- [...] Kłaniam się panu, ale złogów jest tam u pana dużo i trzeba zmieniać - powiedział do Witolda Waszczykowskiego Jarosław Kaczyński . Był 1 lipca 2017 r., trwał kongres PiS, a prezesowi chodziło o, jak stwierdził, "ludzi nieuczciwych" i "powołanych przez poprzedników". Czyli o uruchomienie politycznej miotły w MSZ. Trudno wyobrazić sobie lepszego wykonawcę takiej czystki niż obecny minister spraw zagranicznych.
Ponad dwudziestoletnia kariera Witolda Waszczykowskiego w MSZ, jeśli mierzyć ją wyłącznie stanowiskami, jest wręcz wzorcowa. I wzorcowo nudna. Starszy ekspert w jednym departamencie, wicedyrektor w innym, potem zastępca przedstawiciela RP przy NATO, potem ambasador w Iranie, podsekretarz stanu, wreszcie główny negocjator w rozmowach z USA ws. tarczy antyrakietowej. A potem nagle parę lat przerwy na Biuro Bezpieczeństwa Narodowego i Sejm. Od 2015 Waszczykowski piastuje godność ministra spraw zagranicznych.
Żeby dostać się na ten szczyt, musiał przestać być dyplomatą, a zostać politykiem. I tak zrobił.
- Pan nie jest dyplomatą - miał powiedzieć Witoldowi Waszczykowskiemu w taksówce jadącej na lotnisko w Teheranie Władysław Bartoszewski. - Pan ma poglądy. Będzie pan ministrem - dodał.
Jest 1992 rok, a znający język angielski, oczytany 30-letni historyk z Łodzi, po studiach w Genewie i stażu w Waszyngtonie, szybko zostaje doceniony przez stare wygi. Takie jak Jerzy Maria Nowak, za PRL człowiek-instytucja w MSZ, ambasador, negocjator, w wolnej Polsce m.in. przedstawiciel RP przy NATO.
"Zrobił na mnie wrażenie człowieka zdolnego, wykształconego, dobrego mówcy" - tak opisał Waszczykowskiego Nowak w książce "Dyplomata na salonach i w politycznej kuchni" . Na pierwszą placówkę Waszczykowski wyjeżdża do Wiednia. Po powrocie trafia pod skrzydła innego starego wygi - Andrzeja Towpika, szefa Departamentu Instytucji Europejskich MSZ. Szybko poczuł się mocny na tyle, by uderzyć w szefa .
Na początku lat 90., kiedy Witold Waszczykowski był obiecującym dyplomatą, w MSZ naprawdę trwa "czyszczenie złogów" po PRL-u i zastępowanie ich młodymi. Waszczykowski, ze swoją kartą działalności opozycyjnej, wyrzucony za poprzedniego ustroju z uczelni, azylant polityczny w USA , nadaje się znakomicie.
Ale Polska potrzebuje też ludzi poprzedniego ustroju. Połączenia młodości i rutyny. Wobec doświadczonych, znających się na rzeczy dyplomatów miotła w resorcie była więc wybiórcza. Jeśli ktoś był cenionym specem, zostawał. Tak jak Andrzej Towpik czy Jerzy Maria Nowak.
Jakie zarzuty wytacza przeciw Towpikowi Waszczykowski? Oczywiście przeszłość w służbie dyplomacji PRL . Kilka lat później spotykają się znowu - w Brukseli, w jednym zespole. Waszczykowski jest zastępcą Towpika, ambasadora RP przy NATO. Konflikt wybucha szybko i nie pomaga w umacnianiu pozycji Polski w Sojuszu Północnoatlantyckim. Przeszkadza na tyle, że od Amerykanów dowiaduje się o nim Bronisław Geremek .
Ówczesny szef MSZ chce wyrzucić krnąbrnego urzędnika ze służby dyplomatycznej, ale układ sił w obozie AWS-UW na to nie pozwala. Odwołany z Brukseli, Waszczykowski zostaje w 1999 r. ambasadorem w Iranie. Dla człowieka, którego konikiem od zawsze były sprawy euroatlantyckie i kwestie rozbrojenia, to jak zesłanie. A kończy się jeszcze gorzej - skłóceniem z personelem ambasady, odwołaniem i wnioskiem polskiego wywiadu o odebranie ambasadorowi poświadczenia bezpieczeństwa, czyli w praktyce - dostępu do tajemnicy państwowej .
- Witold Waszczykowski był jednym z nielicznych ambasadorów, których odwołałem przed upływem kadencji. Zapewniam, że miałem bardzo istotne powody z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa
- mówił "Gazecie Wyborczej" były szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz.
Jest 2002 rok, a ambitny urzędnik wie, że nieprędko dostanie kolejny stołek. Taki stan nazwa się w resorcie "zamrażarką". Ale czeka zaledwie trzy lata, bo w 2005 r. do władzy dochodzi opcja polityczna, która sama ma "PRL-owskie złogi" we własnych szeregach (Jasiński, Kryże, Piotrowicz), ale na sztandarach wypisała walkę z nimi. Zostaje wiceministrem spraw zagranicznych, ku satysfakcji ówczesnego szefa MON.
Radosław Sikorski przez lata ceni Waszczykowskiego. Tak bardzo, że gdy rząd PiS upadł (Sikorski zdążył w dwa lata zmienić obóz z PiS na PO, a Waszczykowski - pokłócić się z własną przełożoną Anną Fotygą), wbrew Tuskowi i licznym ostrzeżeniom, czyni go swoim zastępcą i pozostawia na kluczowym stanowisku negocjatora umowy z Amerykanami dot. tarczy antyrakietowej. Gorzko tego pożałuje.
Kiedy proamerykański, proatlantycki Waszczykowski we wczesnych latach 90. spotkał na salonach polskiej dyplomacji bratnią duszę - Sikorskiego, panowie szybko się zaprzyjaźnili. "Posiadał to, czego nie miała nasza proatlantycka prawica. Świetną znajomość języka angielskiego, literatury przedmiotu i podstawowych dokumentów" - powie wiele lat później o kwalifikacjach dawnego kolegi były szef MSZ .
Waszczykowski ma jasną instrukcję, jak ma wyglądać finał negocjacji: jeśli Polska nie dostanie rakiet Patriot, to porozumienia ma nie być. A on ogłasza w rozmowie z Associated Press , że jest porozumienie - ale bez Patriotów. Rząd Tuska prostuje: porozumienia nie ma. W ramach rozgrywki między PiS i PO, czyli Pałacem Prezydenckim i Kancelarią Premiera, Sikorski trafia na dywanik do prezydenta - a tym był wówczas Lech Kaczyński - i słyszy o możliwej odpowiedzialności za zdradę stanu.
17 lipca 2008 r. w wywiadzie dla "Newsweeka" Waszczykowski ujawnia instrukcje, jakie dostał, i twierdzi, że Tusk z Sikorskim chcieli sabotować negocjacje, żeby Lech Kaczyński nie mógł przypisać sobie sukcesu ws. tarczy. Wściekły Tusk natychmiast dymisjonuje Waszczykowskiego, który traci - drugi raz! - certyfikat dostępu do informacji niejawnych. A Radosław Sikorski nazywa go swoim największym błędem kadrowym :
Chciałbym też przypomnieć, panie pośle, że pan brał udział w pracach tego rządu. Jest pan moim błędem personalnym. Do dzisiaj sobie wypominam, że zaproponowałem panu współpracę w pierwszej kadencji rządu Platformy Obywatelskiej i PSL, a wyrzuciłem pana za skandaliczną nielojalność wobec rządu.
Pomocną dłoń wyciąga prezydent Lech Kaczyński - mianuje go szefem BBN. Przez następne dwa lata były kolega Sikorskiego jest najostrzejszym krytykiem kierowanego przez niego resortu. W lipcu 2010 roku wraz z wyborem Bronisława Komorowskiego na prezydenta traci funkcję. Stawia się w biurze kadr MSZ, ale nie dostaje pracy. Powód?
"Brak możliwości wyznaczenia stanowiska odpowiadającego kwalifikacjom i przygotowaniu zawodowemu Witolda Waszczykowskiego w związku z utratą poświadczenia bezpieczeństwa upoważniającego do dostępu do informacji niejawnych stanowiących tajemnicę państwową"
- brzmi dość złośliwe wyjaśnienie .
Niedługo później, jesienią 2010 r., Waszczykowski zostaje posłem. Przez pięć lat krytykuje politykę zagraniczną rządu Tuska. Staje się jedną z twarzy PiS w sprawach polityki zagranicznej. Gdy PiS wygrywa wybory w 2015 r., a konkurenci do fotela szefa resortu są albo w Brukseli (Anna Fotyga, Ryszard Legutko), albo w Kancelarii Prezydenta (Krzysztof Szczerski), były dyplomata wraca do MSZ. Tak, jak mu przepowiedział Bartoszewski - jako polityk. Jako minister.
I na swoim stanowisku zachowuje się rzeczywiście jak polityk, a nie jak dyplomata. W ciągu dwóch lat dossier wpadek, przejęzyczeń i pełnych niezwykłej wręcz dezynwoltury wypowiedzi Waszczykowskiego spęczniało do ogromnych rozmiarów. Niech zatem minister przemówi:
Musimy (...) zdawać sobie sprawę, że w każdej chwili możemy zostać oszukani. Trzeba powiedzieć to otwarcie: polityka Unii okazała się polityką podwójnych standardów i oszukiwania. (...) Trzeba blokować inne inicjatywy Unii Europejskiej. " Super Express ")
Odeszliśmy od murzyńskości. W ciągu zaledwie czterech miesięcy miałem okazję spotkać się z Sekretarzem Stanu USA, kongresmenami, spotkania miał minister Macierewicz, premier Szydło jedzie z wizytą do Stanów. (TVP Info) Sprawa smoleńska jest niezakończona, katastrofa nie miała takiego przebiegu, jaki miała, i będziemy tę świadomość przekazywać. (RMF FM)
Takiego głosowania nie było, bo zapytano tylko, kto jest przeciw tej kandydaturze, a już dalszego głosowania nie zastosowano. Nie zapytano "kto jest przeciw, kto się wstrzymał". Stąd też tłumaczenie przez opozycję, że Polska została przegłosowana 27 do 1, jest niewłaściwe, bo takie głosowanie się nie odbyło. Mamy zastrzeżenia do tej procedury. Nie ma oczywiście żadnych politycznych decyzji w tej sprawie. Wybór Tuska jest drugorzędną czy trzeciorzędną kwestią z punktu widzenia Polski. Mamy ekspertyzy, że doszło do fałszerstwa. Będę je przedstawiał pani premier - mówił na konferencji prasowej w marcu.
Nie wiem, co mógł mieć na myśli minister Waszczykowski w tej sprawie. (Konrad Szymański, zastępca Waszczykowskiego, po powyższej wypowiedzi (Gość Radia Zet, radiozet.pl)
Nie tylko Szymański nie wie. Okres rządów Waszczykowskiego w MSZ zostanie zapamiętany jako czas nieustannych sporów Polski z Unią Europejską, która wszczęła wobec nas procedurę kontroli praworządności. Jako czas osamotnienia w Grupie Wyszehradzkiej, która poparła - wbrew Polsce - Donalda Tuska na drugą kadencję szefa Rady UE. Jako czas wymiany nieprzyjaznych oświadczeń z Ukrainą. I jako okres zaostrzenia relacji z Niemcami , mimo zapowiedzi z exposé ministra "kontynuacji przyjaznych relacji". Waszczykowski dodał wtedy, że jest to też "dobra okazja do małego remanentu spraw sąsiedzkich".
Remanent ów wyraził się m.in. w chaotycznych żądaniach reparacji wojennych, po które raczej powinniśmy się zwracać do Moskwy, a nie do Berlina . Czas Waszczykowskiego to też okres praktycznie braku stosunków z Moskwą. W szeroko komentowanym w Rosji wywiadzie dla "Kommiersanta" stwierdził m.in., że:
Wszystkie problemy, jakie powstały pomiędzy Federacją Rosyjską i wspólnotą międzynarodową, zostały zainicjowane nie przez Polskę, a przez Federację Rosyjską. Klucz do poprawienia stosunków między Polską i Federacją Rosyjską leży w Moskwie, a nie w Polsce.
Czyli na Wschodzie bez zmian. Na Zachodzie gorzej. Fakt, Polska zdobyła fotel niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Zorientowani w dyplomatycznym światku wiedzą, że to w dużej mierze zasługa szanowanego w USA dyplomaty Bogusława Winida. Tymczasem Witold Waszczykowski stwierdził, że na szczycie ONZ spotkał się z władzami państwa San Escobar . Nie spodziewał się pewnie, że kilka dni później 100 tysięcy ludzi i poważne zagraniczne gazety będą żartować z nieistniejącego kraju, który "stworzył" przez swoje przejęzyczenie . Mimo tej wpadki misja Waszczykowskiego w ONZ okazała się skuteczna i została uznana przez polskie władze za sukces. A jak idzie ministrowi w resorcie?
To jest człowiek z 20-letnim stażem w dyplomacji. Nie wierzę, żeby nie widział, gdzie mamy problemy. Myślę, że nie ma możliwości swobodnego działania, a zresztą jeżeli nawet miał na początku jakieś ambicje, to szybko wybito mu je z głowy. (...) Gwałtowne kariery na skróty, donosicielstwo, lizusostwo. I ludzie bez własnego zdania wysyłani na placówki
- komentował w rozmowie z nami były ambasador RP w USA Ryszard Schnepf [niegdyś kolega Waszczykowskiego, obecnie panowie uwikłani są w gorzki konflikt - red.]. Czy minister rzeczywiście zdawał sobie sprawę z problemów polskiej polityki zagranicznej? Do końca kadencji miał ponad dwa lata. Waszczykowski miał jeszcze szansę zostać zapamiętany z innych powodów niż San Escobar i kłótnie z Timmermansem. Czas pokazał, jak bardzo się nie udało.
Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.