Podróże
Bielski Plac Chrobrego (fot. Piotr Idem)
Bielski Plac Chrobrego (fot. Piotr Idem)

Kiedy odwiedzam Bielsko-Białą, zawsze przypominam sobie zdanie, które wypowiedziała babcia mojej koleżanki w dniu zwolnienia z Bielkonu: "Bez tych zakładów i fabryk nie wiemy, kim jesteśmy". Chociaż rzecz działa się dość dawno, bo w roku 2006, w tamtej oszczędnej myśli zdenerwowanej kobiety, która właśnie straciła pracę i która kilkanaście lat odpowiadała za wszywanie rękawów do męskich garniturów, wciąż bardzo mocno wybrzmiewa dla mnie historia tego miasta. Przez niemal dwa wieki rozwijało się ono przede wszystkim za sprawą przemysłu włókienniczego. Niezorientowanym warto tę historię skrótowo zarysować, by potem razem z tym przewodnikiem bardziej świadomie spacerowali po Bielsku-Białej.  

Od XIX wieku Bielsko i Biała (połączenie miast nastąpiło dopiero w 1951 roku) były ważnym producentem nie tylko materiałów i odzieży, lecz także maszyn, które pozwalały tę produkcję udoskonalać i przyspieszać. Miasto nazywano "małym Wiedniem", "śląskim Manchesterem" czy "miastem stu przemysłów". Każde z tych określeń w jakiś sposób łączyło się z działającymi tu fabrykami. "Mały Wiedeń" odnosił się do schyłku XIX i początku XX wieku, gdy w znacznym stopniu na bazie fabrykanckich fortun powstało zamożne centrum miasta z robiącymi do dziś ogromne wrażenie kamienicami i willami. "Śląski Manchester" to przydomek międzywojenny, związany z dynamicznym rozwojem regionu, w którym funkcjonowało już ponad sto zakładów, a pracowało tysiące robotników. Peerelowskie "miasto stu przemysłów" zaś określało życie miasta w rytmie zmechanizowanych fabryk, tym razem już nie tylko włókienniczych i maszynowych, lecz także metalowych i samochodowych. Koniec tak widzianego miasta przyszedł razem z transformacją ustrojową, gdy fabryki stopniowo prywatyzowano lub ogłaszano ich upadłość.

Bielkon zamknięto jako jeden z ostatnich zakładów odzieżowych. Nie uratował go ani niemiecki inwestor, ani sentyment do popularnych garniturów szytych "na całe życie". 
Polichromia sufitu w budynku dworca głównego w Bielsku-Białej, zaprojektowanego przez Karola Korna (fot. Piotr Idem) , Elementy dekoracyjne Starej Komunalnej Kasy Oszczędności tzw. Patrii, projektu Karola Korna (fot. Piotr Idem)

Gdy dzisiaj spaceruje się po Bielsku-Białej, trudno oprzeć się wrażeniu, że te fabrykanckie światy powstałe w XIX i XX wieku wciąż prześwitują w tkance miejskiej. Stworzyły pejzaż miasta niejednorodnego, skomplikowanego, opartego nie tylko na nierównych szansach, ale i wielkich marzeniach. Postindustrialne przestrzenie fabryczne wciąż obecne są tu nawet w centrum i przeplatają się z "wiedeńską" wielkomiejską architekturą. Przewodnik ten wziął się więc w dużym stopniu z poczucia, że Bielsko-Białą warto współcześnie zwiedzać, podążając właśnie śladem tych przemysłowych historii. Nawet jeśli odkrywanie ich wymaga zaglądania pod tynki dopiero co odrestaurowanych willi czy przedzierania się przez gruzy opustoszałych fabryk. 

W Starej Fabryce 

Rozsądek podpowiada, by miasto włókiennicze zacząć poznawać w miejscu, które o włókiennictwie opowiada, a więc w Starej Fabryce, oddziale Muzeum Historycznego Bielska-Białej, który utworzono w miejscu dawnej fabryki sukna Büttnera. W muzeum warto obejrzeć wystawę stałą "Od włókiennictwa do małego fiata". To kameralna ekspozycja o historii miasta i włókiennictwa oraz o przekształceniach technik produkcji materiałów i odzieży. Koncept twórców wystawy jest taki, by nie traktować osobno historii przemysłu włókienniczego i maszynowego, bo akurat w przypadku "dwumiasta" (jak nazywano Bielsko i Białą) te dwie gałęzie zawsze były ze sobą mocno związane. Od XIX wieku bielskie fabryki były ważnym eksporterem nie tylko materiałów wełnianych, lecz także maszyn włókienniczych i domowych maszyn do szycia. Miasto i okolice rozwijały się, bo przemysł był urozmaicony. Skupiał zarówno produkcję materiałową, jak i całe jej zaplecze. W muzeum zgromadzono historyczne maszyny, dzięki którym da się odtworzyć proces powstawania tkanin i wytłumaczyć, dlaczego wełna produkowana w Bielsku – zwłaszcza w okresie międzywojennym – była materiałem wysokogatunkowym, drogim, pozostającym poza zasięgiem przeciętnego bielszczanina. Na wystawie zaprezentowano sporo próbników lokalnych materiałów i nawet dzisiaj wzory i jakość tych tkanin robią ogromne wrażenie.  

Mural Mariusza Warasa na budynku Starej Fabryki (fot. Piotr Idem)

Nad rzeką Białą 

Jeśli chce się poczuć ducha zakładów, o których mówi wystawa w Starej Fabryce, dobrze jest wybrać się w rejony rzeki Białej, a konkretnie do centrum handlowego Sfera, które powstało dokładnie w tym miejscu, w którym sto lat wcześniej działało kilka najważniejszych bielskich zakładów włókienniczych i farbiarni. Wprawdzie dzisiaj trudno wyobrazić sobie tu kominy fabryczne i rzędy zakładów Gustawa Molendy czy firmy włóczkowej KA-RI-BI rodziny Riesenfeldów, jednak wchodząc do Sfery od strony ulicy Cechowej, można zauważyć, że sporo fasady, która stanowiła część tych fabrycznych budynków, zostało zachowane i odrestaurowane.  

Galeria handlowa Sfera widziana od strony ul. Cechowej, z zachowaną odrestaurowaną fasadą fabryki Gustawa Molendy (fot. Piotr Idem) , Widok na część rzeki Białej, gdzie kiedyś stały fabryki Molendy, Riesenfeldów, a potem funkcjonował ZPW Finex (fot. Piotr Idem)

Znacznie lepiej wyobrazimy sobie fabryczną atmosferę znad Białej, jeśli przejdziemy się w kierunku miejskiej gazowni i ulicy Grażyńskiego oraz Okrzei, gdzie wciąż działa zakład Lenko i stoi budynek po dawnej fabryce Schwabego. Najszybciej dostaniemy się tam, idąc przez centrum handlowe. Nasz spacer to w istocie przechadzanie się po dawnych halach fabrycznych firmy Finex. To jeden z głównych zakładów Zjednoczenia Przemysłu Wełnianego "Południe", który funkcjonował tu po drugiej wojnie światowej, po upaństwowieniu i rozbudowaniu kompleksu fabryk znad Białej. Starsi mieszkańcy wciąż doskonale go pamiętają. W Fineksie produkowano przede wszystkim wełnę na eksport – zakład znany był między innymi z wysokogatunkowej wełny typu king. Te mięsiste "wełny eksportowe" wysyłano z Bielska zarówno do Paryża, jak i ZSRR i wykorzystywano do szycia drogich garniturów.  

Wróćmy jednak na ulicę Okrzei. Pierwsze, co zwraca tu uwagę, to opuszczony budynek dyrekcji fabryki Lenko. Został on wprawdzie niedawno wpisany do rejestru zabytków i pewnie przejdzie gruntowny remont, na razie jednak wciąż spod odrapanego tynku prześwitują fragmenty jego dawnej świetności – był to jeden z pierwszych modernistycznych budynków administracyjnych w Białej. Gdy stoimy przed zamkniętymi drzwiami do dawnych biur dyrekcji, warto spojrzeć w górę i przyjrzeć się elementom dekoracyjnym nad wejściem. Zwinięta w buchtę lina zdradza, że Lenko zajmowało się produkcją wyrobów jutowych. Historia tego zakładu sięga końca XIX wieku, gdy był on własnością braci Maurycego i Juliusza Deutschów. W latach 30. XX wieku z powodu kryzysu gospodarczego przekształcono go w spółkę akcyjną, a po 1945 roku Lenko pozostawało ważną krajową fabryką produkującą na bazie lnu i konopi.  

Wejście do budynku dawnej dyrekcji fabryki Lenko (fot. Piotr Idem) , Lenko współcześnie, od strony ulicy Gazowniczej (fot. Piotr Idem)

W bliskim sąsiedztwie zakładu Lenko, na ulicy Grażyńskiego, wciąż stoją budynki po słynnej fabryce rodziny Schwabe. Znakomita większość historycznych opracowań chce, byśmy pamiętali ją z produkcji mechanicznych krosien i elektromotorów dla włókiennictwa, trzeba jednak przypomnieć, że od 1934 roku do wybuchu drugiej wojny światowej wychodziły z niej też znane w Polsce i na świecie domowe maszyny do szycia Tatra. Były dużo tańsze od popularnych singerów i nadawały się także do cerowania i haftowania (dzięki wysokiej przestrzeni między stopką a ząbkami i stołem). Bracia Schwabe zdążyli odebrać za projekt tej maszyny kilka krajowych i międzynarodowych nagród. Tatra miała swoje przedstawicielstwa na świecie i w Polsce, reklamowana była podobnie jak maszyna Singer za pomocą teatralnych pokazów i zorganizowanej spłaty ratalnej.

Budynki dawnej fabryki Schwabe na ul. Grażyńskiego (fot. Piotr Idem)

Wspomnienie o maszynie Tatra jest ważne zwłaszcza w kontekście historii kobiet mieszkających w tym regionie, bo ułatwiała im stopniowe uniezależnianie się od rodziców czy męża albo dorabianie do niewielkiej pensji. W fabryce rodziny Schwabe stosowano zresztą dość osobliwą politykę pracowniczą – w zamian za niewybieranie dni wolnych można było uzyskać korzystny kredyt na zakup maszyny do szycia.

Popularność tatry i sprzedaż mechanicznych krosien sprawiła, że Schwabe byli w pierwszej połowie XX wieku jednymi z najbogatszych bielszczan. Wizytówką tego bogactwa była luksusowa kamienica wybudowana dla nich przez firmę Karola Korna przy ulicy 3 Maja, na którą z Białej się teraz przenosimy.

Szlakiem Korna  

Fascynujące jest poznawanie Bielska-Białej szlakiem projektów architektonicznych Korna. Ja ograniczę się do miejsc, które powiązane są również z włókiennictwem, powstały na zlecenie fabrykantów lub w wyniku ich działalności, pozwalającej również innym mieszkańcom zgromadzić fortunę. Zacznijmy od ulicy 3 Maja (dawnej alei Franciszka Józefa), przy której stoi rzeczona już kamienica Schwabego. Firma Karola Korna zaprojektowała większość budynków mieszkalnych w tej okolicy, ubrała je w neorenesansowe kostiumy, a przez to na lata nadała ulicy luksusowy charakter. Ten splendor zaczyna się już na nowym dworcu kolejowym (też projektu Korna), na którym nie da się oderwać wzroku chociażby od polichromii na suficie, a kończy na placu Chrobrego, przy którym stoi zamek Sułkowskich. Życie ulicy dobrze jest obserwować z budynku Galerii BWA, przez wysokie okna klubokawiarni Aquarium. Stąd można nabrać odpowiedniego dystansu do wystawnej architektury "wiedeńskiej" i przygotować się na dalszy spacer, w kierunku ulicy Mickiewicza. Tam pod numerem 24 stoi chyba najbardziej znana bielszczanom willa zaprojektowana przez Korna – dla Teodora Sixta.  

Chociaż jest to miejsce kultowe, o jego pierwszym właścicielu wiadomo niewiele. Podobno miał dochodową farbiarnię i zarabiał dzięki temu, że udanie wykorzystywał uchwałę zakazującą osiedlania się robotników fabrycznych w mieście. Byli oni prawnie zmuszeni do korzystania z kwater lub tzw. szlofów poza miastem, co pozwalało zarabiać fabrykantom takim jak Sixt. Współcześnie do willi można bez problemu wejść, ponieważ znajduje się w niej oddział Galerii BWA. Ta willa jest wyjątkowa także dlatego, że budowana była w tym samym czasie (1882–1883) co sąsiadujący z nią prywatny dom Korna (dzisiaj szkoła Jonatan). Do tego drugiego warto zerknąć chociażby na chwilę przez uchylone drzwi – w sieni można zobaczyć niesamowite, odrestaurowane niedawno ściany z malowidłami utrzymanymi w stylu pompejańskim.  

Willa Teodora Sixta projektu Karola Korna od strony ulicy Mickiewicza (fot. Piotr Idem) , Klubokawiarnia 'Aquarium' w budynku Galerii BWA (fot. Piotr Idem) , Wejście główne do budynku Bielskiej Szkoły Przemysłowej (fot. Piotr Idem)

Kolejne miejsce nieodłącznie związane z bielskim włókiennictwem, w którym palce maczała firma Korna (tym razem wespół z Andrzejem Walczokiem i Ernstem Lindnerem), i pośrednio związane też z Sixtem (budynek stoi na ulicy jego imienia), to Bielska Szkoła Przemysłowa. Do tej szkoły sto lat temu zjeżdżali uczniowie z całego kraju chcący kształcić się w zakresie obsługi maszyn włókienniczych, tkactwa czy farbiarstwa. Uchodziła ona za jedną z najlepszych w II Rzeczypospolitej. Oprócz tradycyjnego nauczania prowadziła kursy krawieckie i wykończeniowe, które pozwalały znaleźć zatrudnienie w świetnie funkcjonującym w Bielsku przemyśle konfekcyjnym.  

Krótki szlak Korna zakończyć można u zbiegu ulic Słowackiego i Chopina (minutę pieszo od Bielskiej Szkoły Przemysłowej). Stoi tam kamienica jego projektu, na parterze której działa obecnie jeden z ciekawszych w Bielsku-Białej konceptów kawiarnianych – Kawiarnia Anna i Marcin Kozak.  

Na Sobieskiego, gdzie mieszkał tkacz i kolekcjoner motyli 

Nie wyobrażam sobie, by w poszukiwaniu bielskich historii włókienniczych nie zajrzeć na ulicę Sobieskiego, gdzie znajduje się tzw. Dom Tkacza. Możemy tam pójść nawet spod Szkoły Przemysłowej (nie zajmie to więcej niż 15 minut). Miejsce to działa jako oddział Muzeum Historycznego, jest przykładem typowej zabudowy dawnego Bielska i przedstawia wierną rekonstrukcję warsztatu tkackiego z połowy XVIII wieku połączonego ze skromnym tkackim mieszkaniem. Gdy przechodziłam niedawno tą ulicą, zwróciłam też uwagę, że odnowiono na niej nareszcie dom mistrza kominiarskiego Edwarda Schnacka. Dawno temu (w drugiej połowie XIX wieku i na początku XX stulecia) było to niesamowite miejsce, ponieważ Schnack zorganizował w swoim ogrodzie alpinarium (ogród alpejski). Ten niewielki domek przy Sobieskiego skrywa zresztą biografię człowieka, który był jednocześnie mistrzem kominiarstwa, botanikiem, muzealnikiem i zapalonym kolekcjonerem motyli. Poza tym przez wiele lat pracował jako kustosz tutejszego Muzeum Miejskiego, do którego pozyskiwał zbiory. Wiele więc z tego, co oglądać dzisiaj można choćby w zamku Sułkowskich, znalazło się tam właśnie dzięki pracy Schnacka. 

Ulica Sobieskiego, Dom Tkacza (fot. Piotr Idem) , Ulica Sobieskiego, dawny dom Edwarda Schnacka (fot. Piotr Idem)
embed

Przyszliśmy jednak na Partyzantów nie po to, by zastanawiać się nad sportami zimowymi, ale żeby przyjrzeć się fabryce Adolfa Mänhardta (numer 22), a potem pojechać do Cygańskiego Lasu, by obejrzeć jego podmiejską willę i powoli wycieczkę po Bielsku zakończyć. 

Park Włókniarzy, widok od strony Placu Adama Mickiewicza (fot. Piotr Idem)

Weekendowi fabrykanci 

To, co zachowało się w Bielsku-Białej z dorobku Adolfa Mänhardta (największego producenta obić zgrzebnych i skórzanych dodatków dla przemysłu tekstylnego w całej Austrii), robi wrażenie i dziś. Zabudowania te obrazują dyktowany przez bielskich fabrykantów system, według którego rozbudowywało się miasto w XIX i na początku XX wieku. Tacy bogacze jak Mänhardt posiadali najczęściej pałacyk lub kamienicę w centrum Bielska, w ich pobliżu zakład produkcyjny bądź fabrykę, potem budowali też podmiejskie wille, do których wyjeżdżali na weekend albo przenosili się na lato. Najwięcej powstawało ich w Cygańskim Lesie, w południowej części miasta, którą od drugiej połowy XIX stulecia sukcesywnie przekształcano w park wzorowany na Lesie Wiedeńskim. Willę dla Mänhardta postawiono tu w 1890 roku. Zgodnie z jego życzeniem miała być utrzymana w stylu cottage, właściwym dla ówczesnych austro-węgierskich uzdrowisk. Dziś jego dom (choć nie należy już do rodziny Mänhardtów) jest zdecydowanie najlepiej odrestaurowaną willą w Cygańskim Lesie. Mieści się w nim Villa Laskowa, do której przyjeżdża się na konferencje, bankiety i degustację win.

Budynek dawnej fabryki Adolfa Mänhardta na ul. Partyzantów (fot. Piotr Idem) , Willa podmiejska Adolfa Mänhardta w Cygańskim Lesie na ul. Laskowej (fot. Piotr Idem)

Współcześnie zresztą do Cygańskiego Lasu bielszczanie (i turyści) wciąż zjeżdżają, żeby odpocząć, pobiegać albo pograć w tenisa. Tutejsze korty pamiętają jeszcze czasy, gdy niesieni modą na podmiejskie rezydencje swoje wille postawili tu Jankowscy (właściciele fabryki sukna), Riesenfeldowie (fabrykanci włóczkowi) i Strzygowscy (właściciele fabryki HePis). Rodziny te rozgrywały tu rodowe turnieje, a do podawania piłek zatrudniały dzieci ubogich sąsiadów lub służących.  

Zwiedzanie alternatywne  

Jest jeszcze jeden szlak zwiedzania Bielska-Białej, który warto przejść, aby poznać historię tutejszego włókiennictwa i przemysłu. To ścieżka bielskich murali, z których wiele – czasami bezpośrednio, czasami tylko symbolicznie – odnosi się do tekstylnego dziedzictwa "dwumiasta". Koniecznie trzeba zobaczyć mural Mariusza Warasa prezentowany na budynku Starej Fabryki, od strony placu Żwirki i Wigury. Pokazuje on maszyny wykorzystywane w tutejszym przemyśle włókienniczym. Zawsze, gdy zatrzymuję się przy tej pracy Warasa, wyobrażam sobie, jak w przeszłości w tym miejscu, w ówczesnej fabryce Büttnerów, bez wytchnienia przerabiały zwoje materiału czy sukna.  

Inny tematyczny mural, zatytułowany "DwoISTNOŚĆ", zrealizowany został przez grupę Projekt Etnograff (Katarzyna "Katka" Dyga-Szymonowicz i Maciej "Kamer" Szymonowicz). Znajduje się przy ulicy 11 Listopada, słynnej dawnej Jagiellońskiej. Mural przedstawia pasterza niosącego na rękach nowo narodzoną owieczkę i wiejską kobietę z naręczem kwiatów i zbóż. Choć bezpośrednią inspiracją dla artystów nie byli owczarze bielscy czy podbeskidzcy, trudno w tej pracy nie doszukiwać się przypisów do historii regionu, produkcji wełny, hodowli zwierząt. To przewrotny zabieg, by mural z pasterzami umieścić w historycznie najbardziej luksusowej, kupieckiej części miasta, w której swoje modne sklepy prowadził wiek temu choćby Jan Prochaska. Projekt zrealizowany przez grupę Etnograff, jeśli przyjrzeć się dokładnie jego genezie, pozwala zaistnieć dawnym włókienniczym historiom także jako współczesny komentarz. Pierwotnie (od 2014 roku) na ścianie budynku przy 11 Listopada znajdował się samotny pasterz. Postać kobiecą domalowano w 2022 roku z okazji Dni Bielska-Białej jako symbol uzupełniających się ról społecznych i więzów międzyludzkich. Ten zabieg można odczytywać także jako potrzebę przywracania pamięci o bielskich pracownicach przemysłu włókienniczego, zwłaszcza robotnicach, które dojeżdżały do pracy w fabrykach z okolicznych podgórskich wsi.  

Mural 'DwoISTNOŚĆ' Projektu Etnograff na ul. 11 Listopada (fot. Piotr Idem) , Mural 'DwoISTNOŚĆ' Projektu Etnograff na ul. 11 Listopada (fot. Piotr Idem)

Zachęcam, aby te dwa murale zostawić sobie na koniec zwiedzania. Pokazują one historię miasta widzianą oczami najniższych, często zapomnianych warstw społecznych: dostawców surowców, robotnic i robotników fabryk. Gdyby się na te murale zapatrzeć, można dostrzec, że wciąż nie jest za późno, by o bielskim włókiennictwie opowiadać także z ich perspektywy. Na tych ścianach maszyny przecież wciąż pracują, a pasterze wypasają swoje owce, z których potem nożycami zdejmą wełnę i dostarczą ją do miasta. 

embed

Magdalena Idem. Reporterka i redaktorka, autorka książki "Manekin w peniuarze. Moda w II RP" (Wydawnictwo Czarne 2022), doktorantka w Instytucie Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Jej teksty ukazywały się m.in. w "Critical Studies in Fashion & Beauty", "Dużym Formacie", "Wysokich Obcasach Extra", "Non/fiction" i "Dwutygodniku". Regularnie o modzie pisze na swoim Instagramie.