, to dlatego tak się dziwnie ubierasz". Absolutnie nie! To nie ma nic wspólnego ze sztuką. Ja po prostu taka jestem.

Taka jest twoja tożsamość. 

Tak jest. I kropka. Pięć lat po rozwodzie poznałam Basię, która została moją drugą żoną. Nauczona doświadczeniem uczciwie jej o wszystkim powiedziałam przed ślubem. Pokazałam jej też, jak to może wyglądać: z makijażem, w kobiecych ubraniach. Było bez problemu, ale po jakimś czasie się okazało, że nie jest to dla niej takie proste.  

Ale kiedy emigrowaliście, to właśnie po to, żebyś mogła żyć w zgodzie ze sobą?  

Czułam, że nie dam rady siebie oraz innych dłużej okłamywać. Wybór padł na Skandynawię, ponieważ czytałam, że tutaj jest najbezpieczniej. Ludzie mają na to szersze spojrzenie.  

I rzeczywiście mają? 

Tak. Pierwsze, co zrobiłam po przyjeździe do Szwecji, gdzie mieszkaliśmy przez pierwsze pięć lat, to powiedziałam w pracy: "Jestem osobą trans i będę przychodziła do pracy tak ubrana, jak będę chciała". Podziękowali mi za zaufanie i wyściskali. 

'Panie powyżej 75. roku życia po prostu przychodziły i mnie przytulały. Wychowane na malutkiej wsi, którą ledwo widać na mapie, nie miały żadnego problemu z tym, z czym problem ma polski Episkopat' (Fot. Archiwum prywatne)

Uściślijmy: do pracy to znaczy do kościoła? 

Tak, protestanckiego. Ale w pobliskiej parafii katolickiej mamy bardzo fajnego proboszcza, z którym rozmawiałam i dla niego moja tożsamość to jest bułka z masłem. Na inaugurację nowych organów przyszłam w granatowej mini. Wysłałam później wideo z uroczystości mojemu bliskiemu przyjacielowi z okolic Lublina. Na nagraniu widać, jak po koncercie przytulają mnie moi "księżyce", jak nazywam zaprzyjaźnionych duchownych. Nie mógł uwierzyć, że to się działo w kościele. A ja napisałam tylko: "Jestem sobą".   

To jest inny świat. 

W mojej miejscowości działa jedyny w Skandynawii ośrodek wsparcia dla osób trans, w którym – jeszcze przed moim przyjazdem – nagrywano nawet serial dokumentalny. Mieszkańcy mieli okazję wielu nas zobaczyć. Można więc powiedzieć, że mentalnie byli oswojeni, ale to jest jednak coś innego niż sytuacja, kiedy do kościoła jednego dnia przychodzi pan organista Robert, a drugiego – organistka Ewa. 

Jak zareagowali, kiedy przyszła organistka Ewa?

Fantastycznie! Najcieplej panie powyżej 75. roku życia. Po prostu przychodziły i mnie przytulały. Starsze panie, wychowane na malutkiej wsi, którą ledwo widać na mapie, nie miały żadnego problemu z tym, z czym problem ma polski Episkopat jako instytucja. 

Opowiedz mi o tym pierwszym dniu, kiedy pokazałaś się światu jako Ewa.  

To było jakieś 30 lat temu...

Jak to?! Byłam przekonana, że to się stało dopiero w Skandynawii.  

Próbowałam już w Polsce. Wcześnie rano, kiedy na ulicach prawie nie było ludzi i prawie mnie nie było widać. W pracy pozwalałam sobie na detale – damski sweter, apaszkę – ale czułam, że na nic więcej nie mam szans. 

Rozumiem, że te próby bycia w zgodzie ze sobą były okupione bardzo dużym strachem?  

Potwornym! Na ulicy w biały dzień pokazałam się jako Ewa podczas wyjazdu służbowego do Helsinek. Kapitalne uczucie! Wreszcie ja! Pamiętam dwie dziewczyny, które popatrzyły na mnie i się sympatycznie uśmiechały, na zasadzie "my wiemy, o co chodzi, ale to fajnie". Kiedy wróciłam z Helsinek do Polski, wiedziałam już, że to jest moja droga, i byłam zdecydowana, że może nie rewolucyjnie, ale ewolucyjnie będę tą drogą szła. Moja córka Marysia, która wkrótce skończy 17 lat, bardzo mnie w tym wspiera. 

Marysia kończy edukację w Norwegii.  

No właśnie! Mój siostrzeniec uczy się w polskiej szkole przy wschodniej granicy, gdzie kiedy do klasy przyszło dwoje ukraińskich dzieci, to był wielki problem. A Marysia się uczyła w klasie, gdzie na 25 dzieci było osiem narodowości, cztery wyznania oraz różne kolory skóry. To jest zupełnie inna bajka.

Moja córka widziała, że nie ubieram się jak facet. A kiedy pierwszy raz zobaczyła mnie w kobiecym ubraniu – miała wtedy około ośmiu lat – powiedziała po prostu: "O! Fajnie!". Zawsze, kiedy usłyszy jakiś komentarz ze strony mamy, to mnie broni: "Nie wolno ci tak mówić! Tożsamość to bardzo ważna rzecz. Tato ma do niej prawo". Wykazuje się tak szerokim spojrzeniem, że wielu dorosłych mogłoby jej tego pozazdrościć. 

Ale chwileczkę: co takiego zdarza jej się usłyszeć od mamy? 

Różne komentarze. Nie wszystkie nadają się do cytowania... "Dewiant" to delikatne określenie.  

Jestem w szoku. Sądziłam, że kwestia twojej tożsamości od samego początku była jasna.  

Człowiek jest stworzeniem dynamicznym i ma prawo do zmiany zdania. Wiedziałam, że to będzie wyzwaniem dla nas obojga, ale z czasem okazało się, że konfliktów na tym tle pojawia się coraz więcej. Marysia coraz częściej mówi: "Tato, może nie mieszkajcie razem z mamą". Zobaczymy, jak się to potoczy. 

A wracając do dzieci: Marysia mówi "tato". Synowie też?  

Dla nich zawsze będę ojcem. Wolałabym być nazywany rodzicem, ale niech tak będzie. Taka moja fizyczna rola w tym wszystkim była i poniekąd jest. Nie chcę z tej roli rezygnować. Dobrostan dzieci jest znacznie ważniejszy niż mój. 

'Wolałabym być nazywany rodzicem, ale niech będzie tata. Dobrostan dzieci jest znacznie ważniejszy niż mój' (Fot. Archiwum prywatne)

A czy córka i synowie są w dobrych relacjach ze sobą? 

Bardzo dobrych! Wszyscy troje są w siódmym niebie, jak mogą się razem ponabijać z taty. A ja zawsze miałam dużo dystansu do siebie, więc pozwalam im się ze mnie śmiać.  

Bardzo dużo w życiu udało ci się osiągnąć! Ewa, ile ty masz lat? 

(śmiech) Niedługo będę sobie mogła zaśpiewać: "When I’m sixty four".  

A czy zdarza ci się marzyć o dokonaniu tranzycji? 

Tak. Kiedy te 30 lat temu byłam na rozmowie w warszawskiej klinice, to miałam jednak z tyłu głowy, że dzieciaki są małe. Nie byłam gotowa postawić wszystkiego na swoją tożsamość. Dziś jestem w innym momencie życia. Na początek zamierzam porozmawiać ze swoją panią doktor o terapii hormonalnej.  

Kiedy rozmawiałam z młodą transkobietą, to ona wprost promieniała, gdy opowiadała o efektach terapii.  

Dla mnie golenie się jest strasznym bólem! Codziennie mi przypomina, że to nie jestem ja. Dziś specjalnie nie położyłam zbyt dużo makijażu na twarz, żebyś mogła zobaczyć plamę na nosie. To po odmrożeniu ze starych czasów, kiedy piłam. Długo leżałam w zaspie śnieżnej, aż ktoś zdecydował się mi pomóc… Postanowiłam wyjechać z Polski również dlatego, że wiedziałam, że jeśli ciągle będę żyła w kłamstwie, to powrót do picia może być bardzo łatwy. Dziś jestem sobą. A jeśli komuś się to nie podoba, to już jego sprawa. 

'W sytuacjach oficjalnych uparłam się, że będzie albo Ewa Robert, albo w ogóle' (Fot. Archiwum prywatne)

Zdarzają się sytuacje, kiedy musisz takie dyskusje prowadzić? 

Mówię hipotetycznie. Skandynawowie mają w sobie dużo fajnej dyskrecji i szacunku do drugiego człowieka. Natomiast niedawno odbyłam bardzo interesującą rozmowę w Polsce.

Po koncercie w Lublinie któryś ksiądz niby żartobliwie pyta: "A jak tam w tym Kościele luterańskim z tym gender? Jakieś dziwadła chodzą, co to myślą, że są kobietami, a są mężczyznami!". A ja na to: "Ma ksiądz taką osobę przed sobą i jeśli Kościół wyciera sobie buzię miłością bliźniego, to ja nawet nie tego oczekuję, ale elementarnego szacunku".

Kościół chlubi się tolerancją, tylko że to jest tolerancja, która polega na tym, że łaskawie pozwalają mi żyć, ale byle na marginesie. Kiedyś to wyglądało zupełnie inaczej! Lublin w okresie międzywojennym mógł być przykładem nie tylko dla Europy, lecz także dla świata, bo prawosławni, katolicy, żydzi i luteranie żyli ze sobą w symbiozie.  

Zobacz wideo Rodzina+ odc. 4. Ola i Kasia. "Osoby LGBT niszczą rodziny? To państwo polskie zniszczy naszą rodzinę, zmusi nas do rozwodu"

Słyszę wielką tęsknotę za Lublinem. 

Nie ukrywam jej, przeżyłam tam 47 lat. 

A czy w marzeniach, na emeryturze, widzisz się z powrotem w swoim mieście? Jako ty?  

Nie ma we mnie dużo nadziei, żeby była odpowiednia atmosfera do mojego powrotu. Ostatnio proponowałam koleżance po fachu wymianę koncertową. Wysłałam jej swoje zdjęcia, a ona – młoda, wykształcona w Niemczech kobieta – odpowiada: "Ja tu jestem od tego, żeby pokazywać ludziom piękno sztuki, a nie od tego, żeby ich uczyć tolerancji wobec mniejszości seksualnych". Odpisałam: "Zapomnijmy o naszej rozmowie. Dziękuję bardzo. Do widzenia". Etap udawania kogoś, kim nie jestem, mam za sobą. 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Ewa Robert Brodacki. Wykonawca wszechstronna. W swoim repertuarze ma większość klasycznej literatury organowej. Pasją artystki są zwłaszcza duże formy okresu późnego romantyzmu i muzyki XX wieku. Chętnie sięga po dzieła F. Mendelssohna, J. Reubke, C. Francka, J. Rheinbergera, M. Regera, S. Karg-Elerta, Ch. M. Widora czy L. Vierne. Od kilkunastu lat zainteresowania Ewy Roberta skupiają się bardziej na muzyce XX i XXI wieku, i to zarówno klasyków – J. Alain, M. Duruflé, R. Langgaard czy O. Messiaen - jak i żyjących, nieco mniej znanych twórców z różnych kręgów kulturowych. Fascynuje się również muzyką jazzową i - dzieląc tę pasję z synem Michałem – wykonuje coraz więcej utworów współczesnych, mających swe korzenie w jazzie, bluesie i negro spiritual. Ma na swoim koncie kilkanaście utworów dla siebie napisanych i sobie dedykowanych, toteż jeden z projektów, nad którym pracuje, nosi tytuł „Music of my friends". W repertuarze ma koncerty na organy z orkiestrą, ale i tutaj stawia na promocję dzieł współczesnych, mniej znanych bywalcom sal koncertowych. Oprócz popularnych koncertów Haendla, Haydna, Mozarta czy Poulenca, gra chętnie dzieła M. Sawy, G. Bovet oraz M. L. Takle. Uważa, iż muzyka "może - a może i powinna - niepokoić czy nawet przerażać".

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą" Wrocław, "Dziennikiem Polska-Europa-Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.