Janusz ma 65 lat, od ponad 20 jest w kryzysie bezdomności. – Od 20 albo 30, już tak dokładnie nie pamiętam – zaznacza. Prosi, żebym mówiła mu po imieniu. – Na pana trzeba sobie zasłużyć – tłumaczy.
Wychował się w domu dziecka, kilka razy był w poprawczaku. – Potem wyszedłem na prostą. Ożeniłem się, miałem pracę. A to w piekarni, a to byłem sanitariuszem w szpitalu. Tylko jak zostałem zdradzony przez żonę, to się potem posypało – mówi.
Stracił pracę, kolejnej nie szukał. Pojawił się alkohol. Zaczęło mu brakować pieniędzy i tak brakuje ich do dzisiaj. – Miałem takie momenty, że mówiłem: napiję się i się utopie. Ale stchórzyłem. Coś mnie trzymało – zapewnia.
Janusz doskonale zna warszawskie noclegownie i schroniska dla osób w kryzysie. Wie, gdzie wydają jedzenie. Pamięta jeszcze Marka Kotańskiego, twórcę Monaru. Kiedy o nim mówi, w oczach pojawiają mu się łzy. – Więcej takich ludzi nam trzeba, więcej – przekonuje.
Kilka lat temu Janusz przeniósł się pod Warszawę. – Mieszkam w drewniaku, to taki gołębnik. Nie jest tam ciepło. Chodzę w kaloszach, bo tam, gdzie mieszkam, w innych butach nie ma co wchodzić. Od razu się zniszczą, bo błoto i duża woda. Tak jak jest, to jest, ale to bardzo bolesne. Nie mam pieniędzy. Zbieram butelki po piwie, puszki. Podchodzę do ludzi, kto da, ten da, a jak nie, to nie będę miał. Podchodzę do ludzi, czasami kupią mi jedzenie – opowiada.
Co niedzielę o 10 przychodzi "na zupę", którą organizuje w Brwinowie Ewa Gołębiewska, prezeska Stowarzyszenia Ponad Miedzą, zajmującego się pomocą osobom dotkniętym biedą. Jeden posiłek wystarcza mu na cały dzień. – Musi. Dużo nie jadam. Kiedyś tobym konia z kopytami zjadł, a teraz to coś tam poskubię i już. Staram się utrzymywać higienę. Piję, ale się nie upijam. U siebie łazienki nie mam, chodzę się myć do pobliskiego pałacyku, tam jest restauracja, czasami jakieś koncerty. Teraz wziąłem maszynkę od pani Ewy, bo muszę się już ogolić – opowiada Janusz.
Niedawno miał urodziny. – Mówią mi, że mam pięćdziesiątkę, że na tyle wyglądam. Ze znaku jestem ryby, jak Olbrychski – uśmiecha się.
Kiedy pytam, czego mogę mu życzyć, mówi, że chyba niczego. – Nie mogę się dołować. Po prostu.
"Ubóstwo to nieobecność i często bezdomność"
Poczucie bycia gorszym od innych to, jak tłumaczy Ewa Gołębiewska, chleb powszedni osób ubogich i bezdomnych. – Ubóstwo to nieobecność, to dotkliwa samotność. Gdy pytam ludzi, czego najbardziej im brak, mówią o braku kontaktu z drugim człowiekiem i o utraconych relacjach rodzinnych.
Ewa co niedzielę prowadzi akcję "Zupa Ponad Miedzą". – Zasadą jest, że każdy może na nią przyjść. Przychodzą osoby w kryzysie bezdomności, ubogie, ale i po prostu samotne. Zupa jest możliwością spotkania w życzliwym klimacie, rozmów, wymiany informacji i budowania więzi – tłumaczy. I jak dodaje, osób na niedzielnych posiłkach przybywa. – Mam świadomość, że jest dużo ubogich emerytów, rencistów, którzy z pomocy nie korzystają. Przywdziewają maskę, przekonują, że sobie radzą. Tymczasem gdy z niewielkich świadczeń opłacą rachunki, wykupią leki, na życie niewiele zostaje. Siedzą w domach, nie szukają pomocy. Wstydzą się o nią prosić. Ubóstwo nie powinno być wstydem, niestety jest – mówi gorzko.
- Z czego to wynika? – pytam.
- Ubóstwo utożsamiane jest z winą: bo nie pracuje, bo jest leniem, bo jest sam sobie winien. A tym ludziom w całej masie niedostatku zostaje jedynie duma i godność. Znam takich, którzy mimo ewidentnych kłopotów nie chcą skorzystać z oferty Miejskich (Środowiskowych) Ośrodków Pomocy Społecznej. To jak wyparcie: radzę sobie, dopóki nie przyjmuję pomocy, gdy przyjmę, jestem biedny. Osoby ubogie unikają miejsc, gdzie otwarcie muszą przyznać się do biedy – wyjaśnia Ewa Gołębiewska.
Często jest też tak, że nie mają wiedzy o możliwościach pomocy i nie otrzymują jej na odpowiednim etapie. – Gdy popadają w większe kłopoty, są nieobecni dla rodziny, sąsiadów, społeczeństwa. Trafiają w przestrzeń wykluczenia i bardzo często bezdomności.
Według Ewy Gołębiewskiej systemowe wsparcie jest nieefektywne. – Raport NIK z 2020 roku wykazał brak koordynacji, nadzoru i analizy skuteczności w tworzonych programach osłonowych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Ja oprócz braku wydolności widzę nieudolność i przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka. Pokazał to chociażby spis osób bezdomnych przeprowadzony nocą 28/29 lutego. Osoby w kryzysie bezdomności powinny otrzymać kampanię społeczną poprzedzającą spis. Dostały światłem po oczach i widok mundurowych. Bezdomność to nie wybór, ale wyborem jest sposób traktowania drugiego człowieka. Ubóstwo to jeden z czynników, który do bezdomności prowadzi. Między nimi przebiega cienka granica – podkreśla Gołębiewska.
Życie w skrajnym ubóstwie
Jak wynika z danych GUS, prawie dwa miliony Polaków żyje w skrajnym ubóstwie. 3 proc. naszego społeczeństwa nie stać na podstawowe zakupy.
W grupie najuboższych jest około 400 tys. dzieci, czyli osób, które nie mogą nic zrobić ze swoim stanem, nie pójdą do pracy. Są uzależnione od rodziców i opiekunów – zauważa Joanna Sadzik, prezeska Stowarzyszenia Wiosna, organizatora Szlachetnej Paczki. Szlachetna Paczka jest też autorem raportu o biedzie. – Około 290 tys. osób wśród skrajnie ubogich to seniorzy, osoby, które utrzymują się z renty albo emerytury. Nie zawsze są w stanie dorobić. W większych miastach stoją na rogach bardziej uczęszczanych ulic i sprzedają bukieciki albo warzywa ze swojego ogródka – opowiada Sadzik.
Ubóstwo ma też twarz osób pracujących albo tych, które opiekują się schorowanym bliskim, bądź matki, która zrezygnowała z pracy, bo opiekuje się swoim dzieckiem z niepełnosprawnością. Problem dotyczy też samodzielnych rodziców, którzy żyją, jakby byli w skrajnym ubóstwie. Wynajmują mieszkanie, ale przeznaczają na to całą swoją pensję. Nawet 800+ nie zmienia radykalnie sytuacji. Są to też ludzie, którzy ulegli wypadkom i z dnia na dzień stracili możliwość pracy zarobkowej, oraz osoby w kryzysie bezdomności, które starają się przetrwać – wymienia Sadzik.
Skrajną biedę można zdefiniować. GUS ubóstwo finansowe określa na podstawie minimum egzystencji szacowanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Konsumpcja poniżej tego poziomu zagraża życiu i zdrowiu człowieka. Zasięgi ubóstwa skrajnego wskazują na ich wyraźne zróżnicowanie, w zależności od analizowanej grupy ludności. Niektórzy w swoim dziennym budżecie nie mają nic. Ubóstwo pozbawia jedzenia, ciepła, środków higienicznych, zdrowia, dachu nad głową. Ale też, jak podkreśla Joanna Sadzik, relacji. – Jeżeli osoby ubogie nie mogą iść do nikogo, nie mogą nikogo przyjąć, wstydzą się tego, jak wyglądają, jak są ubrane, tracą znajomych. Kiedy myślą o tym, jak przeżyć kolejny dzień, to brakuje im już sił na kontakty towarzyskie. Krok po kroku osoby ubogie stają się wykluczone ze społeczeństwa i to wykluczenie postępuje – tłumaczy.
"Całe szczęście robi się cieplej"
– Moim marzeniem jest się wykąpać. Umyć się od góry do dołu, nie na deszczu, tylko w łazience. Może kiedyś będzie mnie na to stać – mówi z uśmiechem pani Dorota. W mieszkaniu socjalnym na łódzkich Bałutach, w którym mieszka od kilkunastu lat, ma tylko umywalkę i ubikację. – Jest jeszcze kuchnia, mały pokoik i duży pokój. Mieszkam tu z córką, ale jest w pracy – tłumaczy, oprowadzając mnie.
Córka pani Doroty pracuje od 7 do 19. 12 godzin dziennie. Gdyby pracowała mniej, nie byłyby w stanie się utrzymać. – Dostaję niską emeryturę, 1240 zł na rękę. Jakby córka nie zarabiała, pewnie bym była na ulicy. Albo by mnie nie było na tym świecie w ogóle – mówi pani Dorota.
Już kilka razy udało im się uniknąć eksmisji. – Nie płaciłam jakiś czas za komorne, ale dogadałam się, żeby spłacać dług. Teraz wynosi 18 tys., płacimy 500 zł zadłużenia na miesiąc, do tego regularne komorne, światło, ogrzewanie. A ciężko ogrzać to mieszkanie piecykiem węglowym. W tym roku zmarzłam tak jak jeszcze nigdy. Całe szczęście robi się cieplej – cieszy się.
To, czego nie wydadzą na ogrzewanie, będą mogły przeznaczyć na jedzenie, na które często brakuje.
– Teraz na święta nie miałyśmy na chleb. Potem uratowało nas wyrównanie za prąd. Ale to standard, że po prostu nie ma za co kupić jedzenia. Czasem pożyczam od sąsiadek, zawsze im oddaję. Chociaż to wszystko ma krótkie nogi, bo jak się pożycza, to trzeba oddać i znowu w przyszłym miesiącu brakuje. Ale kiedyś wygram na loterii i nie będzie brakowało – zapewnia pani Dorota.
Co miesiąc, kiedy dostaje na konto emeryturę, wysyła los. Doskonale wie, co zrobiłaby z wygraną. Za część kupiłaby mieszkanie. – Niewielkie, dla siebie i córki. Nad morze bym jeszcze pojechała i polskie góry zobaczyła. Resztą bym się podzieliła z potrzebującymi – mówi.
Bo zawsze się dzieliła i myślała o innych. Najpierw o chorym mężu, który ponad 20 lat temu zmarł na raka. Potem przez 13 lat o mamie z alzheimerem, którą się opiekowała. – Musiałam zrezygnować z pracy, bo mamusia wymagała całodobowej opieki. Wtedy bardzo pomagała mi Szlachetna Paczka, dostawałam drogie środki higieniczne, odżywki. Wcześniej pracowałam jako fryzjerka, ale z powodu silnej alergii przebranżowiłam się na szwaczkę. Później przez kilkanaście lat pracowałam w handlu – wspomina.
– A jak pani zdrowie? – pytam.
– Z tym jest najciężej. Choruję na cukrzycę, nie mogą mi zbić cukru. Coś mi się oczy psują, mam gastryczne problemy, kręgosłup siadł. Wcześniej nie chodziłam do lekarza, nie miałam kiedy, teraz się staram – odpowiada.
Tylko że leki kosztują, i to sporo. Nie zawsze na nie starcza. Na pomoc dalszej rodziny pani Dorota nie może liczyć. Jest zdana na siebie i swoją córkę. – Chciałabym jeszcze trochę pożyć. Trzeba żyć chwilą. Sekunda, minuta może zmienić całe życie. Nam się dobrze powodziło, niczego nie brakowało. Po śmierci męża spadłyśmy na dno. Ale wie pani, w środku mam jeszcze trochę iskierki. Staram się dobrze patrzeć na świat, cieszyć się z tego, co mam, chociaż są chwile, że jest tak ciężko, że nie mam siły.
Głód powszedni
Często jest tak, że bieda przychodzi zupełnie niespodziewanie. Zaskakuje i zamraża, pozbawiając możliwości wyjścia na prostą. – Nie zdajemy sobie sprawy albo nie chcemy zdawać sobie sprawy z tego, że człowiekiem ubogim można stać się w kilka sekund i to może spotkać każdego z nas. Czasami to jest chwila nieuwagi. Nieszczęśliwy wypadek, śmierć osoby, która utrzymuje rodzinę. Znamy szereg takich sytuacji. To jest chwila. Proszę zobaczyć, ile jest dziennie wypadków samochodowych. Są rzeczy, które dzieją się niezależnie od nas i mogą prowadzić do ubóstwa – tłumaczy Joanna Sadzik.
Wypadek, choroba. Czasami uzależnienie, jak to było u Marioli.
– Jak nie ma na chleb, to człowiek się budzi, ślinę przełyka i musi sobie jakoś radzić – zaczyna Mariola. A na chleb nie ma niestety dosyć często. Na przykład w dniu, w którym się spotykamy. Siadamy na ławce przed jadłodajnią dla osób potrzebujących. – Głód jest mi znany, i to od dzieciństwa. Nas było pięcioro, matka nas zostawiła, jak byłam w ósmej klasie podstawówki. Bogu dziękuję, że ojciec mnie nie oddał do domu dziecka, a wychował. Ale takiej biedy, co ja przeżyłam, to nie życzę nikomu. I przemoc znam, i pijaństwo – mówi.
Pił jej ojciec, a potem mąż. W końcu Mariola też zaczęła. – Ja kiedyś byłam wrogiem alkoholu, ale żyłam z nim. Zaczęło się od współuzależnienia. Na początku wylewałam wódkę, ale potem spróbowałam jeden kieliszek, drugi, no i tak się potoczyło – opowiada.
Przez ponad 20 lat pracowała w handlu. Miała stałych klientów, dobrze sobie radziła. Tylko ten alkohol. – Mąż się zapił, umarł na moich rękach, a ja straciłam pracę przez picie. Bogu dzięki mam skromny dach nad głową, nie muszę mieszkać w bunkrach, ale jest ciężko – przyznaje.
Jak zaznacza, uratował ją obecny partner. Mieszkają u niego, ale pracy znaleźć nie mogą. – Próbujemy, ale się nie udaje. Ciężko jest teraz znaleźć pracę. Żebym nie dorabiała sobie u kogoś w ogrodzie, to nie miałabym nic. Ale to jest dosłownie parę złotych na życie. Wcześniej sprzedawałam wszystko, co miałam w domu. Zastawiałam telefon w lombardzie, żeby mieć cokolwiek – mówi.
Czasami to, co udawało się jej zarobić, wydawała na alkohol. Ostatni raz zdarzyło się tak w styczniu. – Jest bieda, brak pieniędzy, we mnie to pęka i muszę się zapić. Często czułam się gorsza, jak niepotrzebny śmieć. Miałam wrażenie, że każdy mnie wytyka palcem. Wstydziłam się siebie, swojego alkoholizmu, ubóstwa. Ubóstwo jest straszne – mówi ze łzami w oczach.
Bo bardzo trudno z niego wyjść. – Robię wszystko, co mogę, żeby iść do przodu, krok po kroku – zapewnia. Po pomoc zgłasza się do stowarzyszeń i organizacji pozarządowych. Zna wszystkie okoliczne ośrodki. – A jak tylko sobie coś zarobię, to od razu kupuję jedzenie do lodówki, żeby było. Bo nie wiem, co będzie jutro. Wiem, że są biedniejsi ode mnie, dlatego staram się pomagać, dzielić się. Jak konserwy dostaniemy, to daję tym, co mniej mają. Ze środkami czystości jest gorzej, ale jakoś sobie radzimy. Chodzę skromnie, ale czysto – tłumaczy.
Kiedy pytam Mariolę, czego najbardziej potrzebuje, odpowiada, że zdrowia. – Pieniądze szczęścia nie dają, brakuje, bo brakuje, nie powiem, że nie, ale zdrowie jest najważniejsze. To, że jestem biedna, nie znaczy, że jestem gorsza. Nie oceniam nikogo, wszystkich traktuję na równo i też chcę być tak traktowana.
Zauważyć
Jak pomóc osobom ubogim? – Przede wszystkim zauważyć. Tylko i aż – mówi Joanna Sadzik.
Rozejrzeć się wokół, zwrócić uwagę na sąsiadkę, która ledwo wiąże koniec z końcem. – Dostrzec kogoś, kto żyje w tym samym bloku, kamienicy i potrzebuje pomocy. Warto obserwować też koleżanki i kolegów dzieci ze szkoły. Czy nie ma tam przypadkiem dziecka, które nie jeździ na wycieczki, bo go nie stać. Pomoc to też zauważanie osób w pracy, które są na niskopłatnych stanowiskach. Zapytanie, czy u nich wszystko w porządku, czy sobie radzą. Można włączyć się również w systemowe pomaganie, np. w wolontariat, który pozwoli być w kontakcie z osobami ubogimi. Każdy z nas może także przekazać swoje 1,5 proc. na rzecz organizacji pozarządowych, takich jak Szlachetna Paczka, która od ponad 20 lat wspiera osoby żyjące w trudnej sytuacji materialnej. Nie wiemy, czy skala problemu będzie rosnąć. Warto mieć na uwadze, że żyjemy w świecie nieprzewidywalnym, w którym wszystko bardzo szybko się zmienia. Nie ma nic na zawsze i nie ma nic na pewno – zaznacza Joanna Sadzik.
Anna Korytowska. Dziennikarka od tematów społecznych. Lubi ludzi a każda rozmowa uczy ją czegoś nowego. Chce oddawać głos osobom, które są go pozbawiane.
