Sztuka i design 
Opactwo w Lubiążu jest drugim co do wielkości obiektem sakralnym i zabytkiem w Europie. (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)
Opactwo w Lubiążu jest drugim co do wielkości obiektem sakralnym i zabytkiem w Europie. (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)

Długi weekend czerwcowy i zbliżające się wakacje to doskonały moment na podróże nie tylko zagraniczne, ale i po Polsce. Turystycznych atrakcji u nas nie brakuje. Niektóre z nich jednak, mimo ogromnego potencjału, są wciąż niedocenione.

Napisał pan książkę "Lubiąż. Biografia Cudu" o dawnym dolnośląskim opactwie cysterskim, które powala swoją skalą, ale i zasmuca tym, że od lat stoi zdewastowane, od 200 lat jest przez nikogo niechciane. Podkreśla pan, że ta "biografia" wzięła się z rozżalenia. Ale wcześniej musiała być chyba miłość?

Jestem Dolnoślązakiem, blisko Lubiąża się urodziłem, a to opactwo zawsze było dla mnie miejscem pełnym sekretów, zagadek, rozbudzającym ciekawość. Lubiąż interesował mnie jako owiane tajemnicą, magiczne i niesamowite miejsce, w którym wciąż można odnajdywać coś nowego. To największy zabytek architektoniczny w Polsce, z prawie 900-letnią historią, a niestety niemal nieznany, choć powinien być turystyczną perłą naszego kraju odwiedzaną przez dziesiątki tysięcy podróżników, także z zagranicy.

Zjawiskowo piękna Sala Książęca opactwa w Lubiążu (TOMASZ BONEK)
Kiedy zostałem dziennikarzem, jeden z pierwszych zrealizowanych przeze mnie tematów dotyczył właśnie tajemnic Lubiąża. Przez wiele lat zajmowałem się tym zabytkiem, pisząc historyczne reportaże. Ostatecznie zamknąłem jego historię w - jak to określiło wydawnictwo - barokowej pigułce.
Zobacz wideo Były niemal doszczętnie zniszczone, ale mają nowe życie

Dlaczego Lubiąż nie doczekał się naukowej historycznej monografii, która opisywałaby dzieje opactwa od jego założenia do dzisiaj?

Przypuszczam, że – jak to najczęściej bywa – także w przypadku Lubiąża zabrakło pieniędzy, a naukowców przeraził ogrom materii. Jest on za duży, za stary, zbyt obszerny i za bogaty. Trudno byłoby jednemu naukowcowi zabrać się do badania prawie 900 lat historii, wzlotów i upadków opactwa oraz teł, na których one się rozgrywały. To wymagałoby olbrzymich pieniędzy i gigantycznego nakładu pracy. Kiedy powstają monografie miast, zazwyczaj są współfinansowane przez samorządy, pracują przy nich duże zespoły. Lubiąż od wielu lat dotyka przekleństwo jego długowieczności i wielkości.

Był moment w historii, kiedy Lubiąż mógł obrać inny kurs?

Niespecjalnie. Kiedy państwo pruskie, zdominowane przez protestantów, przejęło Śląsk od Habsburgów, a następnie borykało się z problemami finansowymi po przegranej wojnie z armią Napoleona, bo musiało płacić kontrybucje, katolicki majątek aż się prosił o przejęcie i spieniężenie. Skutkiem pokoju była konfiskata na rzecz Skarbu Państwa wielu klasztorów, nie tylko Lubiąża. Sekularyzacja objęła wiele miejsc katolickiego kultu, m.in. opactwa i kolegiaty. Lubiąski klasztor został upaństwowiony w 1810 roku i wystawiony na sprzedaż. Niestety, nikt nie chciał go kupić, bo był za duży, wręcz przerażający jego ogromem. 

Opactwo w 2010 roku podczas wylania Odry (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl) , Pomimo zniszczeń Lubiąż zachwyca swoimi rozmiarami i przepychem (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)
Na ponad sto lat w murach tego obiektu państwo urządziło więc szpital psychiatryczny, zresztą uznawany w owym czasie za jeden z najlepszych na świecie. Potem wybuchła I, a następnie II wojna światowa. Takie obiekty, jak większość na Dolnym Śląsku, w czasie II wojny stały się skarbcem i arsenałem III Rzeszy. Od 1943 roku Niemcy wierzyli, że Dolny Śląsk będzie bezpieczny, bo położony jest z dala od zasięgu alianckich bombowców. Tu przenosili więc produkcję zbrojeniową, a potem ewakuowali dzieła sztuki – zbiory muzeów, w tym berlińskich, oraz prywatne kolekcje. 

Po II wojnie światowej zabytki, nazywane przez propagandę PRL-owską poniemieckimi, w domyśle więc gorszymi, traktowano po macoszemu. Na wiele lat Lubiąż stał się składnicą niechcianych książek, magazynem eksponatów muzealnych, których nie było gdzie wystawiać. Historycznie był obiektem trzeciej kategorii.

Park wokół opactwa (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)

A co było po wojnie?

Kiedy przyszedł rok 1989, Lubiąż został przejęty przez podejrzane osoby, które chciały się uwłaszczyć na tym ogromnym majątku i robić na nim interesy. Sytuacja formalnoprawna opactwa została wyprostowana dopiero w latach 90. i od tego czasu, czyli od ponad 30 lat, brakuje pieniędzy na to, żeby cokolwiek z tym obiektem zrobić. 

Może w 1989 roku nie należało dopuścić do przekazania klasztoru fundacji, czyli de facto w prywatne ręce? Może gdyby pozostał własnością państwa, to dzisiaj prezentowałby się inaczej? A może wcale nie? Może byłoby z nim jeszcze gorzej, bo podzieliłby losy innych dolnośląskich pałaców, zamków, dworków i rezydencji, których było – jak podają niemieckie przedwojenne przewodniki – nawet 1,5 tys. i w latach 50. były zamieniane często na mieszkania dla pracowników PGR-ów.

Przez ostatnich 30 lat Fundacja Lubiąż, dzisiejszy właściciel obiektu, zrobiła bardzo dużo: zabezpieczyła go przed zniszczeniem, wymieniając 2,5 ha dachu, zaczęła powoli restaurować barokowe sale i udostępniać je zwiedzającym. Nie wiadomo, co by było, gdyby jej nie powołano...
Skala zniszczeń opactwa jest ogromna i nie do odtworzenia (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl) , Zniszczone i ogołocone wnętrza opactwa (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)

Obiekt robi wielkie wrażenie. 

Kubaturą jest trzy razy większy od Zamku Królewskiego na Wawelu. Jest drugim co do wielkości obiektem sakralnym i zabytkiem w Europie – większy jest jedynie hiszpański Escorial położony pod Madrytem. Na wielkość Lubiąża zwracały już uwagę przedwojenne niemieckie przewodniki. Ta perła dzisiejszej Polski ma długą na 223 m barokową fasadę, znajduje się w niej 300 pomieszczeń, ma 600 okien, 2,5 ha dachu...

Co można by w tak ogromnym miejscu zrobić?

Po przejęciu przez Skarb Państwa urządzić tu wielkie muzeum narodowe, wyspecjalizowane np. w baroku, dotowane przez państwo. Zachowało się mnóstwo monumentalnych dzieł mistrza śląskiego baroku, światowej sławy artysty Michaela Willmanna, który tworzył w Lubiążu przez 40 lat. Przez cystersów nazywany był "ich własnym Apellesem", przez współczesnych historyków sztuki "śląskim Rembrandtem" czy "śląskim Rafaelem". 

Jego płótna przetrwały wojny i dzisiaj znajdują się głównie w kościołach Warszawy oraz muzeach narodowych w Warszawie i we Wrocławiu. Aż się prosi, żeby Willmanny wróciły do Lubiąża. W całej Polsce leży w magazynach muzealnych też mnóstwo zabytków, które mogłyby z łatwością zapełnić osobne muzeum poświęcone tej epoce.

Ozdobę sufitu stanowi ogromne malowidło na płótnie (TOMASZ BONEK) , Obraz 'Wizja św. Antoniego Padewskiego' Michaela Willmanna (Fot. Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl) , Obrazy Michaela Leopolda Willmanna (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)

Byłam kiedyś w hotelu przerobionym z XII-wiecznego opactwa cystersów, w Sulejowie, ale tam skala była mniejsza, bo komnat było 53, nie 300.

Lubiąż jest nieatrakcyjny dla prywatnych inwestorów nie tylko z powodu swojej wielkości, ale także położenia. Nie leży w górach ani nad morzem. Znajduje się zaledwie 50 km od Wrocławia, a to za blisko, żeby ktoś wybrał go na hotelowy wypoczynek; jest poza turystycznymi szlakami. To odstręcza inwestorów, a proszę mi wierzyć, przyjeżdżali tu "wszyscy święci", bo Fundacja Lubiąż nie ustaje w poszukiwaniach źródeł finansowania.

Byli tu więc szejkowie naftowi z Kataru, Hindusi z koncernu Tata. W 1997 roku śmigłowcem wylądował na boisku sportowym między polem kapusty a łąką z dwiema łaciatymi krowami Michael Jackson. Spędził w opactwie 23 minuty, w Sali Książęcej klasnął i pokiwał głową z uznaniem dla jej akustyki. Odleciał i jak szejkowie nigdy nie wrócił.
Michael Jackson w Polsce podczas wizyty w 1996 roku (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

A Kościół katolicki? Nie chciał dawnego klasztoru z kościołami?

Na początku lat 2000 przedstawiciele Fundacji Lubiąż udali się w tej sprawie do biskupa wrocławskiego i zaproponowali, że oddadzą Kościołowi ten obiekt za darmo. Kardynał Gulbinowicz miał wtedy powiedzieć, że "chętnie go przejmie, ale jak już będzie odrestaurowany". 

Przyjechał tu prezydent Bronisław Komorowski i bywali niemal wszyscy ministrowie kultury – chyba jedynie Piotra Glińskiego zabrakło. Pochodzący z Dolnego Śląska Bogdan Zdrojewski bywał w Lubiążu wielokrotnie. Za czasów PiS-u został nawet podpisany z wojewodą Pawłem Hreniakiem, późniejszym posłem, list intencyjny w sprawie przekazania opactwa za darmo na rzecz Skarbu Państwa, do czego, pomimo chęci, nigdy nie doszło.

To jest studnia bez dna, której nikt nie chce. Gwóźdź do politycznej trumny.

Bogdan Zdrojewski podczas wizyty w Lubiążu w 2014 roku (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl) , W 2014 roku opactwo odwiedził także Prezydent RP Bronisław Komorowski (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)

Jak się w Ministerstwie Kultury do Lubiąża podchodzi?

Nie wiem, jak teraz, ale przez lata podchodziło się jak pies do jeża, bez względu na opcję polityczną. Każdy się go boi, dlatego niemal wszyscy ministrowie przyznawali niewielkie dotacje, ale to tylko listek figowy, którym przykrywali narodowy wstyd, jakim stało się to niezwykłe zrujnowane opactwo.

Patologią jest też to, że kiedy fundacja otrzymuje dotację – także od państwa – to natychmiast musi od niej zapłacić podatek VAT. Przed wydaniem pieniędzy więc musi uzbierać 23 proc. wartości dofinansowania. Żeby z kolei przekazać zabytek państwu, prawdopodobnie konieczne byłoby wcześniejsze przygotowanie tzw. operatu szacunkowego, za który należałoby zapłacić kilka milionów złotych.

Tylko państwo podoła zadaniu, jakim jest restauracja największego zabytku, jaki mamy w Polsce. Nikt inny! Fundacja nie ma szans na pozyskanie takich pieniędzy. Szacuje się, że na całkowity remont Lubiąża potrzeba nawet 3 mld zł. Bardzo niewiele brakuje natomiast do zakończenia renowacji klasztornej biblioteki, prace są zaawansowane w 75 proc., potrzeba kilku milionów złotych, żeby kolejne pomieszczenie mogło być udostępnione do zwiedzania. Apeluję więc do rządzących, żeby chociaż na to znalazły się szybko pieniądze.

Wewnętrzny dziedziniec opactwa (TOMASZ BONEK) , Opactwo od lat niszczeje w oczach, a wszelkie dofinansowania to kropla w morzu potrzeb (Fot . Krzysztof Ćwik / Agencja Wyborcza.pl) , Opactwo, szpital, obóz weryfikacyjny, skład - Lubiąż pełnił w swojej historii wiele ról (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl)

Czy są pozytywne przykłady zabytków, których los się odmienił?

Doskonałym wzorem do naśladowania jest dolnośląski Zamek Książ. Został przejęty przez samorząd – miasto Wałbrzych – stając się jedną z największych polskich atrakcji turystycznych. Jest bardzo znany, co roku odwiedzają go setki tysięcy turystów. 

Zamek Książ został zagospodarowany już w PRL-u, mimo – podobnie jak w przypadku Lubiąża – niemieckiej przeszłości Hochbergów, ostatnich właścicieli, ingerencji Hitlera, który nakazał jego przebudowę na swoją siedzibę, co spowodowało w nim ogromne zniszczenia. Ktoś mądry już lata temu dostrzegł wartość zabytku i udało się go uratować, zrobić z niego prawdziwy klejnot znany w Europie. Wierzę, że w Lubiążu też może zdarzyć się taki cud.
Zamek Książ wyrósł na atrakcję znaną w Polsce i Europie (Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Wyborcza.pl) , Zwiedzający podczas wizyty w Zamku Książ (Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Wyborcza.pl) , Zamek Książ podlega samorządowi i został zamieniony w prawdziwą perłę (Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Wyborcza.pl)

Któremu samorządowi ten obiekt przynależy?

Lubiąż leży w powiecie i gminie Wołów w województwie dolnośląskim. Wołów jest małym miasteczkiem, małą gminą, niewielkim powiatem, zamieszkanym przez raptem 22 tys. mieszkańców. Ten zabytek jest dla niego nie do udźwignięcia. 

A miliarderzy filantropi? Przecież niemal każdy ma swoją fundację.

Żadna z tych fundacji nie dysponuje takimi środkami. Nie mamy w Polsce Jeffa Bezosa ani Ruperta Murdocha. Nasi miliarderzy są – nie obrażając nikogo – za biedni na Lubiąż. 

Byłam w barokowej siedzibie biskupów w Salzburgu. Czy w Lubiążu też czuć ducha i absurd tego dawnego kościelnego przepychu?

Tak. Patrząc na ogrom obiektu i oglądając dwie wspaniale odrestaurowane, ociekające przepychem barokowe sale, Książęcą i dawną jadalnię zakonników – refektarz, zwiedzający otwierają oczy ze zdumienia. Złocenia, stiuki, ciągnące się przez dwie kondygnacje okna, olbrzymie płótna, freski robią na każdym wrażenie.

Turyści więc pytają, ile osób mieszkało jednocześnie we wnętrzach o kubaturze trzech zamków na Wawelu. Przewodnicy odpowiadają, że zazwyczaj około 40 mnichów, a w szczytowym momencie – raz w historii – nieco ponad 90.
Detale rzeźbiarskie odrestaurowanej części opactwa (Fot.Tomasz Bonek) , Zjawiskowe i powalające rozmachem wnętrza (TOMASZ BONEK) , W opactwie mieszkało najwięcej 90 mnichów (TOMASZ BONEK)

I pytają, po co to było takie wielkie i ociekające bogactwem?

Owszem. Odpowiedź jest prosta: Kościół brał w owych czasach udział w wielkiej polityce. Przepych i ogrom miał oddziaływać przede wszystkim politycznie. Lubiąż był rozbudowywany m.in. na chwałę Habsburgów – Sala Książęca miała pokazywać ich teoretycznie "dziedziczne" władanie Śląskiem, kontynuację dzieła Piastów. 

Pan mówi o rozżaleniu sytuacją Lubiąża, ale ona jest podszyta chyba desperacją?

Od 25 lat widzę, co się dzieje w Lubiążu, piszę o tym, mówię, przyglądam się katorżniczej, syzyfowej pracy członków zarządu i pracowników fundacji oraz ogromnemu ich wysiłkowi. Lubiąż w swojej książce nazywam "cudem". Fundacja w Cudzie dokonuje więc cudów, często robiąc coś z niczego – pozyskując stare materiały budowlane za darmo, żeby ustawić rusztowania i zacząć restaurację malowideł, z gardeł instytucji i firm wyciąga środki na remonty. Ale jest pozostawiona sama sobie.

Stan tego opactwa – zgodnie z jakże modnym ostatnio określeniem – to jest nasz narodowy wstyd. Jestem zdesperowany, żeby sprawę Lubiąża nagłaśniać.

Raz w roku oprowadzam charytatywnie turystów po tym zabytku i za każdym razem na takim rozszerzonym zwiedzaniu stawiają się tłumy chętnych. Absolutnie każdy wychodzi z Lubiąża oczarowany – jego historią, ogromem, pięknem, ale także stanem tej "trwałej ruiny", czyli skali i powagi zniszczeń.

W 2008 roku na terenie Lubiąża miejsce miał festiwal kultury alternatywnej Slot Art (Fot. Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl) , Restauracja opactwa to wolny i mozolny proces (Fot . Krzysztof Ćwik / Agencja Wyborcza.pl)

Kto za tę skalę najbardziej odpowiada?

Od 1830 roku przez ponad sto lat było perfekcyjnie zachowane wyposażenie kościoła klasztornego i drugiego, stojącego w parku kościoła św. Jakuba. W dobrym stanie były refektarz letni, Sala Książęca, biblioteka, piękne ogrody z fontannami. Przed wojną do Lubiąża przyjeżdżały tłumy Niemców, żeby oglądać ten zabytek – prowadziły tu dwie linie kolejowe, ludzie spędzali tu weekendy.

Upadek nastąpił w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu, kiedy niemiecki konserwator zabytków Günther Grundmann z Wrocławia [wtedy Breslau – przyp. red.] kazał w celu ochrony przed pożogą wojenną wywieźć pozostałe jeszcze po sekularyzacji wyposażenie zabytku. Początkowo zdeponowano je w kościele w Lubomierzu, a później wywieziono do Szklarskiej Poręby. Odnalezione po wojnie zabytki nigdy do Lubiąża jednak nie wróciły, lecz trafiły do warszawskich kościołów i muzeów.

Kolejnych zniszczeń dokonała Armia Czerwona, która stacjonowała w tym obiekcie od 1945 do 1948 roku. Urządziła tu szpital dla żołnierzy powracających z frontu w Europie Zachodniej i prawdopodobnie obóz weryfikacyjny. I działy się w nim sceny iście dantejskie: rozpalano ogniska we wnętrzach, strzelano do barokowych rzeźb.

Ale to nie przez Niemców i Armię Czerwoną klasztor został zniszczony najbardziej, ale przez nas, Polaków.

Opactwo w Lubiążu jest ogromne - sam dach zajmuje powierzchnię 2,5 ha (Tomasz Bonek)

Jak to?

Kiedy wyprowadzili się z Lubiąża czerwonoarmiści, obiekt stał się darmowym składem budowlanym. Od 1948 roku Polacy przyjeżdżający osiedlać się na tzw. ziemiach odzyskanych rabowali, co się dało: wyciągali z klasztoru barokowe piece na kafle, zrywali podłogi, zabierali deski, wywozili umywalki, sztukaterie, okna. Wszystko, co się tylko dało wyrwać, było rozkradane. A poszukiwacze skarbów granatami wysadzali w powietrze średniowieczne nagrobki piastowskich książąt, bo szukali w nich złota.

Tym bardziej jest to nasz narodowy wstyd, bo to my się przyczyniliśmy do zniszczenia zabytku tej klasy. Powinniśmy więc jeszcze mocniej chcieć go odrestaurować i rozsławić co najmniej tak jak zamki na Loarą. Tak zresztą o nim pisał jeden z przedwojennych niemieckich przewodników: "gdyby Lubiąż leżał nie nad Odrą, lecz nad Loarą, byłby tak słynny jak tamtejsze zamki". I ja się z tym zgadzam…

Czy jest zasadne i w ogóle realne odrestaurowywanie Lubiąża jak najbliżej oryginalnego stanu?

Kiedy w dawnych mnisich celach działał szpital psychiatryczny, wnętrza były wiele razy przebudowywane: dzielone, łączone, doprowadzano do nich kanalizację, elektryczność. Te prace były kontynuowane w czasie II wojny światowej, kiedy Niemcy w Lubiążu utworzyli tajny ośrodek badawczy firmy Telefunken i prowadzili tu badania nad radiolokacją oraz opracowywali wynalazki, które później zrewolucjonizowały światową elektronikę.

Tomasz Bonek, autor książki o Lubiążu jest pisarzem, dziennikarzem i reportażystą (Bartek Sadowski) , Opactwa nie da się i nie ma sensu przywracać do dawnego stanu, trzeba jednak ratować ten zabytek (Tomasz Bonek)
Nie ma więc szans na przywrócenie stanu z końca XVIII wieku. Nie ma to także sensu. Według mnie każda droga jest dobra, o ile tylko doprowadzi do tego, że ten obiekt będzie pełnił jakąkolwiek użyteczną funkcję. Skala zniszczeń jest naprawdę ogromna. To jest obraz nędzy i rozpaczy. Kościół jest odarty z barokowych szat, została tylko gotycka, XIV-wieczna bryła.  Oprócz trzech odrestaurowanych sal, pełnych barokowego przepychu i robiących ogromne wrażenie, 300 pozostałych jest zdewastowanych.

Co przewiduje najczarniejszy scenariusz dla tego miejsca?

Z mocy prawa fundacja, która nie ma środków na jej statutową działalność, może zostać rozwiązana. Wtedy nie będzie wyjścia – Skarb Państwa z mocy prawa stanie się właścicielem obiektu i rząd będzie musiał coś z nim robić. Może naiwnie, ale zakładam, że w XXI wieku nikt nie pozwoli sobie na to, żeby taki zabytek przepadł. Nie ma więc czarniejszego scenariusza niż ten, który rozgrywa się tu od ponad 200 lat. 

Tekst pierwotnie ukazał się 22 grudnia 2024 roku.

Tomasz Bonek. Dolnoślązak, współtwórca sukcesu i wieloletni redaktor naczelny Money.pl oraz dyrektor Business Insider Polska, reporter, dokumentalista, autor książek. Spod jego pióra wyszły m.in. "Lubiąż. Biografia Cudu", "Ludzie na mydło. Mit, w który uwierzyliśmy", "Demony śmierci. Zbrodniarze z Gross-Rosen".

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.