Społeczeństwo
Mark Zuckerberg, główny twórca serwisu społecznościowego Facebook i obecny dyrektor generalny Meta Platforms (Fot. Użytkownik o nicku Miss.cabul/Shutterstock)
Mark Zuckerberg, główny twórca serwisu społecznościowego Facebook i obecny dyrektor generalny Meta Platforms (Fot. Użytkownik o nicku Miss.cabul/Shutterstock)

Niewielka sala w warszawskim sądzie okręgowym przy alei Solidarności ledwie mieści wszystkich, którzy przybyli na ogłoszenie wyroku. Skład sędziowski wydaje się zaskoczony tak liczną publicznością, w końcu nie będzie się tutaj rozstrzygać o żadnej głośnej zbrodni ani o ważnej politycznej sprawie. Przedmiot cywilnego pozwu brzmiał mało atrakcyjnie: "Społeczna Inicjatywa Narkopolityki kontra Meta Platform Ireland Inc. w Irlandii". Za tytułem pozwu na wokandzie stała skarga na zablokowania profilu, wpisów i komentarzy na Facebooku i Instagramie. Wszystkie opublikował powód, czyli Społeczna Inicjatywa Narkopolityki.*

Z kilkoma dziennikarzami i analitykami dyskretnie wymieniamy ironiczne uśmiechy, gdy sędzia otwierająca rozprawę z ciężkim akcentem wymawia "Ireland". Kilka minut później sąd, wciąż kalecząc angielskie nazwy, odczytuje wyrok, a nasza ironia zmienia się w zaskoczenie: "[…] nakazuję pozwanej spółce odblokowanie i przywrócenie wszystkich kanałów komunikacji SIN w serwisach Facebook oraz Instagram oraz odblokowanie i przywrócenie wszystkich treści opublikowanych na tych kanałach przez SIN wraz ze wszystkimi komentarzami zamieszczonymi pod nimi przez innych użytkowników […]".

Wybuchają oklaski. Wielka Meta, o kapitalizacji wynoszącej ponad bilion dolarów, ze sztabami prawników, lobbystów i PR-owców, przegrała z małym polskim NGO-sem, wspieranym przez drugi, niewiele od niego większy. Przed salą, już po odczytaniu pełnego wyroku, Dorota Głowacka, prawniczka Fundacji Panoptykon, prawie rzuca się w ramiona uradowanych prawników z kancelarii, która latami pro bono prowadziła tę sprawę. Panuje atmosfera niczym z amerykańskich filmów o zwykłych ludziach, którym udaje się pokonać potężną korporację. Szczególnie że prawnicy Mety szybko się zmywają, odmawiając mediom choćby krótkiego komentarza.

* * *

Entuzjazm przygasa, gdy spojrzymy na proces chłodnym okiem. Do blokad, których dotyczyła skarga Społecznej Inicjatywy Narkopolityki, doszło 14 marca 2018 roku. Wyrok też zapadł 14 marca, tyle że sześć lat później. W tym czasie Facebook zmienił się w Metę, ludzie z SIN, którzy zdecydowali się na pozew, odeszli z tego stowarzyszenia, ja, opisująca tę sprawę od pierwszego dnia, gdy tylko pozwy trafiły do sądu, trzy razy zdążyłam zmienić pracę. Tylko Fundacja Panoptykon, intelektualne zaplecze procesu, wciąż trwa na posterunku. I uparcie wszystkim tłumaczy, że nie chodzi o jedną SIN, że tak naprawdę to problem nas wszystkich. A branie czy niebranie narkotyków nie ma z tym nic wspólnego.

Pierwszy polski pozew o wolność słowa przeciwko Facebookowi. Wyrok został odczytany 13 marca 2024 r. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Wyborcza.pl)

W Społecznej Inicjatywie Narkopolityki wszystko jednak krąży wokół substancji psychoaktywnych. Organizacja powstała przecież po to, by docierać do ludzi, którzy sięgają po środki psychoaktywne albo są na nie wysoce narażeni, i… edukować, jak robić to w najmniej ryzykowny sposób. SIN nie poucza, że nie wolno, nie straszy karami ani wyrokami. Tylko tłumaczy, co wchodzi w skład różnych środków, na co uważać, z czym nie mieszać, jakie są skutki uboczne. "Jeśli ktoś będzie chciał wziąć, to i tak weźmie, ale tego nie przyzna żadna publiczna instytucja, nie może zresztą tak mówić. My jednak próbujemy, a do komunikacji z ludźmi, którzy często pragną zostać anonimowi, media społecznościowe są niezwykle potrzebne" – tłumaczy Jakub "Gessler" Nowak, dzisiaj pełniący funkcję rzecznika SIN.

Lecz Facebook uznał ich działania za złamanie "zasad społeczności", za co grozi wykasowanie, usunięcie z przestrzeni publicznej. "SIN nigdy nie miał problemów z prawem, z policją. Prokuratura nigdy nie postawiła nam żadnych zarzutów. Bo też my ani nie namawiamy do brania narkotyków, ani w żadnym razie nie dystrybuujemy takich środków. Facebook jednak postawił się ponad polskim prawem i uznał, że zapobiegawczo nas ocenzuruje, czyli skasuje grupę, wpisy, konta" – tłumaczy Konrad Komisarczyk z SIN.

Działo się to raz za razem, bany spadały na kolejne grupy i fanpage’e zakładane przez SIN. Po którejś z blokad działacze przestali się bawić w nieskuteczne odwołania do nieznanych moderatorów i postanowili poszukać pomocy prawnej. Tak trafili na Fundację Panoptykon, która od dawna badała proces zagrabiania przez platformy prawa do decydowania, co jest legalne, a co nielegalne w naszej komunikacji. Fundacja analizowała przepisy, przyglądała się działaniom platform i czekała, aż znajdzie się ktoś wystarczająco zdeterminowany, odważny i bezkompromisowy, by iść w obronie swoich swobód do sądu.

Dorota Głowacka, prawniczka Fundacji Panoptykon, rozmawia z dziennikarzami po ogłoszeniu wyroku (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Wyborcza.pl) , Społeczna Inicjatywa Narkopolityki na wyrok czekała sześć lat. 'Duża satysfakcja' - mówili o decyzji sądu aktywiści (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Wyborcza.pl)

Dzisiejsi aktywiści SIN dołączyli do stowarzyszenia już po rozpoczęciu sporu sądowego z Facebookiem. Co nie znaczy, że nie czują dreszczyku emocji. Przy kawie opowiadają, jak zaczęli się interesować wpływem narkotyków na ludzi ("antropologiczne podejście", "osobiste doświadczenia"), jak docierają do zainteresowanych ("oficjalne namioty na festiwalach", "działania w sieci"), jak prowadzą komunikację i edukację. Oraz oczywiście, co dla nich oznacza wygrany proces z Metą. "Duża satysfakcja" – zapewnia Kuba Nowak.

"I nawet nie chodzi o odzyskanie tych starych wpisów. Bo co nam dziś przyjdzie z tego, że konta sprzed kilku lat ożyją?" – tłumaczy pełna determinacji Justyna Bryka. Na koniec dodaje: "To raczej zadowolenie, że sąd oficjalnie uznał takie działania za cenzurę". Cenzurę, którą prywatna firma stosuje wobec tysięcy, a może nawet milionów ludzi i organizacji z całego świata.

* * *

Te miliony to wcale nie jest przesada. Ale dokładnej skali zjawiska właściwie nie znamy. Szacuje się, że na świecie jest około 4,9 miliarda użytkowników mediów społecznościowych, co stanowi 60 procent globalnej populacji. Facebookowi w 2024 roku stuknęło 20 lat. I chociaż mamy już nawet regulacje, jak na przykład unijny Akt o usługach cyfrowych1, których celem jest między innymi uporządkowanie tego, co i w jaki sposób blokują platformy społecznościowe, oraz zmuszenie ich do ujawniania informacji na ten temat, to i tak wciąż poruszamy się tu po omacku. A to komuś Facebook zablokuje wpis, uznając, że to spam (bo podobno oznaczono w nim za dużo osób), a to Instagram zetnie zasięgi z powodu, który brzmi, jakby wypadł z bębna maszyny losującej.

Donald Trump i Mark Zuckerberg podczas spotkania w Białym Domu w sierpniu 2019 roku (Fot. Domena publiczna/Wikipedia Commons)

Zresztą ten brak dokładnej wiedzy o kryteriach stosowanych przez platformy jest częścią szerszego problemu. Problemu, który przez lata nie miał nawet konkretnej nazwy.

Choć może miał. Przecież George Orwell, opisując w Roku 1984 totalny świat Oceanii, jako najwyższy wymiar kary wskazał ewaporację, czyli nie tylko uśmiercenie fizyczne, ale przede wszystkim całkowite wymazanie skazanego z historii: z dokumentów, z książek, z gazet, ze zdjęć. Gdyby żył dzisiaj, zapewne na pierwszym miejscu wymieniłby ewaporację z mediów społecznościowych. Praktyka jednak pokazuje, że to nie państwowy Wielki Brat wymierza tę karę, a decydują o niej bezlitosne algorytmy, czy raczej zasilany nimi nie mniej bezlitosny biznes platform cyfrowych.

Od lat jako dziennikarka kolekcjonuję przykłady takiej cyfrowej ewaporacji. A jest ich cała masa, z każdej możliwej strony sceny politycznej. Prawicowy publicysta Dawid Wildstein poskarżył się na Twitterze, że Facebook zablokował jego konta za złamanie regulaminu, czyli za tekst krytykujący antysemityzm. Reżysera Andrzeja Saramonowicza ukarano za wiersz: "Skoro nie umiemy żyć w jednym wspólnym kraju / po prostu należy go podzielić / jak Koreę / według równoleżnika czy tam południka najpolszej z polskich ambicji / więc najpierw oni / w tej ich lepszej / i zdecydowanie ambitniejszej Polsce […]".

Instagram usunął zdjęcia, które fotograf "Newsweeka" Adam Tuchliński zrobił w 2019 roku nacjonalistom biorącym udział w Marszu Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce. Podobna przyjemność spotkała też grupę Obywatele Decydują, czyli społeczność wspierającą referenda i obywatelskie inicjatywy ustawodawcze, satyryczny – choć często ocierający się o granice dobrego smaku – fanpage Pitu Pitu, gwiazdę (ówcześnie) TVN Jarosława Kuźniara, lewicowego publicystę Jasia Kapelę, prawicowego działacza Samuela Pereirę i liberalnego publicystę Leszka Jażdżewskiego.

Sylwia Czubkowska, autorka książki 'Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem', a także bestsellera 'Chińczycy trzymają nas mocno. Pierwsze śledztwo o tym, jak Chiny kolonizują Europę, w tym Polskę' (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Wyborcza.pl)

Pisałam o nich teksty, próbowałam dotrzeć do decydentów w platformach, zrozumieć, jak to jest możliwe, że bez wyroku sądu tajemniczą decyzją usuwa się kogoś z rzeczywistości społecznej. Obserwowałam, jak kolejne blokady i bany wymierzane były od prawej do lewej. Od Gardzę Lewactwem po Sztuczne Fiołki. Od Kuby Wojewódzkiego po Rafała A. Ziemkiewicza. Można by gorzko zażartować, że w dawaniu banów platformy są najbardziej demokratyczne. Choć o demokracji trudno tu w ogóle mówić.

* * *

I nie jest to wyłącznie model działania Mety, czyli Facebooka i Instagrama. "Zostałem usunięty z każdego medium, na jakim byłem: YouTube usunął mnie w grudniu ubiegłego roku [chodzi o 2018 rok – przyp. aut.], a przywrócił w styczniu po protestach organizacji pozarządowych. Na Patronite byłem zablokowany przez pół roku. Na Facebooku i Instagramie po blokadach musiałem założyć nowe konta, bo nawet nie miałem jak się odwołać od decyzji. Nie złamałem żadnych wytycznych, ale to nie było kluczowe" – tak kilka lat temu opowiadał mi o swojej bezradności wobec platform Mestosław, założyciel Społecznej Inicjatywy Narkopolityki.

Było to jeszcze przed procesem, który SIN razem z Panoptykonem wytoczył Facebookowi. "Widzieliśmy ten problem już od wielu lat, alarmowali o nim kolejni użytkownicy, którym Facebook, Instagram, Twitter czy nawet YouTube kasowały treści, banowały konta, zmniejszały zasięgi, demonetyzowały nagrania. Zawsze działo się to na podstawie takiej samej filozofii: jesteśmy prywatnym serwisem, mamy prawo więc podejmować decyzje w stosunku do naszych użytkowników. Stąd określenie «prywatna cenzura»" – opowiada Dorota Głowacka.

Zobacz wideo Wypalenie zawodowe uznane za poważne zagrożenie dla zdrowia

Z Głowacką, prawniczką Fundacji Panoptykon, przez lata wielokrotnie rozmawiałam właśnie o tym, jak i w fundacji, i wśród prawników rosła świadomość potężnej nierównowagi sił między użytkownikiem a platformami. "Mówimy o cenzurze, czyli usuwaniu wartościowych treści z przestrzeni publicznej, ale to jedna strona problemu. Druga to niereagowanie na materiały szkodliwe, mowę nienawiści, dezinformację, przemoc, pomówienia, scam. Platformy często w dowolny sposób oceniają, że jakieś treści nie łamią ich regulaminu. Czyli prywatne firmy ustawiają się w pozycji egzekutorów własnych zasad, które stawiają wyżej, jak się niekiedy wydaje, niż prawo powszechne. W ten sposób stają się arbitrami decydującymi o faktycznych granicach wolności słowa w sieci" – tłumaczy Głowacka.

* * *

Internet w latach 80. ewoluował z eksperymentu naukowego do kontrolowanej przez państwo (wciąż głównie USA) sieci komputerowej używanej przede wszystkim wśród akademików. Dopiero w kolejnej dekadzie miały miejsce nie tylko jego wyjście poza hermetyczne środowiska naukowe i wojskowe oraz międzynarodowa ekspansja, ale także prywatyzacja kolejnych obszarów. Systemy zbudowane przez naukowców stopniowo przeszły w ręce biznesu, który oczywiście w każdy poziom swojego działania wpisał zysk.

Jak pisze wspominany już Tarnoff, pod koniec XX wieku mało jeszcze wiedzieliśmy na temat tego, co ta prywatyzacja będzie oznaczała. Pewne działania przyjmowane zatem były jako nieunikniony proces dziejowy. Już w 1999 roku Scott McNealy, prezes firmy Sun Microsystems, która rozwinęła Javę, jeden z najważniejszych języków programowania, i miała ogromny wpływ na rozwój internetu, chmur obliczeniowych i programowania, cynicznie powiedział: "Nie masz już żadnej prywatności, a więc się z tym pogódź". To była jednoznaczna zapowiedź: wraz z upowszechnieniem się internetu walka o naszą prywatność została przegrana. A przecież te ćwierć wieku temu nie było nawet jeszcze takich gigantów jak Google czy Facebook.

Przypisy:
1 Unijne rozporządzenie Digital Services Act dotyczące wszystkich firm weszło w życie 17 lutego 2024 roku na terenie całej UE w stosunku do tak zwanych VLOP (Very Large Online Platforms), czyli największych firm technologicznych; obowiązuje od 25 sierpnia 2023 roku.

*Publikujemy fragment książki Sylwii Czubkowskiej "Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem", która ukazała się 21 maja 2025 roku nakładem Wydawnictwa Znak Literanova.