Według szacunków nawet 25 proc. par żyje w związkach na odległość. Model relacji, który często początkowo wydaje się rozwiązaniem kuszącym, w rzeczywistości niesie za sobą wiele trudności.
Ola (35 lat) i Grzegorz (46 lat). 400 km do siebie
Biała koszula
Dwa lata wcześniej Ola postawiła sprawę jasno: – Mam trzydzieści parę lat, jestem po rozwodzie, z dzieckiem. Nie mam czasu na siedzenie na czatach. Zależy ci, to przyjedź.
Kilka godzin później Grzegorz stanął w drzwiach łódzkiego mieszkania Oli. – Przyjechał w białej koszuli, a mnie zupełnie ścięło z nóg. Poczułam taki spokój, taką miłość, że gdyby się nagle okazało, że Grzesiek jest seryjnym mordercą, stwierdziłabym, że OK, trzeba mieć w życiu jakąś pasję. Albo że warto być odważnym.
Poznali się na konferencji w Koszalinie w 2021 roku. Ola miała wystąpienie o kreatywności, jest zawodową komiczką. Grzegorz reprezentował firmę jednego ze sponsorów eventu. Zwrócił na nią uwagę, z kuluarowych rozmów dowiedział się, że tak jak on Ola ma za sobą rozwód i naprzemienną opiekę nad dzieckiem. Na początku nie miał szczęścia. – Facet z dzieckiem z drugiego końca Polski? Do czego mi to teraz potrzebne?
Ola dopiero doszła do siebie po życiowej rewolucji: rozwód, zmiana kariery (wcześniej tworzyła treści internetowe, niedawno ruszyła w pierwszą stand-upową trasę), przeprowadzka (kupiła na kredyt mieszkanie dla siebie i córki), problemy zdrowotne. Nie szukała nowej miłości, chciała spokoju. Nie wiedziała jeszcze, że ten "facet z drugiego końca Polski" wstaje codziennie o czwartej rano i jest przyzwyczajony do wkładania wysiłku w sprawy, na których mu zależy.
Znalazł Olę w social mediach, zaczęli wymieniać wiadomości. Gdy przejechał 400 km w białej koszuli, było już jasne, że od teraz trzeba będzie kombinować.
Chaos i Excel
Ola wymienia przeciwności: – 11 lat różnicy między nami, całkowicie inne charaktery (ja – człowiek chaos, on – człowiek Excel), dwoje dzieci w opiece naprzemiennej, dwa trudne rozwody (trudny rozwód – masło maślane, co?), moja nieprzewidywalna praca, moje ADHD...
W tej układance dwa różne miasta i 400 km odległości między nimi to tylko jeden z wielu elementów. Chociaż fakt, że nawet ferie w ich województwach wypadają kiedy indziej, brzmi jak chichot losu.
Ola wymienia plusy: – Nie mam w swoim otoczeniu szczęśliwych związków, które mogłyby być dla mnie odniesieniem do tego, co bym chciała u siebie, a w tej sytuacji jesteśmy zmuszeni układać tę relację trochę po omacku, trochę metodą prób i błędów, ale jednak według własnych potrzeb i ograniczeń, bo żaden zewnętrzny wzorzec się tu na nic nie zda.
Opieka naprzemienna nad dziećmi jest zsynchronizowana: gdy Ola ma tydzień opieki nad córką, Grzegorz spędza tydzień z synem, a kolejny tydzień spędzają razem. W pierwszych miesiącach związku Grzesiek wsiadał w samochód już w piątek, żeby jak najszybciej być razem. Ola nie chciała, żeby poświęcał dla związku całe swoje życie. Zanim się poznali, ważną częścią jego codzienności był sport – treningi indywidualne, granie w piłkę, chodzenie na mecze. Ola poprosiła: zatrzymaj weekendy dla siebie, z doświadczenia wiedziała, ile dają jej te chwile w tygodniu, gdy nie jest niczyim rodzicem ani niczyją partnerką. Od tej rozmowy między tygodniem opieki i tygodniem w parze zawsze przychodzi weekend, kiedy jest czas dla siebie i odpoczynek, a Grzesiek wyjeżdża z Koszalina dopiero w poniedziałek. Teoretycznie. A w praktyce? – W praktyce wygląda to tak, że każdy tydzień to nowa logistyka. Pojawiają się sytuacje, gdy pomimo tygodnia bez dzieci konieczna jest obecność któregoś z nas. I to, że oboje jesteśmy rodzicami, sprawia, że uznajemy za priorytet zasadę: dzieci są zawsze najważniejsze.
Poza dziećmi druga kluczowa zmienna to praca. Bo to, że Ola ma tydzień bez córki, nie oznacza, że spędza ten czas w domu. Grafik występów jest ustalany z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Jeździ z programem po całej Polsce, zdarza jej się zrobić w tydzień 2000 km.
Rutyną Grzegorza jest od lat wstawanie o czwartej, zaczynanie pracy bardzo wcześnie, by koło południa zamknąć laptop i zająć się resztą życia. Gdy towarzyszy Oli w trasie, godziny pracy wyszarpuje w ciągu dnia. Randkują "przy okazji". – Miałam występ w Polanicy, Grzesiek mówi: "Chodź, pojedziemy na obiad do Czech!". To jest nasze życie w pigułce.
Patchwork szyty na miarę
- Już nigdy nie chciałabym być w sytuacji, w której rozstanie z kimś oznacza zostawienie za sobą wszystkiego. Mam ogromną potrzebę posiadania swojego mieszkania, czasu, pasji, niebycia w całości dla związku czy rodziny.
Po rozstaniu z mężem wszystko zostawiła za sobą, zaczynała od zera. – Dopóki mamy opiekę naprzemienną, a dzieci są małe, nie zamieszkamy na stałe razem. Kupiłam dla siebie i córki mieszkanie z myślą, że to będzie nasz dom na osiem–dziewięć lat. Jeśli za dziesięć lat dzieci pójdą na studia, a my dalej będziemy razem, wróci temat wspólnego domu. Ale jeśli nasze drogi się w międzyczasie rozejdą, to chociaż pękłoby mi serce, ani dla nas, ani dla dzieci to nie będzie koniec świata.
Żyją w patchworku, ale na odległość. Całą czwórką widują się kilka razy w roku. Przed świętami organizują własne małe święta: ubierają choinkę tydzień przed Wigilią, zanim dzieci pojadą do drugiej połowy rodziny. Na wakacje mają własny patent: zabierają na wyjazd po jednym przyjacielu każdego z dzieci. – Okazuje się, że czwórkę dzieci jest łatwiej ogarnąć niż dwójkę!
Zdiagnozowane u Oli ADHD oznacza m.in. podatność na nudę i szybkie wypalanie się podejmowanymi czynnościami. Jej obecny styl życia w tym kontekście brzmi jak scenariusz szyty na miarę. – Nasz związek rozwija się niezależnie od rodzicielstwa. Nie mam kiedy się znudzić Grześkiem, tak samo jak nie mam kiedy się wypalić jako mama, bo od jednej i drugiej roli regularnie odpoczywam.
Z drugiej strony każda roszada zawodowa lub rodzinna oznacza komplikacje. A codzienność składa się w równej mierze ze spontanicznych obiadów w Pradze i momentów bolesnej nieobecności. Ostatnio Ola zachorowała, miała problem, żeby wstać z łóżka, podstawowe czynności stanowiły wyzwanie. Ale Grzegorz w tym samym czasie towarzyszył synowi w kwalifikacjach do drużyny piłkarskiej. – Byłam w strasznym stanie i bardzo potrzebowałam opieki, ale w Koszalinie był dziewięcioletni chłopiec, który w tym momencie był po prostu ważniejszy.
Do Oli piszą kobiety, które znają ją ze sceny i social mediów. Wśród wiadomości przeplata się zdanie: "Jesteś dla mnie nadzieją, że po rozwodzie mogę kogoś poznać". – Jakkolwiek ciężko by mi było momentami, to chyba coś w tym jest. Bo do głowy by mi nie przyszło parę lat temu, że jeszcze kiedyś taki stary koń znad morza będzie do mnie wysyłał listy niespodzianki.
Zuza (24) i Daniel (24)*. 10 000 km do siebie
Przyjaciele
Zuzia wysiadła z samolotu w Wiedniu i się rozejrzała. Hala przylotów? Tędy. Szła wzdłuż strzałek w obcym mieście, odliczając sekundy. Już za chwilę miała po raz pierwszy zobaczyć twarz kogoś, komu od kilku miesięcy mówiła przez telefon "kocham cię".
Po raz pierwszy na żywo. Bo przez ekran komputera widywali się regularnie od trzech lat. Zuzia mieszkała w Olsztynie, Daniel w Meksyku, poznali się w aplikacji do nauki języków obcych. Od dawna była na niej aktywna, kilka lat wcześniej w ten sam sposób poznała swojego pierwszego chłopaka, Antonia z Hiszpanii.
Z Danielem dobrze im się pisało, mieli dużo wspólnych tematów i podobny styl rozmowy. Zaprzyjaźnili się, wspierali w codziennych bolączkach. Zuzia trzymała kciuki, gdy Daniel zdawał egzamin z fortepianu, on kibicował jej, gdy zaczynała staż w biurze tłumaczeń. Co tydzień umawiali się na wideorozmowę, która trwała czasem dwie, a czasem pięć godzin. Mówili o sobie: besties. Najlepsi przyjaciele.
Po trzech latach znajomości Daniel wyznał jej miłość. – Byłam w szoku. Bo sama od jakiegoś czasu czułam, że rozwijają się we mnie uczucia do niego, inne niż przyjaźń, ale odpychałam je, bo przecież mieszkamy 10 000 km od siebie.
Daniel nieprzypadkowo wybrał moment na swoje wyznanie. Bo nagle pojawiła się szansa na spotkanie: jego brat był na wymianie studenckiej w Austrii i zapraszał go do siebie w odwiedziny. Za trzy miesiące miał przyjechać do Europy. Na cztery tygodnie. I jeżeli Zuzia da tej relacji szansę, chciałby ten czas spędzić z nią. – W tamtym momencie trzymaliśmy się jednego: kochamy się, jesteśmy parą, odliczamy dni do spotkania. Nie rozmawialiśmy o tym, co może być dalej, jak sobie poradzimy. Ten wątek pojawiał się tylko w żartach. Gdy podnosiłam w rozmowie temat odległości, Daniel mnie pocieszał: "Spokojnie, może na żywo wcale się nie polubimy!". Później Zuzia dodaje, że może to by było nawet lepiej.
Na żywo
Szła dalej po strzałkach i czuła coś, czego nie czuła nigdy. Nagle jest! Stał na wprost wyjścia. – Pomyślałam: jest dobrze, on istnieje, ma nogi, jest normalnej wielkości. Jednak to nie był żaden catfish.
Spędzili razem miesiąc jak z bajki, żyjąc jak para. Zwiedzili Wiedeń i Berlin, przez resztę czasu mieszkali razem w Olsztynie. Poznał jej rodzinę, przyjaciół. Tylko Zuzi co jakiś czas wkradała się do głowy niewygodna myśl: co dalej? Pod koniec pobytu Daniel pojechał sam na trzy dni do Warszawy, ona wolała zostać i nadgonić naukę. Taki był plan. – Odprowadziłam go na dworzec, a potem te trzy dni przepłakałam.
Przyszedł czas na rozmowę. – Rozważaliśmy różne scenariusze: może ja po filologii poszukam pracy w Meksyku? A może on przyjedzie na staż do Europy? To były dalekie perspektywy, ale w najbliższej przyszłości moglibyśmy zobaczyć się najwcześniej za pół roku.
Zuza miała za sobą trzyletnią relację na odległość. Jej były chłopak mieszkał w Hiszpanii, widywali się różnie: czasem co miesiąc, czasem co pół roku, a w czasie pandemii wcale. Gdy z nim zrywała, była na granicy wytrzymałości, pełna frustracji i zniechęcenia spowodowanego nieustanną rozłąką. Nie chciała przechodzić przez to po raz drugi. – Chciałam ochronić moją relację z Danielem przed tym wszystkim, co zniszczyło mój poprzedni związek. Nie wyobrażałam sobie, żebyśmy doprowadzili się do takiego miejsca, w którym znalazłam się na koniec z byłym partnerem. Gdy zmęczenie i frustracja były tak wielkie, że nie mogliśmy na siebie patrzeć.
Daniel wrócił do Meksyku. Próbowali jeszcze pozostać w romantycznej relacji, ale Zuza czuła się coraz gorzej. Źle zniosła przeskok ze wspólnego mieszkania do rozmów telefonicznych z ośmiogodzinną różnicą czasu. – Próbowałam negocjować z tą decyzją. Może to z tęsknoty tak mi źle? Może to przejdzie? Może jestem taka rozdrażniona przez fazę cyklu? Ale nie. To nie była żadna z tych rzeczy. Ja po prostu nie chcę związku na odległość. Po prostu mam bardzo dosyć bycia w takim zawieszeniu i bycia w związku, którego nie mogę doświadczyć. Nie chcę trwać w ciągłym oczekiwaniu na relację, której nie ma. W wyobrażeniu: związku, relacji, tej drugiej osoby. Ile tak można?
Nie przyjął tego dobrze. Nie mógł zrozumieć, że dla Zuzy ich miłość nie jest najważniejsza na świecie. – Bardzo mi na nim zależało, ale ja już nie jestem w stanie uwierzyć, że to się uda tylko dlatego, że jesteśmy zakochani. Ja lubię swoje życie w Olsztynie, on lubi swoje życie w Meksyku. I nie uważam, że któreś z nas powinno tak radykalnie zmienić swoją rzeczywistość z powodu tylko i wyłącznie jednej relacji.
Zuza marzy o tym, żeby odbudować przyjaźń z Danielem. Dzisiaj to niemożliwe, ale może za jakiś czas?
Weronika (26) i Oskar (26). 10 000 km i więcej
Trzy tu, trzy tam
Weronika zawsze chciała marynarza. – Jeszcze zanim poznałam Oskara, wyobrażałam sobie, że to by było coś dla mnie: mieć dużo przestrzeni dla siebie, gdy druga osoba wyjeżdża, i potem znowu przeżywać euforię, gdy wraca. Nie przewidziałam tylko jednego: że jeśli się kogoś maksymalnie kocha, to tęskni się też maksymalnie.
Marynarze wzbudzali w niej podziw. Imponowało jej, na ilu rzeczach trzeba się znać, by zawodowo pływać. Jej tata też pływał. Z dzieciństwa pamięta tę radość w domu, gdy wracał. To było rodzinne święto: mama gotowała ulubione smaki taty, wszyscy siadali razem przy stole i oglądali prezenty, które przywoził z całego świata. – Jako dziecko chyba byłam do tego przyzwyczajona. Ale odkąd poznałam Oskara, to myślę często o mojej mamie. Dopiero teraz mogę sobie wyobrazić, jak jej musiało być ciężko w tych tygodniach z całym domem na głowie.
Tata pływał sześć na sześć tygodni, Oskar – trzy na trzy miesiące. Przynajmniej na razie, bo częstotliwość i długość rejsów zależy od konkretnych firm; w przyszłości rozłąka może się wydłużać lub skracać, wedle zawartego kontraktu. – Teraz mija półtora miesiąca, odkąd wypłynął, i myślę: szybko zleciało. Ale przede mną jeszcze drugie tyle i to się wydaje strasznie długo!
Poznali się na domówce. Zwrócili na siebie uwagę, rozmawiali trochę, ale Oskar już kilka dni później wypływał. Na wiosnę wrócił i się odezwał. Od pierwszego spotkania byli już nierozłączni. Trzy miesiące z motylami w brzuchu minęły bardzo szybko, Oskar kilkukrotnie przekładał kontrakt o tydzień, dwa, trzy… W końcu nie było odwrotu. Wtedy podjęli decyzję: jeszcze zanim wypłynie, zamieszkają razem. W czerwcu zorganizowali błyskawiczną przeprowadzkę Weroniki. Zdążyli na styk. – Zostałam sama w jego mieszkaniu. Żeby zająć czymś głowę i się zadomowić, zaczęłam wielkie porządki. Wszystko przewertowałam, miał taki bałagan... Koszule kolorami poukładałam, skarpetki nie do pary ułożyłam. Sprzątałam kolejne szafki, szuflady i czułam, że go przez to poznaję.
Cały czas przychodzą jej do głowy pomysły na kolejne niespodzianki dla Oskara. – Chcę zrobić wszystko, żeby jego powrót do domu był jak najprzyjemniejszy. Żeby miał lodówkę pełną ulubionego jedzenia, świeżą pościel, porozwieszane zdjęcia na ścianach, zapas kosmetyków w łazience.
W ciągu dnia wszystko kojarzy jej się z Oskarem. – Chwilami już wariuję. Może tatuaż, może kolczyk w nosie, inny kolor włosów, całą szafę wymienię... Jak przyjedzie, to się zdziwi!
Z ulgą ucieka w pracę. – Gdy tęsknię, praca mnie nie męczy. Chętnie zostaję dłużej, maksymalnie się koncentruję. Korzystam ze wszystkich sposobów, żeby zająć sobie czymś uwagę. Filmy, książki też. Tylko nie mogę czytać nic o miłości, bo od razu odpływam myślami. Najskuteczniej wciągają kryminały.
Lista rzeczy do zrobienia przed przyjazdem Oskara:
1. Podgonić doktorat, żeby mieć potem więcej czasu razem.
2. Zrobić prawo jazdy, odebrać go z lotniska samochodem, żeby był zaskoczony.
3. Załatwić do mieszkania mapę świata na całą ścianę (taką, jaka mu się marzy od dawna).
4. Odstawić leki.
5. Nauczyć się gotować coś dobrego.
Udało jej się wypełnić cztery z pięciu postanowień. Egzamin na prawo jazdy też zdała, tylko już po jego powrocie.
Sieć wsparcia
Rozmawiają zazwyczaj raz dziennie przez telefon. Jakość połączenia jest różna. Czasami nie można zrozumieć żadnego słowa, innym razem słychać tylko końcówkę pytania "...prawda?". Wtedy Weronika zgaduje, o co mogło chodzić.
Zdarzają się awarie poważniejsze, wtedy kontaktu nie ma wcale. – Raz umówiliśmy się na rozmowę i nic. Mija dzień, drugi. Cisza. Po tygodniu zadzwonił! Nie sądziłam, że można się tak cieszyć czyimś głosem w słuchawce!
Weronika pisze też e-maile. – Jeden za drugim, rano, w południe, po obiedzie, wieczorem… Wiem, że go to bardzo cieszy.
W trudniejszych chwilach mogą liczyć na rodzinę. – Trochę przejęłam kontakt z rodziną Oskara. Jak się spotykamy, to razem za nim tęsknimy. Rozmawiamy o nim, słucham różnych historii z jego dzieciństwa. Dobrze się rozumiemy, bo oni też woleliby, żeby ich syn był blisko. Wspierają mnie, pocieszają. Gdy była awaria na statku, to od razu do mnie zadzwonili, żebym się nie martwiła, że tak się zdarza.
Daty powrotów są szacowane na oko, mogą się przesuwać w granicach dwóch lub trzech tygodni. Weronika zna dokładny dzień przyjazdu Oskara nie dalej niż tydzień wcześniej. Wtedy zaczyna się euforia. – Ja się zakochuję za każdym razem, gdy on wraca! Na początku, gdy wreszcie się widzimy, jest dużo milczenia. Jakbyśmy byli sobą znowu trochę skrępowani. Patrzymy na siebie ciągle, mało mówimy, jesteśmy jak we śnie. Gdyby ktoś nas widział z zewnątrz, to uznałby nas pewnie za wariatów!
Potrzebują doby lub dwóch, żeby się przyzwyczaić, że są znowu razem. Zwykle mija kilka dni, zanim Oskar dostrzeże zmiany, które zaszły w mieszkaniu pod jego nieobecność. Wymarzoną mapę na ścianie zauważył dopiero po tygodniu! Potem nadrabiają towarzyskie zaległości, spotykają się z rodziną, celebrują wspólne śniadania i wieczory z Netfliksem. Weronika chodzi na uczelnię, gdzie robi doktorat, a Oskar szykuje w domu obiad. Szkoda mu każdej chwili bez Weroniki, więc wszędzie ją podwozi i odbiera. Przez najbliższe trzy miesiące znowu są parą, która razem mieszka.
Fale
Tęsknota każdego dnia smakuje inaczej. – Są takie dni, kiedy to jest nie do wytrzymania i chcę iść jak najszybciej spać, żeby ten dzień się już skończył. A innym razem ta tęsknota jest przyjemna, bo wiem, że on wróci, i się tym cieszę. Czasami wydaje mi się, jakbym z tym moim uczuciem nie pasowała do reszty świata. Bo życie tak strasznie pędzi dookoła, a ja przez jakiś czas po prostu żyję tęsknotą.
Gdy Weronika powiedziała Oskarowi, że będzie bohaterką reportażu o związkach na odległość, zdziwił się. "Przecież my nie jesteśmy związkiem na odległość" – stwierdził. I wyjaśnił, że on się tak nie identyfikuje, bo jego wyjazdy wiążą się wyłącznie z pracą. A to prawdziwe życie mają wspólne, jedno, w Gdańsku. – Jak słyszę "związek na odległość", to od razu pojawia się niepokój, bo to hasło mi się zawsze źle kojarzyło. A my jesteśmy normalnym związkiem.
Weronika skarży się na tęsknotę, ale nie ma problemu, by wyobrazić sobie ich wspólne życie w takiej formie na dłuższą metę. – Planujemy razem życie. To, że go nie ma na miejscu, wcale mnie nie zraża. Myślę, że to jest wręcz recepta na wieczne motyle w brzuchu. Na pewno też łatwiej mi się o tym myśli, patrząc na moich rodziców, którzy przeżyli w taki sposób ponad 20 wspólnych lat.
Oskar jest bardziej ostrożny. Ostatnio zaczął mówić o zmianie pracy. Krótsze kontrakty? A może biznes na lądzie? Jeszcze się zastanawia. – Chciałabym wszystkie etapy życia przeżyć z nim. Nigdy niczego i nikogo nie byłam tak pewna. Mam dzięki niemu tyle chęci do życia! Jak ostatnio siedzieliśmy obok siebie, to miałam poczucie, że to sen. Takie fale szczęścia przechodziły przeze mnie. W życiu nie czułam takiego szczęścia!
Czy rozłąka czegoś uczy? – Te miesiące bez Oskara to dla mnie lekcje samodzielności. Ja jestem taka, że czasem potrzebuję, żeby mnie ktoś prowadził za rączkę. A tutaj nie ma takiej możliwości! I wtedy sobie myślę tak: jak umiem przeżyć bez niego, to już sobie ze wszystkim poradzę.
Agata Wilska, psycholożka i terapeutka par, www.psychologwlodzi.pl:
Najważniejsze pytanie w związkach na odległość to: czy my wiemy, po co to robimy? I to "po co?" musi być wspólne. Ponieważ w związku na odległość trzeba do tego bardzo często wracać. Do tego podstawowego powodu, dla którego siebie wybieramy, akurat siebie nawzajem.
Drugie pytanie to: ile jestem w stanie poświęcić i zaryzykować, by być z tą osobą? Bo nie każdy musi chcieć rzucić wszystko w imię miłości. Obserwuję w pracy gabinetowej, jak mit romantycznej miłości powoli ustępuje narracji o samorozwoju i indywidualnym spełnieniu. Moje pacjentki mówią: "tego kwiatu jest pół światu", "nie ten, to inny", "nie będę rezygnować z siebie dla relacji". Coraz częściej słyszę, że w życiu lepiej postawić na siebie niż na miłość. W tym sensie związki na odległość wyłamują się tym współczesnym narracjom, bo wymagają szeregu indywidualnych wyrzeczeń, by mogły trwać. Przekonanie o tym, że warto lub nie warto angażować się w taką relację, wiąże się też z naszymi głębszymi, bardziej podstawowymi przekonaniami na temat samej miłości. Na przykład: czy znaleźć miłość jest łatwo, czy trudno? Bo jeśli w moim odczuciu jest to trudne, to jest też szalenie cenne, gdy się przytrafia.
Antropolożka Antonina Stasińska, w latach 2016-2018 badała specyfikę funkcjonowania związków na odległość w grupie par transnarodowych, w przedziale wiekowym 23-33 lata:
Badacze późnej nowoczesności są zdania, że współczesne związki, relacje romantyczne zawiązywane w późnym kapitalizmie charakteryzują się bardzo dużą autonomią jednostki. To jest pokłosie dyskursu indywidualizmu, stawiania na siebie, dążenia do samorozwoju, kultury terapii. Teorie nauk społecznych mówią, że dzisiejsze związki są o wiele bardziej chaotyczne, fragmentaryczne, rozczłonkowane niż w przeszłości i że wobec tego są też mniej trwałe.
Moje badania pokazują inną perspektywę. Bo pary, z którymi rozmawiałam, z jednej strony są reprezentantami pokolenia samorozwoju, kariera i edukacja są dla nich bardzo ważne, a z drugiej związki, które tworzą, są trwałe i oparte na wyraźnej strukturze i planie. Rozłąka wymaga od nich determinacji, zaangażowania i odpowiedzialności. Planowania długoterminowego, kompromisów i wyrzeczeń. Więc gdzie tu fragmentaryczność i chaotyczność charakteryzujące współczesne relacje?
Istotne jest, że dla moich rozmówców normatywnym wzorem relacji intymnej nadal jest relacja twarzą w twarz. Wszystkie pary, z którymi rozmawiałam, traktowały związek na odległość jako stan przejściowy, etap na drodze do wspólnego życia, nie docelowy scenariusz.
Jeden z moich bohaterów badawczych powiedział: "Żeby związek na odległość się udał, trzeba po prostu skoczyć z klifu i wierzyć, że się wyląduje". W tych słowach jest kilka prawd o życiu na odległość. Po pierwsze: wiedza, jak to zrobić, jest nabywana wyłącznie przez praktykę, to nie jest sytuacja, do której można się wcześniej przygotować. Po drugie: determinacja i skupienie na tym samym celu (zamieszkaniu we wspólnej przestrzeni fizycznej) są kluczowe, wiara, że to ma sens, musi być większa niż jakiekolwiek trudności, z którymi się borykamy. Po trzecie: odległość wymusza szybsze tempo relacji, pewne poważne decyzje muszą być podejmowane na pierwszych etapach znajomości, nie ma czasu na wahanie – trzeba skoczyć od razu na głęboką wodę.
*Imiona bohaterów tej historii zostały zmienione na ich prośbę.
Tekst pierwotnie ukazał się 22 marca 2024 roku.
Katarzyna Siekańska. Finalistka I edycji Polska Stories. Pisze o relacjach i codzienności.