Kiedy 25 lat temu zastanawiałem się, gdzie zorganizować wydarzenie filmowe, Wrocławia w ogóle nie brałem pod uwagę. W mojej głowie tkwił obraz miasta z lat 80., gdy byłem tam kilka razy na spotkaniach dyskusyjnych klubów filmowych – szarego, nieprzyjaznego, smutnego. A mi się marzyło, aby festiwal odbywał się w miejscu blisko natury, najlepiej w małej miejscowości, która będzie tym wydarzeniem żyła w trakcie jego trwania. Chciałem, żeby nasze przedsięwzięcie realnie łączyło ludzi. Postawiłem więc na Sanok. Zainteresowanie przerosło jednak nasze oczekiwania i już pierwsza edycja pokazała, że to miasteczko zdecydowanie za małe na festiwal. Podobnie było z kolejną lokalizacją – Cieszynem. Po kilku latach on też przestał dawać radę.
I wtedy, we wrześniu 2005 roku, zadzwonił do mnie ówczesny prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Powiedział, że bardzo chce mieć festiwal we Wrocławiu – miał konkretną wizję i bardzo pozytywne podejście. Spotkaliśmy się. Podałem kwotę konieczną do organizacji wydarzenia. Zgodził się bez zastanowienia.
Gdy ogłosiliśmy oficjalne przenosiny, rozpętała się awantura. Ktoś wygrzebał moją wypowiedź o Wrocławiu sprzed kilku lat i zarzucił mi, że się sprzeniewierzyłem idei i przeniosłem festiwal do dużego miasta. A prawda jest taka, że festiwal rozwijał się tak dynamicznie, że nie byliśmy już w stanie organizować go w małym mieście.
Śladem festiwalu
Do Wrocławia przeniosłem się w 2012 roku, po utworzeniu w miejscu ówczesnego kina Helios kina Nowe Horyzonty. Wynająłem mieszkanie przy ulicy Odrzańskiej, bardzo blisko rynku, którego okolice znam dziś jak własną kieszeń. Zanim postawiłem nogę we Wrocławiu, dowiedziałem się o nim tyle, ile mogłem – książka "Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego" Normana Daviesa była moją lekturą obowiązkową! Chciałem zdobyć wiedzę, by móc potem opowiadać festiwalowym gościom o mieście, wiedzieć, dokąd ich zabrać.
Był to okres intensywnej pracy i częstego podróżowania – cały czas kursowałem między Warszawą, gdzie był mój dom i rodzina, a Wrocławiem, gdzie rozkręcałem festiwal i kino. Nieraz potrzebowałem dłuższej chwili po przebudzeniu, żeby zdać sobie sprawę, gdzie jestem – czy w stolicy, czy na Dolnym Śląsku.
Festiwal zawsze wytyczał moje wrocławskie ścieżki. Ważnych dla mnie miejsc z nim związanych jest więc dużo: Dolnośląskie Centrum Filmowe – kiedyś kino Warszawa, w którym wyświetlamy filmy festiwalowe – Hala Stulecia, która gościła m.in. nasz pokaz filmu "Amadeusz" z muzyką na żywo, a obok której, w Parku Szczytnickim, znajduje się przepiękny ogród japoński, gdzie naprawdę można odpocząć wśród roślin prosto z Japonii, wrocławska opera, która dopełnia nasze festiwalowe centrum, Hotel Metropol, w którym zatrzymało się wielu naszych festiwalowych gości i który był miejscem wielu inspirujących dyskusji o kinie.
Jednym z najważniejszych dla mnie miejsc jest jednak wspomniane już kino Helios, które od 2006 roku jest głównym kinem festiwalu i które w 2012 przekształciliśmy w nasze własne kino – Nowe Horyzonty. Bycie w nie swoim kinie wiązało się z wieloma ograniczeniami, a mi się marzyło mieć swoje miejsce. Pamiętam, jak stałem w holu po pokazie filmowym, pod jedną z sal, przez okno obserwowałem Wrocław i wyobrażałem sobie, że to kino jest nasze. Wtedy postanowiłem złożyć miastu i Heliosowi propozycję przejęcia kina. To był szalony pomysł, związany z wieloma kosztami, sam się przestraszyłem tej myśli! Ale się udało.
Odbywa się tam mnóstwo wydarzeń przez cały rok – festiwale i przeglądy, warsztaty i pokazy filmów w ramach różnych cykli, na przykład dla seniorek i seniorów, pokazy filmowych perełek, które zwykle nie są wyświetlane w innych kinach, transmisje koncertów, spektakli operowych, teatralnych i baletowych.
Prawdopodobnie najważniejszym wydarzeniem, które miało miejsce w kinie, były odwiedziny Wima Wendersa i retrospektywa jego filmów, którą tam zorganizowaliśmy. Trwała kilka miesięcy. Wim Wenders podczas wizyty powiedział coś, co na zawsze zapadnie mi w pamięć – że takie kino powinno się sklonować i umieścić w każdym dużym mieście europejskim.
Nie zapomnę także nigdy, jak w kinie spotkała się cała grupa twórców filmowych z Nowej Zelandii. Już po festiwalu ktoś dotarł do informacji, że w nowozelandzkiej prasie pojawiła się relacja z naszego festiwalu. Nasi nowozelandzcy goście opowiadali, że to niesamowite, że nigdy nie udało im się spotkać tak tłumnie w Nowej Zelandii, a udało się to we Wrocławiu.
Kino Nowe Horyzonty to więc nie tylko festiwalowy pałac, ale także mój wrocławski dom.
Niezwykłym i również ważnym miejscem dla festiwalu jest Teatr Lalek, jeden z najstarszych teatrów lalkowych w Polsce, którego siedziba mieści się w parku, w pięknym neobarokowym budynku dawnej resursy kupieckiej. Tam również podczas Nowych Horyzontów są organizowane pokazy filmowe i dyskusje z twórcami – na świeżym powietrzu na tarasie teatru. Przestrzeń na zewnątrz jest zadaszona, więc ostre promienie słoneczne nam niestraszne, wokół jest mnóstwo zieleni.
Kolejnym moim wrocławskim miejscem jest Klub Festiwalowy, który zorganizowaliśmy w Arsenale, części wyjątkowego miejsca – Muzeum Miejskiego. Arsenał w trakcie festiwalu staje się miejscem spotkań, gdzie odbywają się koncerty, sety didżejskie. Zabytkowy charakter budynku nadaje wydarzeniom unikalny klimat. To tam w sposób nieformalny spotykają się twórcy z festiwalowiczami. Odbyłem tam niejedną nocną rozmowę z ludźmi, którzy chcieli się podzielić swoimi wrażeniami z festiwalu, ale i uwagami, ponarzekać na kolejki! Doskonale pamiętam, jak Nick Cave po swoim koncercie na Wyspie Słodowej – swoją drogą, kolejnym wyjątkowym miejscu we Wrocławiu – wpadł do Arsenału na after party. Wszyscy mogli do niego podejść, poprosić o autograf, a nawet porozmawiać.
Klubokawiarnia, nie bar mleczny
Mieszkając tuż przy rynku, znałem wszystkie kawiarnie w okolicy. To w nich odbywałem spotkania w sprawach dotyczących festiwalu.
Bardzo lubię Vinyl Cafe, czyli kawiarnię z płytami winylowymi. Można tam kupić płyty albo po prostu posłuchać muzyki. Zabrałem tam Wima Wendersa i był nią zachwycony.
Kolejna to Literatka przy samym rynku. Ma niepowtarzalny klimat, szczególnie dzięki mieszczącym się w środku książkom. Tuż po przeprowadzce bywałem tam bardzo często – zazwyczaj wpadałem tam na śniadania. Literatka stała się też takim nieformalnym biurem dla mnie i prezydenta Dutkiewicza, z którym omawialiśmy ważne kwestie związane z festiwalem. Te 14 lat temu nie było jeszcze w mieście aż tylu kawiarenek, co dzisiaj, Literatka jednak przetrwała.
Jedną z moich ulubionych jest ulica Włodkowica. Ma niepowtarzalny klimat. Jest takim magicznym miejscem w dużym mieście, kameralnym, klimatycznym, które jednocześnie tętni życiem. Czuć tam historię. Mieści się tam wspaniała Synagoga pod Białym Bocianem, obok której stoi przepiękny wielki kasztan. Jest tam także wiele kawiarenek i restauracji, w tym jedna z moich ulubionych – żydowska Sara. Zabieram tam często zagranicznych gości z żydowskimi lub polskimi korzeniami. Bardzo lubię tamtejsze pierogi i ogórki kiszone. Właścicielka Sary często podrzuca mi do kina słoiki z tymi ogórkami. Pamiętam, że poleciłem je gościom ze Stanów Zjednoczonych. Któregoś razu wchodzę do restauracji i widzę, jak siedzą i wcinają te ogórki. Bardzo mi dziękowali za tę rekomendację.
Przy ulicy mieści się także cudowne miejsce z książkami, kawą i winem Cocofli oraz kawiarnia Bułka z Masłem. Dzisiaj, będąc we Wrocławiu, prawdopodobnie najczęściej odwiedzam jednak zlokalizowaną również przy tej ulicy Mleczarnię. Wbrew temu, co sugeruje nazwa, to nie bar mleczny, ale klubokawiarnia! Jej klimat jest niepowtarzalny. Tworzą go stare drewniane stoliki i krzesła, każde z innej parafii, komody z książkami, do tego na ścianach wiszą archiwalne fotografie. Jest wyjątkowo przytulnie.
Mój drugi dom
Gdy chcę nieco odetchnąć od spraw festiwalowych, lubię przejść się na Ostrów Tumski, wejść do jednego z kościołów i posiedzieć w ciszy. Ale zabieram tam także moich festiwalowych gości, szczególnie wieczorową porą. Chodzimy klimatycznymi brukowanymi uliczkami, po zmroku oświetlonymi gazowymi latarniami, które są rozpalane i gaszone przez latarnika w cylindrze i pelerynie.
Miejsce w moim sercu ma też dzielnica Krzyki. Chcieliśmy z żoną koniecznie zobaczyć te okolice, ponieważ jej ojciec mieszkał tam po wojnie. Stoi tu wiele przepięknych poniemieckich kamienic i willi, ale i osiedla z wielkiej płyty oraz nowoczesne apartamentowce. Gdy tylko mam okazję, to tam jadę, przede wszystkim ze względu na to, że jest tu bardzo zielono – Park Południowy jest przepiękny.
Dzięki festiwalowi pokochałem Wrocław całym sercem. To dla mnie duże szczęście, że stworzyliśmy coś, co stało się częścią tożsamości tego miasta i jest ogromnym powodem do dumy! Gdyby nie to, że to w Warszawie jest moja żona, dzieci, wnuki, mógłbym się do stolicy Dolnego Śląska przeprowadzić na stałe. Bo to już zawsze będzie mój drugi dom.
Roman Gutek. Twórca festiwali: Warszawskiego Festiwalu Filmowego, oraz odbywających się we Wrocławiu: Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty i American Film Festiwal. Od ponad 30 lat wprowadza do kin artystyczne filmy poprzez własną firmę Gutek Film, która prowadzi także warszawskie kino Muranów. Kieruje Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty, zajmującym się upowszechnianiem autorskiego kina oraz edukacją filmową.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, z wykształcenia psycholożka i kulturoznawczyni. W mediach od 2011 roku.