Podróże
Wilno, festiwal chłodnika. Organizatorzy chcą przyćmić Oktoberfest (Go Vilnius)
Wilno, festiwal chłodnika. Organizatorzy chcą przyćmić Oktoberfest (Go Vilnius)

Biegł ku początkowi różowej zjeżdżalni ubrany tylko w gacie i różową koszulkę. Zatrzymałem go w połowie drogi. Przedstawił się jako Wojtek, student z Poznania.

– Jest ogień! Dziewczyna mnie przekonała, że warto tu przyjechać! Całkowicie abstrakcyjne!

– Zupełnie abstrakcyjne! – obok nas pojawiła się Klaudia, wspomniana dziewczyna. – W Polsce nie mamy żadnego festiwalu – ani wódki, ani zupy! – przekrzyczała muzykę.

Zjazd zaczynał się na szczycie wzgórza. Z jego wierzchołka rozciągał się widok na tłum ludzi w różnym wieku. Pozowali przy wielkiej makiecie różowej fali, robili sobie zdjęcia z różowym busem, skakali do różowego basenu wypełnionego piankami. Z głośników dobiegało rytmiczne "pink, pink, pink". Ktoś tańczył.

 Był ostatni dzień maja. Wilno celebrowało chłodnik.

– Chcieliśmy stworzyć wydarzenie, które będzie jednocześnie kulturowo znaczące i wizualnie urzekające. Cóż lepszego niż różowy festiwal o temacie chłodnika? – pyta retorycznie Egle Girdzijauskaite z organizacji Go Vilnius, która organizuje projekt.

Różowa zjeżdżalnia na festiwalu (GoWilnus)

"Litwo, halucynujesz"

Chłodnik litewski, Šaltibarščiai, był znany jeszcze w średniowieczu. Jemy go w Polsce, jedzą go Litwa, Łotwa, Estonia. Mimo polskiej nazwy nie sposób ustalić, kto wymyślił go pierwszy. Ale to Wilno pierwsze z chłodnika zrobiło imprezę. Stolica Litwy chce uczynić chłodnik znakiem rozpoznawczym całego kraju.

W tym celu w zeszłym roku przypuściło ofensywę na łotewskiego sąsiada, szkalując jego wersję chłodnika (Aukstā zupa). Zaczęło się od mema przekonującego, że chłodnik w Litwie smakuje lepiej.

Łotwa odpowiedziała. "Już czas, by wyjaśnić chłodnikową kontrowersję, Litwo, krok w tył, to gra Łotwy, Litwo, halucynujesz, twoje roszczenia są martwe, burak, kefir, szczypiorek razem, łotewski smak, łotewska duma" – rapowała kilka dni później łotewska artystka w klipie, który stał się viralem. Mówiono o "incydencie dyplomatycznym".

"Dziewczyno, nie znasz nawet przepisu, a twoje rymy pisze ChatGPT, Łotysze, gdzie jest wasza chłodnikowa zjeżdżalnia, gdzie jest wasza chłodnikowa zjeżdżalnia?" – zagrzmiał w odpowiedzi litewski rap.

Rok po incydencie nie wyczuwam jednak resentymentów. Grupa młodych, ubranych na różowo Łotyszy przekonuje, że nie chowają urazy.

Flaga chłodnika, powiewająca nad Wilnem (GoWilnus)

Impreza zawsze większa

Skąd ci ludzie się wzięli? – zastanawiam się, dryfując w różowym tłumie. 

– Czy święto chłodnika ma coś wspólnego z tym, jak obchodzicie wasze święta narodowe? – pytam wysokiego, szczupłego blondyna, który idzie ze swoją dziewczyną w paradzie. Blondyn pracuje w banku, jest ekonomistą. Pytanie bierze bardzo poważnie.

– Czuć jedność dziedzictwa kulturowego. Chłodnik to nasza zupa narodowa – mówi.

 – Nie wyobrażam sobie, żeby Polacy przebrali się tak licznie z okazji święta pieroga – rzucam.

Młody ekonomista zastanawia się chwilę. – Coś takiego mogło się wydarzyć tylko w Wilnie – stwierdza. Mieszka w Kownie i uważa, że tam byłoby trudniej przekonać ludzi do takiej zabawy.

– W Wilnie impreza zawsze jest większa – przytakuje mu Ernie, łysy, krępy 40-latek w różowej koszulce.

"Wy tak często?"

Grażynę, na oko 40-letnią Litwinkę, też zaczepiam w paradzie, która przechodzi ulicami Wilna ku chwale chłodnika. Jest ubrana w różową sukienkę, do której dokleiła jajka, szczypiorki i buraki wycięte z kolorowego filcu.

Wilno. Chłodnikowa parada z lotu ptaka (GoWilnus)

– Całą noc wycinałam, córce też. Dress code to chłodnik, każdy to rozumie po swojemu – tłumaczy.

Wielkie obchody są nowym pomysłem, choć to trzecia edycja festiwalu. – Wcześniej to była taka zabawa, kto prędzej zje chłodnik. Nic wielkiego – mówi Grażyna.

Czegoś takiego jak ta parada nigdy nie widziała.

Ja też nie. Parada jest z pompą. Na czele jedzie wielka misa ze sztucznym chłodnikiem i siedzącą w nim makietą człowieka. Cheerleaderki, orkiestra dęta. Flagi, maskotki w przebraniach kefiru i buraka. W sumie w paradzie idzie 10 tys. osób ubranych na różowo.

Wilno. Cheerleaderki na czele chłodnikowej parady. (GoWilnus)

Chwilę idziemy z Grażyną w milczeniu.

– Wy tak często? – pytam.

Grażyna odpowiada, że owszem, czasem tak. – Atmosfera dzisiaj kojarzy mi się najbardziej z obchodami nocy świętojańskiej – mówi.

Na przesilenie letnie wilnianie palą wielkie ogniska, plotą wianki, ubierają się na biało i do rana bawią na koncertach. Jej zdaniem mieszkańcy stolicy przebierać się lubią. – Wczoraj w sklepie widziałam, że do kasy stoi kolejka. Wszyscy z różowymi ubraniami – mówi.

Symbol

W festiwalu chłodnika wzięło udział 93 tys. osób. Rozwój popularności święta jest błyskawiczny, dwa lata temu na wydarzeniu pojawiło się kilkanaście tysięcy osób.

A w zasadzie: czemu nie? – myślę sobie, gdy dostaję już oczopląsu od tego różu. Może rzeczywiście społeczność wilnian i Litwinów może jednoczyć się wokół chłodnika?

Pytam o to dr Aidę Savicką z Litewskiego Instytutu Badań Kultury.

– Festiwal powinien być traktowany jako prawdziwie udana kampania marketingowa miasta – mówi.

Ale chłodnik?

Wilno. Przekazanie chłodnika (GoWilnus)

–  Chłodnik nie jest przypadkowy. Wszystkie społeczności, szczególnie te niezbyt liczne, stają przed koniecznością przemyślenia i wyraźnego określenia swojej tożsamości, znalezienia wyrazistych symboli, które nie utonęłyby w globalnym szumie informacyjnym.  Dzisiejsze społeczeństwa charakteryzują się raczej nieformalnym stosunkiem do symboli. Chłodnik przywołuje skojarzenia z domem rodzinnym, dzieciństwem i wakacjami, latem. Dlaczego więc zupa, potraktowana z dystansem i autoironią, nie miałaby zyskać statusu symbolu narodowego?

Dwa argumenty

Czy zatem festiwal wypalił, ponieważ chłodnik rzeczywiście łączy Litwinów?

Na inną przyczynę sukcesu festiwalu wskazuje Raminta Levandraityte-Matulevičiene, pracownica Go Vilnius. – Festiwal to jest dobry żart. A my jako naród mamy niezłe poczucie humoru.

Raminta jest opiekunką grupy polskich dziennikarzy zaproszonych na festiwal. W ramach wycieczki przedstawiono nam dwa argumenty świadczące o litewskim ludzie.

Pierwszy argument to cała dzielnica Užupis, po polsku: Zarzecze. Dzielnica? Niezależna republika – mógłby ktoś zaprotestować. I miałby rację.

Užupis długi czas po II wojnie światowej był mordownią pełną pustostanów. Nieopodal Zarzecza znajduje się Akademia Sztuk Pięknych: zapuszczoną dzielnicę coraz częściej odwiedzali artyści szukający inspiracji i taniego noclegu. Z czasem dzielnica zaczęła się cywilizować, gentryfikować, modnieć i kojarzyć raczej z artystami niż z mordercami. W 1997 roku artyści przejęli w niej władzę i ogłosili niepodległość.

Wilno. Znak wyznaczający granicę Republiki Zarzecza. (Bumble Dee / Shutterstock)

Powołali swoje władze, spisali konstytucję i stworzyli jedenastoosobową armię. Było to 1 kwietnia, więc władze miasta uznały całą aferę za dowcip i nie odpowiedziały represjami. Do dziś 1 kwietnia na mostach prowadzących na Zarzecze stają strażnicy, którzy wbijają do paszportów pieczątkę swojej republiki, a w niektórych miejscach za jedno EuroUżas można kupić piwo. 

Zabrano nas też do więzienia Lukiškes – to drugi argument.

Więzienie tradycję ma paskudną. Używali go bolszewicy, naziści i znów komuniści, którzy długo po wojnie mieli w zwyczaju trzymać kilkunastu więźniów w celach przeznaczonych dla kilkukrotnie mniejszej liczby osób. Później z tych samych pomieszczeń korzystała niepodległa Litwa, a w 2019 roku więzienie zamknięto. Obecnie jest tu przestrzeń koncertowa, a w dawnych przestrzeniach więziennych urządzono studia dla artystów.

– Wcale nie myślę o tym, co mogło się tu dziać – uspokaja malarka, którą zagadujemy przy okazji zwiedzania więzienia. – Drut kolczasty za oknem? Zastanawiam się raczej nad rytmem żyletek i fakturą metalu.

Nie do końca wiadomo, jak oba miejsca świadczą o charakterze wilnian czy Litwinów, ale na pewno warto je odwiedzić.

"Mowa trawa" – powiecie. "Pisze tak, bo jadł na ich koszt". Potwierdzam, jadłem. Ale Wilno polecam zupełnie szczerze. Oglądane z okolic starego miasta jest modne, ładne, z pomysłem na siebie. W weekendy wąskie średniowieczne uliczki zapełniają się stolikami i krzesłami, krawężniki ulic przy popularnych barach obsiadają studenci. Wilno jest żywe.

Ale w różowy szał – który naprawdę warto zobaczyć – wpada się tylko raz w roku.

Święto światowe

Część oficjalną festiwalu kończy konkurs na chłodnikowe przebranie. W zeszłym roku zwyciężył Daugvydas Staniūnas, z zawodu animator dla dzieci i posiadacz wielu kostiumów (najważniejsze z nich to Święty Mikołaj i Spiderman, najdziwniejszy jest niebieski potwór). Na festiwalu zwycięstwo przyniosło mu wielkie różowe futro i nakrycie głowy z natką buraka.

W tym roku tłum przez aklamację uhonorował udrapowaną różową suknię.

– Anastazja – przedstawia się jej właścicielka.

Anastazja, zwyciężczyni konkursu na najlepsze chłodnikowe przebranie (GoWilnus)

Jaki charakter miałby chłodnik, gdyby był człowiekiem? Jest zdania, że byłby otwarty, towarzyski i żywiołowy. Ona też taka jest. A w zwycięskim stroju planuje od czasu do czasu pojawiać się na mieście. Jak mówi, chce znormalizować stylizację i szyk.

Tymczasem Daugvydas będzie próbował odzyskać tytuł w przyszłym roku. Dzieli się ze mną swoim marzeniem: festiwal chłodnika będzie się dalej rozwijał. Rozleje się na całą Litwę, później będzie to święto regionalne, europejskie, w końcu – światowe.

A oceany i morza staną się różowe.

Autor podróżował na zaproszenie organizacji Go Vilnius, która pokryła koszty transportu i pobytu.

Zobacz wideo