Dzieci i nastolatki trafiają dziś do specjalistów w fazie ostrego psychicznego kryzysu

Dzieci i nastolatki trafiają dziś do specjalistów w fazie ostrego psychicznego kryzysu (fot. Shutterstock)

rozmowy Anny Kality

"10-letnie dziecko mówi: Mamy kredyt. Boję się, co będzie, jak rodzice stracą pracę"

- Epidemia dotknęła młodych ludzi o wiele silniej niż dorosłych. Do specjalistów trafiają w fazie ostrego psychicznego kryzysu: kiedy wymagają również interwencji psychiatry i farmakoterapii, samookaleczają się lub są po próbach samobójczych, w stanie silnych depresji, lęków, nerwic. Takie dzieci dostają termin do psychiatry najwcześniej za osiem miesięcy. Jednej z matek zaproponowano 2023 rok! - mówi psychoterapeutka dzieci i młodzieży Justyna Britmann.

Na kiedy najwcześniej można do pani zapisać dziecko?

Aktualnie nie mam wolnego miejsca. 

Przyjmuje pani prywatnie i nie ma możliwości zapisania się na już?!

Rodzice reagują tak jak pani, a potem próbują negocjować.

Epidemia dotknęła młodych ludzi o wiele silniej niż dorosłych. Obrazowo mogę to porównać do sytuacji, kiedy toksyczną substancją zostanie podlane potężne drzewo. Ono sobie poradzi. Lepiej lub gorzej, ale przetrwa. Ale jeśli toksyna dobierze się do roślinki w fazie wzrostu? Wtedy on się zatrzyma.

Dzieci i nastolatki trafiają dziś do specjalistów w fazie ostrego psychicznego kryzysu: kiedy wymagają również interwencji psychiatry i farmakoterapii, samookaleczają się lub są po próbach samobójczych, w stanie silnych depresji, lęków, nerwic. Dziś takie dzieci dostają w Polsce termin do psychiatry najwcześniej za osiem miesięcy. Jednej z matek zaproponowano 2023 rok! Deficyt bezpłatnego poradnictwa psychiatrycznego i psychologicznego dla dzieci i młodzieży jest dziś w Polsce tak ogromny, że można powiedzieć, że takiej pomocy praktycznie nie ma.

A tymczasem senatorowie PiS sprzeciwili się przyznaniu dodatkowych 80 milionów złotych na psychiatrię dziecięcą.

To jest po prostu skandal. Trwoga! Pomocy w sektorze prywatnym szukają coraz częściej ci, którzy nie znaleźli jej w publicznej ochronie zdrowia i którzy muszą poczynić ogromny wysiłek, by zapewnić dziecku pomoc. Czasem do terapii dokładają się również dziadkowie, cała rodzina! Bo sytuacja tego wymaga. 

Justyna Britmann, psychoterapeutka dzieci i młodzieży (fot. Archiwum prywatne)
Justyna Britmann, psychoterapeutka dzieci i młodzieży (fot. Archiwum prywatne)

Sytuacja tego wymaga, to znaczy co się dzieje z dzieckiem?

90 procent moich pacjentów ma problemy ze snem. Najczęściej mówimy o regularnym wybudzaniu się i koszmarach sennych. Całe życie - od nauki, przez kontakty towarzyskie, zabawę oraz pierwsze miłości i pierwsze doświadczenia erotyczne - przeniosło się do Internetu. Dzieci są nieustannie narażone na ekspozycję emitowanego z ekranów światła. Ich aktywność w przestrzeni wirtualnej, a szczególnie gry komputerowe, ogromnie pobudza mózg, co wpływa negatywnie na zdolność koncentracji - wiele dzieci narzeka, że nie potrafi się uczyć - ale też na jakość snu. Mają trudności z zasypianiem, nie potrafią zapaść w fazę snu głębokiego. Problemy ze snem są też często objawami depresyjnymi i łączą się z lękami. Dziś coraz częściej obserwujemy 11-, 12-latków, którzy się zachowują jak 3-, 4-latki: proszą rodziców, by mogli spać przy zapalonym świetle, by ich usypiali, po czym jak najdłużej zatrzymują przy sobie rodziców lub wręcz chcą spać z nimi. 

11-letnie dzieci?!

To się dziś często zdarza. Bywa też tak, że dzieci przesypiają kilkanaście godzin i za dnia nie chcą w ogóle opuszczać łóżka. Cały czas spędzają w piżamie, nawet jedzą w łóżku.

Wielu dorosłych też tak robi, traktując to jak bonus pracy zdalnej. Luz!

To bardzo mocno wpływa na pogorszenie nastroju, nakręca apatię i poczucie beznadziei. U dorosłych wprost pogłębia smutek, u dzieci może wywołać wahania nastroju. Pamiętajmy, że w normalnej sytuacji wiele emocji dzieci rozładowują właśnie poprzez ruch. Jego ograniczenie do minimum - czego apogeum jest: "nie chce mi się w ogóle wstać z łóżka" - wpływa dewastacyjnie na ich stan psychiczny i potem widzimy, że dziecko jednego dnia w ogóle nie ma chęci do życia, ale drugiego się zbiera i nawet umawia z kolegą czy koleżanką na placu zabaw. I rodzic wtedy myśli, że wszystko jest OK. 

A nie jest?

U młodzieży objawy depresyjne często przybierają formę dużych wahań nastroju i one powinny zwrócić uwagę dorosłych. A kiedy nastrój staje się obojętny, kiedy dziecko kolejny dzień na pytanie: "Co zjesz na śniadanie?", "Czy masz chęć na spacer?" itd., odpowiada: "Nie wiem", "Wszystko mi jedno", to wtedy musi się już zapalić czerwona lampka.

Zapala się, dzieci trafiają do gabinetu psychoterapeuty i co mówią? 

Często to co dorośli i jak dorośli! 10-, 11-letnie dziecko mówi mi tak: "My mamy kredyt i ja się boję, co będzie, jak rodzice stracą pracę".

To jest cytat dosłowny?

Tak! Trzeba pamiętać o tym, że dzieci przejmują nasze lęki, a jednocześnie - odwrotnie do nas - są w nich bezradne. Kiedy dorosła osoba traci pracę bądź się tego obawia, szuka nowego źródła dochodu. Działa aktywnie! A dziecko? Dziecko nic nie może zrobić. 

Dzieci przejmują nasze lęki, a jednocześnie - odwrotnie do nas - są w nich bezradne (fot. Shutterstock)
Dzieci przejmują nasze lęki, a jednocześnie - odwrotnie do nas - są w nich bezradne (fot. Shutterstock)

Kumuluje ten lęk.

Tak. Często zdarza się też, że dzwoni rodzic i mówi: "Córka mnie poprosiła, żebym ją zapisał do psychologa". A kiedy dopytuję, co się dzieje, słyszę: "Mnie się wydaje, że wszystko jest dobrze. Chyba po prostu chce porozmawiać". To nie są "niegrzeczne" nastolatki, które się biją i wagarują, ale niesprawiające żadnych problemów prymusy. Tyle że rodzice nie mają żadnego wglądu w to, co się tak naprawdę z nimi dzieje. 

Bo dzieci są tak zamknięte w sobie czy nie mają dobrej komunikacji z rodzicami?

Powody są różne. Często to są dzieci nadodpowiedzialne, tacy młodzi dorośli, którzy nade wszystko nie chcą martwić rodziców. I potem słyszę od nastolatki: "Nie chcę martwić mamy. Wiem, że ma problemy w pracy i nie chcę, żeby pomyślała, że to jej wina, że mnie się nie chce żyć".

Z tego, co pani mówi, wynika, że młodzi ludzie są dziś wręcz zdemolowani psychicznie!

Największą krzywdą, jaką im wyrządzono, jest edukacja zdalna. Nie ma nic trudniejszego dla dzieci i nastolatków niż izolacja. Proszę zobaczyć, jak ubogi stał się ich świat: repertuar bodźców, jakich doświadczają, jest nieporównanie mniejszy w porównaniu z dawnym życiem, kiedy dzieci szły do szkoły. Tam się uczyły, rozmawiały z rówieśnikami, nauczycielami, po lekcjach chodziły na basen, angielski i do kina. Można powiedzieć, że świat się diametralnie skurczył dla wszystkich, tyle że młodzi ludzie właśnie teraz się rozwijają i właśnie teraz potrzebują wrażeń i bodźców. Koniecznie!

Słyszę od dzieci: "Nie sądziłem, że kiedykolwiek tak powiem, ale chcę wrócić do szkoły!". W szkole były zmotywowane, uczyły się, zależało im na ocenach, a dziś - jak już mówiłam - mają ogromne problemy z koncentracją, nie potrafią nadążyć za materiałem. Licealiści przeżywają potężny stres, co będzie z maturą, czy dostaną się na studia, a młodsze dzieci odczuwają brak kontaktów rówieśniczych tak boleśnie, że popadają w apatię i w ogóle nie włączają się na lekcje on-line. Potrafią spać za dnia. 

Ponieważ są rozleniwione? 

Ponieważ mają problemy z adaptacją do tej sytuacji, stany depresyjne i lęki. Nastolatki zaspokajają potrzebę kontaktów rówieśniczych rozmową na Skype czy wymieniając wiadomości na Messengerze, ale dzieci wczesnoszkolne potrzebują pobawić się w chowanego, pobiegać i pobudować z klocków. Małe dzieci bardzo ciężko znoszą izolację. Kiedy rodzic to zauważa, jest przestraszony i mówi: "Wiesz co, pójdziemy na plac zabaw, tam się pobawisz z dzieciakami". Ale dziecko jest już tak apatyczne, że woli zostać w domu. To jest na pewno sygnał alarmowy dla dorosłych. 

Słyszę od dzieci: 'Nie sądziłem, że kiedykolwiek tak powiem, ale chcę wrócić do szkoły!' (fot. Shutterstock)
Słyszę od dzieci: 'Nie sądziłem, że kiedykolwiek tak powiem, ale chcę wrócić do szkoły!' (fot. Shutterstock)

Nastolatki radzą sobie, przenosząc życie do wirtualnego świata, ale to też może być niebezpieczne i fatalne w skutkach. 

Oczywiście. Jak my, dorośli, wyobrażamy sobie ich kontakty w sieci? Że indywidualnie lub w grupach rozmawiają z przyjaciółmi?

Wspierają się, jest miło, sympatycznie.

Ale przecież w rzeczywistości to często wcale tak nie wygląda. Na Messengerze powstają klasowe grupy, a tam nie wszyscy się lubią.

Zaczyna się hejt.

I to nasilony! Na szkolnym korytarzu, twarzą w twarz, tylko skończony cham powiedziałby do dziewczyny: "Wyglądasz jak gruba świnia". Ale już napisać taki komentarz pod zdjęciem na Facebooku? To jest bardzo łatwe. Kolejna kwestia: nastolatki zamknięte w domu w okresie dojrzewania.

Które chcą się zakochać!

Oczywiście! Dziewczyna chce mieć chłopaka, ale nie chodzi do szkoły i kolega z równoległej klasy jej nie odprowadzi do domu, nie umówi się na randkę i nie będzie delikatnego flirtu. No więc co? Również miłości szuka w Internecie, a jako że nie ma doświadczeń, to też niekoniecznie wie, jak to powinno wyglądać. Dzieje się więc tak, jak z przemocą rówieśniczą: na żywo by się nie odważył, ale w wirtualnym świecie dużo częściej dochodzi do przekraczania granic, nadużyć. Bardzo często dziewczyny mówią, że chłopcy proszą o wysyłanie "softów" lub "nudesów".

To są erotyczne zdjęcia, tak? 

Softy w bieliźnie, a nudesy - nago. Dziewczyny wysyłają zdjęcia, a potem czują się wykorzystane, bo ten chłopak po drugiej stronie kabla to nie jest kolega z ławki, ale tak naprawdę obca osoba, która jednocześnie pisze z wieloma dziewczynami, a kiedy dostaje, czego chce - urywa kontakt.

Od tylu lat cały świat mówi młodym ludziom: "Nie ufaj obcej osobie w Internecie, bo nigdy nie wiesz, kto to jest. To może być pedofil", a jednak to się ciągle dzieje?!

Niestety. I mam wrażenie, iż w czasie epidemii to się jeszcze nasiliło. Właśnie w wyniku izolacji, osamotnienia. Młodzi ludzie mówią: "Komuś obcemu mogę powiedzieć wszystko, bo się nie wstydzę". Bywa, że przejaskrawiają, wyolbrzymiają swoje problemy, by przyciągnąć i przytrzymać uwagę tej osoby. Traktują ją jak ostatnią deskę ratunku, i to jest nieskończenie smutne, że taki młody człowiek nie ma w otoczeniu żadnej prawdziwej osoby, której by ufał.

Młodzi ludzie mówią: 'Komuś obcemu mogę powiedzieć wszystko, bo się nie wstydzę' (fot. Shutterstock)
Młodzi ludzie mówią: 'Komuś obcemu mogę powiedzieć wszystko, bo się nie wstydzę' (fot. Shutterstock)

Z różnych przyczyn rodzice nie widzą tej ogromnej samotności i nieszczęścia swoich dzieci. Czasem dowiadują się prawdy, właśnie czytając wiadomości, jakie dzieci wysyłają przez Messengera. Jedna z mam była zaniepokojona, że jej córka pisze do kogoś o trzeciej w nocy. Weszła na jej konto i okazało się, że córka stworzyła kilka alternatywnych wersji siebie - czasem bywała dziewczyną, czasem chłopakiem - i nawiązywała relacje uczuciowe z różnymi osobami.

Dlaczego to robiła?

W tym i wielu podobnych przypadkach bierze się to z braku akceptacji samego siebie. Samookaleczanie się, które jest od lat potężnym problemem u młodych ludzi, również ma takie źródło. Ale nie tylko. Tutaj w grę wchodzi też odreagowanie napięć. Z czasem samookaleczenie przybiera formę uzależnienia i daje młodemu człowiekowi poczucie chwilowej ulgi. 

Dlaczego ten ból przynosi ulgę?

"Bo mnie boli pocięta ręka, ale przestaje boleć dusza".

Tak mówią nastolatki?

Tak. Jeszcze 10 lat temu głównie chłopcy przypalali przedramiona papierosami albo się cięli nożem czy żyletką. Teraz częściej samookaleczają się dziewczyny, traktują to jako atak na swoje ciało, z którego nie są zadowolone. Chcę w tym miejscu uczulić rodziców, że w okresie epidemii to niezadowolenie się nasila, bo ich dzieci non stop oglądają w wirtualnym świecie swoje idealnie piękne, idealnie szczupłe i idealnie zgrabne idolki. Mam aktualnie na terapii 13-latkę - postanowiła w czasie wolnym, którego w epidemii zrobiło się zbyt dużo, "wziąć się za siebie": większość dnia zajmowało jej planowanie, co i kiedy zje i kiedy poćwiczy. Trafiła do mnie z bulimią, po dziewięciu miesiącach regularnych wymiotów.

A wracając do samookaleczenia się: dziewczyny tną całe ręce i nogi - od uda po kostki. Kiedy przychodzi lato i widzimy nastolatki, które prażą się na słońcu w długich legginsach i bluzach, to na pewno powinno nas zaniepokoić.

W zimie akurat stosunkowo łatwo byłoby ukryć rany. 

Tak, i zdarza się, że rodzice dopiero po pół roku orientują się, co się dzieje. Szczególnie kiedy dziewczynom zależy na dobrym wyglądzie, wtedy okaleczają się w miejscach niewidocznych, czyli np. pośladkach, wewnętrznej stronie ud, na wewnętrznej stronie ramion, w okolicach pach, na kostkach, stopach. 

Samo słuchanie o tym jest bolesne i przerażające! 

Samookaleczanie się jest bardzo często jednym z elementów kształtujących się zaburzeń osobowości. Stwierdzamy je dopiero u dorosłych, 21-letnich pacjentów, jednak potrafimy dostrzec, kiedy już 14-latek zmierza w kierunku zaburzenia. Dziś najczęściej rozwija się typ borderline. Można go nazwać zaburzeniem XXI wieku wśród młodych ludzi.

Stwierdzamy je dopiero u dorosłych, 21-letnich pacjentów, jednak potrafimy dostrzec, kiedy już 14-latek zmierza w kierunku zaburzenia (fot. Shutterstock)
Stwierdzamy je dopiero u dorosłych, 21-letnich pacjentów, jednak potrafimy dostrzec, kiedy już 14-latek zmierza w kierunku zaburzenia (fot. Shutterstock)

Takie osoby mają bardzo duży problem z utrzymaniem dłuższych relacji, ponieważ jednego dnia chłopaka czy dziewczynę kochają nad życie, a drugiego - z błahego powodu - nienawidzą. Borderline przejawia się w podejmowaniu bardzo ryzykownych zachowań, również widowiskowych. I tu pojawia się często grożenie samobójstwem czy szantaże emocjonalne. Także problem z używkami i przypadkowym seksem. Głównym pozostaje jednak zawsze nieumiejętność utrzymania relacji i ich niestabilność. 

Jakie jeszcze zaburzenia pojawiają się u młodych ludzi? 

Spotykam bardzo dużo dzieci z zaburzeniami lękowymi i atakami paniki, które nieleczone prowadzą do innych zaburzeń, np. depresji. 

Jak wygląda atak paniki u dziecka?

Identycznie jak u osoby dorosłej: najczęściej są problemy z oddychaniem, kołatanie serca, uczucie, że "nie wiem, co się ze mną dzieje", że "niedługo umrę".

Małe dziecko potrafi wpadać w takie stany?!

Tak. Proszę też pamiętać o tych dzieciach, które z natury są introwertyczne, lękliwe i dla których pierwsza faza epidemii z zamknięciem szkół okazała się ulgą!

Jestem nieśmiały, wycofany i w domu mam święty spokój? 

"Pasuje mi to, mam luz, spokój, oddech". Dla tych dzieci informacja, że we wrześniu mają wrócić do szkoły, to był ogromny problem. Jesienią pojawiły się lęki i właśnie wręcz ataki paniki. Potem szkoły znów zamknięto, a teraz nie wiadomo co będzie. Ciągła niewiadoma. Ci, którzy decydują o zamykaniu i otwieraniu szkół, o przesuwaniu terminów ferii, w ogóle nie biorą pod uwagę tego, jak fatalnie to wszystko wpływa na młodych ludzi. I w ogóle: jaka jest kondycja psychiczna młodego pokolenia Polaków! Statystyki mamy takie, że każdego dnia odbiera sobie życie jedno dziecko! W ciągu roku znika średniej wielkości szkoła. To jest straszne.

Pracuje pani z samobójcami? 

Część dzieci zgłasza myśli samobójcze, część jest po próbach i po hospitalizacjach. Chcę powiedzieć ważną rzecz: prawdą jest, że próby samobójcze nastolatków przybierają często formy demonstracyjne, że one tak naprawdę nie chcą umrzeć, ale pokazać "jestem tutaj, zauważ mnie!".

Czyli to jest krzyk rozpaczy.

Jednak absolutnie nigdy nie wolno tego lekceważyć! Nawet demonstracyjna próba samobójcza może się skończyć śmiercią, a zawsze oznacza potężny kryzys psychiczny. Kiedy pracowałam jeszcze w poradni psychologiczno- pedagogicznej, życie odebrała sobie dziewczyna z tzw. dobrego domu, gdzie nigdy nie było kłótni, przemocy, uzależnień. Powiesiła się po tym, jak w Internecie weszła w relację uczuciową z osobą, która ją oszukała.

Czy pani wciąż przyjmuje w publicznej poradni?

Od trzech lat nie, chociaż decyzja o odejściu była dla mnie bardzo trudna.

Dlaczego pani zrezygnowała? 

Czułam ogromną frustrację, widząc, że to, co robię w poradni, jest kompletnie nieskuteczne. Rodziców zgłaszających się z dziećmi po pomoc był taki ogrom, a nas terapeutów tak mało, że mogłam jedynie zaoferować konsultację za trzy miesiące. O terapii nie było mowy, bo nie było na nią czasu. To jest iluzja pomagania! Terapia nie polega na tym, że ktoś się pojawi raz, a ja go poinstruuję, jak ma żyć. Podstawą są regularne spotkania. Tam nie było na to żadnych szans. 

Pani mówi, że dostęp do psychologa dziecięcego "na NFZ" jest iluzoryczny, ale już totalną katastrofą jest dziecięca psychiatria! Raport NIK z 2020 roku alarmował, że w pięciu województwach nie funkcjonował żaden oddział psychiatryczny dla małoletnich. Nastolatki trafiały na oddziały dla dorosłych. Na takim oddziale przed dwoma laty zgwałcono 15-letnią dziewczynę.

Psychiatria dziecięca to są totalnie przepełnione oddziały szpitalne, na których wiecznie brakuje miejsc. U nas brakuje wszystkiego. Brakuje systemu: nie ma poradni psychologicznych, nie ma poradni psychiatrycznych, nie ma właściwej opieki psychologicznej w szkołach. Praktycznie niedostępna jest też darmowa terapia rodzinna, ponieważ NFZ wycenił ją niżej niż indywidualną, w związku z czym ośrodki przestały ją oferować. To ważne, że rozmawiamy o tym dziś, podczas epidemii, która bezpowrotnie odebrała młodym ludziom już niemal rok życia, kiedy nie mieli szans na prawidłowy rozwój. Epidemia wpłynęła na nas wszystkich, jednak na młodych ludzi - nieukształtowanych i niedysponujących sprawdzonymi metodami radzenia sobie z przeciwnościami losu - szczególnie mocno. 

Justyna Britmann. Psycholog i psychoterapeuta dzieci i młodzieży pracująca w nurcie psychodynamicznym i integracyjnym. Przez siedem lat związana z Mazowieckim Centrum Zdrowia w Tworkach. Kurs psychoterapii ukończyła w Katedrze Psychoterapii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku