Karolina, pierwsze dziecko urodziła, kiedy miała 41 lat
Staliśmy w kolejce do kasy, gdy zobaczyłam na półce testy ciążowe. Sięgnęłam po jeden. Mąż spojrzał na mnie i wzruszył ramionami. Nie podejrzewałam, że jestem w ciąży, przecież nie mogliśmy mieć dzieci. To była raczej fanaberia. Czułam się dziwnie i pomyślałam, że zrobię test, zanim pójdę do lekarza. Do tej pory nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy. Po powrocie do domu późno wieczorem rozpakowaliśmy zakupy, wzięłam ten kawałek plastiku i poszłam do łazienki, żeby na niego nasikać. Kilka minut później zobaczyłam dwie kreski i wpadłam w histerię.
Zrezygnowaliśmy z antykoncepcji 15 lat wcześniej, jeszcze przed ślubem. Uznaliśmy, że chcemy założyć rodzinę i jak dziecko się pojawi, to będzie. Gdy od ślubu minęło kilka lat, a dziecka wciąż nie było, postanowiliśmy się przebadać. Miałam niedoczynność tarczycy. Z polecenia trafiłam do ginekologa-endokrynologa, znanego w Krakowie z leczenia niepłodności. Wyniki były niezłe. Lekarz zalecił stymulację owulacji, żeby zwiększyć szanse na sukces.
Stymulowaliśmy przez kilka miesięcy zastrzykami w brzuch, a ja czułam się coraz gorzej. Nie radziłam sobie z rosnącym ciałem, przestałam radzić sobie z głową. Zawsze miałam problemy z wagą, a w trakcie półrocznej kuracji przytyłam jeszcze 12 kilo. Samopoczucie szorowało po ziemi. Ochota na seks? Zero, każde zbliżenie było mechaniczne. Lekarz twierdził, że jest coraz lepiej i to już za moment.
Kiedy moment wciąż nie nadchodził, przebadał się mąż. Okazało się, że ma świetne wyniki. Być może plemniki powinny być trochę bardziej ruchliwe, ale jeżeli chodzi o ilość i jakość, to usłyszeliśmy, że jest fantastycznie. Wystarczy niewielka suplementacja i zostaniemy rodzicami.
Nie zostaliśmy, więc lekarz zaproponował mi badanie drożności jajowodów. Uznałam, że na ten krok jest trochę za wcześnie. Czułam, że najpierw chcę popracować nad swoją głową, bo ledwie trzymam się na powierzchni. Staraliśmy się dalej, ale bez medycznej ingerencji. Poszłam na terapię jakoś się ratować.
Pięć lat później ciąży nadal nie było. Myśleliśmy o dziecku coraz częściej, ale bez ciśnienia. Nie chciałam już żadnej stymulacji bez jasnej informacji, w czym problem. Akurat ruszył refundowany program diagnozowania bezpłodności, trafiliśmy do szpitala uniwersyteckiego. Na pierwszej wizycie lekarz spojrzał na mnie i zapytał: „Co pani takiego robi, że nie może zajść w ciążę?". Zupełnie się rozsypałam. Długo nie mogłam przestać płakać, ale nie wyszłam z gabinetu. To była jednak szansa na kompleksowe badania i poznanie przyczyny naszej bezpłodności.
Okazało się, że mąż jest jednak bezpłodny. Najprawdopodobniej wskutek jakiejś infekcji jego organizm traktował plemniki jako zagrożenie i obudowywał je białkiem. Tak zwana niepłodność immunologiczna. Nie chciałam in vitro, bałam się skutków kolejnej stymulacji. Przez krótką chwilę rozwiązaniem dla nas wydawała się adopcja. Byliśmy nawet w ośrodku na pierwszym spotkaniu. Odwiedziliśmy też znajomych męża, którzy adoptowali czterolatkę. A potem nigdy nie wróciliśmy do tematu. To byłby plaster na rozgrzebaną ranę, dowiedziałam się tego na terapii. I tego, że brak ciśnienia na dziecko był bardzo pozorny.
Miałam żal do całego świata, najbardziej o te kilka lat złudzeń. Z mężem bardzo długo nie umieliśmy o tym rozmawiać, każde przeżywało swoją żałobę w pojedynkę. Ból minął, kiedy uświadomiłam sobie, że przecież to jest mój wybór. Mogłabym próbować ułożyć sobie życie z innym partnerem, który może mieć dzieci, ale wybieram męża i wszystkie konsekwencje bycia razem.
Puściło między nami. Zaczęliśmy się cieszyć seksem, który nie służył jedynie prokreacji. Pojawiły się nieśmiałe rozmowy, że fajnie jest spędzić weekend z dzieciakami mojej siostry, ale wspaniale wrócić do domu, gdzie jest cisza, spokój i dwa koty. Bo w międzyczasie moja siostra urodziła trzy córki. Przyjaciółka – trzech synów. Do tej drugiej zadzwoniłam późnym wieczorem, gdy spanikowana trzymałam w dłoni ten test, na którym widniały dwie kreski.
Anka studziła moje emocje. Ja w jakimś amoku tłumaczyłam jej, że to na pewno nie ciąża. Wygooglowałam, że torbiele na jajnikach dają pozytywne wyniki testu, ale nazajutrz, jak mi pobierali krew, płakałam i przepraszałam pielęgniarki, że nie mogę się uspokoić.
Wyniki beta HCG wskazały piąty tydzień ciąży. Mąż zaniemówił. Przyjaciółka próbowała mnie przekonać, żebym wstrzymała się jeszcze ze świętowaniem. Nie ze względu na mój wiek, ale dlatego, że na tak wczesnym etapie ciąży jeszcze wszystko może się zdarzyć. Bała się, że radość może być przedwczesna. Powiedziałam jej, że ja nigdy dotąd nie byłam nawet na tym etapie i chcę się cieszyć już teraz, zanim ktoś uzna, że to bezpieczne.
Rodzicom powiedzieliśmy przez wideoczat. Nadchodziła Wielkanoc, miałam pojechać do nich na święta, bo mąż miał akurat w tym czasie pierwsze w życiu zagraniczne szkolenie. Ale dzieci siostry złapały ospę. Nie mogłam ryzykować.
– Jak to nie przyjedziesz? – pyta mama.
– Nie przyjadę, bo… jestem w ciąży! – odpowiadam.
Spodziewałam się, że wybuchnie płaczem, jest bardzo emocjonalna.
– Wiedziałam, że to kiedyś nastąpi – odparła ze spokojem. Tata wychylił cały kieliszek wina, który trzymał w ręce. Siostra popłakała się z radości.
O tym, ile mam lat, zaczęłam myśleć, czekając na pierwsze wyniki badań. Po 35. roku życia ryzyko chorób genetycznych płodu rośnie, dlatego badania są bezpłatne. USG i krew wyszły dobrze, ale ryzyko zespołu Downa wciąż było wysokie. Mogłam poddać się amniopunkcji, zrobić prywatnie dodatkowe testy, ale doszliśmy z mężem do wniosku, że nie chcemy wiedzieć. Gdyby się okazało, że dziecko jest chore, resztę ciąży spędziłabym w rozpaczy. Nie chciałam tego. Uznałam, że to, co wiem na ten moment, mi wystarczy. A jeśli będę musiała się zmierzyć z chorobą dziecka, to zmierzę się z nią, kiedy to będzie realna sytuacja.
Przez osiem miesięcy ciąży czułam się świetnie. Dokuczały mi tylko spuchnięte nogi. Aż przyszły ostatnie tygodnie i zaczęłam gwałtownie przybierać na wadze. Okazało się, że jest podejrzenie makrosomii i wielowodzie, mam cukrzycę ciążową i zaczęło skakać mi ciśnienie. Do tego doszedł epizod afazji.
Wróciliśmy z mężem z zakupów. W domu bałagan, na stole wyprawka, telewizor włączony, bo prezydent ma ogłaszać, kto obejmie władzę, ja czytam jakiś artykuł w telefonie, a mąż coś do mnie mówi. I nagle rozjechały mi się zdania przed oczami, nie umiałam przeczytać żadnej litery. Próbowałam wypowiedzieć do męża jakieś zdanie, ale nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Zaczął wzywać karetkę, ale po chwili wszystko wróciło do normy.
Nazajutrz dostałam skierowanie na patologię ciąży. Podejrzewano mikrowylew, ale nie potwierdziło się w badaniach. Nikt z lekarzy nie łączył tego z moim wiekiem, raczej z końcowym etapem ciąży. Wód płodowych wciąż przybywało, dziecko miało ważyć około czterech i pół kilo, więc ze względu na mój wiek zaproponowano mi cesarkę. Poza badaniami to była jedyna zmienna związana z wiekiem. Kiedy dostałam przeczulicy po całej lewej stronie ciała, lekarze uznali, że nie ma na co czekać. O 11.00 był obchód, o 12.08 urodziła się Jaśmina. Piękna i zdrowa.
Po cesarce długo się zbierałam, przez kilka tygodni czułam się koszmarnie. Byłam w stanie przewrócić się z boku na bok i wstać, ale sprawiało mi to trudność. No i mała, do której nikt nie dał instrukcji obsługi. Niby jest intuicja, tylko ona zderza się dziś z Google’em, a w internecie każdy mówi co innego. To mnie psychicznie na początku przeorało. Ryczałam z niepewności, czy to, co robię, jest dobre.
Przyjaciółka zadeklarowała, że weźmie na siebie moje paranoje. "Jak ci odpala, to zamiast wrzucać bzdury w Google’a, dzwoń do mnie". Więc teraz dzwonię do niej trzy razy dziennie. Kiedy zauważę u córki, że ma pulsujące ciemiączko, zrobiła zieloną kupę, za dużo albo za mało śpi. Po takim telefonie panika często mi przechodzi. Siostry też non stop się radzę, choć czasem jest mi z tym dziwnie, bo jest sześć lat młodsza ode mnie. No ale ona ma trójkę dzieci, a ja jedno. Słyszę od nich: "Wiem, co czujesz, też tam byłam. Wyluzuj, z pierwszym dzieckiem tak po prostu jest".
Jeszcze zanim zaszłam w ciążę, zdecydowałam, że przestaję farbować włosy. Pojawiają się jakieś pojedyncze siwe sztuki. Być może moje dziecko będzie miało siwą matkę, która odprowadza je do przedszkola. Moja siostra mówi, że musi farbować włosy, bo jej dzieci nie mogą mieć starej matki. Dla mnie siwe włosy są okej. A matka po czterdziestce w dzisiejszych czasach to nic egzotycznego. Mam tylko nadzieję, że moje dziecko nie będzie się mnie wstydziło.
Biorę swój wiek pod uwagę, kiedy myślę o emeryturze. Córka będzie miała wtedy ledwie 19 lat. Gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że być może dosyć wcześnie zostanie sama. Z drugiej strony kto wie, może się rozkręcimy? Pierwsze dziecko samo zdecydowało, że się pojawi, więc być może drugie też tak zdecyduje.
Anna, pierwsze dziecko urodziła w wieku 43 lat
Długo obracałam się w kręgu niezależnych singielek. Z dziewczynami, które podczas studiów wyszły za mąż i zaszły w ciążę, kontakt szybko się urwał. W końcu wszyscy lubimy otaczać się osobami, z którymi łączy nas styl życia. A ja byłam trochę niebieskim ptakiem. Uwielbiałam podróże, kilka razy w tygodniu bywałam w kinie, moje życie było wypełnione przygodami. Dzieci mi nie przeszkadzały, nawet je lubiłam, ale nigdy nie marzyłam o posiadaniu własnej gromadki. Może dlatego, że nie wychowywałam się w tradycyjnej polskiej rodzinie?
Babcia straciła pierwszego męża i dziecko podczas wojny. Obiecała sobie jednak, że nie zostanie sama. Dwa lata po wojnie wyszła za dziadka i mając 42 lata, urodziła moją mamę. W tamtych czasach to był ewenement. Rodzice też poznali się późno. Urodziłam się, gdy mama była już po trzydziestce. Tata artysta, mama wykładowczyni akademicka, bardziej przykładali wagę do mojego wykształcenia i wszechstronnego rozwoju niż do tego, że chcieliby zostać dziadkami.
Gdy sama byłam już kilka lat po trzydziestce, usłyszałam od znajomej z pracy, że jestem egoistką. Powiedziała, że powinnam ponosić konsekwencje swojej bezdzietności i nie życzy sobie, żebym otrzymywała emeryturę, bo to jej dzieci będą mnie utrzymywać. W mediach była wtedy moda na narrację, że bezdzietne kobiety to darmozjady i nie mają żadnego wkładu w społeczeństwo. Zarabiają i wydają tylko na siebie, a czas spędzają na przyjemnościach. Czasem może kupują kota, bo to jest łatwiejsze, niż wychować dziecko – można go przecież komuś podrzucić i pojechać na wakacje. No i oczywiście pożałują tego wszystkiego na starość. Przykro się to wszystko czytało.
Żeby decydować się na dziecko, najpierw trzeba mieć fajny związek. Mnie się nie udawało. Owszem, miałam w życiu czas szaleństw, ale mając 35 lat, pragnęłam już czegoś na poważnie. Tymczasem trafiałam na mężczyzn, których trzeba było utrzymywać. Albo na takich, którzy nie chcieli nic na stałe. Nie byłam księżniczką, która wybrzydza, po prostu nie mogłam się z nikim dobrać. Zresztą to nie jest mój jednostkowy przypadek, wiele koleżanek singielek było w podobnej sytuacji. Nie spotkałyśmy partnerów, z którymi chciałybyśmy założyć rodzinę albo którzy chcieliby założyć ją z nami. Może faktycznie miałam za bardzo głowę w chmurach? Ale w końcu mi się udało.
Poznaliśmy się przez internet. Byłam już po czterdziestce, więc po pół roku związku powiedziałam, że jestem otwarta na dziecko. Biologicznie już nie było na co czekać. Partner trochę się wahał, ostatecznie przestaliśmy się zabezpieczać. Uznaliśmy, że jak się zdarzy, to będzie, a jeśli nie, to też w porządku. Po trzech miesiącach byłam w ciąży.
Powtórzyłam test 10 razy, każdy był pozytywny. Nie spodziewałam się, że to wydarzy się tak szybko. Zwłaszcza że płodność po 35. roku życia mocno spada, a seks mieliśmy trzy, może cztery razy w miesiącu. Może udało się dzięki temu, że obydwoje jesteśmy zdrowi i bardzo wysportowani? Partner się przestraszył. Jest trzy lata starszy ode mnie, dosyć zamknięty w sobie, mnóstwo czasu spędza przed komputerem. Zaczął się obawiać, jak zmieni się nasze życie, czy nadaje się na ojca.
Ja nie czekałam, od razu pobiegłam do ginekologa. Miałam świadomość, że w moim wieku to może się różnie skończyć. Dostałam progesteron, lekarz ułożył plan częstych wizyt i wpisał w karcie: „na dzień dzisiejszy ciąża". Dopiero w 12. tygodniu powiedział, że już nic złego nie powinno się wydarzyć, i dał mi książeczkę ciążową. Badania genetyczne też robiłam prywatnie. Za 2 tys. zł dowiedziałam się, że noszę zdrowego chłopca. Nie jestem zbyt odporna na ból i widok krwi, więc chciałam mieć cesarkę. Lekarze też zgodnie uznali, że przy pierwszym dziecku w moim wieku to najlepsze rozwiązanie. Urodziłam w prywatnym szpitalu w Warszawie, bez żadnych komplikacji.
O opiece nad dzieckiem nie wiedziałam nic. Nie miałam młodszego rodzeństwa ani bliskich koleżanek z dziećmi. Musiałam się wszystkiego sama nauczyć od podstaw. Jak zmienić pieluchę, jak karmić, jak ubrać, co robić, gdy ma gorączkę. Nasi rodzice są między siedemdziesiątką a osiemdziesiątką, więc nie możemy liczyć na ich wsparcie w opiece. Moja mama sama czasem wymaga już pomocy, więc zostawienie z nią synka też nie wchodzi w grę. W związku z późnym macierzyństwem najbardziej żałuję, że malutki nie zdążył poznać mojego taty. Jest do niego bardzo podobny i czasem myślę o tym, że gdybym miała go wcześniej, toby się udało.
Miałam dwie bliskie koleżanki singielki. Jedna straciła upragnioną ciążę niedługo przed tym, gdy ja dowiedziałam się, że będę mamą. Nie wiedziałam, jak się zachowywać, co mówić, a jej było potwornie ciężko, więc na jakiś czas oddaliłyśmy się od siebie.
Druga uznała, że wraz z zajściem w ciążę skończyłam się dla niej jako człowiek. Miałam już spory brzuch, gdy się spotkałyśmy. Nie dała mi buziaka, nie pogratulowała, nie było kwiatka czy ubranka dla dziecka. Zamiast mnie wesprzeć, powiedziała, że kompletnie nie rozumie mojej decyzji. Nie wiem, może oczekiwała, że usunę ciążę, bo ona życzy sobie mieć z kim nadal wychodzić do kina? Zaczęła opowiadać, jak dziecko niszczy życie. Jak matki są upodlone, kompletnie nie mają dla siebie czasu, zaniedbują swój rozwój i intelekt. Wiedząc, że jestem w ciąży, próbowała mi to macierzyństwo na każdy sposób obrzydzić. Po porodzie wymieniłyśmy jeszcze kilka wiadomości. Chciała się dowiedzieć, jak jest, i była bardzo niezadowolona, kiedy napisałam, że jest super i kocham malutkiego.
Gdybym mogła decydować jeszcze raz, to zaczęłabym myśleć o dziecku wcześniej. Po trzydziestce, jak większość obecnych koleżanek, które poznaję w żłobku. Wtedy lepiej znosiłam niewyspanie. Mimo dobrej kondycji fizycznie bywa mi ciężko. Co z tego, że młodo wyglądam, skoro ciągle jestem zmęczona. Partner dużo pracuje, więc nie ma mnie jak odciążyć. Gdy dochodzi jeszcze choroba małego, to robi się koszmar.
Zdarza mi się tęsknić za życiem niebieskiego ptaka. Bardzo kocham małego, nie wiedziałam wcześniej, że istnieje taka miłość, ale kiedy długo płacze, to przychodzi mi do głowy myśl: po co mi to było? Wiem, że to chwilowe zdenerwowanie, bo gdybym miała decydować jeszcze raz, to wybrałabym tak samo. Myślałam nawet o drugim dziecku, ale fizyczne zmęczenie mnie paraliżuje. Tęsknię za jedną przespaną w całości nocą, za kinem, za wychodzeniem z koleżankami na winko, za samotnymi spacerami, wyjazdami, jakimś masażem, pójściem do spa. Obecnie praca jest dla mnie odpoczynkiem, kiedy mały jest w żłobku, to ja mogę się skupić i w ten sposób odpoczywam.
Nie mam obaw o przyszłość małego związanych z moim wiekiem. Przepaść międzypokoleniowa to nie jest kwestia roku urodzenia, tylko mentalności. Ja jestem na czasie z technologią, mogę dziś dziecku zaoferować dużo więcej, niż mogłabym wcześniej. Jesteśmy zdrowi, obydwoje mamy dobrą pracę, ale to jest drugorzędne wobec miłości i czułości, jaką dziś mogę mu dać. Moje obawy są raczej związane ze światem. Boję się, że Trump dojdzie do władzy, NATO się rozpadnie, wyschną rzeki i mały będzie musiał żyć w takim świecie.
Lek. med. ginekolog Marta Wójcik
Chociaż "ciąża geriatryczna" to nie jest medyczny termin, niestety w wielu miejscach wciąż jest używany. Geriatria to dziedzina medycyny, która zajmuje się osobami w podeszłym wieku. "Ciąża geriatryczna" jest natomiast terminem zarezerwowanym dla ciąż osób po 35.–40. roku życia. Termin niegrzeczny, mający bardzo negatywny wydźwięk, więc powinniśmy przestać go używać. Tym bardziej że przyszłe mamy coraz częściej zachodzą w ciążę po 35. roku życia i wreszcie staje się to normą.
Gdy pracowałam w Szwajcarii, 40-latka na porodówce czy na oddziale poporodowym to był standard. Moja najstarsza pacjentka miała 52 lata, gdy zaszła naturalnie w ciążę. Wiele z kobiet, które dopiero po 40. roku życia zostały mamami, od wielu lat zmagało się z niepłodnością. Inne dopiero wtedy znalazły partnera, z którym postanowiły założyć rodzinę. Są i takie, które dopiero teraz czują stabilizację finansową, skończyły studia, mają dobrą pracę. Obserwuję ich coraz więcej w Polsce.
Wraz z wiekiem rośnie ryzyko chorób cywilizacyjnych, jak nadciśnienie czy cukrzyca. Dieta, sport, zdrowy tryb życia z jak najmniejszą ilością stresu, wysypianie się mają ogromny wpływ na sytuację położniczą kobiet. "Pomagają" zajść w ciążę i przejść ją w zdrowiu. Warto o nie szczególnie zadbać, gdy planujemy ciążę. Wyższy wiek przyszłej mamy to również wyższe ryzyko rozwinięcia się cukrzycy ciążowej, porodu przedwczesnego, niskiej masy urodzeniowej dziecka. Ryzyko wad genetycznych płodu rośnie wraz ze wzrostem wieku mamy.
Kobiety w pierwszej ciąży po czterdziestce mają bardzo podobne obawy do tych, które przejawiają młodsze kobiety. Boją się przebiegu ciąży, powikłań, poronienia czy samego porodu. Różnica jest taka, że starsze pacjentki dodatkowo boją się tego, co powie rodzina, znajomi czy sąsiedzi, bo "taka stara, a tu ciąża". Dlatego zwracajmy uwagę na to, co mówimy, bo możemy komuś sprawić ból i bardzo zaszkodzić. Co bym im poradziła? Dieta, sport, wysypianie się, odpoczynek, rezygnacja z używek. I jak najmniej interesowania się tym, co ludzie powiedzą.
Maria Organ. Dziennikarka, redaktorka, trenerka storytellingu. Zanurzona w świecie milenialsów najczęściej pisze o swoim pokoleniu, psychologii i książkach. Prowadzi warsztaty z pisania historii osobistych i biznesowych, podczas których pomaga zmieniać codzienne doświadczenia w inspirujące opowieści. Kontakt do autorki i zapisy na warsztaty na www.mariaorgan.com.
Milenialsi. Nowy cykl weekend.gazeta.pl
Urodzeni w latach 80. i wczesnych 90. W nową, nieustannie zmieniającą się rzeczywistość wchodziliśmy z nieaktualną mapą podarowaną nam przez rodziców. Dziś próbując balansować między tradycyjnymi wartościami a wyzwaniami teraźniejszości, wciąż żyjemy w nieustannym napięciu. Rozczarowanie sobą, przeżywamy zwykle w pojedynkę albo w gabinetach terapeutycznych, jeśli kogoś stać. Szukamy winy w sobie i czujemy się jeszcze bardziej samotni. Dlatego postanowiłam poszukać tego, co nas łączy. Dowiedzieć się, co ukształtowało pokolenie milenilasów, jak radzimy sobie z wyzwaniami życia i dlaczego czasami czujemy się tak bardzo zagubieni. Do rozmów zaprosiłam socjologów, psychologów, politologów i przedstawicieli pokolenia. Tych, którzy znaleźli swój sposób na oswajanie rozpędzonego świata i tych, którzy wciąż go szukają. Maria Organ


