42 procent Polaków przyznaje się do tego, że wyrzuca jedzenie

42 procent Polaków przyznaje się do tego, że wyrzuca jedzenie (Fot. Shutterstock.com)

zagrajmy w zielone

Byłam w tym jednym procencie Polaków i było mi wstyd. Jak przestałam marnować jedzenie

Wynosiłam do śmieci całe worki: ciągnących się ziemniaków, pleśniejących pomidorów i ledwo co napoczętych słoików dżemów. Bardzo długo nie umiałam wyjść z zamkniętego kręgu marnowania jedzenia.
Codziennie podejmujemy dziesiątki różnych wyborów - od ubrań, które na siebie założymy, po produkty, które trafią na nasz talerz. Każda z tych decyzji ma wpływ nie tylko na nas, lecz także na środowisko. Co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę? W nowym cyklu Weekend.gazeta.pl "Zagrajmy w zielone" opowiemy o drobnych krokach, które mogą mieć ogromny wpływ.

42 procent Polaków wyrzuca jedzenie. Z tego 1,1 procent przyznaje, że robi to często. W polskich śmietnikach ląduje dziewięć milionów ton żywności rocznie. Jak wynika z danych projektu FUSIONS z 2012 roku, "tylko" 5 procent wyrzucają sklepy, zaś aż 53 procent konsumenci. Za 12 procent odpowiadają restauracje, reszta żywności (30 proc.) jest tracona jeszcze na etapie produkcji i przetwórstwa. Sylwia Majcher w książce "Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku" to oszalałe marnotrawstwo symbolicznie zapakowała do pociągu: jego skład liczyłby 220 tysięcy wagonów, a cały pociąg miałby długość polskich granic.  

Jeszcze niedawno byłam w tym jednym procencie często marnujących jedzenie i dorzucałam do pociągu całe worki: ciągnących się ziemniaków, pleśniejących pomidorów i ledwo co napoczętych słoików dżemów. Wyrzucałam też chleb.  

Dlaczego? Z tych samych powodów, co wszyscy: szłam do sklepu głodna i kupowałam za dużo, potem nie wiedziałam, co z tym zrobić. Przegapiałam daty ważności, źle przechowywałam, brałam coś, bo "się opłacało". Nieumiejętność zapanowania nad lodówką i portfelem trwała u mnie latami i była wstydliwym sekretem.  

Kryzys w lodówce, kryzys w związku 

Może dalej poznawałabym kolejne stadia rozkładu włoszczyzny, gdyby nie zaczęły się o to kłótnie w domu. Bo nim się obejrzałam, żarty, że kupuję piąty ser i dziewiąty dżem, przeszły w poważne pretensje. Z czasem sprawa stanęła na ostrzu noża: nie kupujemy nic, dopóki nie zjemy tego, co mamy w lodówce. Nie wychodzimy do knajpy, bo w domu jest góra jedzenia.  

Wiedziałam, że druga strona ma rację. Już wcześniej miałam ogromne poczucie winy, że robię zakupy za kilkaset złotych, a większość z nich trafia do śmieci. Bywały tygodnie, gdy w lodówce było wszystko, a ja jadłam tylko serki i kanapki z żółtym serem, bo nie miałam czasu gotować.  

Żal było mi zwierząt, planety i mojego konta.

16 września obchodzimy Światowy Dzień Żywności. A żywność na świecie jest jak kot Schrödingera, zarazem żywy i martwy.  
Można dojść do wniosku, że jest jej za mało, skoro w 2019 roku na świecie głodowało 690 milionów ludzi (inne dane mówią aż o 820 milionach w 2018 roku). Szacuje się, że przez COVID-19 ta liczba mogła skoczyć o 83-132 miliony. Dwa miliardy ludzi na świecie nie dojadają, a będzie gorzej, skoro w 2050 roku ma nas być już ponad 10 miliardów. Głód na świecie jest jednym z najbardziej palących problemów współczesności, czego dowodzi Pokojowy Nobel 2020 przyznany organizacji World Food Programme (WFP) za wysiłki na rzecz jego zwalczania (w 2019 roku WFP pomogła 100 milionom ludzi).
Można też dojść do wniosku, że żywności jest za dużo: według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) rocznie traci się lub marnuje 1,3 miliarda ton żywności, czyli jedną trzecią wszystkiego, co zostało wyprodukowane do zjedzenia. To straty rzędu 990 miliardów dolarów rocznie. Najwięcej jedzenia wyrzucają do kosza konsumenci - niektóre gospodarstwa domowe nawet połowę. W czołówce światowych marnotrawców są Australijczycy (wyrzucają średnio 361 kilogramów jedzenia na osobę rocznie) i Amerykanie (278 kilogramów na osobę). Polska pod względem marnowania żywności zajmuje piąte miejsce w Europie.
W rzeczywistości żywności na świecie jest więcej niż wystarczająco, by dało się nakarmić wszystkich. 

1,3 miliarda jedzenia - tyle żywności jest tracone lub wyrzucane na świecie co roku / Fot. Shutterstock.com
1,3 miliarda jedzenia - tyle żywności jest tracone lub wyrzucane na świecie co roku / Fot. Shutterstock.com

Krok 1.: Motywacja 

Po tym, jak się wydało, że ja i lodówka żyjemy osobnymi życiami, nie bardzo wiedziałam, co dalej. Dziś wiem, że niemarnowanie żywności można zamknąć w pięciu prostych działaniach: planowanie, ograniczanie, przechowywanie, przetwarzanie, wykorzystywanie resztek. 

Ale sama zaczęłam od triku: ilekroć wrzucałam do śmieci pleśniejący dżem lub camembert po terminie, wyobrażałam sobie, że tak naprawdę wyrzucam pięć złotych. Idealne, prosto z mennicy. Liczyłam w głowie te piątki i przy stówie miałam już dość. Jest coś w tym, że bardziej cenimy pieniądze niż jedzenie, ale marnując żywność, de facto nie cenimy ani jednego, ani drugiego. Polska rodzina wyrzuca rocznie do kosza 2500 złotych. Ja dziś za tę kwotę kupuję ekologiczne warzywa na dwa lata. 

Wyrzucanie jedzenia to także wyrzucanie pieniędzy. Polska rodzina średnio traci w ten sposób 2500 zł rocznie / Fot. Shutterstock.com
Wyrzucanie jedzenia to także wyrzucanie pieniędzy. Polska rodzina średnio traci w ten sposób 2500 zł rocznie / Fot. Shutterstock.com

Z czasem zaczęłam wrzucać do skarbonki prawdziwe piątki. Oszczędności stały się realne i całkiem spore. Dziś już nie motywuje mnie świnka-skarbonka. Zmieniłam nawyki. 

Krok 2.: Zakupy 

Polacy najczęściej wyrzucają pieczywo (przyznaje się do tego 23,7 procent osób), wędliny (12,8 procent) i owoce (12,6 procent). Warzywa (10,9 procent) są na czwartym miejscu. Ja nie jem mięsa i wędlin, więc warzywa to podstawa mojej diety. Mimo to wyrzucałam je - nomen omen - na pęczki. Sensownie było więc od nich zacząć. 

Milowym krokiem było podjęcie decyzji, że zaczynam kupować warzywa w RWS-ie. RWS jest skrótem od "rolnictwa wspieranego społecznie". W praktyce wygląda to tak: moje warzywa osobiście produkują Kasia i Marcin w gospodarstwie ekologicznym pod Warszawą, a ja co tydzień odbieram je od nich w Warszawie. Widujemy się 24 razy w roku, od wiosny do późnej jesieni, zawsze w czwartek po południu. Gdyby naszła mnie ochota, mogę wpaść w odwiedziny na ich pole i sprawdzić, czy faktycznie pielą sałaty. Klienci RWS-ów tworzą społeczność, która rolnikom gwarantuje skup plonów za uczciwą cenę. Przed startem sezonu kupujemy abonament na wszystkie dostawy. Paczka to spora skrzynka różnych warzyw, która wystarcza na półtora tygodnia obiadów dla dwóch-trzech osób. Zawsze jest złożona z tego, co akurat pojawiło się na polu - raz mam więc pomidory i ogórki, kiedy indziej kapustę i buraki. 

Warto znaleźć źródło dobrej jakości warzyw i owoców. RWS, czyli rolnictwo wspierane społecznie, to jedno z takich źródeł / Fot. Shutterstock.com
Warto znaleźć źródło dobrej jakości warzyw i owoców. RWS, czyli rolnictwo wspierane społecznie, to jedno z takich źródeł / Fot. Shutterstock.com

Kasia i Marcin na kilka dni przed dostawą przysyłają cotygodniowy newsletter. Jest w nim przewidywany skład najbliższej paczki (emocje!), przepisy na wykorzystanie warzyw w niej zawartych, zdjęcia i anegdotki z pola. Po czymś takim warzywa przestają być anonimowe. 

Zawsze wydawało mi się, że gotowe paczki to nie dla mnie. Tymczasem uwielbiam ten system. Jest nie tylko oparty na sezonowości, lokalności, ekologii i relacjach międzyludzkich, ale też ma w sobie coś z zabawy - jadłospisy układam jak puzzle. I cieszę się, że nie muszę decydować o wszystkim. 

Moim zdaniem opłaca się też finansowo - ekologiczne warzywa bez oprysków, wyhodowane z poszanowaniem ziemi, są obecnie bardzo drogie. Tymczasem od dwóch lat wydaję na warzywa mniej pieniędzy niż gdybym kupowała je w dyskoncie, BO ICH NIE WYRZUCAM. I wiem, co kupuję.  

Bycie w RWS-ie to też uświadomienie, a raczej przypomnienie sobie, że rolnictwo jest sezonowe, a do tego jest ruletką. W tym roku ulewy zniszczyły moim rolnikom dużą część upraw pomidorów. Sklepowe półki pełne wszystkiego przez okrągły rok nie są czymś normalnym. 

Krok 3.: Planowanie 

Dołączenie do społeczności RWS-u zrewolucjonizowało moją kuchnię i pociągnęło za sobą kolejne zmiany. W skrócie: dziś znam osobiście nie tylko wytwórców moich warzyw, ale też wielu pozostałych produktów. Wiem, kto piecze mój chleb, wypala kawę, kisi kapustę, od jakiego serowara chłopaki z warzywniaka biorą ser. Chleb z małej osiedlowej piekarni (nie sieciówki) kosztuje osiem złotych, ale nigdy nie zmarnowałam z niego ani kromki. Oczywiście kupuję też zwykły ryż, olej, orzechy czy tofu z dyskontu. Ale jedzenie od ludzi, których się zna i którzy włożyli w nie serce, jest praktycznie "niewyrzucalne". 

W dniu wysyłki newslettera od RWS-u wstępnie planuję jadłospis na cały tydzień. Siadam na kanapie obłożona ulubionymi książkami kucharskimi i wybieram fajne dania, które mogę zrobić z warzyw z paczki, po czym zapisuję pomysły na kartce. To moja ściąga na nadchodzący tydzień. Kulinarna wena przychodzi i odchodzi, ale z kartką wszystko jest pod kontrolą. Mam też osobną listę dań, które szczególnie lubimy jeść w domu.  

Mój system planowania po latach jest już całkiem automatyczny i opiera się przede wszystkim na zapisywaniu. Mam listy na wszystko. W telefonie - "zakupową listę uniwersalną", zawierającą produkty, które zawsze wykorzystam (np. orzechy włoskie na rewolucyjny pasztet z patelni). Na blacie kuchennym leży kartka - nie niej zapisuję rzeczy, które niedługo się skończą (ocet jabłkowy, olej, makaron itp.) i trzeba je zamówić, gdy uzbiera się więcej pozycji. Wiem dokładnie, ile mam mąki, orzechów czy sosu sojowego w szafkach i staram się nie kumulować produktów.  

Od dwóch lat we wrześniu wiem też, co będziemy jeść w grudniu: m.in. dużo zup na bazie kiszonych ogórków i kiszonej kapusty. Późną jesienią zaopatrujemy się w kilkadziesiąt słoików. Do tego dodaję koperek, pietruszkę i szczypior zamrożone latem. Mam własny przecier pomidorowy z lata. W dyskoncie dokupuję ziemniaki. 

Zapas kiszonych ogórków - ratunek w miesiącach, gdy nie ma świeżych warzyw, a odporność spada / Fot. Shutterstock.com
Zapas kiszonych ogórków - ratunek w miesiącach, gdy nie ma świeżych warzyw, a odporność spada / Fot. Shutterstock.com

Krok 4.: Gotowanie 

Kiedyś najpierw robiłam wielkie zakupy bez ładu i składu, a potem zastanawiałam się, co dalej. To była fatalna kolejność. Zwłaszcza że nie umiałam gotować (dziś też nie jestem masterchefem, ale radzę sobie) i nie ufałam sobie w kuchni, więc nadgorliwie przestrzegałam przepisów. Jeśli brakowało mi choćby jednego składnika - odpuszczałam całe danie. 

Z czasem nauczyłam się elastyczności. Nadal nie zabieram się za gołąbki, jeśli mam ryż, pieczarki i pomidory, a brakuje mi kapusty. Ale nim pobiegnę po kapustę, rozważam inne opcje - z ryżu, pieczarek i pomidorów da się zrobić mnóstwo różnych dań. Gotować uczę się z książek, seriali, od znajomych i na własnych błędach, a modyfikowanie przepisów stało się frajdą. Gotowanie mnie uspokaja i przywraca rzeczy na właściwe miejsce. Byle nie codziennie. Odpalam kuchnię dwa-trzy razy w tygodniu i wtedy szaleję, w pozostałe dni tylko odgrzewam.  

Z biegiem czasu stałam się mistrzynią dań jednogarnkowych. Jestem królową rozgrzewających curry, w domu prawie zawsze jest garnek zupy. Bezmięsnym rosołem, który powstaje w 15 minut, nabrałam już wszystkich, tak samo bezglutenowym bezmięsnym żurkiem.  

Jesienią regularnie robię duszaki, w innych regionach Polski znane jako pieczonki. Na dno dużego garnka kładzie się liście kapusty, a na to naprzemiennie warstwy pokrojonych w plastry surowych ziemniaków, marchewki, buraków i cebuli, doprawia całość i przykrywa kapustą. Warzywa duszą się we własnych sokach. Dań takich jak duszaki - wybaczających wiele - jest mnóstwo.  

Najprostsze danie: pieczone warzywa - sposób na nadwyżki warzyw korzeniowych i warzywa, które straciły już jędrność / Fot. Shutterstock.com
Najprostsze danie: pieczone warzywa - sposób na nadwyżki warzyw korzeniowych i warzywa, które straciły już jędrność / Fot. Shutterstock.com

Od kilku lat bardzo modna jest kuchnia zero waste. W bulion z obierków warzyw nie chce mi się bawić, ale mam swoje patenty. Nigdy nie wylewam soku z ogórków kiszonych - świetnie zakwasza zupy. Z resztek ugotowanego ryżu lub kaszy gryczanej klepię kotlety, a przeterminowane sery, jajka czy śmietana lądują w słonych tartach i zapiekankach. 

I tak oto doszliśmy do produktów "przeterminowanych". 64 procent Polaków nie wie, że istnieje rozróżnienie między "terminem przydatności do spożycia" a "datą minimalnej trwałości" . Pierwszy informuje, do kiedy można bezpiecznie zjeść produkt. Drugi - że po przekroczeniu danego terminu produkt może mieć gorsze właściwości, np. serek się nieco rozwarstwi. Żadna z tych dat nie oznacza, że jedzenie ważne do 11 grudnia już 12 grudnia rano stanie się trujące.  

Zdarza mi się jeść produkty po pierwszym terminie, a z drugim obchodzę się całkiem nonszalancko. Data to dla mnie sugestia, dalej polegam na zmysłach, kolejno: wzroku, węchu i smaku. Popsute jedzenie naprawdę łatwo rozpoznać. To samo sugeruje na swojej stronie internetowej niemiecki bank żywności Tafel Deutschland: ryż, mąkę i cukier można zjeść po roku od upływu terminu na opakowaniu, przetwory są dobre pół roku po terminie, a jajka i żółte sery przez kolejne trzy tygodnie. Niedawno zjadłam pół blachy kokosanek z wiórków kokosowych ważnych do 2018 roku. Żyję, były pyszne. 

Od jednej zasady nie robię odstępstwa nigdy: nie jem niczego, na czym rozwinęła się pleśń. Wy też nie jedzcie. Pleśń może zawierać mykotoksyny, które powodują ostre i przewlekłe zatrucia, alergie, grzybice, schorzenia układu oddechowego, pokarmowego i nerwowego, mogą zniszczyć wątrobę. Człowiek ląduje w szpitalu albo zaczyna chorować autoimmunologicznie. Nie wystarczy odciąć spleśniały kawałek, bo pleśń wnika już w cały produkt, choć z pozoru może on wyglądać świeżo. Takie jedzenie musi wylądować w koszu. 

Krok 5.: Przechowywanie 

Ten akapit będzie krótki: by nie marnować żywności, trzeba zaprzyjaźnić się ze swoją lodówką. Wiedzieć, jak i gdzie układać produkty, a to, czego na pewno nie zje się na bieżąco - zamrażać. Podobno niektórzy układają produkty w lodówce datami ważności, ale ja jestem zmęczona na samą myśl. Zamiast tego staram się nie przeładowywać lodówki.  

Istnieją zasady mówiące o tym, jak układać jedzenie w lodówce, by psuło się jak najmniej / Fot. Shutterstock.com
Istnieją zasady mówiące o tym, jak układać jedzenie w lodówce, by psuło się jak najmniej / Fot. Shutterstock.com

Mam swój patent na sałaty i zioła: zaraz po przywiezieniu do domu owijam je w czyste, mokre ściereczki i tak przechowuję w szufladzie lodówki. Dużo dłużej zachowują świeżość. 

Podsumowanie 

W ciągu ostatnich 30 dni wyrzuciłam małą porcję domowych owoców pod kruszonką, jednego pomidora i... nic więcej. Nie jestem ideałem: czasem coś mi się popsuje. Nie robię modnego carpaccio z głąba kapusty ani pesto z liści rzodkiewki, za to regularnie kupuję mleczko kokosowe. Czasem krzyczę: "Idziemy na sushi!", choć lodówka jest pełna. Ale wiem, że potem będę kombinować. 

Nie biczuję się już z powodu jednego pomidora, który ucieszył owocówki. Wybaczam sobie drobne potknięcia i akceptuję niektóre nawyki, bo wiem, że przeszłam długą drogę. Może władza nad własną lodówką to dla większości ludzi nie jest rocket science, ale dla mnie była.  

A wiecie, co jeszcze pomogło? Przestawienie się na zdrową, zbilansowaną dietę. Gdy je się dobrze, domowo, odżywczo i wystarczająco, prawie nie ma czego wyrzucać. 

PIĄTKA WEEKENDU 
Jeśli też masz problem z marnowaniem jedzenia: 
1. Znajdź lokalne, sprawdzone źródła dobrych produktów spożywczych. Kupuj to, co naprawdę ci smakuje i co będzie ci żal wyrzucić, bo np. znasz wytwórcę. Nie patrz tylko na cenę. 
2. Dowiedz się, ile jedzenia potrzeba w twoim gospodarstwie domowym i staraj się nie kupować więcej. 
3. Planuj posiłki z wyprzedzeniem i nigdy nie chodź na zakupy na głodniaka, bo kupisz za dużo. Gotuj i jedz to, co naprawdę lubisz. 
4. Wiedz, co masz w szafkach. Naucz się układać jedzenie w lodówce. 
5. Nadwyżki jedzenia zamrażaj, możesz też oddać je innym (np. jadłodzielniom, bankom żywności, na grupach FB). 

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do nagrody Grand Press. Lubi chodzić, jeździć pociągami i urządzać mieszkania.