Polkom, które same przerywają swoje ciąże, nie grozi żadna kara. Za aborcję, którą wykonają samodzielnie, nie usłyszą zarzutów prokuratorskich ani nie spotkają ich żadne inne reperkusje. Depenalizacja aborcji, której latem nie udało się przegłosować w Sejmie, dotyczyła nie kobiet w ciąży, ale tzw. pomocnictwa, co oznacza, że mąż, partner, matka albo przyjaciółka, którzy np. zamawialiby dla kobiety tabletki do aborcji farmakologicznej, wciąż mogą mieć postawione zarzuty.
Od Ewy Szymery z FEDERY – Fundacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny – słyszę, że wiedza na ten temat nie jest powszechna. Każdego dnia do organizacji dzwonią Polki, przerażone, że jeśli zamówią dla siebie tabletki poronne, pójdą do więzienia.
Nie pójdą! Od 1993 roku, kiedy uchwalono Ustawę o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, nic się w tej kwestii nie zmieniło – za samodzielnie zorganizowaną i przeprowadzoną aborcję kobietom nic nie grozi.
Google, powiedz, jak przerwać ciążę?
Pytanie: jak to zrobić?
Wpisuję to hasło w wyszukiwarkę. Pierwsza wyskakuje oferta kliniki aborcyjnej w Czechach, druga – klinika holenderska. Obie strony są w języku polskim. Następnie wchodzę na stronę FEDERY, która oferuje specjalny poradnik. Odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania znajduję również na stronie Aborcyjnego Dream Teamu.
W rezultacie już po kilku minutach otrzymuję komplet informacji praktycznych: są numery telefonów, pod którymi kobiety przeprowadzą przez temat od A do Z – infolinia Aborcyjnego Dream Teamu: 22 29 22 597, FEDERY: 22 635 93 95 – są linki, w które wystarczy kliknąć, by zamówić z zagranicy zestaw tabletek do aborcji farmakologicznej: Women on Web lub Women Help Women. Tabletki – mifepriston oraz mizoprostol – kosztują kilkadziesiąt euro, aczkolwiek kobiety w trudnej sytuacji finansowej oraz te, których ciąże są obarczone wadami letalnymi płodu, mogą się ubiegać o zestawy bezpłatne.
Organizacje kobiece oferują również m.in. porady prawne, listę zaufanych lekarzy (także psychiatrów) oraz szpitali przeprowadzających legalne aborcje, a także wszechstronną informację o możliwościach przerwania ciąży za granicami naszego kraju. Aktywistki pomyślały o wszystkim. Aborcja bez Granic podaje nawet instrukcje, jak usunąć historię zapytań o aborcję z wyszukiwarki.
Posłanka z mównicy sejmowej: "Miałam aborcję"
Przepisy antyaborcyjne nie zostaną zliberalizowane. Podczas Campusu Polska Przyszłości premier Donald Tusk powiedział wyraźnie, że w tym Sejmie nie ma większości, która byłaby w stanie to zrobić. Na otarcie łez wspólnie z ministerką zdrowia Izabelą Leszczyną ogłosił otwarcie furtki, która ma ułatwić dostęp do aborcji. Jedną z przesłanek do terminacji ciąży jest zagrożenie zdrowia lub życia kobiety. Tusk i Leszczyna podkreślali, że chodzi również o zdrowie psychiczne i że na podstawie zaświadczenia od psychiatry kobieta ma prawo do legalnej aborcji w publicznym szpitalu.
Rzecz w tym, że aborcje przeprowadzają raptem pojedyncze szpitale. Kilka miesięcy temu kolejne placówki odmówiły zabiegu nastolatce, która zaszła w ciążę w wyniku czynu zabronionego. O tym, że dostęp do legalnej aborcji jest iluzoryczny, słyszymy regularnie.
Tyle o legalnej aborcji i zabiegach przeprowadzanych w szpitalach.
Wiosną tego roku ministerka do spraw równości Katarzyna Kotula wystąpiła w Sejmie z tabletkami poronnymi, by Polki dostały jasny sygnał, w jaki sposób mogą wziąć sprawy w swoje ręce. A posłanka Katarzyna Ueberhan z mównicy sejmowej grzmiała: "Aborcja była, jest i będzie. Jedna Polka na trzy miała aborcję. Jestem jedną z nich". Ona również pokazywała blister z tabletkami. Uściśliła, że sama skorzystała z tej właśnie metody przerwania ciąży.
Pytam Ueberhan, czy obawiała się tego publicznego wyznania. – Tak. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy to powiem – przyznaje. Ale nie żałuje. Ani na sejmowych korytarzach, ani w przestrzeni wirtualnej nie spotkała się ze słowami potępienia, nienawistnymi komentarzami. – Reakcje były i są jedynie pozytywne. W różnych miejscach Polski podchodzi do mnie wiele kobiet, zwłaszcza młodych, które mi dziękują. To, co zrobiłam, miało dla nich znaczenie. Nie czują się już same – mówi posłanka Lewicy.
Podziemie aborcyjne? "Nie ma żadnego podziemia!"
Kiedy dzwonię do Antoniny Lewandowskiej z FEDERY i Justyny Wydrzyńskiej z Aborcyjnego Dream Teamu i mówię, że przygotowuję materiał o tym, jak w latach 20. XXI wieku w Polsce wygląda podziemie aborcyjne, reagują jednakowo. "Nie używaj w ogóle tego terminu! W Polsce nie ma już podziemia aborcyjnego!" – przekonują.
Zmienił się zarówno sposób przeprowadzania aborcji, jak i społeczne podejście do tematu. Kobieta, która chce przerwać ciążę, nie jest już skazana na poszukiwania dojścia do lekarza, który wykona "skrobankę" – bywało, że nieprofesjonalnie, w niehigienicznych warunkach – pokątnie, w prywatnym gabinecie. Od czasów Tadeusza Boya-Żeleńskiego i jego "Piekła kobiet" i "Łuku triumfalnego" Ericha Marii Remarque'a, które w jaskrawy sposób opisują dramat kobiet decydujących się na przerwanie niechcianej ciąży w pierwszej połowie XX wieku, rzeczywistość zmieniła się diametralnie. Kobiety nie muszą już też poszukiwać pomocy tych, które przyjdą do domu z prywatnym zestawem do przeprowadzenia aborcji, jak tytułowa Vera Drake z kultowego filmu, w którym reżyser Mike Leigh opowiada o rzeczywistości w powojennej Anglii.
Dziś w Polsce samodzielna aborcja oznacza aborcję farmakologiczną. To najpopularniejsza metoda przerywania ciąży. Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że jest bezpieczna. Jak na ironię, aktywistki twierdzą, że po niesławnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2020 roku – który spowodował, że terminacja ciąży z powodu wady letalnej płodu nie jest już możliwa – świadomość Polek na ten temat wzrasta. Wskazuje na to m.in. doświadczenie aktywistek. Wydrzyńska twierdzi, że jeszcze kilka lat temu kobiety przerywały ciążę w dziewiątym–dziesiątym tygodniu. Dziś w szóstym–siódmym.
Jednocześnie po publicznym wyznaniu posłanki Ueberhan pod Sejmem nie ustawili się "obrońcy życia", media nie zrobiły z tematu sensacji. – Ostatnia pięciolatka to skok, jeśli chodzi o świadomość, podejście do tematu – uważa posłanka Lewicy.
Antonina Lewandowska z FEDERY zamiast o "podziemiu aborcyjnym" mówi o aborcji systemowej oraz pozasystemowej. – Ogromna większość aborcji jest wykonywana przez kobiety samodzielnie w domu. Zgodnie z wytycznymi WHO! Używanie nacechowanego pejoratywnie terminu "podziemie aborcyjne" buduje całkowicie fałszywe przekonanie, jakoby było to niebezpieczne, a mówimy o procedurze bezpieczniejszej od usunięcia zębów mądrości – mówi Lewandowska.
Organizacje kobiece szacują, że rocznie w naszym kraju przeprowadza się około 150 tys. aborcji.
Justyna Wydrzyńska z Aborcyjnego Dream Teamu podkreśla, że ciąże, które kobiety przerywają samodzielnie w domu, nie są opisane w polskim prawie. – Nie jest to w żaden sposób określone, a to oznacza, że kobiety nie łamią prawa – mówi Wydrzyńska.
To nie Argentyna, w której zanim w 2020 roku feministkom udało się doprowadzić do legalizacji prawa aborcyjnego, kobiety trafiały do więzienia, gdy poroniły ciążę. Cały świat usłyszał o "Belén" (kobieta funkcjonowała w mediach pod zmienionym imieniem - dop. red.), która nie wiedziała, że jest w ciąży. Zarówno o tym, jak i o fakcie, że poroniła, dowiedziała się dopiero w szpitalu. W 2014 roku trafiła za kratki na osiem lat.
Wracamy do Polski. – Podejrzewam, że w 1993 roku ustawodawca nie przewidział, że pojawią się możliwości samodzielnego przeprowadzania aborcji, jakie mamy dziś – mówi Antonina Lewandowska.
Wydrzyńska dodaje, że podziemiem można by nazwać zabiegi, które w publicznych szpitalach, "po godzinach", przeprowadzają lekarze. – Wieczorami, w weekendy, kiedy na oddziale jest niewiele pacjentek, przyjmują kobiety, które wcześniej zapłaciły im w prywatnych gabinetach, i podają im leki poronne. Jednak to jest promil aborcji, które dziś dzieją się w Polsce – twierdzi Wydrzyńska.
Skuteczność: 98 proc.
Wiele kobiet, które dzwonią do Aborcji bez Granic, obawia się, czy przyjęcie tabletek jest bezpieczne, czy nie wystąpią powikłania, czy procedura się powiedzie. – Skuteczność leków wynosi 98 proc., co oznacza, że dwie na sto kobiet musi przyjąć zestaw tabletek kolejny raz. Jeśli aborcja farmakologiczna nie udaje się za pierwszym razem, organizacja Women Help Women zaopatruje kobiety w kolejny zestaw leków bez dodatkowych kosztów – mówi Wydrzyńska.
Ponieważ tabletki są wysyłane z zagranicy, część kobiet, szczególnie z południowej Polski, wybiera zabieg w jednej z klinik zagranicznych, np. w Czechach. Żeby było szybciej.
Polkom, które poddają się aborcji za granicą naszego kraju, nie grożą sankcje karne.
– Ciąże powyżej 12. tygodnia Polki przerywają głównie w Holandii, gdzie aborcja jest legalna do 22. tygodnia, a kobieta nie musi podawać przyczyny swojej decyzji – mówi Wydrzyńska.
Polki są przyzwyczajone do czegoś innego. Lata opresyjnej narracji – mówienie o "dokonywaniu aborcji", które jednoznacznie przywodzi na myśl dokonanie zbrodni – zrobiły swoje. Kiedy Justyna Wydrzyńska odbiera telefon, kobiety bardzo często się tłumaczą, dlaczego są zmuszone przerwać ciążę. – Czasem wręcz brutalnie przerywam ten potok słów. Mnie to do niczego nie jest potrzebne, ale przede wszystkim chcę, żeby kobieta poczuła, że nie musi nic wyjaśniać. To jej decyzja. Cokolwiek za nią stoi, nie zmieni to mojego stosunku do niej ani tego, że chcę jej pomóc i pomogę – tłumaczy.
Kobiety nie tylko dostają informację, jak zamówić tabletki i jak je później zażyć – np. że podczas procedury mogą zażywać leki przeciwbólowe, ale absolutnie nie te, które zapobiegają skurczom, bo właśnie o skurcze macicy chodzi – lecz także przez całą tę drogę prowadzą je działaczki z organizacji kobiecych. – Jesteśmy non stop w kontakcie. Są kobiety, które po przyjęciu tabletek dzwonią do mnie co pół godziny i pytają, czy to, jak się czują, jest naturalne, czy jednak jest to coś nietypowego i potrzebna jest kontrola lekarska – wyjaśnia Wydrzyńska.
Zarówno od niej, jak i od Antoniny Lewandowskiej słyszę, że o to, jak samodzielnie zakończyć ciążę, pytają najczęściej kobiety dorosłe: 20–30-latki. Wiele z nich ma już dzieci.
"Wzięłam tabletki i chcę wiedzieć, czy się udało"
Jesienią tego roku FEDERA otworzyła w stolicy Centrum Zdrowia. – Tu nie trzeba się wstydzić ani krygować. Można przyjść i powiedzieć wprost: "Wzięłam tabletki i potrzebuję wiedzieć, czy się udało". Lekarka albo lekarz wykona USG, a wizyta przebiegnie w przyjaznej, otwartej atmosferze. Tu nie ma ocen, nie ma klauzuli sumienia. Oczywiście nie każda kobieta przyjmująca tabletki ma potrzebę takiej wizyty. W naszym Centrum Zdrowia mogą być również wykonywane cytologie, badania piersi, prowadzone ciąże – mówi Lewandowska. Dla części kobiet, m.in. uchodźczyń oraz kobiet będących pod opieką ośrodków pomocy społecznej, usługi są bezpłatne. W pozostałych przypadkach, jak podkreśla moja rozmówczyni, ceny są "poniżej rynkowych".
W Centrum Zdrowia możliwa jest również konsultacja psychiatryczna. To ważna informacja dla kobiet, które chcą przerwać legalnie ciążę w polskim szpitalu i potrzebują zaświadczenia.
Otwarcie swojej przychodni zapowiada również Aborcyjny Dream Team.
Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Walka o legalizację aborcji trwa. Wiele kobiet nie kryje wściekłości, że rząd Donalda Tuska nie zrealizował obietnic składnych zarówno przez KO, jak i przez Lewicę i nie zliberalizował prawa.
– Komitet ONZ do spraw likwidacji wszelkich form przemocy wobec kobiet i dziewcząt stwierdził jednoznacznie, że Polska łamie prawa kobiet. Mogłoby się wydawać, że każda Polka może dziś bez problemu przerwać swoją ciążę, jednak nie jest to prawda. Fakt, że kobiety oddolnie wypracowały ścieżki radzenia sobie w obliczu represyjnego prawa, nie oznacza, że prawo to im nie zagraża. Dziś mamy plaster przyklejony na ranę, która wciąż krwawi – mówi Lewandowska.
Działaczka FEDERY podkreśla, że samopomoc i możliwość kupienia tabletek z zagranicy albo wyjazdu na zabieg to nie jest opcja dla wszystkich.
– Dostęp do aborcji jest silnie sprywatyzowany. Koszty ponosi kobieta. Nie powinno tak być. Dopiero kiedy aborcja będzie gwarantowana w ramach publicznego systemu ochrony zdrowia, stanie się dostępna dla wszystkich. Kiedy mówimy o aborcji, myślimy o triadzie: legalna, bezpieczna i dostępna. Jeśli którykolwiek z komponentów nie funkcjonuje, nie możemy się na to godzić! – podkreśla Lewandowska.
Aborcyjny Dream Team podkreśla, że po 22. tygodniu ciąży wywołanie poronienia może być traktowane jako wywołanie porodu, a więc może wiązać się z odpowiedzialnością karną za dzieciobójstwo. – Nigdy do tej pory nie zdarzyła sytuacja, by zostały postawione takie zarzuty – podkreśla Justyna Wydrzyńska.
Polki walczą o liberalizację prawa nieprzerwanie od 1993 roku.
Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą Wrocław", "Dziennikiem Polska Europa Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


