Społeczeństwo
Bengal Zachodni wcale nie jest łaskawy dla kobiet. To tu rejestruje się największą liczbę przypadków przemocy domowej (suprabhat/Shutterstock)
Bengal Zachodni wcale nie jest łaskawy dla kobiet. To tu rejestruje się największą liczbę przypadków przemocy domowej (suprabhat/Shutterstock)

Dopiero podczas podróży do Bengalu Zachodniego zrozumiem i odczuję we własnym organizmie, że największym dobrem, a zarazem luksusem dzisiejszego świata jest nieograniczony dostęp do świeżego powietrza i swobodnego oddechu. Każdej nocy od przyjazdu do Kalkuty atakuje mnie kaszel i szamoczę się w brudnym prześcieradle jak ryba złapana do foliówki. Ze snu wyrywa tępy ból głowy, a rano aplikacja w telefonie ostrzega, by nie wychodzić na zewnątrz z powodu zanieczyszczenia powietrza. Ignoruję alerty i przemierzam miasto w antysmogowej maseczce, której noszenie tak mi doskwiera. *

Ochrona kobiet i ochrona natury**

Statystyki na temat handlu ludźmi, które przeglądam, nie wydają się tak optymistyczne jak wizja Sohama. Przeczą jej również artykuły w miejscowych gazetach.

Wycinam wszystkie doniesienia o agresji wobec tutejszych kobiet – a jest ich naprawdę dużo, podobnie jak metod dręczenia: podpalenie pięćdziesięciolatki przez męża, napaść seksualna ze strony teścia, samobójstwo dwudziestotrzylatki w wyniku znęcania się przez rodzinę męża zaraz po aranżowanym ślubie, oblanie kwasem solnym przez brata podejrzewającego siostrę o zdradę męża, wpuszczenie do sypialni synowej kobry czy zakopanie żywcem nastoletniej córki w celu odczynienia uroku.
Im kobiety mniej są wykształcone i świadome, im biedniejsze, tym łatwiej nimi sterować (PradeepGaurs/Shutterstock)

Bengal Zachodni wcale nie jest łaskawy dla kobiet. To tu rejestruje się największą liczbę przypadków przemocy domowej. I tu od ćwierćwiecza prężnie działa feministyczna organizacja Swayam, której główne hasło brzmi: Zakończmy przemoc wobec kobiet. W swoich projektach często łączy ona celebrację kobiecości z celebracją natury, ochronę kobiet z ochroną przyrody.

Stojąc na Deodar Street, przed siedzibą Swayam, dostrzegam smutne oczy Suchitry Sen, hinduskiej Grety Garbo. Barwny mural z jej podobizną vis-à-vis biura organizacji zdobi ogrodzenie domu, w którym mieszkała. Była drugą indyjską aktorką, która zdobyła międzynarodową nagrodę filmową. Przed skręceniem w uliczkę, przy której przez cztery lata żyła gwiazda, mijam kozy karłowate stojące na rozgrzanej ulicy i podskakujące ryby sprzedawane z rozłożonej na ziemi gazety.

Nie wybrałam dobrego momentu na spotkanie. W Swayam właśnie trwa charytatywny piknik. W zamieszaniu nikt nie zwraca na mnie uwagi, choć byłam umówiona. Wreszcie udaje mi się przekonać jedną z pracownic, by zgodziła się na krótką rozmowę. Zaprasza mnie do biura, wręcza oficjalne ulotki, na bezdechu wypowiada gotowe formułki i wymienia akcje pomocowe. Pytam o status wdowy w Indiach. I o kobiety w Sundarbanach.

Nabiera powietrza i z lekkim zniecierpliwieniem zaczyna tłumaczyć. Kiedy włączam dyktafon, stwierdza stanowczo:

- Wolałabym, żebyś tego nie nagrywała.

- Dlaczego?

- Bo nie jestem uprawniona do zabierania głosu w imieniu organizacji. Musisz wystąpić o oficjalne pozwolenie. Napisać mejla. To pewnie potrwa kilka dni. Typowe procedury. Muszę wracać na piknik. - Spogląda na zegarek.

- Nie potrzebuję oficjalnych wypowiedzi. Powiedz mi o swoim doświadczeniu, o tym, z czym się tu spotykasz.

- Co miałabym ci powiedzieć, czego nie wiesz?

W Indiach bycie kobietą to wciąż przestępstwo. Ale oficjalnie mało kto się pod tym podpisze. Dlatego nie nagrywaj. Musisz zrozumieć, że w naszym patriarchalnym społeczeństwie kobieta ma być przede wszystkim matką i żoną. Matką, najlepiej syna, i żoną jednego mężczyzny. I nie ma prawa wyjść za innego, nawet jeśli owdowieje.

O całym życiu kobiety decyduje mężczyzna: najpierw ojciec, potem mąż, na końcu syn (PradeepGaurs/Shutterstock) , Rząd nie ma żadnego interesu, by kobietom pomagać, cokolwiek finansować, by je w jakikolwiek sposób wzmacniać (Talukdar David/Shutterstock)
Szczególnie w tradycyjnych wiejskich społecznościach, jak te w Sundarbanach. Mumbaj i duże miasta to już inne Indie, tam możesz więcej, choć w domach ciągle jest przemoc. W takich miastach też może cię spotkać dużo złego ze strony męskiej części społeczeństwa, która często bierze odwet na wykształconych kobietach robiących karierę, rozwijających się. Bo według hinduskiej tradycji kobieta nie może być niezależna. O całym jej życiu decyduje mężczyzna: najpierw ojciec, potem mąż, na końcu syn. Ten pogląd wciąż pokutuje wśród ludzi w wielu domach. Połowa krzywdzonych w Kalkucie kobiet pochodzi z klas wyższej i średniej.

Bezsilność tygrysich wdów

No doubt, being a woman is a crime – powtarza refren naszego spotkania, a zarazem jego kodę.

W nieco podobnym tonie wypowiada się Anamitra Anurag Danda, z którym rozmawiam w jego domu w Kalkucie. Danda, który przez kilkanaście lat pracował w Sundarbanach, a obecnie szefuje Sundarbans Programme w indyjskim oddziale WWF oraz jest Senior Visiting Fellow w Observer Research Foundation, podkreśla, że globalne ocieplenie i zmiany klimatu stwarzają nowe wyzwania przed tym trudnym do życia regionem. Rozmawiamy o bengalskich tygrysach i niezwykłej wrażliwości ekosystemu, ale wciąż powraca temat bezsilności tamtejszych tygrysich wdów.

 – Tygrys ludojad z Sundarbanów to romantyczny mit. Jest sexy i przyciąga zachodnią opinię publiczną, która wyobraża sobie, że gdzieś tam na dalekich wyspach tygrysy nie mają niczego innego do roboty, tylko pożerać ludzi. To nieprawda.

Ale to nośny temat. Na pewno bardziej niż uboga kobieta z Sundarbanów. A wiemy, że takich kobiet jest bardzo dużo i w całej Azji, i w Afryce. Czy świat się przejmuje ich losem? Tygrys jako gatunek ma obecnie swoich globalnych przedstawicieli i obrońców. Ubogie niepiśmienne kobiety nie.

Ale one mają inny głos: cenny głos wyborcy. Dlatego rząd nie ma żadnego interesu, by im pomagać, cokolwiek finansować, by je w jakikolwiek sposób wzmacniać. Wręcz przeciwnie. Im mniej są wykształcone i świadome, im biedniejsze, tym łatwiej nimi sterować i tym częściej wesprą miejscowego aparatczyka, bo ten im obieca na przykład budowę studni. Musisz pamiętać, że lokalni politycy mają w Indiach ogromną władzę i wręcz niewyobrażalnie większy wpływ na ludzi niż w Europie. Jedynym sposobem, by pomóc mieszkańcom takich regionów, jest wyposażenie ich w nowy zestaw umiejętności zawodowych, odpowiadający czasom współczesnym, bo te, które mają, nie są już odpowiednie. Praca w dżungli, na którą są skazani, nasila problemy zarówno po stronie ludzi, jak i dzikiej przyrody. Rząd w tej sprawie nie robi nic.

Zdanie Dandy potwierdza wielu moich rozmówców, między innymi siedemdziesięciosześcioletni Nakul Jana, który w 2013 roku założył stowarzyszenie Sundarban Tiger Widow Welfare Society. Dotychczas pomogło ono tysiącowi kobiet żyjących na tym terenie.

Praca w dżungli, na którą są skazani, nasila problemy zarówno po stronie ludzi, jak i dzikiej przyrody (Biswaphotography93/Shutterstock) , Tygrys jako gatunek ma obecnie swoich globalnych przedstawicieli i obrońców (Sourabh Bharti/Shutterstock)

Trzy pokolenia tygrysich wdów

– Mogę cię zabrać do domów, w których od trzech pokoleń są tygrysie wdowy – zaczyna Jana, stojąc na tle kredensu, na którym ustawiono wypłowiałe pluszowe tygrysy i sztuczne kwiaty w wazonach. – Do chat, w których kobietom tygrys zabrał nie tylko męża, lecz także ojca, teścia i syna. Te kobiety opiekują się zwykle trójką albo czwórką dzieci, a czasem też starszymi członkami wspólnoty.

Nagle stają się jedynymi żywicielkami swoich wielopokoleniowych rodzin. Dlatego około trzydziestu tysięcy rodzin na wyspach codziennie głoduje. Dzieci chorują i umierają z niedożywienia. Ci ludzie nie mają dosłownie nic – opowiada w swoim mieszkaniu w Kalkucie, prezentując mi kilka grubych zeszytów z ręcznie opisanymi tygrysimi atakami i wykaligrafowanymi datami śmierci ich ofiar.

Jana przez trzydzieści lat pracował jako inżynier, między innymi w Emiratach Arabskich i Omanie. Jego pasją stało się wtedy nurkowanie z butlą. Gdy wrócił do Indii, nie mógł kontynuować swojego hobby, bo indyjskie wody są ciemne, a widoczność słaba. Dlatego zaczął wędkować. W 2009 roku pojechał w tym celu do Sundarbanów.

Tylko złość i rezygnacja

 – Gdy przekroczyliśmy kolejny kanał i wydawało się, że jesteśmy już w gęstym lesie, w oddali między drzewami zobaczyłem rytmicznie poruszające się kolorowe punkty. Co to?, zapytałem wioślarza. Odpowiedział, że to pracujące tygrysie wdowy ze swoimi dziećmi. Ciągną sieci, bo mężowie zostali zabici przez tygrysa, a po ich śmierci muszą przetrwać, zajmują się więc połowem krewetek w leśnych kanałach. Tak się dowiedziałem o istnieniu tych kobiet. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem, choć pochodzę z Kalkuty.

Jana mówi, że tygrysie wdowy często nie mogą ubiegać się o odszkodowanie, bo ich mąż pracował nielegalnie. Inne nie wiedzą nawet o tym, że mają takie prawo, są zastraszane albo szantażowane.
Według hinduskiej tradycji kobieta nie może być niezależna (paul prescott / Shutterstock)

 – Od tamtej pory pukałem do wszystkich możliwych organizacji. Ale instytucje są głuche, tak samo jak rząd. Nie tylko indyjskie, lecz także międzynarodowe, z którymi prowadziłem rozmowy. A potrzeby są zbyt wielkie, by je zaspokoić w pojedynkę. Przeznaczyłem na ten cel niemal wszystkie swoje pieniądze i poświęciłem wiele lat życia. Teraz czuję tylko złość i rezygnację.

Bunt i upór

Choć odkąd przyleciałam do Kalkuty, czyli zaledwie od dwóch tygodni, za zebrane w Polsce złotówki próbuję zorganizować pomoc dla tygrysich wdów, to już podzielam jego rozgoryczenie. Niewiele układa się tak, jak to sobie wcześniej wyobrażałam. Informatorzy nie przychodzą na spotkania lub spóźniają się po kilka godzin. Do potrzebujących pilnego wsparcia wdów trudno dotrzeć, bo coś takiego jak adres często na wyspach nie istnieje. Ci, którzy mieli mi bezinteresownie pomóc w rozdysponowaniu funduszy i zorganizowaniu dla kobiet alternatywnych źródeł utrzymania, nagle znikają lub żądają wygórowanych sum, jak artystka uprawiająca rzeźbę tradycyjną, z którą miałam zorganizować szkolenie zawodowe. To jedna z nielicznych kobiet specjalizujących się w tym fachu i jedyna certyfikowana rzeźbiarka wśród artystów ludowych w całej kalkuckiej dzielnicy Kumartuli.

Zobacz wideo Varanasi - święte miasto Indii. Dlaczego niektóre kobiety nie mogą przychodzić nad Ganges?

Razem z Sohamem odwiedzam ją w warsztacie. Z imponującą odwagą mówi mi o biedzie, trudach życia w patriarchacie, o swoim buncie i uporze, wreszcie o osiągnięciach i nagrodach. Pokazuje dyplomy. Demonstruje zręczność palców, lepiąc przy mnie figurkę bogini Kali. Obiecuje pomóc innym kobietom w zamian za pokrycie kosztów materiałów i swoje kilkudniowe utrzymanie oraz transport, ucząc wdowy wytwarzać prostą biżuterię z gliny, na którą jest popyt. "Same będą mogły ją potem sprzedawać albo podeślę im dystrybutora" – przekonuje. Jestem zachwycona. Omawiamy harmonogram działań i wszystkie szczegóły, także finansowe.

*Publikujemy fragment książki "Oko tygrysa. Opowieść o bestii, którą stworzył człowiek" Marty Sawickiej-Danielak, która ukazała się w Wydawnictwie Marginesy 12 czerwca 2024 roku.

**Śródtytuły pochodzą od redakcji