Podróże
Rejs na Svalbardzie: wyprawa do Arktyki, krainy, gdzie czas płynie inaczej (Fot. Kazimierz Bednarek)
Rejs na Svalbardzie: wyprawa do Arktyki, krainy, gdzie czas płynie inaczej (Fot. Kazimierz Bednarek)

Dlaczego warto? 

O 1.55 zadzwonił budzik, choć właściwie nie musiał. Zza kartek przylepionych do szyby, przysłoniętych szczelnie zasłoną wdzierało się słońce. Ześlizgnęłam się z koi, na piżamę nałożyłam drugą, cieplejszą warstwę i pobiegłam na swoją wachtę, bo staliśmy akurat na kotwicy. Wyszłam na pokład i oniemiałam. 

Nad skałami szybowały białe ptaki, obok rozciągał się jęzor lodowca, a wszystko otaczał bezkres turkusowej wody. Świat wydawał się tak świeży, nienaruszony i czysty, jakby właśnie się rodził. Czułam się, jakbym była pierwszym człowiekiem, który może to oglądać. Ciszę przerywała tylko muzyka Północy – odległy trzask pękającego lodu. 

Dlaczego warto pojechać na Svalbard? Na granicy cywilizacji i natury można poczuć potęgę przyrody, która pokazuje swoją prawdziwą twarz: piękną, surową i nieokiełznaną. Ten widok uzależnia. Uczucie bycia częścią czegoś większego i świadomość, że istnieją jeszcze miejsca na Ziemi nietknięte ludzką stopą i ręką – to wszystko sprawia, że chce się wracać, żeby jeszcze ten jeden raz to zobaczyć. 

Jeśli kiedykolwiek marzyliście o tym, by poczuć się jak odkrywcy, najlepszym sposobem na poznawanie Svalbardu będzie rejs jachtem (Fot. Kazimierz Bednarek)

Jak, kiedy, na ile? 

Jeśli kiedykolwiek marzyliście o tym, by poczuć się jak odkrywcy, najlepszym sposobem na poznawanie Svalbardu będzie rejs jachtem. Tak dotrzeć można do miejsc, do których nie prowadzą żadne drogi lądowe i które widziały dotąd tylko foki, morsy i niedźwiedzie polarne. 

Kiedy się wybrać? My zdecydowaliśmy się na połowę czerwca, gdy słońce właściwie nie zachodzi, ale na wodzie wciąż jest lód. Czasem ma się wrażenie, że czas stanął w miejscu, a dobę można rozciągnąć w nieskończoność. Wstajesz – jasno, kładziesz się spać – jasno. Wrażliwi na światło muszą pamiętać o opasce na oczy. Inaczej jak nasz kolega Szymon będą czekać dwa dni, aż ich bateria zupełnie się wyczerpie. 

embed

Tydzień na wodach Arktyki wystarczy, by doświadczyć niezwykłości Północy. Co ważne, nie trzeba być doświadczonym żeglarzem, żeby wziąć udział w takiej wyprawie. Profesjonalna załoga dba o nawigację i bezpieczeństwo, pozwalając uczestnikom cieszyć się podróżą. Dla tych, którzy są zainteresowani sztuką żeglowania, rejs będzie świetną okazją do nauki. 

Tydzień na wodach Arktyki wystarczy, by doświadczyć niezwykłości Północy. Co ważne, nie trzeba być doświadczonym żeglarzem, żeby wziąć udział w takiej wyprawie (Fot. Kazimierz Bednarek)

Jeśli rejs, to ważne z kim 

Tydzień na małej przestrzeni jachtu z obcymi ludźmi może być albo przepisem na katastrofę, albo początkiem wspaniałych przyjaźni. Na szczęście w naszym przypadku udało się to drugie. Trzech osób z załogi wcześniej nie znałam, ale szybko znaleźliśmy wspólny język. Do dziś używam powiedzonek, które wspólnie stworzyliśmy. 

Podczas rejsu kluczową postacią jest jednak kapitan. To od rozmowy z nim warto zacząć planowanie wyprawy i ustalanie terminu zakupu biletów, bo to on jest jej sercem i mózgiem. Towarzyszy załodze przez cały czas, a jego doświadczenie wpływa nie tylko na bezpieczeństwo, ale także na to, co uda się zobaczyć i przeżyć. 

Kapitan może np. zakotwiczyć jacht na środku zatoki naprzeciwko lodowca, wokół którego unoszą się odłamki lodu, a następnie zaprosić załogę do kajaków, by można było podpłynąć jeszcze bliżej diamentowej ściany. Brzmi jak scena z filmu? Dla nas to była rzeczywistość. 

Wycieczka kajakami pod lodowiec (Fot. Marcin Barut/ Instagram @marcinbarut)

Nasz rejs prowadził kapitan Marcin Barut, który ma bogate doświadczenie także na innych wodach, takich jak Bałtyk, Morze Śródziemne, Morze Północne i Ocean Atlantycki, gdzie wcześniej miałam okazję już z nim pływać. Wiedziałam więc, że jest doświadczonym żeglarzem. Jego znajomość morza i arktycznych warunków podczas tej wyprawy sprawiła, że wszyscy czuliśmy się bezpiecznie i mogliśmy liczyć na miłe niespodzianki, takie jak kajaki i ciekawe opowieści. 

Mimo że ja wciąż ledwie odróżniam dziób od rufy, złapałam bakcyla i planuję kolejne morskie przygody. A choroba morska? – zapytacie. To była moja największa obawa, bo błędnik mam tak czuły, że wariuje nawet podczas jazdy samochodem. Ośmieliły mnie jednak opowieści doświadczonych żeglarzy i wizyta w aptece po leki, które ostatecznie w ogóle nie były potrzebne, więc porzućcie obawy! 

embed

Jak dotrzeć na rejs? Samolotem do Longyearbyen 

Wszystkie loty na archipelag prowadzą przez Oslo-Gardermoen. Większość naszej załogi leciała z Krakowa liniami Norwegian, z kilkugodzinną przesiadką właśnie w Oslo. Warto jednak rozważyć start z Warszawy lub Berlina.  

Gdy już dotrzecie do Longyearbyen, pamiętajcie: nie idźcie pieszo z lotniska do portu! Niby to tylko kilka minut jazdy samochodem, ale to teren, gdzie można się natknąć na niedźwiedzia polarnego, a takie spotkanie rzadko kończy się wspólnym selfie. Z lotniska kursują flybusy i taksówki. Co warte zaznaczenia, dla kilkuosobowej grupy taksówka będzie tańszą opcją niż autobus.  

embed

Zaokrętowanie i krótka instrukcja obsługi jachtu 

Po dotarciu na jacht rozpoczyna się zaokrętowanie. Każdemu przydzielana jest kajuta, a następnie przechodzi się instruktaż. Obsługa jachtu, procedury bezpieczeństwa oraz omówienie planu rejsu są przekazywane przed wypłynięciem na otwarte wody. Podobnie jak rozdzielenie wacht, czyli składów pełniących służbę w określonych godzinach.  

W praktyce oznacza to, że będziemy mieli szansę podziwiać arktyczne niebo o każdej porze dnia i nocy. Wschód słońca o drugiej nad ranem brzmi romantycznie, dopóki nie uświadomimy sobie, że słońce od poprzedniego dnia właściwie nie zaszło i tak do końca nigdzie się nie wybiera. Tradycyjne pojęcie czasu na Svalbardzie traci znaczenie, a natura dyktuje tu własne reguły. Dzięki temu można naprawdę oderwać się od codzienności. 

W drogę, a po drodze zachwyt 

Obezwładniająca przyroda – to pierwsze, co uderza, gdy wypływa się na wody Svalbardu. Skala wszystkiego wokół jest oszałamiająca. Lodowce ciągną się aż po horyzont, fiordy wyglądają jak z podkręconych zdjęć w Photoshopie. A nad tym wszystkim górują ostre, surowe szczyty, jakby wyrysowane ręką giganta na tle nieba. Stoisz na pokładzie z kubkiem kawy w dłoni, kompletnie zapominając o aparacie i w ogóle o całym świecie. 

Fauna Svalbardu to kolejny rozdział. Gdy docieramy na dziką plażę, do której trzeba przepłynąć pontonem, zamiast roznegliżowanych turystów zastajemy tam wylegujące się stada ogromnych morsów. Wyglądają jak wielkie wąsate kiełbaski. Dwa z nich na nasz widok leniwie podniosły głowy. Łypiąc groźnie okiem, wyraźnie nie zapraszały do towarzystwa. Posłały nam niezbyt gościnne spojrzenia, po czym wróciły do swoich szalonych obowiązków. Czyli leżenia. 

Gdy docieramy na dziką plażę, do której trzeba przepłynąć pontonem, zamiast roznegliżowanych turystów zastajemy tam wylegujące się stada ogromnych morsów. Wyglądają jak wielkie wąsate kiełbaski (Fot. Tomasz 'Słoń' Górka)

Renifery są tu jak krowy w Polsce. Można je spotkać wszędzie: na dzikiej plaży, w miasteczku, w górach podczas trekkingu. Skubią każdy dostępny kawałek trawy i mchu. Czasem podchodzą tak blisko, że można policzyć im rzęsy. Pozornie nieśmiałe, wydają się zupełnie niewzruszone obecnością ludzi. Zdaje się, że turyści są co najwyżej ciekawostką w ich codziennej rutynie. 

Na osobną wzmiankę zasługują też ptaki. Na Svalbardzie jest ich tak dużo, że można poczuć się jak w scenie z filmu Hitchcocka. Latają stadami i potrafią być naprawdę zadziorne! Nie wahają się zaatakować z powietrza, jeśli uznają, że podeszło się za blisko ich terytorium.  

To nie pingwiny, one żyją na biegunie południowym. To stado nurzyków polarnych, dużych ptaków wodnych, które można spotkać na Svalbardzie (Fot. Marcin Barut / Instagram @marcinbarut)

Osady 

Ny-Ålesund – najbardziej wysunięta na północ jednostka osadnicza 

Pierwsza osada, do której dopływamy, to Ny-Ålesund – najdalej wysunięte na północ miasteczko świata i moim zdaniem najbardziej urokliwe miejsce na Svalbardzie. Położone na 78°55′ szerokości geograficznej północnej, jest miejscem, gdzie nauka spotyka się z historią polarnych ekspedycji i górnictwa. 

Spacerując po Ny-Ålesund, można spotkać naukowców spieszących do swoich laboratoriów i stacji badawczych. Ten, którego minęliśmy, dzierżył akurat karton mleka do kawy, najwyraźniej niezbędny atrybut prawdziwych badaczy. Osada jest centralnym punktem globalnych badań nad zmianami klimatycznymi oraz tajemnicami arktycznej ekologii. Nowoczesny sprzęt badawczy sąsiaduje tu z budynkami pamiętającymi czasy pierwszych polarnych odkrywców i lokalnych górników. 

Ciekawostką jest maszt, przy którym kiedyś cumował sterowiec "Norge" przed swoim historycznym lotem nad biegunem w 1926 roku. W lokalnym muzeum, do którego wstęp jest darmowy, można zobaczyć, jak żyli i pracowali pionierzy tego surowego kawałka świata. 

Osada słynie także z lokalnego baru, otwieranego jedynie w czwartkowe i sobotnie wieczory. Wchodząc do niego, podobnie jak do miejscowego sklepu z pamiątkami, należy zdjąć buty, więc zadbajcie o przyzwoite skarpety. Okna lokalu są wyklejone czarną folią, obowiązuje zakaz robienia zdjęć. Nic dziwnego – nieliczni mieszkańcy nie chcą być traktowani jak żywe pamiątki. 

Stacja Polarna Uniwersytetu Mikołaja Kopernika  

Brzmi dumnie, prawda? Mamy na Svalbardzie swoją stację polarną, i to nie byle jaką – jest to najdalej na północ wysunięta polska jednostka badawcza. Usytuowano ją w północnej części nadmorskiej równiny Kaffiøyra (Równina Kawowa). Nazwa kojarzy się z ekskluzywną kawiarnią, ale to prawdziwe miejsce, gdzie prowadzi się poważne badania glacjologiczne, hydrologiczne, geomorfologiczne i klimatologiczne. 

Załoga drodze do polskiej stacji polarnej na Svalbardzie (Fot. Marcin Barut / Instagram @marcinbarut)

Trafiliśmy tam w idealnym momencie – akurat gdy doktoranci rozpakowywali się po przybyciu. Przywitał nas szef ekipy, Kamil, wraz z zespołem młodych naukowców. Opowiedział nam o badaniach nad topnieniem lodowców. I właśnie tam usłyszeliśmy najsmutniejszą wiadomość całego wyjazdu: lodowce cofają się o cztery metry rocznie.  

Ale nie wszystko podczas naszego rejsu było tak przygnębiające. Nie zabrakło też opowieści o niespodziewanych odwiedzinach, lepszych niż niejeden thriller! Wyobraźcie sobie: siedzicie sobie w kuchni, popijając kawę, a tu nagle za oknem pojawia się niedźwiedź. Niby kraina spokoju, ale adrenaliny nie brakuje. 

embed

Rosyjskie miasteczko: Barentsburg 

Górnicza osada Barentsburg to ostatni przystanek na naszej trasie przed powrotem do stolicy. Mimo że archipelag jest prowincją norweską, miasteczko administracyjnie i kulturowo pozostaje rosyjskie. Niemal połowę spośród 400 mieszkańców stanowią górnicy zatrudnieni w lokalnej kopalni, dla których stworzone zostały wszystkie niezbędne udogodnienia. Znajdziemy tu rosyjską szkołę, szpital, cerkiew i inne instytucje, które sprawiają, że życie w Barentsburgu toczy się całkiem normalnie. 

Na kei wita nas lis polarny, który sprawia wrażenie oswojonego, zupełnie jakby został zatrudniony jako lokalny przewodnik. I rzeczywiście, zabiera nas na spacer po Barentsburgu, niektórym członkom załogi przypominający podróż w czasie, innym przechadzkę po rosyjskim Hollywood. 

Każda część osady wydaje się jak inny fragment planu filmowego. Nad szarymi drewnianymi budynkami i szybami kopalni górują pastelowe bloki (Fot. Maria Organ)

Każda część osady wydaje się jak inny fragment planu filmowego. Nad szarymi drewnianymi budynkami i szybami kopalni górują pastelowe bloki. Napis na propagandowej tablicy przed nimi "Nasz cel – komunizm", choć jest pomnikiem czasów słusznie minionych, sprawia, że po plecach przebiega mi nieprzyjemny dreszcz. Pomnik Lenina i kolorowe mozaiki na budynkach przypominają o sowieckiej historii. To surrealistyczne połączenie przeszłości z teraźniejszością powoduje, że na każdym kroku czuć tu ducha epoki Związku Radzieckiego.  

Mimo surowego klimatu i trudnych warunków pracy mieszkańcy Barentsburga tworzą gościnną społeczność. Warto zajrzeć do baru Czerwony Niedźwiedź, gdzie można poczuć autentyczny klimat okolicy. W towarzystwie lokalsów warto tu spróbować miejscowych specjałów, jak np. piwo z hibiskusem warzone na Svalbardzie. 

Warto zajrzeć do baru Czerwony Niedźwiedź, gdzie można poczuć autentyczny klimat okolicy (Fot. Maria Organ) , Bar Czerwony Niedźwiedź (Fot. Maria Organ) , Lis - przewodnik (Fot. Maria Organ)

Dla niezmordowanych: trekking w Longyearbyen 

Pełnia lata na Svalbardzie to doskonała pora na trekking po okolicy. Śnieg i lód znikają z niższych partii gór, odsłaniając skały i mchy, tworząc idealne warunki do pieszych wędrówek. Gdy więc wracamy do wyjściowego portu, większość załogi rusza zwiedzać stolicę, a trójka żądna przygód wyrusza jeszcze w góry. 

Celem naszej wyprawy był szczyt Hiorthfjellet, najpopularniejsza góra Svalbardu. Nazwa brzmi trochę jak z "Władcy pierścieni", a sceneria okazała się równie obezwładniająca jak w filmowej krainie Śródziemia. Moim zdaniem nie jest to trasa dla początkujących, raczej dla średniozaawansowanych. Ale widoki? Warte każdego kroku! 

Ze szczytu rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na stolicę, morze i surowe, nieziemskie piękno arktycznego krajobrazu. Na szczycie można poczuć się jak na innej planecie. To moment, kiedy dociera do ciebie, jak mały jest człowiek w obliczu  monumentalnej przyrody.  

Celem naszej wyprawy był szczyt Hiorthfjellet, najpopularniejsza góra Svalbardu (Fot. Marcin Barut / Instagram @marcinbarut) , Na szczycie wpisujemy się do zeszytu, gdzie nazwiska zostawiają wszyscy, którym udało się tu dotrzeć (Fot. Marcin Barut / Instagram @marcinbarut)

Broń – konieczność czy przesada? 

Trekking na Svalbardzie to nie przelewki. Trzeba być dobrze przygotowanym, mieć odpowiedni sprzęt i... tak, broń. Posiadanie broni jest formalnym warunkiem opuszczenia osad ludzkich i udania się na trekking w tundrze. Co więcej, trzeba ją obowiązkowo mieć również przy schodzeniu z jachtu na ląd poza osadami. Ta regulacja może szokować turystów, także mnie, przyzwyczajonych do bardziej konwencjonalnych destynacji, ale na Svalbardzie to kwestia bezpieczeństwa.  

Procedura uzyskania pozwolenia na broń jest stosunkowo prosta, ale wymaga planowania z wyprzedzeniem. Potrzebne jest zaświadczenie o niekaralności, dokument potwierdzający umiejętność posługiwania się bronią oraz złożenie wniosku do gubernatora Svalbardu. Cała procedura trwa około czterech tygodni i wiąże się z opłatą 248 NOK. W naszym przypadku opiekunem broni był Adrian, który zadbał o wszystkie formalności. 

Po dotarciu na Svalbard udał się do wypożyczalni broni Sportscenter. Podstawową bronią wypożyczaną na Svalbardzie jest mauser 98k. Warto wypożyczyć również pistolet sygnałowy, który ma dwojakie zastosowanie: służy do wystrzeliwania nabojów hukowych do odstraszania niedźwiedzi i nabojów świetlnych do wzywania pomocy. W Sportscenter zapłacicie około 300 NOK za dzień wypożyczenia mausera lub 1500 NOK za tydzień.  

Podczas wypożyczania broni pracownik sprawdził umiejętności Adriana w zakresie jej bezpiecznej obsługi i poinformował o warunkach korzystania z niej na Svalbardzie. Najważniejsza zasada: na terenie miasta należy poruszać się z bronią z wyciągniętym zamkiem. Z bronią nie można wchodzić do budynków użyteczności publicznej, takich jak sklepy, restauracje etc. 

Należy pamiętać, że niedźwiedzie polarne są pod ścisłą ochroną, a użycie broni to absolutna ostateczność. Celem nie jest polowanie, lecz zapewnienie bezpieczeństwa w razie niespodziewanego spotkania z niedźwiedziem. To chyba dobry moment, żeby powiedzieć, że nie spotkaliśmy żadnego. Choć marzyliśmy, żeby zobaczyć je z bezpiecznej odległości z pokładu jachtu. 

embed

Co jeść? 

W ramach naszego rejsu mieliśmy zapewnione zaprowiantowanie. Sami przygotowywaliśmy posiłki z obfitych zapasów, uzupełniając jedynie czekoladę i ciastka. Nasza jachtowa kuchnia była świadkiem kulinarnych eksperymentów, z których – o dziwo – większość była udana. Zapewne dzięki Gosi, która pierwszego dnia sprawdziła, co mamy, i zrobiła rozpiskę tygodniowego menu. Największą przyjemnością było chyba jednak picie gorącej czarnej kawy z widokiem na lodowe krajobrazy.

Dla tych, którzy wolą zjeść na lądzie, Longyearbyen oferuje kilka ciekawych opcji gastronomicznych. Warto spróbować świeżych ryb łowionych w lodowatych wodach Arktyki – ich smak jest nieporównywalny z tym, co znamy "z kontynentu", ale trzeba przygotować się na północne ceny. Zupa dnia to około 180 koron norweskich (67 złotych), danie główne z rybą to około 350 koron (130 złotych), burger lub pizza kosztuje około 200 koron (75 złotych). Serwowana jest również dziczyzna, ale nikt z nas nie zdecydował się próbować mięsa reniferów. Te urocze stworzenia, które swobodnie przechadzają się po miasteczku, jakoś nie pasowały nam do roli dania głównego. 

Renifery, które swobodnie przechadzają się po miasteczku, jakoś nie pasowały nam do roli dania głównego (Fot. Marcin Barut / Instagram @marcinbarut)

Ile to kosztuje? 

Rejs po Svalbardzie to nie jest to wycieczka all inclusive do Egiptu, ale ile razy w życiu można powiedzieć, że było się na końcu świata? Cena za rejs waha się od 1300 do 2200 euro, w zależności od trasy. Cena naszego rejsu to 1800 euro od osoby. Loty w naszym przypadku to był wydatek około 3000 zł w obie strony. Do tego dochodzi koszt ubezpieczenia, który zależy od wybranego pakietu (u nas 254 zł za osobę), oraz koszt wypożyczenia broni do podziału na całą załogę (my zapłaciliśmy 100 zł za osobę). 

Co kupić? 

Pamiątki ze Svalbardu często nawiązują do lokalnej fauny i flory. Mydełka o zapachu arktycznych kwiatów mogą budzić sceptycyzm, ale pachną bosko! Największą gratką są jednak tradycyjne wełniane swetry i skarpety. Każdy z nas wziął parę dla siebie i najbliższych. No i koniecznie kilka tabliczek norweskiej czekolady w wersji maxi. 

Co robić po powrocie? 

Próbować nie rozpaczać, ale uprzedzam – łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ja? Zaczęłam oszczędzać na kolejną wyprawę. Kto wie, może następnym razem uda się zobaczyć niedźwiedzia? 

Maria Organ. Dziennikarka, redaktorka, trenerka storytellingu. Zanurzona w świecie milenialsów najczęściej pisze o swoim pokoleniu, psychologii i książkach. Prowadzi warsztaty z pisania historii osobistych i biznesowych, podczas których pomaga zmieniać codzienne doświadczenia w inspirujące opowieści. Kontakt do autorki i zapisy na warsztaty na www.mariaorgan.com.