Relacje i seks
Dziś randkowanie jest oszlifowane z tajemnicy (Shutterstock)
Dziś randkowanie jest oszlifowane z tajemnicy (Shutterstock)

Miłość nie istnieje? Naprawdę?

Miłość przypomina dziś jednorożca. Wszyscy o niej słyszeli, ale niewielu twierdzi, że ją spotkało. A mówiąc poważnie - dla mnie, socjologa, miłość nie istnieje jako niezaprzeczalny fakt czy rzecz namacalna. To raczej coś w rodzaju masowego wyobrażenia, które ma spełniać pewne społeczne zadania. Większość ludzi, łączących się w pary czy zawierających małżeństwa, jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku mówiła, że połączyła ich miłość. Zatem wtedy miłość istniała i działała, dzisiaj jednak przestaje działać i wiązać ludzi. I tak, w XXI wieku, bardzo trudno znaleźć nam kogoś do pary.

Dlaczego? Bo zmieniły się oczekiwania kobiet wobec mężczyzn i mężczyzn wobec kobiet?

Scenariusz miłości romantycznej, która przez stulecie świetnie sobie radziła, przewidywał, że jedna i druga płeć czuje podobnie. Ją trafił grom z jasnego nieba i ma pewność, że spotkała tego wybłaganego, a on, że spotkał tę jedyną, wspaniałą. 

Potem pojawiała się intymność, małżeństwo i dzieci. Oczekiwania, zarówno kobiet wobec mężczyzn, jak i mężczyzn wobec kobiet, były w większości zbieżne. Różnice oczywiście także istniały, ale miłość pozwalała się partnerom dogadywać. Z antropologicznego punktu widzenia miłość była więc czymś w rodzaju kotary, która zasłaniała wady potencjalnych partnerów. To dzięki miłości ona nie widziała, że on nie opuszcza klapy od sedesu, a on, że ona jest tak naprawdę zołzą. Działało to zwykle parę lat. Nauki społeczne, które śledziły średni czas trwania związków i małżeństw, dowodziły, że zwykle od czterech do siedmiu, czyli tyle ile potrzeba na reprodukcję jednego dziecka i włączenie go w rytm życia grupy. Nie bez powodu do rozwodu dochodzi najczęściej po siódmym roku małżeństwa.

Rozwodów z roku na rok w Polsce przybywa, a jednocześnie marzymy o miłości do grobowej deski, która "ci wszystko wybaczy"?

Powiedzenia o miłości przez lata sprzyjały pielęgnowaniu naszych wyobrażeń o tym uczuciu. Skupialiśmy się tylko na przyjemnościach i pozytywnych emocjach, które się z nią wiążą. Dzisiaj natomiast zaczynamy coraz częściej dostrzegać negatywy miłości, a przede wszystkim to, że coraz trudniej ją znaleźć.

Kto zawinił?

Nikt. Odpowiedzialność ponoszą makroprocesy społeczne, na przykład ten, który zachodzi w społeczeństwach zachodnich od lat 80. XX wieku. Mam na myśli emancypację kobiet i ich rosnącą pozycję społeczną. Także w Polsce kobiety masowo poszły do pracy i obecnie na rynku mamy około 70 proc. Polek w wieku produkcyjnym. Pozycja społeczna kobiet rosła również dzięki coraz lepszemu wykształceniu, wraz z którym zaczęły wzrastać wymagania kobiet wobec partnerów. W przypadku mężczyzn tak znaczący i widoczny awans społeczny nie zachodzi. Zostają w tyle. A to powoduje, że kobiety nie są w stanie znaleźć do miłości romantycznej odpowiedniego partnera. 

Kobiety nie są w stanie znaleźć do miłości romantycznej odpowiedniego partnera (Shutterstock)

Ani to wina kobiet, ani mężczyzn. Zależy mi na tym, żebyśmy się wzajemnie nie oskarżali o jakieś przewinienia. Że nagle kobiety zwariowały i chcą wszystkiego, a mężczyźni pozostają w tyle, są kompletnie niedojrzali i nie można z nimi zbudować poważnego związku. Po prostu zmienił się świat i okoliczności, w których żyjemy. 

Wciąż pragniemy miłości, ale nie mamy się w kim zakochać. Bo zakochujemy się, w myśl socjologii, w tym, w kim trzeba.

W tym w kim trzeba? Co to znaczy?

Proszę spojrzeć, jak rzadko zdarzają się mezalianse, w których wykształcenie, zarobki i pozycja zawodowa jednej osoby, daleko różni się od pozycji drugiej. To ekstremalna rzadkość, bo mamy tendencję do zakochiwania się w kimś, kto jest nam co najmniej równy pozycją społeczną albo lepszy. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają tendencję do zawierania znajomości romantycznych w obrębie swojej klasy społecznej. 

Mamy dysproporcję jeśli chodzi o doskonale wykształcone kobiety, o bardzo wysokich parametrach ekonomicznych w stosunku do mężczyzn o podobnej pozycji. Mężczyźni są mniej od kobiet skłonni do zmian, są mniej plastyczni społecznie, a oczekiwania kobiet stale rosną. Wszystko to zaburza rynek matrymonialny i seksualny.

Antonina Tosiek, autorka książki "Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet" mówiła mi niedawno, że kiedyś jedynym oczekiwaniem większości kobiet wobec kandydata na męża było "żeby nie pił"...

Mojej świętej pamięci babcia mawiała, że mężczyzna musi być trochę ładniejszy od diabła i musi pracować, czyli przynosić środki na życie. Poczucie humoru czy skłonności opiekuńcze były dla mojej babci kompletnie nieistotne. 

Dla naszych dziadków ważne były inne kryteria wyboru partnerów (Shutterstock)

Dziś mamy jednak zupełnie inne możliwości, żeby kogoś poznać niż nasi dziadkowie czy rodzice. Internet otwiera katalog potencjalnych partnerów z całego świata.

Ale nie ułatwia poszukiwań. Rynek matrymonialny jest tylko pozornie rozszerzony. Jako potwierdzenie tej tezy przytoczę przykład moich rodziców. Tata uczył się w technikum cukrowniczym, a mama w bliskim liceum ekonomicznym. Mój przyszły ojciec postanowił zorganizować bal po to, żeby dziewczyny z liceum i chłopcy z technikum mogli się poznać. Tak właśnie poznali się moi rodzice, bo kiedyś wybory partnerów do pary były ograniczone dosłownie do terytorium sąsiedztwa. Owszem, jeździliśmy na obozy czy kolonie, ale te relacje zazwyczaj nie mogły przetrwać z uwagi na odległość. Ludzie dobierali sobie partnerów spośród tych, z którymi mieli bliski kontakt w szkole, na studiach czy w pracy. 

Mamy dziś błędne przekonanie, że pod względem matrymonialnym świat stoi dla nas otworem. Wystarczy, że otworzymy jakieś medium społecznościowe czy portal randkowy a znajdziemy tam całe mnóstwo ludzi, z którymi możemy się spotkać. Ale po kilku chwilach przesuwania palcem w lewo i w prawo ten pozorny nadmiar zamienia się w szaroburą masę upozowanych, schematycznych profili. W dodatku szybko okazuje się, że profile osób, które nas interesują, są dziesiątki kilometrów dalej, więc musimy poszukiwania poszerzać i w efekcie nie wybieramy w ogóle. Badania socjologiczne pokazują, że jedynie od 5 do 12 procent par, które nawiązały kontakt przez aplikację randkową i decydują się spotkać, pozostaje w związku długoterminowym, czyli takim, który przekraczałby trzy miesiące. A to bardzo mało. Są to więc sposoby nieskuteczne, choć cały czas się łudzimy, że z ich pomocą spotkamy partnera czy partnerkę.

Przecież słyszymy czasem o parach, które poznały się przez portal randkowy, a nawet wzięły ślub. Sama znam kilka takich.

Badania socjologiczne pokazują jednak, że jest to niemal tak rzadkie jak mezalians. Proszę zwrócić uwagę, że zanim pójdziemy na taką randkę, staramy się prześwietlić drugą osobę z każdej strony, przez wszystkie możliwe social media. Gdy kogoś w nich nie ma, zaczyna nam się to wydawać podejrzane, włącza się nam czerwona lampka i zazwyczaj rezygnujemy ze spotkania.

Czasem taka ostrożność jest nawet wskazana…

Tak, tylko że w poprzednim świecie randkowaniu towarzyszyła aura tajemnicy. Szło się na spotkanie, żeby czegoś się o tej drugiej osobie dowiedzieć, poznać jej światopogląd i upodobania. W trakcie związku dowiadywaliśmy się o niej więcej. Natomiast dziś jest tak, że robimy rozpoznanie i dowiadujemy się wszystkiego, zanim jeszcze się spotkamy. To skutkuje nudą i zeszlifowaniem tajemnicy.

Przed randką wiemy już o sobie niemal wszystko (Shutterstock)

Randkowanie nie ma więc dziś większego sensu? To po co w takim razie randkujemy?

Dla niektórych randka jest dziś możliwością pójścia do restauracji bez płacenia rachunku czy okazji do niezobowiązującego seksu. Są osoby, które potrzebują potwierdzenia, że wydały się komuś interesujące, że ktoś chce się z nimi spotkać. Potencjalnym zyskiem może być potwierdzenie własnej atrakcyjności. Jednak zazwyczaj ludzie nie wynoszą dziś z randki miłości. Podejmujemy próby randkowania po staremu w zupełnie innym świecie. Randkowanie, jakie uprawialiśmy jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku dziś jest już niemożliwe. 

I dlatego mamy dziś epidemię samotności?

Samotność jest gigantycznym problemem społecznym, ale skutki są daleko bardziej przygnębiające. Dobrych kilkanaście lat temu zasiadałem w zespole doradczym ds. polityki rodzinnej prezydenta Bronisława Komorowskiego. Starałem się zwracać uwagę, że czynniki, które decydują o niemożności znalezienia kogoś do pary oraz miłość, która zaczyna szybko wyparowywać to - poza kłopotami ze znalezieniem mieszkania czy kosztami posiadania dziecka - możliwe przyczyny niskiej dzietności. W takich okolicznościach system ubezpieczeń społecznych ma duże szanse, żeby runąć.

Zobacz wideo Poznały się, grając w piłkę nożną. Dziś są małżeństwem
Prof. Tomasz Szlendak (Anna Rezulak)

Co możemy zrobić? Obniżać oczekiwania względem partnerek czy partnerów?

Czy 30-letnia kobieta pracująca na dobrym stanowisku w korporacji, w dużym mieście, która nie może znaleźć partnera, zejdzie z oczekiwań? Większość tego nie zrobi. Ludzie starają się jednak radzić sobie w tych nowych okolicznościach. Niektórzy powracają na przykład do dawnych miłości. Internet pozwala namierzyć byłą dziewczynę czy byłego chłopaka z liceum i dowiedzieć się, czy jest po rozwodzie, czy po rozstaniu. Skala takich powrotów jest naprawdę bardzo duża. 

Bywa też tak, co ostatnio coraz częściej odnotowują socjolodzy i socjolożki we Francji, że miłość romantyczna traktowana jest w kategoriach emocjonalnej rozrywki czy teatrum. Dzieje się to obok realnego życia i nie prowadzi do założenia rodziny. Z perspektywy systemów ubezpieczeń i spadającej dzietności nie jest to korzystne, ale z drugiej strony postępująca emancypacja kobiet daje im dużo więcej osobistej wolności. W latach 60. czy 70. kobieta poświęcała się w gospodarstwie domowym dla dzieci i męża, to był jej indywidualny wybór miłosny. Dziś, gdy miłość romantyczna nie działa, dużo więcej kobiet może robić karierę, a i mężczyźni mają więcej wolności. A jednocześnie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, wciąż za tą miłością tęsknią. 

Czy w takim razie czeka nas powrót instytucji swatki albo boom w biurach matrymonialnych?

Bardzo możliwe, że tak będzie. Pracownicy biura matrymonialnego są w stanie przyjrzeć się dokładnie, w sposób pozbawiony emocji parametrom osób, które szukają partnerów i ich ze sobą skojarzyć. Na pewno tradycyjna instytucja swatania będzie funkcjonować w klasach wyższych, które nie chcą zaprzepaścić rodzinnego majątku. Brzmi to brutalnie, ale w elitach zawieranie małżeństw najczęściej nie było przypadkowe. Wśród zamożnych tym bardziej trzeba było wziąć ślub z kimś, kto reprezentuje podobny poziom ekonomiczno-społeczny. 

Podejrzewam, że za jakiś czas jeszcze więcej osób niż teraz odda swoje poszukiwania miłosne w ręce wyspecjalizowanych biur matrymonialnych. Bardzo prawdopodobne, że będą one korzystały z analitycznego wsparcia sztucznej inteligencji.

A zatem – czy koniec miłości romantycznej to początek czegoś nowego?

Natura społeczna nie lubi próżni. Miłość romantyczna po stu latach przestała działać, więc będziemy musieli wymyślić coś innego. Jak długo to potrwa, nie wiem, ale myślę, że nie za długo. Niewykluczone, że takie potrzeby jak bliskość, intymność czy przyjaźń będą realizowane z różnymi ludzi, w kilku różnych relacjach.

Tomasz Szlendak. Profesor, socjolog, dyrektor Interdyscyplinarnej Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zajmuje się badaniem przemian obyczajowości, relacjami między kobietami i mężczyznami oraz polityką kulturalną. Opublikował kilkanaście książek, w tym doktorat o miłości i kryminał retro.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.