Społeczeństwo
Peter Freuchen na zdjęciu Irvinga Penna (fot. YouTube.com/Brief History)
Peter Freuchen na zdjęciu Irvinga Penna (fot. YouTube.com/Brief History)

W styczniu 1923 roku Freuchen czuł się już lepiej. Zbliżały się jego trzydzieste siódme urodziny, a przepowiednia jeszcze się nie ziściła. Ekspedycja kartograficzna, choć niezwykle ryzykowna, przebiegała bez zakłóceń. I nagle w jednej chwili wszystko stanęło pod znakiem zapytania.*

***

Oto jak sprawy zaczęły się komplikować. Podczas mapowania okolic Basenu Foxe’a, niedaleko Przylądka Melville’a, Freuchen wraz z kilkoma uczestnikami Piątej Wyprawy Thule natrafili na trudno przejezdny odcinek trasy pokryty grubą warstwą śniegu, dlatego musieli porzucić część zaopatrzenia, by ulżyć psom**.

Po nocy spędzonej w namiocie Freuchen postanowił wrócić po zostawione zapasy, nagła zamieć zmusiła go jednak do schowania się na noc pod odwróconymi sankami. Po przebudzeniu zorientował się, że nie zdoła się wydostać spod śniegowej czapy, która przez noc przykryła jego kryjówkę. Do tego lód skuł zasłaniającą właz torbę z foczej skóry. Peter uznał, że zamieć zasypała jego ślady, więc nikt go nie znajdzie. A nawet gdyby komuś się to udało, do tego czasu on już by nie żył.

Wkrótce pojawił się kolejny problem. Ustał ból stóp, który dokuczał mu przez całą noc, co oznaczało, że odmrożenie uszkodziło zakończenia nerwowe. Trzeba było jak najszybciej się wydostać i pobudzić krążenie. By się uwolnić, Freuchen przewrócił się na brzuch i podniósł na rękach, jakby robił pompkę, plecami napierając na sanki. Wytężył wszystkie siły, lecz po chwili padł bezwładnie na ziemię. Sanki nawet nie drgnęły. Zaczerpnął powietrza i ponowił próbę. Znowu nic nie wskórał. Musiał wymyślić inny sposób.

Zaczął kopać w śniegu, po chwili jednak ręka zdrętwiała mu tak, że stała się bezużyteczna. Próbując rozgrzać dłoń, naciągnął na nią rękaw i przycisnął do klatki piersiowej, a wtedy ból zaparł mu dech w piersi. Przeklął siebie w duchu, gdy zorientował się, że jego nóż do śniegu został na zewnątrz wraz z zapasami. Psy, wtulone w siebie pod pobliskim głazem, przed zimnem chroniła gruba sierść i ciepło towarzyszy z zaprzęgu. Na czas drzemki Freuchen ułożył głowę na zwiniętym futrze niedźwiedzia polarnego. Teraz wpadł na kolejny pomysł.

Peter Freuchen - na zdjęciu z prawej (fot. YouTube.com/Brief History)

Wystarczyło przez chwilę possać skórę, która nasączona śliną po chwili zamarzłaby tak, że dałoby się za jej pomocą odgarniać śnieg. Kiedy zaczął, poczuł w ustach metaliczny smak niedźwiedziej krwi, ale skrawek szybko zlodowaciał. Kopał w śniegu, póki skóra nie zwiotczała, a wtedy znów brał ją do ust***. Coraz cieńsza ścianka stawała się półprzezroczysta niczym mokra gazeta. Wkrótce udało mu się zrobić niewielki otwór, przez który do środka wpadł wąski snop arktycznego światła. Freuchen wysunął głowę na zewnątrz jak nurek, który wynurza się, by zaczerpnąć powietrza. Zamieć wciąż trwała. Peter próbował znów się schować, ale okazało się, że jego krzaczasta, smagana wiatrem broda, mokra od śliny, przymarzła do płozy sanek i uniemożliwiła mu najmniejszy ruch. Jego głowa w ciągu kilku minut zamarzłaby na kamień. Serce Petera zabiło panicznie. Przed oczami stanęło mu życie, lecz nie to, które przeżył. Zobaczył swoją wymarzoną przyszłość u boku Magdalene. Zastanawiał się, czy ona dowie się, jak umarł. Czy chciał, by jej o tym opowiedziano? A co z dziećmi? Pomyślał: "Cóż za śmierć".

***

Kiedy tkwił pod śniegiem, jego towarzysze podróży zastanawiali się, co się z nim dzieje. W skład tej grupy wchodzili Helge Bangsted, dwa małżeństwa inuickie z Thule, Arqioq, a także kanadyjski przewodnik o imieniu Patloq i jego żona Apa. Gdy tak czekali, niepokojąc się o Petera, do obozu dotarł jeden z psów z jego zaprzęgu, mały zuch o imieniu Alberti. Zwierzęta wymknęły się swojemu panu spod kontroli i nie był to dobry znak. Arqioq postanowił wyruszyć na poszukiwanie Freuchena. Pozostali mogli tylko dalej czekać. Bangsted zapisał w dzienniku, że martwi go przedłużająca się nieobecność Arqioqa. Kończyły się zapasy jedzenia i opał****. Zdesperowany Arqioq wrócił następnego ranka o dziesiątej. Nie mógł kontynuować poszukiwań, bo z suchego, sypkiego śniegu nie zbudowałby igloo. Przed powrotem do obozu odmrożenie rozlało się z jego dłoni na nadgarstek i ramię. Nie natrafił na ślad Freuchena.

Zobacz wideo Next Topniejące lodowce Spitsbergenu. "Byłem przerażony tym, co zobaczyłem" [Oko na świat]

***

"To myśl o Magdalene dała mi siłę do walki o życie" – wyznał później Peter, wspominając moment, gdy jego broda przymarzła do płozy*****. Nie istniał łatwy i bezbolesny sposób oswobodzenia się. Freuchen szarpał głową na wszystkie strony, aż przeszył go ból odrywanej skóry. Kiedy wsunął się do kryjówki, zobaczył, że do płozy przywarła zakrwawiona kępka jego włosów. Do środka napadało śniegu, przez co zrobiło się tam jeszcze ciaśniej. Sytuacja, choć przerażająca, była zarazem absurdalnie śmieszna. Freuchen wspominał później, że miał ochotę "śmiać się z własnej głupoty". Na dodatek poczuł narastające parcie w jelitach. Wzywała go natura. Jak twierdził, uczucie to przywiodło mu na myśl zamarznięte psie łajno******. „Czy ludzkie fekalia tak samo zachowują się w niskiej temperaturze?" – pomyślał. Słyszał o tym, że Inuici robią narzędzia ze zlodowaciałych ekskrementów i innych nietrwałych materiałów (na przykład płozy z ryb, które zlepił mróz).

Po namyśle ułożył nowy plan. Zamierzał uformować dłuto z własnych odchodów – jak rzeźbiarz, który nadaje kształt glinie – a następnie, gdy mróz je utwardzi, wykuć większy otwór. "Postanowiłem przeprowadzić ten zgoła odrażający eksperyment" – wyjaśnił później. Cierpliwie odczekał, aż narzędzie całkowicie zamarznie – „Nie chciałem używać go za wcześnie, by się nie złamało" – i zaczął nim dłubać w lodzie (1).

Freuchen zdołał po raz kolejny przebić lodową ściankę i wystawić głowę. Zapadła już noc, zamieć ustała, a wszystko pokryła świeża warstwa śniegu. Peterowi udało się przecisnąć przez otwór jedną rękę, ale dalej nie mógł się ruszyć. Miał tak szeroką klatkę piersiową, że utknął jak korek w butelce z winem.

W innych okolicznościach dźwignąłby stukilowe sanki, teraz jednak był zbyt osłabiony z głodu. Wymyślił jednak inny sposób, by się uwolnić. Wypuścił z płuc całe powietrze, by jego klatka piersiowa się skurczyła, a on mógł przesunąć się naprzód o kilka centymetrów. Jego żebra znalazły się pod płozą. Kiedy zaczerpnął powietrza najgłębiej, jak się dało, jego rozdęty tułów uniósł sanki o kolejny centymetr*******. Dzięki temu zyskał odrobinę miejsca i mógł użyć żeber jako dźwigni, by powoli wydostać się z potrzasku. W końcu mu się udało.

Próbował się podnieść, ale upadł, nie zdawał sobie bowiem nawet sprawy, że jest bardzo osłabiony i stracił czucie w odmrożonej stopie. Na szczęście psy – poza zdrajcą Albertim – zostały w pobliżu, więc doczołgał się do nich, by przygotować sanki do drogi. Był jednak za słaby, by je postawić na płozach, więc odciął uprząż. Mógł tylko chwycić lejce i mieć nadzieję, że psy zaciągną go do obozu. Kiedy je popędził, nie rozumiały, co się dzieje. Stały w śniegu, dysząc z wywieszonymi, różowymi językami, i czekały, aż ich pan jak zawsze chwyci bat. Resztką sił Freuchen strzelił z niego nad ich głowami, one jednak tak szybko ruszyły przed siebie, że lejce wysunęły mu się z rąk. Psy przebiegły kilka kroków, ale nie czując ciężaru swojego pana, zatrzymały się i zaczekały, aż on się do nich doczołga. Niemal mu się to udało, kiedy one znów od niego odskoczyły, a lejce po raz drugi wymknęły mu się z rąk. Najwyraźniej zwierzęta uznały, że to jakaś zabawa. Freuchenowi nie było jednak do śmiechu, kiedy przez trzy godziny powtarzał tę samą sekwencję czynności – podczołgiwał się do psów i sięgał po lejce, które w ostatniej chwili się oddalały. Ta pantomima coraz bardziej go męczyła. Był już wyczerpany, gdy w oddali zamajaczył obóz. Jakimś cudem udało mu się do niego dotrzeć, czołgając się przez całą drogę.

Peter Freuchen (fot. YouTube.com/Brief History)

***

 W końcu odzyskał czucie w stopie. Mrowienie szybko przeszło w nieznośne kłucie. Kiedy zdjął buty, w zsiniałej opuchliźnie nie było widać palców. Ból najbardziej dokuczał mu tuż nad odmrożeniem, ale gdy Patloq wbił igłę nieco niżej, Peter nic nie poczuł. Wszyscy doszli do wniosku, że należy przetransportować go na Wyspę Duńską, by tam opatrzył nogę i nabrał sił. Towarzysze dopytywali, jak wydostał się z pułapki. Stwierdził, że użył skóry niedźwiedzia polarnego jako skrobaka, ale nie wspomniał o dłucie z własnych fekaliów. Dopiero po powrocie do Miechu opowiedział Rasmussenowi o narzędziu z zamrożonych odchodów, ten jednak nie napomknął o tym ani słowem w swojej relacji z ekspedycji, prawdopodobnie uznawszy tę historię za niesmaczną. (Freuchen przytoczył ją jednak w liście do rodziców). Mieszkańcy Miechu zebrali się, by obejrzeć stopę Petera. Pomieszczenie oświetlała jedna lampka na foczy łój, którego oleista woń mieszała się ze słodkawym zapachem wiszącej obok skórzanej uprzęży. W tym świetle widać było, że stopa zmieniła kolor z sinego na czarny. Freuchenem zajmowała się Apa, która próbowała odwrócić jego uwagę, opowiadając o wszystkich odmrożonych kończynach, które opatrywała. Niespecjalnie go pocieszyła, wiele z tych przypadków zakończyło się bowiem amputacją. Jeszcze bardziej przerażające były historie o dawnych czasach, kiedy pacjentów zabijano, gdy stawali się zbyt dużym obciążeniem.

*Publikujemy fragment książki Reida Mitenbulera „Najciekawszy człowiek na świecie. Ekscentryczne życie Petera Freuchena" w przekładzie Mateusza Borowskiego, wydanej przez wydawnictwo HI:STORY. Data premiery2: 27 marca 2024 roku.

**K. Harper, Saved by the Turd, "Nunatsiaq News", 11.05.2012.

***Freuchen opisał to wydarzenie w kilku publikacjach. Por. Fremdeles Frimodig, dz. cyt., s. 139–150; Beard Frozen in Ice, "Vancouver Sun", 17.09.1923

****Wpis pod datą 18.01.1923 r., Arktisk Institut, A294

*****P. Freuchen, Arctic Adventure..., dz. cyt., s. 132.

****** Relacjonując historię swojej ucieczki z potrzasku, Freuchen pomijał czasem wątek dłuta z odchodów (por. H. Goldberg, Buried Alive in an Icy Grave, "Fresno Bee", 26.07.1931), zazwyczaj jednak o nim wspominał. Gdy dołączył do pozostałych uczestników Piątej Ekspedycji Thule, twierdził, że uciekł dzięki skrobakowi ze skóry niedźwiedzia polarnego. W liście do rodziny opowiedział o dłucie z odchodów. Niewykluczone, że zmyślił historię o narzędziu z odchodów, by uatrakcyjnić swoje wykłady.

******* Pamiętnik Freuchena, 10.01.1923, K22,6.

(1)Przez lata kilku historyków i archeologów kwestionowało relację Freuchena o ulepieniu z własnych odchodów narzędzia, dzięki któremu wydostał się z pułapki, choć niektórzy Inuici twierdzą, że w podobny sposób używali ekskrementów, gdy wymagały tego okoliczności. Grupa badaczy postanowiła przeprowadzić podobny proces w kontrolowanych warunkach, a  na podstawie tego eksperymentu opublikowała w  "Journal of Archeological Science" artykuł pod tytułem Eksperymentalna replikacja dowiodła, że noże z zamrożonych ludzkich odchodów nie zdają egzaminu. Choć metodologia tych badań nie budzi zastrzeżeń, to jednak o tym, co tak naprawdę zrobił Freuchen, nie wiemy nic prócz tego, co on sam opowiedział. (M. Eren, M. Bebber, J. Norris, A. Perrone, A. Rutkoski, M. Wilson, M.A. Raghanti, Experimental Replication Shows Knives Manufactured from Frozen Human Feces Do Not Work, „Journal of Archeological Science", 2019, nr 27, doi.org/10.1016/j.jasrep.2019.102002.)