Native Story
Wolontariuszem można być także w ramach działu w firmie. (Anna Kopytko)
Wolontariuszem można być także w ramach działu w firmie. (Anna Kopytko)

Lekcja. Odsłona 1.

Siedzę na ławce przed Szkołą Podstawową nr 53 na warszawskich Bielanach i zastanawiam się, czy ktoś przyjdzie. Powietrze pachnie mokrą ziemią, pąki na gałązkach drzew za chwilę eksplodują zielenią. Ktoś naprawia szkolny dach, z nieba spływają iskry ze spawarki i siarczyste przekleństwa. Jest 9.45, za kwadrans w "53" zaczyna się darmowa lekcja języka polskiego dla Ukraińców, którą poprowadzi Renata Niezabitowska-Gerard.

Wysyłam Renacie SMS, że już jestem. Odpisuje: "Idziemy :)". Po chwili słyszę za plecami: – Dobry dień, na lekcję polskiego? – To Swietłana ze Lwowa ściska za rękę zachmurzonego chłopca z długą grzywką. A jednak ktoś przyszedł. – Tak, ale ja z Polski... – Nim wyjaśnię Swietłanie łamanym rosyjskim, że jestem dziennikarką i nie przyszłam się uczyć, tylko poprzyglądać się zajęciom, zjawia się Renata i ratuje mnie z opresji. Ma długie włosy spięte w kucyk, sportowe niebieskie buty i uśmiecha się niczym Julia Roberts.

Jest 23 kwietnia, Wielka Sobota. Prawosławni i grekokatolicy obchodzą ją tydzień później niż Polacy. To dlatego bałyśmy się z Renatą o frekwencję.

Tablica z pracami dzieci. (Paulina Dudek) , Pomoce naukowe. (Paulina Dudek) , Renata Niezabitowska-Gerard w czasie zajęć. (Paulina Dudek)
Kilka osób uprzedziło, że tego dnia rano wybierze się do cerkwi ze święconką i na zajęcia nie dotrze. Ale Renata uznała, że nawet gdyby przyszła tylko jedna osoba czy dwie, to i tak warto zorganizować dla nich lekcję.

Wyraźnie zabrakło mi wiary, bo równo o 10.00 w klasie oprócz Renaty i mnie jest już 13 studentów: 11 Ukrainek – od 13-latki, przez starszą panią, już prababcię, w cienkich okularach i niebieskiej, ręcznie robionej czapeczce, po dwóch chłopców poniżej 16. roku życia, którzy mogli opuścić ogarnięty wojną kraj. – Dzień dobry, co słychać? – zagaja Renata i uśmiecha się promiennie. "Dobrze! Świetnie! Bardzo dobrze!". – Cieszę się, że przyszliście, zaczynacie dziś święta, prawda? – dopytuje, a Ukrainki podchwytują temat. Renata pyta panie po polsku, czy też święcą pokarmy i co dokładnie wkładają do koszyczków, a one wyliczają po swojemu: kołbasę, chlib, syr.

Nawet nie zauważyliśmy, że lekcja już się zaczęła. Kilka osób, w tym Swietłana, przyszło po raz pierwszy, więc Renata powoli i wyraźnie się przedstawia: "Jestem Renata. A pani jak ma na imię?". "Sofi. Irina. Swietłana. Misza. Dima" – padają kolejne imiona. Do klasy wbiega lekko spóźniona Tatiana i zajmuje wolną pierwszą ławkę. – Dawno cię nie było – Renata wita ją wesoło. – Bo pracowałam! – cieszy się Tatiana. Dostała pracę w szkole.

Lekcja polskiego dla młodzieży i dorosłych z Ukrainy. (Archiwum prywatne) , Napis witający dzieci i dorosłych z Ukrainy. (Paulina Dudek)
Siedzę na końcu sali i gdy przychodzi moja kolej, też się przedstawiam: 'Paulina'. Od razu słychać, że nie przyjechałam ani z Kijowa, ani z Charkowa czy Połtawy, ale nikt nie daje mi odczuć, że jestem niepasującym elementem. Tu każdy jest z trochę innej bajki.

Renata: "Język jest barierą, ale ja ich rozumiem"

Na pomysł uczenia Ukraińców języka polskiego Renata Niezabitowska-Gerard wpadła kilka dni po wybuchu wojny. – Zaczęło się od tego, że zapisałam się do różnych grup pomocowych i jeździłam na warszawskie dworce. A tam chaos, dzieci płaczą, ludzie zmęczeni, nie wiedzą, co dalej. Jakiś starszy pan Ukrainiec kompletnie nie umiał się w tym odnaleźć, nikt go nie rozumiał. To chwyciło mnie za serce. Choć polski i ukraiński są podobne, język jest barierą dla obu stron. A gdy ktoś nie umie się wysłowić, od razu traktujemy go jak mniej mądrego, może gorszego. Nie znając języka, wszyscy czujemy się tak samo niepewnie. Ja ich rozumiem – mówi.

Renata zauważyła, że ludzie pytają na Facebooku o lekcje polskiego, zarówno Ukraińcy, jak i goszczący ich w domach Polacy. Zadzwoniła do koleżanki i powiedziała, że mogłaby poprowadzić takie zajęcia. – Pomyślałam, że jeśli szybko komuś o tym powiem, to już się nie wycofam. Bo wiadomo, jak to jest, najpierw duży zapał, a z realizacją różnie bywa – przyznaje szczerze.

Potem, jak twierdzi, szło jej jak z płatka: znajomi z osiedla zapytali w szkole o wolną salę, a w szkole z miejsca się zgodzili na jej udostępnienie. Wspólnie wydrukowali plakaty i rozwiesili je na osiedlu. Renata przyznaje, że miała duże wątpliwości. – Czy w ogóle ktoś przyjdzie, bo przecież takie zajęcia zapewnia dziś wiele domów kultury i prowadzą je pewnie lepiej ode mnie przygotowani nauczyciele. Ja skończyłam filologię polską, ale potem skręciłam w inną stronę. Polskiego uczyłam na studiach, pracowałam w Instytucie Kształcenia Obcokrajowców. Miałam grupy międzynarodowe, złożone z Francuzów, Szwedów, Amerykanów... Ale też grupę uchodźców ze Wschodu, bo moja firma współpracowała z Polską Akcją Humanitarną – wyjaśnia.

Jak się uczy języka polskiego Francuza czy Szweda, którzy po polsku nie rozumieją ani słowa? – Od początku mówimy tylko po polsku i jesteśmy w stanie się porozumieć. Mówię trochę wolniej, wyraźniej, odrobinę język upraszczam i już po pierwszej lekcji ludzie potrafią coś powiedzieć. Takie "dzień dobry" każdy zrozumie. "Nazywam się Renata" też. Ileś razy to powtórzę i się załapuje. Do tego dużo gestykulacji, teatrzyk, trochę się wygłupiam – kreśli mi wizję lekcji.

Jednak najlepiej zobaczyć to na własne oczy.

Lekcja. Odsłona 2.

Ćwiczymy formułkę "Gdzie mieszkasz?". "Teraz w Polsce" – odpowiadają kolejno uczniowie. A skąd jesteś? Czernichów, Żytomierz, Mikołajów, Charków, Lwów, Kijów, Połtawa, znowu Kijów...

Renata uprzedziła mnie, że na zajęciach o wojnie w Ukrainie nie rozmawiają. Wojna to wielka nieobecna, ale i tak cały czas wyłazi z niemal każdej wypowiedzi uczniów. Renata rozdaje kolorowe kserówki: pan kupuje w kiosku gazetę, pani ogląda telewizję, ktoś gotuje obiad. Ćwiczymy zadawanie pytań o czynności, uczniowie mają za zadanie sami je wymyślić. "Czy lubi pani oglądać telewizję?" "Nie, teraz nie lubię, wcale nie oglądam". "Czy często dzwoni pani do Ukrainy?" "Tak, codziennie". "Dlaczego pani pisze na komputerze?" "Jestem programistką. Ale teraz nie mam pracy". I tak dalej.

To nie znaczy, że jest smutno. Wręcz przeciwnie, na lekcji co chwila wybuchają salwy śmiechu. Z powodu zabawnych językowych różnic i jeszcze zabawniejszych podobieństw. Z wymyślanych dialogów: 'Co podać? Poproszę jedną kiełbasę tam i z powrotem' (czyli jedno pętko z zakrętem pośrodku).

Czasem do klasy zajrzy jakieś dziecko, które przyszło tu z mamą. Żeby mamy mogły w spokoju się pouczyć, znajomi Renaty – Marta i jej mąż – zajmują się maluszkami w sali obok klasy. W niebieskim korytarzu stoją czerwone kanapy w białe grochy, niczym wielkie muchomory, zachęcające do tego, żeby się na nich położyć. Jest automat ze słodyczami, są puzzle, piłki, klocki, można wyjść na pobliski plac zabaw. Maluchy biegają bez butów, w samych skarpetkach, kopią do mnie piłkę. Marta: – Nasze dzieci już podrosły, więc to przyjemność zajmować się tymi dzieciakami. Nie wiadomo, co przeszły. My nie pytamy, ale czasem dziecko bawi się na podłodze i nagle zaczyna opowiadać. Że siedziało w piwnicy i leciały bomby – mówi Marta. Czasem maluch nie chce rozłączyć się z mamą, wtedy zostaje z nią w klasie. – Nic na siłę – podkreśla.

Sala dla dzieci, których mamy biorą udział w zajęciach. (Paulina Dudek)

W połowie dwugodzinnej lekcji Renata zarządza pięć minut przerwy. Mała dziewczynka z dwoma wysoko upiętymi warkoczykami przybiega do mamy i przytula się do jej wielkiego ciążowego brzucha. W tym czasie Renata w klasie rozdaje książki "Język polski w cztery tygodnie dla Ukraińców". Niektórzy już je mają, inni biorą, przytulają do piersi i pytają, ile oddać pieniędzy. – Nic, bezkosztowo, to w ramach grantu, który otrzymałam na realizację tych lekcji w ramach wolontariatu pracowniczego – mówi z uśmiechem Renata.

Janusz Osiadły: "Żeby to naprawdę im się przydało"

Renata pracuje w Orange. W firmie odpowiada za urządzenia konsumenckie, głównie dekodery TV. – Jestem humanistką, więc wszystkiego można się nauczyć – mówi.

Jest też wolontariuszką Fundacji Orange, ale twierdzi, że nie czuje się wolontariuszką, po prostu pomaga. Podręczniki do języka polskiego dla swoich uczniów kupiła za pieniądze otrzymane z fundacyjnego grantu. – Każdy pracownik Orange może napisać projekt pomocowy – opowiada.

Układanie darów ze zbiórek przeznacoznych dla osób z Ukrainy. (Małgosia Jaśkowiec) , Remont sali szpitala w Przemyślu. (Janusz Osiadły)

Swoje projekty grantowe w Orange tylko w tym roku złożyło prawie tysiąc osób, w tym Janusz Osiadły i Ania Kopytko-Świtkiewicz. Janusz z grantu kupił dwa nowoczesne translatory dla szpitala wojewódzkiego w Przemyślu. Ania wraz z koleżankami z działu skompletowała 15 szkolnych wyprawek dla ukraińskich dzieci, które bez niczego uciekły przed wojną i poszły do szkoły w jej okolicy.

Po lekcji Renaty jeszcze bardziej podziwiam pomysł Janusza z translatorami dla szpitala. Bo mówiąc powoli, wyraźnie i przy dużej dozie dobrej woli Polak z Ukraińcem się zrozumie, ale w przypadku wyjaśniania procedur medycznych czy dawkowania leków porozumienie "z grubsza" nie wystarczy.

Janusz: – Taki zaawansowany translator przekłada bardzo precyzyjnie medyczne słownictwo, i to z wielu języków. A w szpitalu są teraz przecież nie tylko pacjenci z Ukrainy, ale też na przykład z Nigerii. Dwa to niewiele, ale na pewno więcej niż nic i wiem, że bardzo się przydają. A na tym najbardziej mi zależało – dodaje skromnie.

Wolontariuszem Fundacji Orange jest już od 2008 roku. Co roku przebrany za mikołaja rozdaje dzieciom prezenty na oddziałach przemyskiego szpitala. – Mamy swój ulubiony sklep z zabawkami i od lat w nim kupujemy z żoną. To wielka frajda! Pani ze sklepu nas zna i zawsze daje nam specjalne zniżki. Dla dziecka, które ma najmniej, staramy się wybrać najpiękniejszy prezent. Raz zobaczyliśmy ogromnego misia, był idealny dla dziewczynki, której chcieliśmy go dać, ale niestety nie mieścił się w naszym budżecie. Pani poszła z misiem na zaplecze zapytać, czy można go trochę przecenić, i znalazła w misiu niewielką dziurę! I już był powód do zniżki, a w domu żona zaszyła rozprucie i cudny miś trafił do dziecka – Janusz nie kryje radości.

Zdarzają się śmieszne sytuacje. – Raz mieliśmy tak wypakowany zabawkami koszyk, że jakaś klientka zaczęła nam z niego podbierać, na szczęście przed płaceniem – śmieje się.

Są też sytuacje wzruszające. – Jeden chłopiec dostał prezent, bardzo się cieszył. Ale gdy odchodziłem, złapał mnie za rękę i zapytał, czy mógłby dostać też drugi, dla siostry, która leży w korytarzu. Kiedy indziej chłopczyk z domu dziecka, chyba czterolatek, leżał na oddziale po operacji i był bardzo niemiły. Daliśmy mu najfajniejszy prezent i jakiś czas później panie z oddziału powiedziały: "Panie Januszu, on się zmienił, teraz to inne dziecko". Czasem tak niewiele trzeba – mówi Osiadły.

Dzieci podczas zajęć z programowania. (Janusz Osiadły) , Ozobot, który prousza się zgodnie z zaprogramowaną trasą. (Janusz Osiadły)

W Orange pracuje w zespole transformacji i digitalizacji. Zawsze był dobry z matematyki i już w podstawówce i technikum dawał darmowe korepetycje ("Tak poznałem żonę, cierpliwie tłumaczyłem jej całki"). W pracy mówią o nim: Janusz jest wszędzie, gdzie trzeba. Pomagał już w hospicjum, remontował oddział szpitalny w Przemyślu, w szkole prowadził dla dzieci darmowe zajęcia z programowania pisakami ozobotów – małych robocików wyglądających jak piłeczki pingpongowe. – Wystarczy narysować na kartce najzwyklejszym pisakiem prostą linię i ozobot po niej pojedzie. Oczywiście można programować też bardziej skomplikowane trasy – wyjaśnia i przyznaje, że dzieci były zachwycone.

Gdy wybuchła wojna w Ukrainie, od razu zaczął rozpytywać o potrzeby. Założył lokalną zbiórkę, a ta rozlała się na kolegów i koleżanki z pracy. – Liczyliśmy, że uzbieramy może 2000 zł, a udało się zebrać 8000. Ogromne pieniądze! – cieszy się.

Ze znajomymi kupili za to łóżka polowe, materace i pościel do doposażenia miejsc, w których zatrzymali się ukraińscy uchodźcy. Zgromadzili też jedzenie, środki przeciwbólowe i zabawki – wszystko według listy potrzeb.

Gdy pytam, czy bez wsparcia pracodawcy też pomagałby tak dużo, mówi, że na pewno tak, ale z Orange jest łatwiej. – Kiedy pierwszy raz poszedłem do szpitala i powiedziałem, że chciałbym pomóc, tylko na jednym oddziale przyjęto mnie z otwartością. To dziwne, ale bezinteresowna chęć pomocy rodzi podejrzliwość. Dlaczego on chce to robić? Co się za tym kryje? Fundacja Orange to taki znaczek jakości – mówi Janusz.

Ania: "To maraton i nie wiadomo, na którym odcinku jesteśmy"

To samo mówi mi Ania Kopytko-Świtkiewicz, która w Orange odpowiada za komunikację do klienta, współtworzy między innymi reklamy: – Myślę, że część ludzi sparzyła się na nieuczciwych zbiórkach, więc dwa razy się zastanowi, nim się w coś zaangażuje. Fundacja Orange to glejt.

Śmieje się, gdy pytam, czy w jej firmie jest oczekiwanie, by pracownicy angażowali się w wolontariat. – Jestem najlepszym dowodem na to, że wolontariat nie jest u nas obowiązkowy, bo w grupie Orange pracuję już od prawie 20 lat i wolontariuszką zostałam po raz pierwszy – mówi.

Wolontariuszką Fundacji Orange została po raz pierwszy, ale od dawna angażuje się lokalnie. Działa na granicy trzech miejscowości: Podkowy Leśnej, Otrębusów i Brwinowa. – Zawsze można pomóc, porobić z dziećmi w szpitalu pierniczki przed świętami, wpłacić na czyjeś leczenie. Tylko trzeba chcieć.

Jej pierwszą reakcją na wojnę w Ukrainie był lęk. – Chyba każdy najpierw się wystraszył. Pierwszy dzień to było uczucie niemocy. Pytania: co to dla nas znaczy? czy wojna do nas też przyjdzie? Potem jest faza heroiczna: zróbmy coś na ura. Zaczęliśmy działać lokalnie, bo wielu Ukraińców już od dawna u nas mieszka – pracuje na budowach, w lokalnych zakładach. Inni przyjechali na dłużej lub na chwilę. W hali w Brwinowie zbieraliśmy dary, sortowaliśmy je. A później przeczytałam, że jest możliwość otrzymania grantu w mojej firmie.

Wolontariusze z wyposażeniem potrzebnym do zorganizowania pomocy osobom z Ukrainy. (Janusz Osiadły)

Ania zadzwoniła do dziewczyn ze swojego zespołu. W pięcioosobowym składzie: ona, Olga Sierpień-Gonera, Paulina Koriat, Joanna Guerrieri i Jolanta Skrońska, postanowiły, że napiszą projekt. Pytanie było tylko jedno: na co przeznaczyć pieniądze, żeby naprawdę pomóc? Stanęło na szkolnych wyprawkach dla piętnaściorga dzieci, ośmiu dziewczynek i siedmiu chłopców w wieku od 6 do 13 lat, które uciekły przed wojną z Łucka, Kijowa i Żytomierza i zaczęły uczęszczać do SP nr 2 im. św Teresy od Dzieciątka Jezus w Podkowie Leśnej.

"Dwójka" to szkoła powstała przy Klubie Inteligencji Katolickiej, chodzą do niej dzieci Ani Kopytko, bo "szkoła jest rodzinna, zaangażowana". Religii uczą w niej siostry terezjanki. Siostry podróżują między domami zakonnymi po całym świecie, od Ukrainy po Meksyk. – Jeden dom miały w Charkowie, dzięki czemu w Podkowie Leśnej jest teraz siostra, która świetnie mówi po ukraińsku, druga ukraiński rozumie. Są w stanie się dogadać. To już było bardzo dużo – mówi Ania.

Szkoła oddała dawny budynek na dom dla ukraińskich rodzin, które postanowiły, że zostają w Polsce, a dla dzieci stworzyła klasę przygotowawczą. – Dzieci przyjechały przestraszone, osowiałe, przez pierwsze dni nie wychodziły nawet z klasy na przerwę. Nie wiadomo, co dane dziecko przeżyło. Jedno matka spakowała i wyjechała, póki był czas, a inne mogło widzieć bombardowania. Ale my nie wypytujemy, pani dyrektor i inni nauczyciele prosili, żeby nie pytać, nie stresować. Czemu akurat wyprawki? Żeby dzieci poczuły, że mają coś swojego, nowego, ładnego i nie odstają od innych, bo na początku wszyscy współczują, ale z czasem różnice zaczynają się pokazywać – mówi Ania trzeźwo.

Dostała grant i zaczęła działać. – Nawiązałam kontakt z hurtownią, a to, na co zabrakło, zorganizowałyśmy. Ktoś dał 15 bidonów, ktoś worki na kapcie, ja miałam z pracy jeszcze duży zapas długopisów. Zależało nam na tym, żeby każda wyprawka była nieco inna, bo dzieci są w różnym wieku i każdemu może się co innego podobać – podkreśla. Relację z przekazania wyprawek zna tylko z drugiej ręki. – Zaniosłam rzeczy pani dyrektor i dzieci sobie je wzięły w klasie, potem się jeszcze powymieniały między sobą, jak to dzieci. Nie chciałyśmy im tego wręczać z jakąś pompą. Tylko żeby poczuły, że to jest od początku ich i w pewnym sensie im się należy, jako osobom chodzącym do szkoły. Wiem od pani dyrektor, że były przeszczęśliwe, dumne, że mają coś ładnego i swojego – cieszy się Ania.

Ania podkreśla, że najważniejsze jest dopasowanie pomocy do potrzeb. – Z czasem ta pomoc wchodzi coraz głębiej i głębiej. I to "głębiej" jest trudne, bo to już nie tylko zapewnienie podstawowych rzeczy, jedzenia czy ubrania, ale pomoc w adaptacji, nauce języka i nasza własna akceptacja odmienności. Bo nigdy nie wiemy, komu pomagamy, ale pomóc trzeba każdemu. Słyszymy też, że pomaganie Ukraińcom to nie sprint, lecz maraton, ale nie wiemy, na jakim odcinku tego pomagania jesteśmy. Czy to już połowa drogi, a może dopiero jedna trzecia? Raczej na pewno nie końcówka – zaznacza.

Szkolna wyprawka dla uczniów z Ukrainy. (Ania Kopytko)

Izabela Kręgiel: "Musi być klimat w firmie i zaangażowanie szefów"

Wolontariat pracowniczy to coraz popularniejszy światowy trend. Wiele badań potwierdziło, że zwiększa produktywność i zaangażowanie pracowników oraz korzystnie wpływa na zatrudnienie i utrzymanie najlepszych. Na przykład badanie Jessiki Rodell z 2013 roku wykazało, że im więcej osób zgłosiło się na ochotnika do jakiejś pomocy, tym lepiej wykonywało swoje zadania w pracy. Inne badanie, przeprowadzone przez Davida Jonesa z University of Vermont i jego współpracowników, potwierdziło, że młodzi chcą pracować w firmach oferujących wolontariaty z trzech powodów: poczucia dumy z przynależności do firmy zaangażowanej społecznie, zgodności wartości firmy i pracownika oraz tego, że taka firma po prostu dobrze traktuje własnych pracowników.

Badania wykazały również, że wolontariat pracowniczy sprawia, że ludzie mają lepsze samopoczucie, poczucie celu i sensu, a to świetnie wpływa zarówno na ich zdrowie psychiczne, jak i fizyczne. Zyskują wszyscy – i firma, i pracownicy.

W USA w 2019 roku wolontariat pracowniczy oferowało aż 66 proc. korporacji (w 2016 roku 56 proc.), w Polsce tylko niespełna 20 proc. dużych firm. W Orange program wolontariatu realizowany jest od niemal 20 lat. Powstał w 2003 roku z inicjatywy oddolnej – to pracownicy włączyli się sami w działania społeczne i zaprosili do tego firmę. Od 2005 roku program rozwija Fundacja Orange. – Przed pandemią w programie Wolontariatu Pracowniczego Orange uczestniczyło rocznie około 3500 pracowników firmy, co stanowi około 30 proc. wszystkich pracowników. Pandemia nieco zmieniła reguły gry, czyli sposoby pomocy, jednak nie sprawiła, że wolontariat przestał działać, wręcz przeciwnie – wolontariusze Orange angażowali się w wiele akcji – mówi Izabela Kręgiel, koordynatorka ds. wolontariatu Fundacji Orange.

Dla wielu osób wybuch wojny w Ukrainie stał się impulsem, by zaangażować się w pomaganie po raz pierwszy. Prawie tysiąc pracowników Orange złożyło projekty ponad 130 różnych inicjatyw i otrzymało na nie granty. Dodatkowo Fundacja Orange przekazała 75 finansowych grantów dla pracowników goszczących w swoich domach uchodźców z Ukrainy pomagających pokryć koszty tych wizyt. A sama firma Orange udostępniła uchodźcom swoje trzy ośrodki szkoleniowe: w Serocku pod Warszawą, w Łodzi i w Żurawinie koło Wrocławia.

Darmowe minuty do Ukrainy i 30 GB danych ma pomóc w utrzymaniu kontaktu między bliskimi rozdzielonymi przez wojnę. (Archiwum prywatne) , Darmowe startery rozdawane Ukraińcom. (Archiwum prywatne)

Zorganizowała też webinar i wydała poradnik, jak chronić się przed dezinformacją, która jest poważnym zagrożeniem we współczesnym świecie, szczególnie od początku inwazji Rosji na Ukrainę.

Niemal od wybuchu wojny w Ukrainie w kilkudziesięciu punktach na przejściach granicznych oraz w 4700 urzędach pocztowych i filiach Poczty Polskiej Orange rozdawał też bezpłatne startery z darmowymi minutami do Ukrainy i 30 GB danych, by rozdzieleni przez wojnę ludzie mogli pozostawać ze sobą w kontakcie. Takich kart ze specjalnym pakietem dla Ukraińców aktywowano już ponad 400 tys. W celu lepszej komunikacji wzmocniono też nadajniki przy granicy i na najważniejszych dworcach w Polsce.

14 marca ruszyła szkoła online dla uczennic i uczniów, którzy trafili do Polski na skutek agresji Rosji na Ukrainę. Dzieci z Ukrainy mogą wziąć udział w zajęciach po ukraińsku, zgodnie z ukraińskim systemem nauczania i na poziomie klasy, do której uczęszczały dotychczas. Zajęcia są bezpłatne. Fundacja Orange zrobiła też webinar, jak rozmawiać z uczniami o wojnie, jak wspierać i przywracać poczucie bezpieczeństwa.

Izabela Kręgiel: – Wolontariat odbywa się w godzinach pracy, po uzgodnieniu z przełożonym. Nie ma limitu czasu na wolontariat, można się zaangażować wiele razy w roku, samodzielnie i zespołowo, długofalowo lub w razie potrzeby. Wolontariat pracowniczy można realizować też w czasie wolnym. Wolontariusze od Fundacji Orange otrzymują wsparcie merytoryczne koordynatora na każdym etapie realizacji projektu, scenariusze zajęć, granty, pomoc w koordynacji działań i dostęp do autorskiej aplikacji Fundacji Orange, która ułatwia angażowanie się (kontakt z koordynatorem i innymi wolontariuszami; zgłaszanie własnych inicjatyw; składanie wniosków w konkursie grantowym i raportowanie efektów projektu; zamówienia na koszulki, gadżety, ubezpieczenie NNW i OC).

Zdaniem Kręgiel nie tylko młode pokolenie pracowników poszukuje dziś sensu. Podczas rekrutacji przyszli pracownicy pytają o możliwość zaangażowania się w działania społeczne i oczekują od pracodawcy, że program wolontariatu będzie realizowany w firmie.

Program, który naprawdę zaangażuje pracowników, musi być dobrowolny, nie narzucony z góry. Sprzyja mu atmosfera w firmie i kultura organizacyjna, która ma w swoich wartościach otwartość i pomoc. Ważne, żeby szefowie – łącznie z prezesem firmy – również angażowali się w wolontariat. Nie warto robić wolontariatu, bo to modne. Źle zrobiony tylko zniechęci. I trzeba doceniać ludzi za to, że się angażują – wylicza Kręgiel.

Ania Kopytko-Świtkiewicz cieszy się, że ma swój wkład w akcję pomagania Ukraińcom. – Gdyby każdy dołożył taki kamyczek, to byłoby dużo łatwiej, niż gdy jedna osoba ma unieść wielki ciężar. Nie każdy z natury jest liderem, nie każdy ma odwagę wziąć na siebie odpowiedzialność za duży projekt i wtedy bardzo fajnie jest mieć wsparcie własnej firmy. Zawsze warto spróbować.

Janusz Osiadły już zapowiedział, że może uczyć ukraińskie dzieci matematyki albo bezpiecznego korzystania z internetu. Daje mu to dużo radości.

Renata Niezabitowska-Gerard zwraca uwagę na jeszcze jedną sprawę: – Czy w wolontariacie pracowniczym czy samodzielnie, na pewno bym pomagała. Dużo dla mnie znaczy to, że firma w której pracuję, tak szybko i jednoznacznie opowiedziała się po stronie Ukraińców.

Lekcje języka polskiego dla Ukraińców ma zaplanowane do wakacji. Potem przerwa na naładowanie akumulatorów. – Pewnie część moich uczniów w międzyczasie odejdzie, na przykład Sofi bardzo dużo umie, nudzi się na moich lekcjach i widzę, że jest coraz bardziej gotowa, by zapisać się do zwykłej polskiej szkoły. Bardzo się cieszę, gdy uczniowie odchodzą i idą dalej. Potem mi dziękują, wysyłają serduszka. To wzruszające – mówi Renata.

Lekcja. Odsłona 3.

Podobno polski jest szeleszczący. Na lekcji Renaty pierwszy raz patrzę na swój język z nowej perspektywy. Jest też wybitnie świszczący. Szczupły. Siostra. Szwecja. Szklanka. Koszulka. Śmiech. Renata uczy odróżniania "ś" od "sz". Czy w "siostrze" słychać "ś", czy "sz"? Nauczycielka rozdaje karteczki z "ś" i "sz", uczniowie podnoszą je w górę. Niektóre słowa sprawiają im duże trudności. – Na początku dużo korygowałam, ale zauważyłam, że po drugim–trzecim zwróceniu uwagi ludzie się zamykają. A to nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby poczuli się pewniej, lepiej! – zaznacza. I żartuje, że od poprawiania rodziców na lekcjach są dzieci. – Dzieci zawsze poprawiają. Pytam: Ile już jesteście w Polsce? Mama odpowiada, że miesiąc, a dziecko na to, że nieprawda, bo miesiąc i jeden dzień. Albo chodzi do mnie wnuczka, babcia i prababcia, trzy pokolenia kobiet, mama i tata zostali w Kijowie, pracują. I ta babcia, młoda notabene, zawsze poprawia prababcię – śmieje się Renata.

Renata nie chce tylko słyszeć o cieście w pytaniu "Jak często?". – My pytamy "jak często", wy wymawiacie "jak ciasto". "Często", powtórzcie, nie "ciasto". Ciasto się u nas je i dla mnie to brzmi śmiesznie – tłumaczy uczniom na lekcji i znowu wszyscy się zaśmiewają. A mnie wyjaśnia na stronie, że najważniejsze jest dla niej wykształcanie od początku dobrych nawyków w uczniach. Bo słowa w polskim i ukraińskim są podobne, to wymową, fonetyką, akcentowaniem te języki się różnią.

Nim się obejrzę, mijają dwie godziny. Renata ogłasza koniec lekcji i dostaje gromkie brawa. – Życzę wam wesołych świąt – mówi na koniec. W odpowiedzi słyszymy: – Miru, miru, miru [pokoju, pokoju, pokoju]. I byle szybciej do Ukrainy, do domu!

Ostatni raz zerkam na szkolną ścianę za Renatą. Nad jej głową widnieje cytat z Thomasa Browne'a: "Nosimy w sobie cuda, których poszukujemy wokół siebie".