Społeczeństwo
'Dlaczego Asia nie pojechała na Kasprowy, mimo że miała bilet. Dlaczego zmieniła plan? Pytania pozostają bez odpowiedzi'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl)
'Dlaczego Asia nie pojechała na Kasprowy, mimo że miała bilet. Dlaczego zmieniła plan? Pytania pozostają bez odpowiedzi'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl)

Joanna Felczak zaginęła we wrześniu 2020 roku. Ostatni raz zarejestrowały ją kamery monitoringu przy schronisku górskim Murowaniec na Hali Gąsienicowej w Tatrach. Ruszyła wielka akcja poszukiwawcza w górskim terenie. Kilka miesięcy po zaginięciu Joanny, na jednej z  parkowych ławek w  Katowicach siadam z jej siostrą – Kamilą.*

Joanna nie była górską pasjonatką, raczej osobą, która jak wielu z nas szuka czasami w górach wytchnienia. "Siostra często wyjeżdżała gdzieś sama, więc o niektórych wyjazdach dowiadywałam się dopiero po jej powrocie. Asia nie miała zwyczaju dzwonić z  miejsc, które odwiedzała, czy wysyłać zdjęć. Zdarzało się to bardzo sporadycznie, na przykład podczas jej pierwszego zeszłorocznego (2020 rok) wyjazdu w  góry, po zniesieniu niektórych obostrzeń covidowych. Mówiła wtedy, że jedzie, że ma wykupiony nocleg, zastanawiała się, jaka będzie pogoda. Chciała wyjechać, żeby odpocząć" – opowiada Kamila.

Joanna zameldowana była u siostry w Katowicach, ale wynajmowała kawalerkę w Warszawie. Mieszkała tam sama i kilka pierwszych miesięcy pandemii spędzone w odosobnieniu nie wpłynęły na nią dobrze. Nic przecież nie zastąpi codziennej rozmowy z drugim człowiekiem – żaden komunikator czy telefon. To nie jest to samo.

'Powiedzieli, że siostra zostawiła rzeczy w pokoju w pensjonacie w Zakopanem, nie wymeldowała się i nie wiadomo, co się z nią dzieje'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl)

Tata sióstr mieszka pod Kielcami, Kamila  – z  rodziną w  Katowicach. Asia często bywała u  siostry, ale w  okresie pandemii pojawiła się u niej dopiero przy pierwszym zmniejszeniu restrykcji, czyli w okolicach czerwca. Mniej więcej w sierpniu Asia była jeszcze w górach z koleżanką z byłej pracy i podobno całkiem nieźle sobie radziła, choć ogólnie nie miała jakiegoś wielkiego doświadczenia w chodzeniu po górach.

"Na temat jej kolejnego, samotnego wyjazdu we wrześniu ja i tata nie wiedzieliśmy zbyt wiele. Asia wspomniała tylko w pracy, że kupiła bilet na Kasprowy Wierch, i mówiła o chęci wejścia na Świnicę, a kiedy rozmawiałam z nią tydzień przed wyjazdem, nie wspominała o  konkretnych planach".

Informacja o Świnicy, zdobyta po czasie, trochę Kamilę zaskoczyła. Szczyt nie jest łatwy, zwłaszcza dla osób uprawiających raczej rekreacyjną turystykę. Wybierając się na niego, trzeba mieć trochę doświadczenia w górach.

W niedzielę 20 września 2020 roku z samego rana Joanna opuściła swój pokój w pensjonacie w  Zakopanem, zostawiając w nim część swoich rzeczy, łącznie ze sprzętem potrzebnym w górach. Około godziny 11.00-11.20 rozmawiał z nią jeszcze jej tata. "Po zaginięciu wspominał, że słyszał jakiś szum w tle – myślał, że to dźwięki ze schroniska, ale według tego, co udało się nam ustalić, Asia wyszła ze schroniska trochę wcześniej; z tatą rozmawiała zatem być może pod schroniskiem, gdzie również było dużo ludzi albo już na szlaku".

Informacja o zaginięciu Joanny pojawiła się nagle. Siostry zazwyczaj rozmawiały ze sobą raz w tygodniu, Kamila zaplanowała telefon na poniedziałek po pracy. Zanim zdążyła to zrobić, do drzwi jej mieszkania zapukało dwóch policjantów. "Powiedzieli, że siostra zostawiła rzeczy w pokoju w pensjonacie w Zakopanem, nie wymeldowała się i nie wiadomo, co się z nią dzieje. Pytali, czy Asia nie przebywa u mnie". Okazało się, że kobieta miała się wymeldować z miejsca noclegu w poniedziałek około 10.00–11.00, a gdy tak się nie stało, właściciel postanowił wejść do pokoju, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zasłabła, czy nic się jej nie stało. W środku nikogo nie było, więc wezwał policję. Policja pobieżnie przejrzała walizkę i poprosiła właściciela pensjonatu, żeby czekał, aż ktoś z rodziny się z nim skontaktuje, albo żeby odesłał walizkę na własny koszt.

'W przestrzeni publicznej zaginięcia nie istnieją i człowiek nie ma pojęcia, z czym do kogo się zwrócić'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl)

"To nie znaczyło, że policja zaczęła szukać Asi" – zaznacza Kamila. – "Żeby rozpocząć poszukiwania, musi się pojawić formalne zgłoszenie, którego może dokonać tylko rodzina. W związku z tym zaraz po wizycie policjantów zadzwoniłam do taty, żeby zapytać, czy może on coś wie. Był tak samo zaskoczony jak ja. Szybko pojechał na najbliższy posterunek policji, żeby złożyć zawiadomienie o  zaginięciu. Cała machina ruszyła we wtorek, a policja z psami zaczęła szukać Asi dopiero w środę".

Sprawę zaczęła prowadzić policja w Zakopanem, ale ponieważ Asia mieszkała w Warszawie, to przejęła ją stołeczna komenda. Działania były zatem rozdzielone – część czynności wykonała policja w Zakopanem (pobrali jakieś próbki, być może zabezpieczyli jakieś ślady), a resztą miała zająć się policja w stolicy. Do Zakopanego pojechał również tata sióstr. Chciał pomóc na miejscu i odebrać rzeczy Joanny. Tak też się stało – policja stwierdziła, że może zabrać rzeczy córki.

"To było w środę albo w czwartek, a już w piątek policjanci zadzwonili do nas ponownie, mówiąc, że jednak walizka będzie im jeszcze potrzebna i trzeba ją przywieźć. Tata był wściekły – jest starszym człowiekiem, przejazdy tam i z powrotem były dla niego wyczerpujące. Ostatecznie po walizkę przyjechali policjanci z Krakowa. Do dzisiaj nie wiemy, do czego była im ponownie potrzebna, ale po jakimś czasie odesłano ją wraz z laptopem, który zabezpieczono do badań w wynajmowanym mieszkaniu w Warszawie".

Telefon Asi aktywny był do wtorku, 22 września, mniej więcej do 14.00. "Staram się zrozumieć policję, procedury, które mają, ale nie do końca potrafię, bo uważam, że te formalności zjadają sporo cennego czasu w pierwszych bardzo ważnych godzinach po zaginięciu. Do momentu, kiedy telefon jeszcze działał, można było zrobić więcej" – twierdzi Kamila.

Telefon zalogował się w rejonie Hali Gąsienicowej, jednak próby połączenia nie powiodły się, a wieczorem nie było już sygnału. Wyznaczono teren ostatniego logowania telefonu, który znajdował się poza szlakami, w trudno dostępnym, gęstym lesie. Ten obszar przeszukiwany był dwa albo trzy razy i nie znaleziono tam absolutnie niczego. W akcji brały udział psy tropiące – one również nie podjęły tropu. Trudno stwierdzić, czy dane dotyczące logowania były prawidłowe. Namierzanie telefonu w górach różni się od namierzania go w mieście, choćby ze względu na liczbę nadajników. W mieście czy jego okolicach jest ich stosunkowo dużo, ale w terenie, gdzie przebywała Asia, były dwa. Jeden na Kasprowym, drugi  – przy Schronisku na Murowańcu. "Ktoś powiedział mi, że błąd w  lokalizacji telefonu w górach może sięgać nawet 15–20 kilometrów, jest też wątpliwość, czy to było faktyczne miejsce ostatniego logowania, czy być może tylko jakieś odbicie fal".

'Mówiła, że jedzie, że ma wykupiony nocleg, zastanawiała się, jaka będzie pogoda. Chciała wyjechać, żeby odpocząć'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

W czasie naszej rozmowy siostra zaginionej zastanawia się również, dlaczego Asia nie pojechała na Kasprowy, mimo że miała bilet. Dlaczego zmieniła plan? Takie pytania w górach pozostają bez odpowiedzi. Na temat ustaleń policji rodzina nie wiedziała zbyt wiele. "Kiedy pytałam policjanta prowadzącego sprawę w Warszawie, czy siostrę zarejestrowała kamera na Kasprowym Wierchu, to odpowiadał, że sprawą monitoringu zajmowała się policja w  Zakopanem, a od policji w  Zakopanem dowiedziałam się, że »sprawa się toczy«".

Rodzina postanowiła więc złożyć wniosek o dostęp do akt sprawy, żeby zobaczyć, co policji udało się ustalić. Wniosek został bardzo dobrze uzasadniony i przygotowany, bo nie miało znaczenia to, że składa go najbliższa rodzina. Prawnik, który zgodził się pomóc Kamili i jej tacie, stwierdził, że fakt bycia rodziną nie będzie żadnym argumentem i taki wniosek zaraz zostanie odrzucony. Ostatecznie siostra zaginionej napisała to uzasadnienie dzięki wielu osobom, które jej pomagały; jak zaznacza – sama by tego nie udźwignęła.

 "Jak człowiek dowiaduje się, że jego bliski zaginął, to jest takie uczucie, jakby wpadł do studni. Nie wie, co ma zrobić ani w którą stronę się odwrócić, żeby znaleźć jakiś promyk światła. Kuzynka zaproponowała mi, żebym napisała post na swoim profilu na Facebooku oraz żebym udostępniła go na profilu Joanny, bo może ktoś coś wie, może pomóc. Wtedy to zgłosiło się do mnie kilka grup na Facebooku, które pomagają rodzinom osób zaginionych. Bardzo doceniam ich pracę oraz wsparcie, bo pomoc państwa kończy się wraz ze zgłoszeniem na policję" – dodaje Kamila. Służby jako ta publiczna pomoc przyjmują zgłoszenie i w zależności od tego, na kogo się trafi, szukają mniej lub bardziej sprawnie. Innej pomocy od państwa nie ma. "Żeby unieważnić prawo jazdy siostry, musiałam zasięgnąć porady prawnika, bo nie miałam pojęcia, jak to zrobić; w przestrzeni publicznej zaginięcia nie istnieją i człowiek nie ma pojęcia, z czym do kogo się zwrócić. Dowód osobisty można zastrzec – ale czy tylko swój, czy również członka rodziny? Na szczęście udało się, podobnie jak z kartą bankomatową Joanny – bo wiedziałam, w jakim banku miała konto".

Prawnik, który pomagał rodzinie, powiedział im, że nie ma przepisów, które przewidywałyby na przykład zastrzeganie prawa jazdy przez osoby trzecie. "Jest kilka organizacji, które pomagają, ale w pierwszej chwili do głowy przychodzi tylko policja, nikt człowiekowi nie udostępnia takiej podstawowej wiedzy w pigułce, co należy robić. Jak siostra zaginęła, to nie miałam pojęcia od czego zacząć. Dobrze, że pomogli mi ludzie z grup na Facebooku, bo gdyby się zastanowić, to oni zastępują instytucje państwowe" – mówi Kamila.

Zobacz wideo Ratują życie bezdomnym pod Dworcem Centralnym. "To akcja patriotyczna"

Wspomina również, że sytuacja, która wydarzyła się na komisariacie, była dla niej kuriozalna: jej tata po zgłoszeniu zaginięcia dostał od policjanta tylko numer sprawy, na tym się skończyło. Dopiero gdy rodzina zgłosiła sprawę do Fundacji ITAKA, to okazało się, że zgłaszający powinien dostać na komisariacie potwierdzenie zaginięcia. W związku z tym ojciec pojechał raz jeszcze na policję, upomniał się i dopiero wtedy wydano mu dokument…

Rodzina Joanny wsparcie otrzymała również od grup ratowniczych z Podhala, Knurowa, Myślenic oraz od masy wolontariuszy, którzy sami się organizowali po to, żeby pójść w góry i sprawdzać miejsca, gdzie urwał się kontakt z Asią. Chętnych do pomocy było sporo, tylko wiedza pozostawała bardzo okrojona – siostra Joanny nie miała nawet informacji, którą drogę mogła obrać zaginiona, wychodząc ze schroniska...

 *Publikujemy fragment książki "Zawieszeni. O zaginionych i ludziach, którzy ich szukają" Szymona J. Wróbla, która ukaże się 10 kwietnia w Wydawnictwie SQN.