Społeczeństwo
Azyle sióstr magdalenek w ciągu 150-letniej historii istnienia przyjęły około 30 tysięcy kobiet, często wbrew ich woli. Ostatni azyl zamknięto 25 września 1996 roku w Irlandii. (Fot. Public domain / Wikimedia Commons)
Azyle sióstr magdalenek w ciągu 150-letniej historii istnienia przyjęły około 30 tysięcy kobiet, często wbrew ich woli. Ostatni azyl zamknięto 25 września 1996 roku w Irlandii. (Fot. Public domain / Wikimedia Commons)

Goretti Groves pamięta księdza McGennisa, swojego sąsiada, jako gbura, który wyjeżdżając tyłem spod domu, był w stanie potrącić człowieka, jeśli się nie uważało. Jej teściowa poskarżyła się proboszczowi Geaneyowi, że dzieci przesiadują u McGennisa w domu w czasie lekcji, ale nic nie wskórała. Goretti, z którą rozmawiam u niej w kuchni, nie może zrozumieć, dlaczego tak mnie to męczy, że jednocześnie widziałem i nie widziałem problemu z Paulem McGennisem. – Byliśmy bliżej niego niż ty, mieszkaliśmy tuż obok i nie mieliśmy pojęcia… Ja bym się nie obwiniała – mówi Goretti.*

Często denerwowały ją dziewczynki przesiadujące na murku domu księdza, wbiegające do środka i wybiegające ze śmiechem, żartujące. Ona nigdy nie puszczała do niego swoich dzieci, ale sama nie wie dlaczego. Sięgając po kolejny z herbatników, które przede mną położyła, tłumaczę, że zależy mi nie na ustalaniu winy, tylko na lepszym zrozumieniu tamtych czasów. Nie jestem jednak pewny, czy przekonuję choćby samego siebie, więc postanawiam się pożegnać i kontynuować spacer. Kiedy wychodzę, Goretti powtarza radę – jak sądzę, skierowaną do mnie: – Nie obwiniałabym się o coś, o czym nie wiedziałam.

Tablica pamiątkowa na budynku, w którym niegdyś działał tzw. azyl magdalenek, poświęcona pamięci kobiet i dzieci tam urodzonych. (Fot. Osama Shukir Muhammed Amin FRCP(Glasg), CC BY-SA 4.0 / Wikimedia Commons)

Krążę dalej po Edenmore, po miejscach, gdzie rzadko wcześniej chodziłem, w pogoni za odpowiedziami na pytania, które sprowadziły mnie tu z Berlina. Jeśli przeszłość McGennisa nie spędza snu z powiek ludziom, którzy z nią żyją, może powinno mi to wystarczyć. Tyle że dla mnie, patrzącego z zewnątrz, tutejsze podejście do przeszłości nazbyt przypomina chowanie głowy w piasek. Od ponad czterdziestu lat Breda Doyle pomaga prowadzić klub młodzieżowy przy kościele Świętej Moniki.

Na początku lat dziewięćdziesiątych dziewczynki z okolicy zaczęły jej opowiadać, że ksiądz McGennis, zabierając je na basen, każe im się przebierać u niego w domu. Bredzie te historie wydawały się dziwne, ale nie zastanawiała się nad nimi dłużej. Dopiero siostra, kiedy o tym usłyszała, namówiła Bredę, żeby zgłosiła swoje obawy w parafii. Breda powiedziała więc o wszystkim młodemu wikariuszowi Eugene’owi Taaffe’owi. Kiedy minął rok, a w sprawie nie było żadnych postępów, po jednej z mszy, już w zakrystii, znów zaczęła go naciskać. – Wyrzucił mnie za drzwi. Powiedział: "Robi mi się niedobrze, jak pani słucham. Już pani mówiłem, że to zgłosiłem!" – wspomina Breda drżącym głosem. – Ja mu na to: "Idę, proszę księdza, zgłosić to Wschodniemu Wydziałowi Zdrowia. Mam nadzieję, że może ksiądz spać w nocy, ja na pewno zasnę spokojnie".

Wydział Zdrowia powiadomiła mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Marie Collins zgłaszała sprawę na policji. Pętla wokół Paula McGennisa zaczynała się zaciskać.

Kiedy odnajduję księdza Taaffe’a w jego obecnej parafii, twierdzi, że nie pamięta tej konfrontacji. Przypomina sobie, że Breda wyraziła ogólne zaniepokojenie faktem, iż dzieci spędzają czas w domu McGennisa, o czym jednak, jak zapewnia, "w okolicy powszechnie wiedziano". – Klnę się na Boga, że nigdy, w żadnym momencie, Breda nie powiedziała mi nic konkretnego o Paulu McGennisie – zapewnia. Utrzymuje, że zgłosił obawy, także swoje, proboszczowi Michaelowi Geaneyowi, który najwyraźniej albo nie mógł, albo nie chciał nic z tym zrobić. Dziś, z perspektywy dwóch dekad, ksiądz Taaffe wspomina, że czuł się jak w potrzasku: z jednej strony był życzliwy, ale unikający konfliktów proboszcz, z drugiej – McGennis, samotnik i dziwak.

Graffiti ilustrujące problem pedofilii w Kościele. (Fot. Milliped, CC BY 3.0 / Wikimedia Commons)

Jak wiele osób w parafii, nieżyjący już ksiądz Geaney uważał McGennisa za dziwnego i tyle - twierdzi ksiądz Taaffe - i nic więcej nie dało się zrobić. – Współczuję osobom, które zostały skrzywdzone – mówi – ale gdybym wtedy wiedział więcej, poruszyłbym niebo i ziemię, żeby coś zdziałać w tej sprawie. Na Bredzie, która wciąż codziennie chodzi do kościoła, relacje księdza Taaffe’a z ich rozmów nie robią wrażenia, podobnie jak byli sąsiedzi McGennisa, którzy zwracali się do niej po cichu po jego aresztowaniu. – Mówili, że wiedzieli o tych dzieciach, ale bali się cokolwiek zrobić – oznajmia. Sprzeczne wersje na temat wydarzeń w Edenmore w latach dziewięćdziesiątych może nigdy nie zostaną rozstrzygnięte, przynajmniej dopóki panuje milczenie. To milczenie – znane innym parafiom w całej Irlandii – nie pozwala na dyskusję i utrudnia ustalenie, co kto wiedział na ten temat, kto próbował coś z tym zrobić, a kto nie i dlaczego.

Breda Doyle, zgłaszając sprawę Wschodniemu Wydziałowi Zdrowia, została wysłuchana, przyciągnęła uwagę – w przeciwieństwie do tych, którzy zwracali się z tym problemem do księży. Niektórzy czuli się bezradni czy bezsilni, nie umieli zabrać głosu w obawie przed wywołaniem skandalu, który mógłby okazać się bezpodstawny. Jedni doznali upokorzeń od księży w przeszłości, drudzy potrafili duchownych usadzić. Jeszcze innych te sprawy nie obchodziły lub nie mogli sobie pozwolić na to, by się nimi zainteresować. Do tego dochodził społeczny snobizm, znany nawet w takich miejscach jak Edenmore, gdzie o niektóre dzieci dba się mniej niż o inne. Nawet dziś, kiedy popyta się mieszkańców Edenmore i rozmowa zejdzie na dzieci, które spędzały czas w domu McGennisa, dominuje ostry ton.

Rzucały kamieniami, twierdzi jedna kobieta; wyzywały inne dzieci, mówi druga; były "małymi sukami", dodaje trzecia.

W Edenmore nie ma współczucia dla McGennisa, ale niewiele jest go też dla nieletnich najczęściej widywanych w jego towarzystwie. Niektórzy uważali, że to miło z jego strony, że zabiera dzieci z biednych rodzin, żeby mogły popływać, albo kupuje im słodycze. Inni nie widzieli w sytuacji z McGennisem niczego dziwnego, dopóki nie chodziło o ich dzieci.

Panel dyskusyjny podczas Igrzysk Wolności w 2019 roku: 'Polska drugą Irlandią? Czy pedofilia w Kościele doprowadzi do sekularyzacji Polski'. (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

W ogródku za domem "John" (imię zmienione, oprócz imienia zmieniono także niektóre szczegóły jego historii, aby chronić prywatność rodziny) karmi gołębie w lśniącym gołębniku. Kiedy zamyka drzwiczki, zostawiając ptakom głośno grające radio, dostrzegam jego tatuaże i czuję, z jaką nieufnością reaguje na dźwięk nazwiska McGennis. A potem zaczyna mówić.

Miał trzynaścioro dzieci, wychowywał je w trzypokojowym domu komunalnym. Rzeczowo stwierdza, że był alkoholikiem i przestał pić dopiero pięć lat temu. Wszyscy w Edenmore wiedzieli, że niektóre z jego dzieci – a także dzieci z co najmniej dwóch innych trudnych rodzin – regularnie odwiedzały pobliski dom McGennisa. Rodzina Johna wykonywała różne drobne prace dla księdza: on kładł tapety i malował ściany, jego żona prała zasłony. Żona nie chce rozmawiać, zarzeka się, że nie znała wikarego. John nie chodził do kościoła, ale McGennis i tak im pomagał, podobnie jak pewna miejscowa zakonnica, która sfinansowała położenie dachu przybudówki do ich domu. – Dziewczynki ciągle do niego biegały, ale nigdy zbyt wiele o tym nie mówiły. Nie miałem o niczym pojęcia, dopóki go nie oskarżyli – twierdzi John. – Jedna kiedyś z nim była. Już nie żyje. Okazuje się, że popełniła samobójstwo. Jeden z  synów umarł jako bezdomny. Zalega między nami ciężkie milczenie, kiedy tak stoimy w ogródku za domem, brzemię nieprzezwyciężonego smutku i żalu, sięgające jeszcze czasów jego młodości.

John odpływa dalej w przeszłość, opowiada, jak w wieku kilkunastu lat został wysłany do domu poprawczego Świętego Conletha w Daingean w hrabstwie Offaly. Pamięta kopanie torfu i to, jak jeden z Braci w Chrystusie, "pieprznięty zj*b", bił chłopców żelaznym prętem. – Nie zapomniałem, ale po tych pana pytaniach nieźle mnie teraz sponiewierało – mówi i w oczach wzbierają mu łzy. W ciszy, która zapada, uświadamiam sobie, że dorastaliśmy niedaleko siebie, w odległości krótkiego spaceru, ale w dwóch różnych światach. Między jednym a drugim ciężkim oddechem dostrzegam głęboki ból, przemoc i brak języka, którym można by je wyrazić.

Dla mnie ta przeszłość jest zagadką, dla niego głęboką raną. Jakie mam prawo w niej grzebać? "Mary" była jednym z dzieci z domu McGennisa. Kręciły się tam właśnie takie dziewczynki jak ona, z wielodzietnych, często biednych rodzin z domów komunalnych, i to je ksiądz wybierał, żeby "pilnowały" mu samochodu podczas mszy. Mary ma mieszane wspomnienia z parafii Świętej Moniki z lat osiemdziesiątych. Z jednej strony społeczność była zgrana, ludzie spędzali czas na ulicach: matki rozmawiały, dzieci grały w rounders, grę podobną do palanta. Z drugiej – ze szkoły pamięta głównie ostry kontrast między zachowaniem zakonnic wobec dziewcząt takich jak ona i tych z pobliskich prywatnych osiedli. – Dziewczyny z Edenmore były traktowane potwornie, jak bydło, a dziewczyny z prywatnych osiedli dobrze. I robiły tak zakonnice, przedstawicielki Kościoła – opowiada.

Zobacz wideo Czy jesteśmy zmęczeniu już wojną? Pytamy filozofkę, Katarzynę Kasię

W latach osiemdziesiątych Edenmore mierzyło się z wieloma problemami. Dla rodzin w najgorszym położeniu McGennis stanowił jednoosobową pomoc społeczną: dzieci miały gdzie pójść, zabierał je na plażę, kupował dziewczynkom sukienki, a chłopcom buty. Małą Mary ciągnęło do mężczyzny w granatowym kaszkiecie. Wiedziała jednak, że coś jest nie tak, za każdym razem, kiedy spoglądał na nią spod oka. – Próbował dotykać mnie po nodze, ale go odepchnęłam. Trzymał się z daleka od takich cwanych dzieciaków jak ja – wspomina. Instynktownie rozumiała, żeby nie przebywać w pobliżu McGennisa za długo. To ją uratowało, ale nie jest pewna co do innych dziewczyn, które znała, dziewczyn znajdujących się, tak jak ona, na samym dole hierarchii społecznej parafii i niepotrafiących odpowiednio o siebie zadbać. – On wiedział, które dziewczynki wybierać. Mama nam mówiła, żebyśmy nie chodziły do niego do domu. Wszyscy wiedzieli, że to dziwne. Wraca do niej fala starych, pogrzebanych głęboko wspomnień.

Na przykład o zabawie z paskiem: McGennis zawiązywał sobie pasek w talii i kazał dziewczynkom się na nim huśtać. Ma też w głowie obraz dziewczynki z zespołem Downa, która skacze radośnie na łóżku w pokoju na piętrze u McGennisa, a spódnica podfruwa jej do góry. – Ksiądz po prostu stał i na nią patrzył. Pamiętam, że ją zawołałam, żeby zeszła, i odprowadziłam do domu – opowiada Mary. Podkreśla jednak, że nigdy nie była świadkiem przemocy seksualnej ani fizycznej. Najdziwniejsze wspomnienie dotyczy odkrycia, którego dokonała pewnego dnia w jego salonie, kiedy nagła zmiana światła zwróciła jej uwagę na pewne miejsce na ścianie. – Wywiercił dziurę do salonu i przykrył ją jakąś taką szklaną kopułką czy soczewką – tłumaczy Mary. – Z tyłu wychodził z tego przewód połączony z dużym aparatem. Pamiętam, że powiedziałam do koleżanki: "To jakiś świrnięty zbok!", i że obie się śmiałyśmy, biegnąc drogą do parku.

*Fragmenty książki „Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem" Dereka Scally’ego w tłumaczeniu Agnieszki Sobolewskiej. Wydawnictwo Czarne, data premiery 28 lutego 2024.