Bez filtra
Czy dziewczyny zdają sobie sprawę z tego, że świat wirtualny może różnić się od realnego? (fot. Materiały Promocyjne Partnera Weekendu)
Czy dziewczyny zdają sobie sprawę z tego, że świat wirtualny może różnić się od realnego? (fot. Materiały Promocyjne Partnera Weekendu)

Jakiś czas temu na jednej z zamkniętych grup na Facebooku pojawił się post młodej dziewczyny. To prywatna grupa poświęcona tematowi pielęgnacji skóry twarzy i kosmetykom do niej przeznaczonym. Post ilustrowały dwa zdjęcia – zbliżenia na skórę twarzy. Autorka żaliła się, jak bardzo jest niezadowolona z wyglądu swojej skóry, bo ma sebum na nosie, pryszcze na czole, rozszerzone pory, ale równocześnie suchą skórę i pierwsze zmarszczki. W poście prosiła także o radę, do kogo ma się zwrócić po pomoc, jakiego eksperta z jej okolic członkowie grupy polecają. Ot, jedno z wielu pytań, jakie każdego dnia trafiają na profil tej konkretnej społeczności.

W tym wypadku jednak słowa i obrazy stały w sprzeczności. Co nie przeszło niezauważone.

W jednym z komentarzy pod wpisem pojawiła się opinia, że post dziewczyny jest podręcznikowym przypadkiem przedawkowania filtrów i programów graficznych w mediach społecznościowych, bo tak wygląda normalna skóra, która ma fakturę, pory, jest żywym organizmem, a nie sylikonową powłoką na plastikowej lalce. Wiele osób pisało, że dużo by dało za tak "nieidealną" cerę.

Kto jednak równa do algorytmów sztucznej inteligencji, ten jest na z góry przegranej pozycji. A im wcześniej to sobie uświadomimy, tym szybciej zaakceptujemy rzeczywistość.

Nastolatki są często niezadowolone z wyglądu swojej skóry (fot. shutterstock.com)

Ideał poza zasięgiem

Ania ma 13 lat i po wakacjach zaczyna naukę w ósmej klasie publicznej szkoły podstawowej. Jak mówi, ona i jej koleżanki, nagrywając stories na Instagram i komunikując się za pośrednictwem wideopołączeń, bardzo chętnie używają filtrów. – Nie mam dzięki temu krost na czole, przebarwień po tych gojących się zmianach. Ja lubię także filtry, które podkręcają kolor włosów i dodają piegi – bardzo chciałabym mieć kolorowe włosy, ale w szkole nie można farbować, a piegów naturalnych nie mam – opowiada dziewczyna. – Dzięki filtrom mogę mieć różowe włosy, loczki, kolczyk w nosie.

Jej zdaniem filtry sprawiają, że jest ładniejsza, bardziej się sobie podoba i może wyglądać tak, jak chce. Ania ma konto otwarte, obserwują ją różni ludzie, większości z nich w ogóle nie zna, ale i tak przejmuje się ich opinią. – Kiedy wrzucam zdjęcie po przeróbkach, jest mniejsze ryzyko, że ktoś je niefajnie skomentuje, a hejterów jest naprawdę wielu – mówi.

Koleżanka Ani, Antonina, przerabia każde swoje zdjęcie. Wrzucenie filmiku bez filtra nie wchodzi w rachubę. – Moja mama i starsza siostra nie wychodzą z domu bez makijażu, ja nie wchodzę do sieci bez filtra – tłumaczy. I dodaje, że tak właśnie traktuje filtry – jako formę upiększenia się w świecie, w którym wszyscy są ładni.

Czy dziewczyny zdają sobie sprawę z tego, że świat wirtualny może różnić się od realnego? Czy nie wydaje im się podejrzane, że instagramerki są do siebie zaskakująco podobne: mają wąskie nosy, migdałowe oczy, duże usta, długie rzęsy, idealną skórę o lekko opalonej, błyszczącej poświacie?

Ania mówi, że czasami, jak "zatnie" się relacja jakiejś obserwowanej przez nią influencerki na Insta albo są problemy z połączeniem, to widać, że na twarz nałożony jest filtr. Daje jej to do myślenia, ale jak duża jest rozbieżność między obydwoma obrazami, tego dziewczyna nie wie.

Ania i Antosia nie robią niczego, co nie byłoby wpisane w dzisiejsze dorastanie. Jak wynika z raportu Dove "Piękno bez filtra", 91 proc. dziewczyn przyznaje, że sięgnęła po jakiegoś typu modyfikację wyglądu lub dedykowane filtry/nakładki, aby otrzymać idealne selfie/zdjęcie do opublikowania w mediach społecznościowych. Niektórym z nich edycja zajmuje nawet pół godziny – w grupie przed 13. urodzinami - a 29 proc. zawsze coś zmienia. 36 proc. dziewczynek twierdzi, że filtry stały się istotną częścią ich życia.

Dostając dużo lajków, czujemy się docenieni, dostajemy zastrzyk hormonu szczęścia, a to jest uzależniające. (fot. shutterstock.com)

To nie tylko niewinna zabawa

Jak wyglądało życie obrazkowe w social mediach przed nastaniem filtrów? Artur Roguski, psycholog o specjalizacji media i reklama, autor bloga Why So Social, mówi, że przed filtrami więcej czasu poświęcano na przygotowanie się do zrobienia selfie. – Odpowiedni makijaż, fryzura, stylizacja, scenografia, dobre światło, kadr – to wszystko wymagało czasu i energii. Teraz jest pod względem techniki łatwiej. Telefony komórkowe – wcale nie najwyższej klasy – mają moduły sztucznej inteligencji przerabiające automatycznie autoportrety. Nie trzeba już umiejętności i wiedzy, wystarczy odrobina kreatywności – tłumaczy ekspert.

Roguski dodaje, że wypaczamy rzeczywistość. Z badań wynika, że około 50 proc. Brytyjczyków robi zdjęcia i je przerabia po to, żeby wywołać zazdrość u znajomych i obserwujących – mówi psycholog. – Dostając dużo lajków, czujemy się docenieni, dostajemy zastrzyk hormonu szczęścia, a to jest uzależniające. Szukamy sposobów, żeby dostawać więcej lajków, a jednym z nich jest stosowanie filtrów. Część użytkowników korzysta z filtrów dla zabawy, żeby się pośmiać, zobaczyć siebie w zabawnym wydaniu, a część, żeby się upiększyć.

Czy jest nadzieja, że filtry przestaną być takie popularne?

Im dłużej siedzimy w mediach społecznościowych, tym więcej treści przejrzymy. – A im więcej przejrzymy, tym większa będzie liczba reklam, które zobaczymy, a co za tym idzie – większy zysk właścicieli danej platformy – odziera ze złudzeń Roguski. – To dlatego ciągle pojawiają się nowe funkcjonalności, które mają zatrzymać użytkowników. Teraz są to filtry, ale za kilka lat moda na nie być może minie, trzeba będzie wymyślić coś nowego.

Zdaniem Roguskiego trend odchodzenia od filtrów już widać.

Część użytkowników powraca do naturalności, odcina się od przetwarzania zdjęć, a osoby stosujące filtry postrzega jako zdesperowane. Młodzi ludzie przechodzą na inne platformy, które mają odmienną dynamikę i wrzuca się na nie na przykład filmiki z tańcem. Zmienia się także ustawodawstwo. W Norwegii zdjęcia poddane retuszowi muszą być odpowiednio oznaczone. W Wielkiej Brytanii aktywne są instytucje nadzorujące media, które czuwają i interweniują, kiedy jakieś działania na rynku reklamy czy mediów społecznościowych mają wpływ na samopoczucie konsumentów

– wyjaśnia ekspert.

Porównanie na niekorzyść

Filtry to zabawa, pretekst do zatrzymania użytkownika na platformie, środek do upiększania rzeczywistości, ale także przyczyna gorszego samopoczucia. Ania często zastanawia się, jakich kosmetyków używają obserwowane przez nią instagramerki, że mają taką piękną skórę. – Chciałabym wiedzieć, co stosują, żebym i ja mogła je mieć w swojej łazience. Albo co robią, że mają takie lśniące i gęste włosy, kiedy moje to trudne do opanowania sztywne druty. To zresztą temat, o którym często rozmawiam z koleżankami, bo wszystkie wszystko porównujemy – mówi.

A te porównania przynoszą więcej szkód niż pożytku. Z badań Dove wynika, że 68 proc. nastolatków nie chciałoby być osądzanymi na podstawie wyglądu, podobny odsetek chciałby się mniej martwić tym, jak wygląda, a 61 proc. młodych wolałoby, żeby świat bardziej skupiał się na tym, kim są, a nie na tym, jak wyglądają. Wygląd, wygląd, wygląd – ile razy to słowo już padło? Wiele, ale w kulturze obrazkowej, w której żyjemy, wygląd jest pierwszym kryterium oceny.

Współczesne pokolenia wychowują się w mediach społecznościowych, to ich naturalne środowisko, codzienność i rzeczywistość. Ich rodzice oglądali MTV, mieli kolorowe gazety i życie towarzyskie na podwórku. Kiedyś nastolatki marzyły o karierze modelek, aktorek i piosenkarek. Dzisiaj, jak wynika z raportu "Aspiracje dziewczynek w Polsce" fundacji Inspiring Girls Polska, dziewczynki marzą o tym, aby w przyszłości zostać youtuberkami, instagramerkami, tiktokerkami. Takie aspiracje ma prawie połowa badanych (48 proc.) dziewczynek w Polsce w wieku 10–15 lat.

Jak piszą autorki raportu, media społecznościowe silnie oddziałują na dziewczynki – kreują lukrowaną wizję przyszłości, w którą łatwo jest uwierzyć. „Kiedyś dziewczynki chciały zostać aktorkami albo piosenkarkami, łaknąc sławy i kolorowego życia. Zarówno w przeszłości, jak i teraz brak młodym Polkom wiedzy, jak ciężko trzeba pracować w tych i innych profesjach, by osiągnąć sukces, jakie porażki się ponosi oraz że tylko nielicznym udaje się zrobić karierę gwarantującą sławę i dobre pieniądze" – można przeczytać w analizie Elizy Durki, Agnieszki Kwaśniewskiej i Idy Skrzeszewskiej.

Jak obserwować, ale nie równać?

Ania obserwuje wiele osób na Instagramie. Pod względem urody podobają jej się Scarlett Johansson, Brie Larson, Elizabeth Olsen – aktorki raczej naturalne i niewpisujące się w instagramowe kanony urody, które – przypomnijmy – tworzą małe noski, duże oczy, bujne loki.

Ania działa w Młodzieżowym Strajku Klimatycznym, brała udział w warszawskiej Paradzie Równości, bliskie są jej postulaty aktywistów LGBTQ+. Antosia z kolei za przykładem kuzynki ze Stanów Zjednoczonych obserwuje wiele profili kobiet, które propagują ciałopozytywność. Co nie zmienia faktu, że "chciałaby być chudsza, mieć większe usta, bardziej gęste włosy, bardziej wyraziste brwi". W rozmowie podkreśla, że bardzo pomagają jej posty odczarowujące świat Insta. – Kiedy jakaś kobieta wrzuca zdjęcie płaskiego brzucha, a obok brzucha z fałdkami i pisze, że to kwestia pozycji i kąta, z którego została sfotografowana. Albo zdjęcia brzucha rano i wieczorem, kiedy "wywali" jej go po zjedzeniu arbuza. Czy kiedy gwiazda, która wrzuca zdjęcie bez makijażu i bez filtrów, pokazuje, że wcale nie ma takiej pięknej cery. Wtedy widzę, że mam tak samo, że nie jestem nienormalna, mniej ładna, że one są takie jak ja. Szkoda, że tak mało jest szczerości w mediach społecznościowych – rzuca Antosia.

Nastolatka dodaje, że najwięcej radości ma z filtrów, które pozwalają jej sprawdzić konkretny efekt – jak będzie wyglądała za 40 lat, jako mężczyzna, po zamianie twarzy z koleżanką. – Wtedy to jest sama zabawa, dużo śmiechu i radości – mówi.

Co mają robić rodzice? Rozmawiać, tłumaczyć, wyjaśniać, dawać przykład (fot. shutterstock.com)

Na pomoc prawdzie

Co ważne, z raportu Dove wynika, że 56 proc. dorosłych kobiet chciałoby wiedzieć, jak budować poczucie własnej wartości w okresie, gdy same były młodsze. Rodzice mają więc lekcję do odrobienia. Jest bowiem szansa, że uda się im wzmocnić nastoletnie córki.

Z badania fundacji Inspiring Girls wynika, że dla polskich dziewczynek największym autorytetem jest mama (61 proc.) i/lub tata (31 proc.). Influencerzy mają o wiele mniejszą siłę perswazji – jako wzór do naśladowania wskazało ich 11 proc. badanych dziewczynek.

Świetnie, ale co mają robić rodzice? Rozmawiać, tłumaczyć, wyjaśniać, dawać przykład. – Sygnalizujmy dzieciom, że jeśli zdjęcia lub osoby, zamiast nas motywować, sprawiać nam przyjemność, zasmucają nas, pogarszają nasz nastrój, wpędzają w kompleksy, to powinniśmy przestać taką osobę obserwować – mówi Roguski. I radzi, żeby rozmawiać na temat zdjęć w mediach społecznościowych, wskazywać mechanizmy postów sponsorowanych, za które influencerzy dostają pieniądze, filtrów. Pokazujmy także nasze odmienne od lansowanych wzorców ciała i urodę i z szacunkiem o nich mówmy.

Warto również tłumaczyć, że instagramerem nie zostaje się z dnia na dzień. Jak mówi Roguski: – Przed zasięgami najpierw idą umiejętności, a dopiero za nimi przychodzą obserwatorzy. Instagramerki także mają gorsze dni, problemy, ich uroda odstaje od ideału. Tylko one tego nie pokazują albo pokazują umiejętnie przy użyciu dobrych filtrów.