Społeczeństwo
'Kiedy się Neapolu dotknie, ujawni swój wielopoziomowy charakter' - mówi Piotr Kępiński, autor książki 'Neapol słodki jak sól'. (Fot. Fabrizio Maffei / Shutterstock)
'Kiedy się Neapolu dotknie, ujawni swój wielopoziomowy charakter' - mówi Piotr Kępiński, autor książki 'Neapol słodki jak sól'. (Fot. Fabrizio Maffei / Shutterstock)

Już zawsze będę pamiętać, że Neapol jest słodki i słony jednocześnie jak rustico di pasta frolla salato, czyli słodkie ciasto, w którym kryją się ricotta, boczek i salami.

Słodko-słonych potraw można znaleźć w Neapolu więcej, ale jest w nim przede wszystkim wiele, wydawałoby się, nieprzystających do siebie miejsc i zjawisk. Bardzo chciałem już w tytule mojej książki zasygnalizować, że jest to miasto sprzeczności – chaosu i harmonii, piękna i brzydoty. Raffaele La Capria w swojej książce "Śmiertelnie ranny" pisał wręcz o dwudzielności Neapolu i jego oksymoroniczności [łączenie pozornie sprzecznych znaczeń – przyp. red.], o mieście, które ma dwie wersje: "Dwa Neapole, jeden na pokaz, a drugi prawdziwy. Neapol skąpany w morzu i Neapol, do którego morze nie dociera, Wezuwiusz i anty-Wezuwiusz. I tak dalej, i tak dalej...". To może na pierwszy rzut oka wygląda banalnie, ale taki właśnie jest Neapol. Oksymorony są wpisane w jego charakter i nie wyobrażam sobie go w wersji, w której jest całkowicie wyczyszczony i błyszczący. Napisałem nawet w książce, że fragmenty dzielnicy Sanita z kamienicami owiniętymi kablami, z brudem na ulicach powinny być wpisane na listę UNESCO, bo to jest DNA Neapolu. Mam wrażenie, że nawet kiedy fotografujemy w Neapolu chaos, to i tak wychodzi nam sztuka.

A kiedy pan się zorientował, że "Neapol to świat z lekka psychotyczny" i albo się go takim pokocha, albo znienawidzi.

Pierwsze moje spotkanie z Neapolem, w 1981 roku, pokazało mi, jak to miasto działa. Dość brutalna to była lekcja. Na moich oczach okradziono kobietę. Dwóch młodych ludzi jadących skuterem wyrwało jej torebkę. Dokonali jakiegoś rodzaju gwałtu, a wszystko to działo się w centrum, na Piazza Carità, w otoczeniu pięknych kamienic i dzieł sztuki. To zdarzenie, które ciągle mam przed oczami, wstrząsnęło mną, ale wtedy zrozumiałem, że kiedy się Neapolu "dotknie", wtedy pokaże, jaki jest, a nie jaki się nam wydawał. Ujawni swój wielopoziomowy charakter.

I wręcz dosłownie tę wielopoziomowość widać na przykładzie "negatywu" Neapolu, który znajduje się pod miastem.

Dokładnie. Bo przecież istnieje Neapol podziemny, czyli labirynt wielu tras, który ciągnie się pod kamienicami, pałacami i kościołami. Te labirynty pierwotnie były akweduktami, później służyły jako składowiska śmieci, a przed II wojną przekształcono je w schrony dla mieszkańców. Podczas bombardowań niemieckich i alianckich ukrywało się tutaj nawet 40 tys. ludzi. Po wojnie z podziemi korzystali przestępcy i uciekinierzy z więzień. Ten świat jest całkowitym przeciwieństwem Neapolu "nadziemnego". A jednak te przestrzenie doskonale się uzupełniają.

Neapol 'podziemny'. - Podczas bombardowań niemieckich i alianckich ukrywało się tutaj nawet 40 tys. ludzi. (Fot. Stephan Schlachter / Shutterstock)

Podobnie jak mity i legendy podkreślające wyjątkowość Neapolu przenikające się z historią. Neapol przez 126 lat pozostawał pod rządami Burbonów, a zjednoczone Włochy istnieją niewiele dłużej, bo 165 lat. Czy o tradycji burbońskiej neapolitańczycy pamiętają? 

To jest przeszłość ciągle żywa w ich mentalności. Odwołują się do niej w rozmowach, i tych serio, i tych prowadzonych żartem, ale trudno się dziwić. Burbonowie mieli ogromny wpływ na rozwój Neapolu. Rozbudowali przecież port, czyniąc z niego jeden z ważniejszych w basenie Morza Śródziemnego. Neapol mógł się pochwalić dobrze rozwiniętą gospodarką, co dla wielu ludzi z utrwalonym stereotypem biednego Południa oraz kojarzących region z miejscem narodzin camorry może być zaskakujące. Neapolitańczycy podkreślają, że Włosi z Północy traktowali ich przed zjednoczeniem jak ubogich krewnych, podczas gdy to oni, dołączając do wspólnoty, mieli w bankach więcej pieniędzy niż na przykład banki w Turynie. Nie sprawdzałem prawdziwości tej informacji, potraktujmy ją jako mit, który jednak podkreśla wagę tradycji burbońskiej.

I jeszcze taka ciekawostka: gdy w 1946 roku we Włoszech zorganizowano referendum, w którym mieszkańcy mieli się opowiedzieć za republiką lub za monarchią, prawie 80 proc. mieszkańców Neapolu głosowało na monarchię, podczas gdy w innych regionach wygrała republika. Być może przesądził sentyment do Burbonów, tradycji, wartości konserwatywnych. Oczywiście dzisiaj nikt z neapolitańczyków nie mówi, że chciałby przyłączyć się do Hiszpanii, bo nie miałoby to sensu, ale jest to mocna baza.

- W Neapolu się nie szepcze, tu się swoje emocje wyraża, bo Neapol to też jest emocja. (Fot. Dan Gabriel Atanasie / Shutterstock) , Neapol podziemny (Napoli Sotterranea), czyli labirynt wielu tras. (Fot. Massimo Santi / Shutterstock)

Czym neapolitańczycy różnią się od Włochów z Północy?

Przede wszystkim silnym poczuciem tożsamości. Kiedy mówią o sobie, wpierw myślą o mieście i regionie, dopiero później o Włoszech. Mają silne poczucie przynależności nie tylko do miejsca, ale także do neapolitańskiego dialektu, literatury, opery, teatru wystawiającego sztuki w tym dialekcie, piosenek. Mają nawet swoje słowniki. Sami o sobie powiedzieliby też, że są bardziej wybuchowi, rozgadani, trochę – z naszej i północnych Włoch perspektywy – krzykliwi. W Neapolu się nie szepcze, tu się swoje emocje wyraża, bo Neapol to też jest emocja. Widać to na każdym poziomie: architektura rozstrzelona pomiędzy barok a współczesność, ulice wybrukowane i wyboiste, dzielnice, jak na przykład Vomero, czyste i przypominające rzymskie Parioli oraz takie, do których jednak strach wchodzić, mimo że w ostatnich latach sytuacja bardzo się poprawiła.

"W Neapolu nikt nie unika dyskusji o camorze, nikt również nie bagatelizuje jej istnienia. Nas irytuje jedynie to, że jesteśmy z tego powodu stygmatyzowani". Czy ta deklaracja jednego z pana rozmówców to element nowego mitu i lepszego wizerunku miasta?

Neapol przez wiele stuleci ulegał różnym wpływom. Władza oficjalna nie zawsze była respektowana przez mieszkańców, a władzę lokalną czasami sprawowały zwykłe rzezimieszki. Potem tę rolę przejęła camorra, która – warto pamiętać – jest wytworem XIX-wiecznym, nie współczesnym (aczkolwiek są hipotezy, że korzenie tej organizacji sięgają nawet wieku XVI i XVII). Tak więc od wieków równolegle działała tu struktura państwowa i struktura pozainstytucjonalna. Myślę, że do momentu opublikowania "Gomorry" Roberta Saviano większość ludzi we Włoszech nie zdawała sobie sprawy, jak głęboko sięgają camorry i jak wiele miast w Kampanii i w całej Italii zainfekowanych zostało jej  działalnością. Trzeba jednak powiedzieć jasno: camorra to są bandyci nieakceptowani przez większość społeczeństwa neapolitańskiego i ogólnie włoskiego. To jest struktura, która rozbija państwo, a społeczności lokalne mają świadomość, że trzeba z nią walczyć, bo walka przynosi wymierne sukcesy. Natomiast problemem jest to, że obecność mafii jest u części neapolitańczyków głęboko zakorzeniona w mentalności i rodzi przekonanie, że tak po prostu zawsze było i być musi.

Vele di Scampia (Żagle Scampii), przypominające żagle, stały się szybko miejscem, gdzie działała mafia. (Fot. Valerio Brignola / Shutterstock) , Neapolitańskie 'żagle' w marcu 2025 roku. (Fot. Vincenzo De Bernardo / Shutterstock)

I trzeba umieć z nią żyć, oswajać, a może nawet zacząć na niej zarabiać?

Po emisji pierwszych sezonów serialu "Gomorra" w Neapolu pojawili się jego miłośnicy, szukający miejsc, które zobaczyli na ekranie. Można było ich zobaczyć w dzielnicy Sanita, ale przede wszystkim w Scampii, gdzie wznoszą się słynne Vele di Scampia (Żagle Scampii), charakterystyczne wieżowce faktycznie przypominające żagle czy olbrzymie szkunery. Niektórzy neapolitańczycy to akceptują, niektórzy reagują na to z oburzeniem. Na jednym z bloków widziałem napis "No al turismo dell'orrore" ("Nie dla turystyki horroru") – w ten sposób mieszkańcy wyrazili swoją dezaprobatę dla ciekawskich przyjeżdżających tutaj po to tylko, żeby zobaczyć biedę, którą znają z serialu "Gomorra".

Rozmawiałem z ludźmi, którzy mieszkają w tej dzielnicy, przekonywali mnie, że Scampia ma przecież różne oblicza. Są tu miejsca spokojniejsze, ale faktycznie i takie, w których sprzedaje się narkotyki. W ostatnich latach sytuacja w dzielnicy zaczęła się jednak lekko poprawiać. Pisząc książkę, widziałem, że w Żaglach mieszkają jeszcze ludzie, na balkonach suszyła się bielizna, dzieci bawiły się na podwórkach. Dzisiaj wszyscy się wyprowadzili. Cały ten teren zostanie zrewitalizowany. W dzielnicy powstaje obecnie wiele fundacji pomagających ludziom wykluczonym, remontowane są bloki, kamienice, drogi. Powstał program (finansowany przez państwo i miasto) nazwany "ReStart Scampia".

Kino sprowadziło Neapol do tła, które ułatwia sprzedanie mitu?

Tak, absolutnie. I to nie jest nic nowego. Mitem jest przecież nieustannie Totò, wielki aktor, który kochał Neapol i kreował jego wizerunek oraz wizerunek mieszkańców – otwartych, inteligentnych, przyjaznych. Uznany za aktora wszech czasów ubiegłego stulecia, dla neapolitańczyków jest po prostu bohaterem. Za to współcześnie mamy Salvatorego Eposito, który grał Genny'ego Sevastano, bohatera "Gomorry". I jest to Totò à rebours, przysadzisty chłopak z przedmieść zmieniający się w bezwzględnego gangstera. Ale wśród młodych ludzi z Neapolu znalazł natychmiast naśladowców, z czego – dodajmy – większość neapolitańczyków nie jest zadowolona. 

Neapol (Fot. Richard Nevell / CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)

Spytam w takim razie o jeszcze jeden film, a właściwie książkę i serial na jej podstawie."Genialna przyjaciółka" Eleny Ferrante – czym tłumaczyć ogromną popularność tytułu, który ma swoich wyznawców także poza Włochami? W Polsce można obejrzeć nie tylko serial, ale i spektakl w Starym Teatrze w Krakowie, choć pewnie stawiamy na inne akcenty w odbiorze.

Kobiety, z którymi rozmawiałem o "Genialnej przyjaciółce", widzą w bohaterkach siebie – swoje rodziny, matki, babki. Tak wyglądała powojenna rzeczywistość Neapolu lat 50. i 60., a książka (i na jej podstawie serial) to jedna z pierwszych panoram, które pokazują zmiany, jakie zaszły wtedy w społeczeństwie włoskim. To było coś na kształt cudu gospodarczego, ale też sukces brutalnie okupiony.

Taki mit założycielski powojennego Neapolu.

Trafnie pani to nazwała – taki mit założycielski, który pozwala obserwować, jak zmieniała się pogmatwana rzeczywistość: wpierw faszystowska, a potem komunistyczna, w której jedni pokazywali sobie jeszcze po wojnie saluty faszystowskie, a drudzy pozdrawiali się pozdrowieniem komunistycznym. W dodatku ci, którzy "dzisiaj" byli komunistami, jeszcze "wczoraj" robili niecne rzeczy. Ferrante pokazała to, o czym "wszyscy wiedzieli, ale nikt nie mówił", i ujęła to w pełną opowieść. Dowartościowała włoskie Południe, pokazując proces wychodzenia z biedy, łamiąc stereotyp leniwych ludzi, bo większość z nich ciężko pracowała. Ale najważniejsze jest to, że w końcu ktoś napisał o kobietach…

W kraju, w którym nadal istnieje problem przemocy i kobietobójstwa. 

Kobiety zawsze były we Włoszech na drugim planie, nawet gdy przekonywano, że są na pierwszym, bo to one zawiadują domem. Ferrante pokazała, jak wyglądało ich życie w tzw. zwykłych domach, mocno konserwatywnych, w których przemocowość mężczyzn była czymś powszednim. 

I jeszcze – jeżeli chodzi o turystykę, to Ferrante przebiła Saviano. Znacznie więcej ludzi przyjeżdża na wycieczki śladami bohaterek tetralogii niż eksplorować Scampię.

Mural z wizerunkiem Maradony. (Fot. Paky Cassano / Shutterstock) , Są 'Dwa Neapole, jeden na pokaz, a drugi prawdziwy'. (Fot. Gianfranco Vitolo / CC BY 2.0 via Wikimedia Commons)

Wspomniał pan o pogmatwanej rzeczywistości, najpierw faszystowskiej, a potem komunistycznej. Jak neapolitańczycy rozprawili się ze spuścizną faszyzmu? W tym przypadku też "każdy wiedział, więc nikt nie pytał"?

Temat jest trudny, bo przecież tak w Neapolu, jak w całym kraju faszyści mieli bardzo duże wpływy. W Neapolu działał jeden z liderów ruchu Aurelio Padovani. A faszystów mocno poparła burżuazja, przemysłowcy czy weterani wojenni. Na wiece organizowane przez Mussoliniego przychodziły też tłumy zwyczajnych mieszkańców, którzy byli zadowoleni z tego, że Duce modernizuje miasto, kolej, buduje nowe bloki dla robotników.

Trzeba jednak pamiętać, że nie wszyscy faszyzm poparli. W Neapolu mieszkał przecież Benedetto Croce, wybitny filozof i krytyk literacki. W roku 1925 opublikował on słynny "Manifest antyfaszystowskich intelektualistów" ("Manifesto degli intellettuali antifascisti"), pod którym podpisało się kilku znanych neapolitańskich dziennikarzy i pisarzy, w tym między innymi Giovanni Amendola czy Guglielmo Ferrero. Po wojnie Neapol z faszyzmu wyszedł bardzo szybko. Krok po kroku, choć nie zawsze w sposób absolutnie udany, ludzie rozluźniali swoje związki z faszyzmem.

A zacieśniali z komunizmem? I co na to Kościół?

W Kampanii i w Neapolu komuniści oraz socjaliści nie byli początkowo zbyt silni. Dopiero po wojnie zaczęli skutecznie budować swoje wpływy i wtedy, można powiedzieć, zderzyły się dwa światy: nowoczesny – socjalistyczny i komunistyczny – oraz kościelny i archaiczny. Pamięta pani akcję ratowania dzieci bezdomnych i z biednych rodzin, którą opisuję…

Tak zwane pociągi szczęścia.

Tak. Była to inicjatywa Włoskiego Związku Kobiet, ale ponieważ kobiet nie uznawano za twórczynie historii, nie dawano im głosu, to niewiele ludzi w ogóle o niej wiedziało. Tymczasem w ramach akcji pomocowej te "pociągi szczęścia" woziły dzieci z południa Włoch na północ, głównie do komunistycznych rodzin, które się nimi opiekowały. Początkowo przeciwko tej akcji stanowczo występowali mocno konserwatywni księża z południa Włoch. Straszyli, że dzieci będą uczone rosyjskiego, a potem zostaną wywiezione na Syberię. Ale już w Emilii Romanii, czyli na północy kraju, postawa księży była inna, bardziej koncyliacyjna i po pewnym czasie animozje zaczęły zanikać. To też konsekwencja tego, że Kościół we Włoszech nie opowiadał się za rządem lub przeciwko niemu, ale raczej był dla ludzi. Nie był przesycony ideologią, czy to antykomunistyczną, czy to prochadecką – w przeciwieństwie do tego, co działo się i dzieje nadal w Polsce.

Piotr Kępiński (Fot. Zofia Romanowska / Archiwum prywatne)

Włoskie – i nie tylko – miasta mają dość jednodniowych turystów, którzy zadeptują centra, a w zamian nic nie wnoszą. Czy Neapol też się obawia takiego scenariusza?

W niektórych regionach Włoch jest to duży problem. Największy kłopot zdaje się mieć Wenecja, która faktycznie jest narażona na negatywne skutki masowej turystyki. Turyści jedno-, maksymalnie dwudniowi ogołacają miasto z tego, co jest jego tkanką, czyli z ludzi, którzy przenoszą się na obrzeża. W Rzymie sytuacja jest inna, bo i turyści są inni. Zostają na dłużej, raczej są w średnim wieku, celem ich wizyty jest poznawanie kultury, zwiedzanie albo też często turystyka religijna. W stolicy nie spotkałem się z aż tak dużym narzekaniem na turystów, choć jest ich bardzo dużo.

Neapol to jeszcze inna historia, ponieważ przez lata był miastem trochę wykluczonym. Bogaci turyści przyjeżdżali na Capri, Amalfi, Neapol nie był hubem, który ściągał masową turystykę. Leżał na uboczu, nie miał opinii miasta bezpiecznego. Ostatnie lata sporo zmieniły, między innymi dzięki burmistrzom, którzy zarządzali miastem. Rozwinęło się metro, poprawiono drogi, Neapol zaczął modernizować infrastrukturę hotelarską, a wtedy pojawiły się nowe połączenia lotnicze. Do tego objawiły się wspomniane już "Gomorra" i "Genialna przyjaciółka" oraz masa innych filmów, które dały bazę dla tworzenia szlaków kulturowych w mieście, którymi ludzie chętnie wędrują. Neapol świetnie się do tego nadaje, bo tutaj jest cały świat. To jest kosmos literatury, architektury, wszystkiego, co chcemy. Więc neapolitańczycy są dumni, że ludzie przyjeżdżają do nich. Jeszcze nie odczuwają negatywnych konsekwencji, turyści nie zawładnęli miastem, ale zobaczymy, co będzie za pięć czy dziesięć lat. Życzę im jak najlepiej, by Neapol nie dryfował w stronę Wenecji czy Barcelony.

Być może nie popełnią tych błędów, które popełniły inne miasta. Mają know-how, jak to rozegrać.

Dokładnie tak. Jeżeli chodzi o wynajem, to Włosi są dosyć restrykcyjni, więc mam wrażenie, że sobie poradzą. Trzymam kciuki, żeby Neapol nie został rozjechany, ale też żeby nie został aż tak bardzo odnowiony, że go nie poznamy. 

Piotr Kępiński. Poeta, krytyk literacki, eseista. Urodził się w Poznaniu. Mieszkał w Warszawie, w Wilnie, a obecnie w Rzymie. Pracował m.in. jako zastępca redaktora naczelnego w "Czasie Kultury" oraz jako szef działu kultury w "Dzienniku" i "Newsweeku". Autor wielu książek poetyckich i eseistycznych. Od 2007 roku do 2016 był jurorem Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus, a w latach 2017–2019 członkiem jury Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Od kilku lat publikuje książki o Włoszech. Ostatnio ukazały się jego "Szczury z via Veneto" (za które otrzymał Nagrodę Literacką im. Leopolda Staffa), a także "W cieniu Gran Sasso. Historie z Abruzji". Najnowsza jego książka to "Neapol słodki jak sól".

Lidia Raś. Dziennikarka, redaktorka. Pasjonatka teatru i literatury, wielbicielka czeskiej Pragi i polskich gór. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedyś m.in. w Dzienniku Gazecie Prawnej, obecnie w Weekend.gazeta.pl.