Kwestionariusze Wysockiego
Olga Drenda (Olga Drenda autoportret, Wikipedia/ Marta Kondrusik)
Olga Drenda (Olga Drenda autoportret, Wikipedia/ Marta Kondrusik)

Kwestionariusz Wysockiego (odc. 26). Narzekanie to jeden z naszych sportów narodowych. A gdyby tak spróbować NIE TYLKO narzekać i krytykować? Skoro wszyscy wiemy, że w Polsce jest źle i niedobrze, to może warto się zastanowić, co zrobić, by było dobrze i wspaniale? To dlatego pytam moich rozmówców o Polskę marzeń. Wszyscy mówią we własnym imieniu, prezentują swoje opinie, które często nie są zbieżne ze stanowiskiem redakcji. A żebyśmy jednak nie zapomnieli, że TU JEST POLSKA, pada także pytanie o to, co ich najbardziej rozwściecza. W tym tygodniu o Polsce swoich marzeń opowiada mi Olga Drenda. Wszystkie rozmowy z serii można przeczytać TUTAJ.  

1. Co cię w dzisiejszej Polsce i w Polakach najbardziej rozwściecza/wkurza/irytuje? Co cię najbardziej wyprowadza z równowagi, czego nie możesz znieść? 

Olga Drenda: Polacy to podzbiór ludzi, więc irytuje mnie w naszym społeczeństwie to, co w ludziach generalnie, a pewnie i czasem we mnie samej (zgodnie z porzekadłem, że każdy Polak mówi o sobie). Myślę, że nie jesteśmy jakoś szczególnie różni od wielu innych europejskich, a nawet pozaeuropejskich nacji i przekonuję się o tym z każdą książką, którą piszę. Pracując nad "Wyrobami" uważałam, że samoróbkowa pomysłowość, wynalazczość jest specyficznie nasza. W jakimś stopniu tak, ale tą samą cechą szczycą się w Indiach czy w Australii. Podobnie było ze "Słowem humoru" - wiele polskich żartów należy do globalnego obiegu. 

Mówię o tym, bo na początku wspomniałeś o narzekaniu i tu też mamy konkurentów. Kilkanaście lat temu powstała kampania promocyjna "Poland. Come and complain" o tym, jak się sami nie doceniamy i jak szukamy dziury w całym. Była zabawna, taka mrożkowska, ale niekoniecznie zrozumiała, bo w Europie wielu uważa się za największych narzekaczy. Francuzi podobno pretendują do tego miana. Miałam kiedyś angielski epizod w moim życiu i uważam Anglików za mocnych konkurentów w marudzeniu. Tam autoszkalunek to popularny sport. 

Mogę powiedzieć o dwóch rzeczach, które są specyficzne dla dnia dzisiejszego. Pierwsza to odprysk ogólnoświatowego trendu na unikanie ryzyka, dążenie do sterylności i dziwnie pojmowanego bezpieczeństwa. Kiedy dorastałam, Polak kojarzył mi się z połączeniem harcerza z anarchistą - kimś, kto umie dużo i nie boi się próbować. Byłam dumna z takiego "McGyverostwa", że jesteśmy zaradni, odważni, że mamy podejście "najwyżej się pobrudzę, najwyżej się zadrapię, wielkie mi co". Sama dużo nauczyłam się od znajomych, którzy mnie zachęcali do dobrze pojmowanego ryzyka - spróbuj, najwyżej się nie uda. Mogłam liczyć na zachętę i wsparcie. 

Teraz boimy się zwyczajnych rzeczy, np. drzew, ptaków, świata zewnętrznego, tego, że kupa gołębia wypali nam dziurę w czaszce, że ktoś nam zajrzy do okna, że nieznajomy się odezwie w autobusie, że się nam złamie paznokieć. I co gorsza okopujemy się w tym lęku, mówimy: mam prawo się bać i pielęgnować swoje lęki, mówimy: ten lęk chroni - przez co stajemy się wyizolowani, przerażeni nieustannie, defensywni, zagrożenia rosną w naszych głowach. Zdarza mi się stykać z argumentacją jak z "Misia", że "co, gdyby tu było przedszkole w przyszłości". Tylko nieironicznie. Minimalne zagrożenia bywają kolosalnie wyolbrzymiane, choć rozwiązania leżą pod nosem.

Jest w tym ironia losu, bo żyjemy w jednym z najbezpieczniejszych krajów. Nie mam na myśli zagrożeń globalnych, bezpieczeństwa międzynarodowego. Ale jeśli chodzi o skalę takiej codziennej, przezroczystej przemocy, którą możemy pamiętać sprzed 20-30 lat z ulic, komunikacji miejskiej, osiedli - sytuacja jest nieporównanie lepsza, wręcz luksusowa. Obserwowałam to zjawisko przed laty w Anglii i trochę się śmiałam, a teraz mam za swoje. Niedługo przez to zmutowane pragnienie bezpieczeństwa za wszelką cenę z polskiej fauny i flory zostaną nam tylko żabki i małpki, bo wszystko wytniemy, zagrodzimy i zakostkujemy. Nie będziemy się do siebie odzywać w obawie przed naruszeniem prywatnej przestrzeni albo będziemy traktować drugiego człowieka z założenia jak manipulatora, nagabywacza, prześladowcę. A mówię to jako człowiek z bardzo dużą potrzebą autonomii i prywatności!

A druga rzecz to rozpędzone pragnienie nowości. Oczywiście wiem, skąd ono się wzięło - po prostu nareszcie mamy trochę pieniędzy, a długo nie mieliśmy, i dlatego działamy, jakby miało nie być jutra. Pojedynczy człowiek też tak miewa, kiedy dostaje podwyżkę, od razu wyposaża sobie w pośpiechu cały dom. Znam ten mechanizm z doświadczenia. Tyle, że to pragnienie nowości jest często nieprzemyślane, a lepsze jest wrogiem dobrego. Mam na myśli różne zbędne czy źle wykonane remonty, inwestycje, tzw. rewitalizacje. Fetysz nowości, pokazania, że "coś robimy", podpowiada nam fatalne decyzje. 

Niszczymy oryginalną architekturę i detal, często ciekawe prace artystów lokalnych, pokrywamy wszystko byle jakimi materiałami, bo takie są w sklepie, wszystko przerabiamy na bure pawilony modułowe, ale można się pochwalić inwestycją. Potem mamy na przykład dworzec, na którym nie można przeczekać, kupić biletu, skorzystać z toalety, nic nie działa jak powinno, za rok odpadnie pół elewacji, ale przecież jest nowy! Nowiutka, ale zamknięta na trzy spusty toaleta publiczna, żeby nie musieć zatrudniać nikogo do utrzymania porządku, to dla mnie symbol tego unowocześniania po łebkach. Widziałam to już w kilku miejscowościach, może i kilkunastu. Niech kosztuje choćby 10 złotych, ale niech działa. 

2. A co ci się w Polsce najbardziej podoba, co doceniasz, co cenisz, co zmienia się na lepsze (może za szybko, może za wolno, ale na lepsze)? 

Zawsze lubiłam margines tolerancji na bałagan, zwłaszcza, jeśli dotyczył przyrody. Lata życia blisko lasu mnie tak sformatowaly. Uważałam, że nie przeszkadza nam, że coś sobie po prostu rośnie. Niestety, ostatnie lata negatywnie zweryfikowały to przekonanie. Tak jak na Zachodzie oddalamy się od życia bliżej przyrody i to działa na naszą niekorzyść. Bez wysepek dzikiej, nieuporządkowanej zieleni i bez dziur w murach nie będzie drobnych ptaków, które będą zjadały komary i kleszcze. Przestajemy widzieć kolejne ogniwa tego łańcucha i zaczynamy postrzegać naturalne konsekwencje różnych działań jak plagi z nieba. Mam nadzieję, że ten trend przycinania i szkodliwego porządkowania szybko się odwróci. Nie trzeba do tego wielkich przewrotów, inżynierii zieleni, przerabiania całych placów w Warszawie na Central Park (choć to oczywiście przyjemna wizja). Wystarczy pozwolić istnieć małym wysepkom chaszczy, łączek. Zbyt szybko staliśmy się społeczeństwem, które uważa, że mleko jest nie od krowy, tylko z lodówki. 

Lubię zaradność, samodzielność, pomysłowość. Uważam, że wielu ludzi chce realizować swoje pomysły i działać "na swoim", a drobna przedsiębiorczość to mimo wszystko nasz bazowy sposób działania. Zawsze, gdy pojawia się wsparcie dla własnych inicjatyw, widzę, że ludzie się ożywiają. Jest mi bliska wizja siły wielu małych graczy, pomysłowych Dobromirów. Cenię ludzi, którym się chce. Ale też tę dynamikę łatwo wytracić przez nierozsądne ruchy, zniechęcanie, rzucanie kłód pod nogi. 

Na pewno na lepsze zmienia się - i to stało się w moim dorosłym życiu - możliwość nawigacji po instytucjach przez obywatela. Innymi słowy, łatwiej jest załatwić sprawę czy uzyskać poradę, a człowiek nie jest sprowadzany nagminnie do roli bezradnego petenta. Sama jeszcze pamiętam, kiedy stanem domyślnym było, że nie da się nic zrobić tak po prostu, bo trzeba kogoś znać, wykłócić się albo wypowiedzieć jakieś tajne zaklęcie. Następuje zmiana proporcji, jak to się mówi w socjologii, między "gemeinschaft" (nieoficjalna wspólnota powiązań, nieformalnych układów, oparta na poczuciu bycia "swoim") a "gesellschaft" (relacje formalne, działania jawne i zgodnie z literą prawa). Symptomem tej zmiany jest dla mnie niemożność negocjowania z kontrolerem biletów. Ale ona ukazuje też wady obu systemów. W czystym gemeinschaft nie przejedziesz bez łapówki. W stuprocentowym gesellschaft kontroler nie przyjmie do wiadomości, że automat biletowy nie działał, bo przepis to przepis. Co za dużo to niezdrowo w obu wypadkach. 

Coraz rzadziej stykam się też z echami bycia sobie wzajemnie wilkiem. Tę poprawę zaufania społecznego uważam za nasz chyba największy sukces. Mieliśmy w najnowszych dziejach momenty społecznej anomii, kiedy ludzie zaczynali wzajemnie się sabotować, bo postrzegali siebie jako potencjalnych konkurentów. Pamiętasz takie słowo "znieczulica"? Życie miało rys bezprawia, gangusiarski koloryt, towarzyszyło temu przekonanie, że nie można liczyć na żadne instancje państwowe ani na siebie nawzajem. To objawiało się interesownością i skrajną transakcyjnością: nie przyjmę pomocy, przysługi, bo ktoś będzie ode mnie coś chciał. Jak ktoś jest życzliwy, to nie można mu ufać, bo ma do mnie interes. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo z każdej strony chcą oszukać, ograbić, wyrolować, każdy jest potencjalnym wrogiem. 

Zaczęło się to w późnych latach PRL i trwało jeszcze dość długo po 1989, dzięki zabójczej miksturze wzajemnej nieufności i niedziałającego państwa. Teraz zdecydowanie rzadziej spotykam się z takimi postawami, a nawet ludzie, którzy je praktykowali, dokonali "aktualizacji systemu" i wybierają transparentność. Zamiast zakładać, że zaciągają u siebie niewidzialne długi, wolą po prostu dosłownie zapłacić, zamiast chować w milczeniu urazę i knuć zemstę. Choć na wszelki wypadek zalecałabym lekturę "Życia na niby" Kazimierza Wyki, bo być może tam leży klucz do zrozumienia "trybu kryzysowego", który jeszcze może się w przyszłości wgrać. 

3. Jak wyglądałaby Polska twoich marzeń? Jaka powinna być? I jeszcze: jacy politycy ci się marzą? Jacy rządzący, jaka opozycja? 

Zdaję sobie sprawę, że mówię z perspektywy kogoś, kto zawodowo zajmuje się niedawną przeszłością, ale też kogo życie wymiernie się poprawiło w ostatnim dwudziestoleciu. Ktoś, kto zaczyna z innego poziomu ambicji, może mieć zupełnie inne oceny i wymagania i moje standardy mogą się mu wydawać wręcz gomułkowskie. A muszę dodać, że obiektywnie nie byłam wcale w najgorszym położeniu 20 lat temu, moja rodzina żyła całkiem OK, ani bogato, ani biednie, choć bywało lepiej i gorzej. 

Ale skoro już patrzymy z  perspektywy millenialnego grzyba - nie doceniamy chyba tego, że teraz jest naprawdę nieźle i tego, że udało nam się osiągnąć względny dobrobyt. Nie mówię, że jest super, ale możemy mówić o poczuciu normalności. W sklepie możesz kupić produkty, w urzędzie załatwić sprawę, za pracę dostać pieniądze, a u lekarza masz szansę otrzymać poradę i nie wymaga to już wiedzy tajemnej. A jeszcze niedawno nie było to wcale gwarantowane. Oczywiście, zwłaszcza w opiece zdrowotnej zawsze jest coś do naprawy, ale zważywszy na to, że kiedy na początku lat zerowych miałam operację, to szpital, w którym leżałam, zapraszał pacjenta z własnym łóżkiem z powodu braku miejsc i wyposażenia (!), a życie zawodowe zaczynałam w czasach rekordowego bezrobocia, zwłaszcza wśród młodych. Nie popsujmy tego, co mamy, i starajmy się dalej. Bo jest co naprawiać, na przykład w kwestii polityki mieszkaniowej. 

Cieszę się z odtwarzania sieci kolejowej. To chyba moje największe marzenie - powszechnie dostępna i tania kolej. Dzięki temu te wyspy łanowych domków w środku niczego nabrałyby bardziej ludzkiego rysu. Jesteśmy zmotoryzowanym społeczeństwem i to się specjalnie nie zmieni, ale potrzebne są alternatywy, odciążanie dróg i zmobilizowanie ludzi, którzy z różnych przyczyn jeździć nie mogą. 

Poza tym - Polska dbająca o dziedzictwo architektoniczne i przyrodnicze, unikająca pochopnego pozbywania się gruntów i nieruchomości. Przeciwdziałająca lobbies. Inwestująca w kulturę i naukę, bo nie ma lepszego instrumentu soft power. To nie są zbytki, to nasz kapitał. Doceniająca cyberbezpieczeństwo i czujna na zagrożenia informacyjne, moim zdaniem w tej chwili dla nas kluczowe. Wspierająca mniejsze miejscowości i umożliwiająca prowadzenie tam niewielkiej samodzielnej działalności - więziotwórczy charakter tego, że można iść do znajomego sklepu, warsztatu czy baru, budować lokalny kapitał, jest bardzo niedoceniany. Nie możemy mówić o przeciwdziałaniu samotności i wyobcowaniu zakładając, że "przecież wszystko jest w internecie". To brzmi strasznie utopijnie, ale w końcu mamy marzyć: w takiej idealnej Polsce młody dorosły uważałby za naturalne, że założy na przykład zakład produkcyjny, restaurację albo nawet kino (a co!) w swojej miejscowości subpowiatowej, bo będzie wiedzieć, że znajdą się wierni klienci i pieniądze. Choć kiedy to mówię, to brzmi trochę jak szaleństwo. 

A jeżeli chodzi o wymarzonych polityków? Konkretni, pracowici, działający "w tle", bez parcia na sławę. Umiejący przyznać się do błędu i zmienić stanowisko. 

4. I jeszcze jedno ćwiczenie z wyobraźni. Wyobraźmy sobie, że przejmujesz władzę w Polsce i rządzisz. Zostajesz prezydentką lub premierką. Co robisz? Co chcesz zmienić od razu, a co trochę później? Jakie są twoje pierwsze decyzje/zmiany/reformy? Jaka byłaby "piątka" Olgi Drendy? 

OK, ale z zaznaczeniem, że to wyłącznie moje osobiste opinie!

Po pierwsze, prąd z atomu w każdym domu! Cieszę się, że obawę przed energią atomową udało się w znacznym stopniu rozbroić.

Po drugie, wprowadzenie prostych w obsłudze metod wspólnego dbania o dziedzictwo kulturowe i krajobraz. Widzę, że nasz krajobraz zmienia się trochę w pozbawiony właściwości i to z powodów pragmatycznych, finansowych. Dajmy na to - autentyk - zabytkowa kamienica, w której połowa drzwi została wymieniona na najtańsze plastiki, a połowa to nadal piękna snycerka. Oczywiście działające szczelne drzwi to priorytet, nie można było zapewne czekać. Ale co gdyby wprowadzić coś na zasadzie budżetu obywatelskiego dla cennej architektury i detalu, tak, by można było mieć ciepłe domy i szczelne okna bez łatania supermarketowym dziadostwem, tylko przeznaczyć środki na odpowiednich fachowców? Chciałabym, żeby Polacy mieli poczucie, że zasługują na życie w pięknym świecie, a nie tylko jako tako działającym, i że możemy dbać o ciągłość naszego dziedzictwa. Stać nas na życie na poziomie, stać nas na nie tylko praktyczny i jako-taki, ale też piękny kraj. Sami dzięki temu pozbędziemy się z głów ciężaru, że nie podskoczymy wyżej jakiejś poprzeczki, że nie dla psa kiełbasa.

Po trzecie, poszerzenie wolności słowa i unieszkodliwienie instrumentów trollowania prawnego. Nie jestem zwolenniczką zakazów i widzę, że subiektywne uczucie urazy bywa używane do torpedowania wolności debaty i wypowiedzi. Do tego wytwarza paskudną atmosferę insynuacji, niedopowiedzeń, twierdzenia, że "to nie moja ręka". Za zdrowsze uważam mimo wszystko jawne wyzywanie się od głupków. Nie jest to eleganckie, ale niech świadczy głównie o mówiącym. Jednocześnie uważam, że każdy wypowiadający się publicznie musi mieć świadomość, że swoją wypowiedź musi uzasadnić i będzie z niej rozliczony. Powiedzmy, że powiedziałam do kogoś w liczbie mnogiej: "Bo wy uważacie" - i będę musiała liczyć się z tym, że na przykład ty zapytasz mnie w wywiadzie, kim są ci "wy"? Wy naród, wy król, a może jak za PRL - wy, obywatelu Kowalski? Media widzę jako kontrolerów jasności i precyzji wypowiedzi.

Po czwarte, powrót do podziału na 49 województw. Nie widzę prostszej metody zapobiegania drenażowi mózgów i odpływowi rzutkich, pomysłowych, pracowitych ludzi do kilku największych miast. Przy okazji - rozbudowa lokalnych sieci kolejowych, ale o tym już wspominałam, to mój bzik. Oczywiście, gdyby jej wcześniej głupio nie cięto pod pretekstem "nierentowności", to teraz nie trzeba by odbudowywać…

I po piąte, nauka maksymalnej samodzielności i zaradności - manualnej, pierwszej pomocy, ale też krytycznego myślenia. Jest mi bliski cytat z Roberta A. Heinleina, że każdy człowiek powinien umieć rozpalić ognisko, nastawić złamanie, odebrać poród, zaprogramować komputer, bo "specjalizacja jest dobra dla insektów". Pod względem edukacji jestem trochę konserwatywna, uważam, że nie ma czegoś takiego jak zbędna wiedza i umiejętności i nigdy nie wiadomo, kiedy przydadzą ci się podstawy łaciny czy szycie. Poza tym uczymy się wtedy przy okazji innych sprawności - skupienia, cierpliwości, motoryki małej. Im pewniej się czujemy, tym bardziej gotowi jesteśmy też nieść komuś pomoc (bo "ja potrafię"). To również kapitał na wypadek kryzysów i katastrof. Umiejętność radzenia sobie ze strachem, budowanie w sobie odwagi i rozwagi - tak działajmy. 

5. Czy jesteś patriotką? I jak w ogóle rozumiesz patriotyzm? Jaki patriotyzm jest ci bliski, a jaki kompletnie obcy?

Tak, polska mowa i kultura to mój podstawowy punkt odniesienia. Patriotyzm rozumiem w sposób konstruktywny, tak bardzo, że wręcz nudny - jako dawanie dobrego przykładu i świadectwa swoimi działaniami. Wierzę w soft power i dokładanie się do pozytywnego wizerunku Polski w świecie, a także przeciwdziałanie szkodliwym stereotypom. To częściowo moja zawodowa działka. Jako przedstawicielka kultury polskiej staram się nie dawać plamy.

6. Czy dopadło cię w ostatnich latach zniechęcenie i zmęczenie polityką? Czy masz polityki dość? Czy przestałaś ją śledzić? Albo: nie chcesz śledzić, ale wciąż to robisz? Jak sobie z tym ewentualnym zniechęceniem radzisz? 

Śledzę, ale wolę poczytać i się czegoś dowiedzieć, niż gadać po próżnicy. Staram się czytać raczej rozbudowane analizy, najchętniej dotyczące całego naszego regionu, możliwie przekrojowe, niż doraźne komentarze. Presję na natychmiastowe wyrabianie sobie zdania i w ogóle posiadanie go na każdy temat uważam za zmorę współczesności

7. Gdybyś miała być Nostradamusem i przewidywać przyszłość: kto wygra najbliższe wybory europejskie, a kto prezydenckie? Jak ci się wydaje i czy masz w związku z tym jakieś przemyślenia, uwagi, obawy? 

Nie wiem i staram się nie wdawać w takie spekulacje. Będę śledzić i głosować, ale mam zerową potrzebę odczuwania satysfakcji z głoszenia "a nie mówiłam!" czy emocji typu hazardowego.

8. Konkretnie: na kogo głosowałaś w wyborach 15 X (i ew. też teraz w samorządowych)? Czy wiesz już na kogo będziesz głosować w wyborach europejskich, a na kogo w prezydenckich? A może nie będziesz w nich brać udziału/w ogóle nie głosujesz?

"Ten słoń ma na imię Bombi. Ma trąbę, lecz na niej nie trąbi. Dlaczego - nie bądź ciekawy. To jego prywatne sprawy". (śmiech) 

(Tu od razu dopytanie: Jeśli nie chcesz odpowiedzieć wprost, to dlaczego? Czy wstydzisz się tych, na których głosujesz? A może to sprawa intymna, prywatna, tajemnica? Boisz się, że stracisz na tym zawodowo?)

Uważam, że głosowanie to obowiązek, ale tajemnica głosu - to prawo. Dlaczego "obowiązek"? OK, obowiązek to mocne słowo, ale może spróbujmy sobie wyobrazić głosowanie jako część "higieny życia codziennego". Można głosować niechętnie, na przekór albo dla beki, ale chodzi o przeciwdziałanie bierności i anomii. Sama łapię się na tym, jak często kusi mnie myślenie, że coś nic mnie nie obchodzi. Jako poszczególne osoby zapewne jesteśmy mało ważni, ale po camusowsku staram się żyć tak, jakby było odwrotnie. 

Głosowałam w życiu na różnych kandydatów i zapewne tak będzie w przyszłości. Wiele razy zmieniałam też zdanie i można znaleźć pewnie jakieś moje opinie z przeszłości, które już straciły aktualność. Absolutnie nie uważam się za osobę apolityczną, ale rezerwuję sobie prawo do niejednoznacznych, mieszanych przekonań politycznych i do niezrzeszania się. Cenię wątpliwości. Nie chcę też, żeby ktokolwiek zapisywał mnie gdzieś na wyrost bez mojej wiedzy i zgody. Nie znoszę, gdy ktoś twierdził, że wie lepiej niż ja sama, jakie mam przekonania. 

9. A na kogo na pewno NIE będziesz głosować? Na kogo nie zagłosowałabyś nigdy w życiu? I dlaczego? 

Na polityków określanych mianem "Russlandversteher". Mam nadzieję, że to rozumie się samo przez się. W Polsce to mniejszy problem niż na Zachodzie, ale może urosnąć, choćby przez umiejętne podbijanie marginalnych, za to polaryzujących tematów w debacie publicznej. To sprawdzona metoda, niestety.

Ale też na ludzi, którzy grają charyzmą i pewnością siebie. Uważam, że z roku na rok wzrasta nasza masowa podatność na łapanie się na bajer - z przeładowania informacją, ze zblazowania i nihilizmu, z potrzeby rozrywki, i jest to problem globalny. Wystarczy, że ktoś jest pewny siebie, wygadany, i już może liczyć na fandom wierny na śmierć i życie. Mamy licznych potencjalnych nabywców magicznych garnków i nie są to niedzisiejsze starsze panie, a 30-, 40-latkowie. Imponuje im to, jaki ktoś czuje się pewny swego, i dadzą sobie przez to wcisnąć dowolną ilość kitu. Wolę zaufać pracowitym nudziarzom, nie potrzebuję rozróby w życiu publicznym.

10. Czy to już - jak chętnie wieszczą niektórzy politycy i komentatorzy - koniec Jarosława Kaczyńskiego i PiS-u? 

Na pewno nie, to partia ze stałym elektoratem o konkretnych potrzebach i bardzo spójnych przekonaniach i nie sądzę, żeby akurat ta grupa zmieniła zdanie. Staram się dostrzec pewien mechanizm, by unikać myślenia w kategoriach nigdy i zawsze, a może posłużyć za lekcje na przyszłość. Do dziś uważam, że wczesny okres rządów Beaty Szydło trafił w oczekiwania wielu ludzi, niekoniecznie moje, ale również osób, które znam - jako rządy uznane za zdroworozsądkowe i wnoszące jakąś widzialną poprawę w życie. Myślę, że dla niemałej części wyborców to oczekiwany standard i jeśli ktoś w przyszłości zdecyduje się go odświeżyć pod egidą tej samej partii, to może sporo zyskać, zwłaszcza, gdy minie wystarczająco dużo czasu, by nieco zatarła się pamięć o niechlubnych dokonaniach tej ekipy. 

Uważam, że każdy rząd zyskał na dłuższy czas, wprowadzając przepis wymiernie ułatwiający życie, upraszczający prawo, czy umożliwiający ludziom prowadzenie tzw. normalnego życia (rozumianego jako takie, w którym nie trzeba co chwilę na coś uważać, w czymś się gubić i bez przerwy oglądać każdej złotówki). PO w okolicach 2011 roku zyskała ogromne zaufanie upraszczając pracę urzędów czy ułatwiając zakładanie firm. Później PiS - przez 500 plus czy wprowadzenie pierwszeństwa pieszych na pasach (tak, tak), bo dzięki temu przepisy stały się jednoznaczne. I tak samo każdy rząd przegrywał, kiedy osiadał na laurach i przegapiał to, że elektorat się zmienia. Niesamowite bywa obserwowanie tych procesów w czasie rzeczywistym - jakby ktoś tracił kontrolę nad kierownica. Można pisać sobie różne baśnie z mchu i paproci, ale sądzę, że koniec końców dla wyborcy liczą się konkrety i to, że "a jednak da się".

11. Czy masz może jakiś pomysł na zreformowanie/zrewolucjonizowanie mediów publicznych, TVP, Polskiego Radia itd.? Czy podoba Ci się, w jaki sposób nowa władza przejęła media publiczne? I szerzej: Jakie media publiczne Ci się marzą? Jakie media publiczne chętnie byś oglądała, do jakich chętnie byś chodziła etc.? 

Współpracuję z radiową Czwórką, więc nie mogę być zupełnie bezstronna, ale tam akurat nie było rewolucji. Ja w ogóle nie jestem zwolenniczką rewolucji. Mogę powiedzieć o zmianach w radio, które oceniam pozytywnie. Niezrozumiałe było dla mnie przedziwne znęcanie się nad Trójką, stacją raczej fanowską i umiarkowaną niż mającą realny wpływ na życie polityczne. Postrzegam to wyłącznie w kategoriach złej woli. Z wyboru Agnieszki Szydłowskiej na szefową tej stacji na pewno się cieszę - to właściwa osoba na tym miejscu. Czwórce i Dwójce również przewodzą teraz osoby, które uważam za bardzo kompetentne. O telewizji się nie wypowiem, bo ostatnio - na ile potrafię sięgnąć pamięcią - oglądałam tylko "1 z 10".

12. Czy po 15 X czujesz się zwycięzcą? Czy po 15 X żyjemy w nowej wspaniałej Polsce czy nic z tych rzeczy? Czy kibicujesz nowym rządom i jak bardzo (bądź jak bardzo nie)? I czy ci się te nowe rządy generalnie podobają czy też jesteś mocno sceptyczna/krytyczna?

Każdy obywatel powinien pozostawać czujny i krytyczny i każdy rząd powinien być tego świadom. Zwycięstwo w wyborach to kredyt zaufania, który bardzo łatwo stracić. 

Olga Drenda. Urodzona w 1984 roku. Pisarka, eseistka, tłumaczka. Absolwentka etnologii i antropologii kultury UJ. Autorka książek "Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji", "Wyroby. Pomysłowość wokół nas" (za którą otrzymała nominację do Paszportów Polityki i Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii esej) oraz rozmów "Czyje jest nasze życie" (wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim) i "Książka o miłości" (wspólnie z Małgorzatą Halber). Od 2013 roku prowadzi facebookową stronę Duchologia poświęconą widmom epoki transformacji. Z Jackiem Paśnikiem prowadzi podcast Dziś. W 2023 ukazała się jej najnowsza książka: "Słowo humoru" (Wyd. Karakter). Stale współpracuje m.in. z "Tygodnikiem Powszechnym". W minionym tygodniu dowiedzieliśmy się, że Olga Drenda została dyrektorką kreatywną Festiwalu Conrada. 

Grzegorz Wysocki. Od grudnia 2022 w Gazeta.pl. Wcześniej m.in. dziennikarz i publicysta "Gazety Wyborczej", szef WP Opinie, wydawca strony głównej WP, redaktor WP Książki, felietonista "Dwutygodnika" i krytyk literacki. Autor wielu wywiadów (m.in. Makłowicz, Chwin, Wałęsa, Urban, Spurek, Gretkowska, Twardoch, Świetlicki), cyklu rozmów z wyborcami PiS-u czy pisanego od początku pandemii "Dziennika czasów zarazy". Dwukrotnie nominowany, laureat Grand Pressa za Wywiad w 2022 (rozmowa z Renatą Lis). Od 2023 w kapitule Łódzkiej Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima. Prezes klubu szpetnej książki Blade Kruki (IG: bladekruki). Nałogowo czyta papierowe książki i gazety oraz ogląda seriale. Urodzony i wychowany na Kaszubach, wykształcony w Krakowie, ostatnio porzucił Warszawę na rzecz Łodzi. Profil na FB: https://www.facebook.com/grzes.wysocki/