Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Migranci, którzy przeżyją wędrówkę przez meksykański interior i unikną złapania na granicy, są często zaganiani przez przemytników do kryjówek na przedmieściach amerykańskich miast i miasteczek południowego zachodu. W sprawozdaniu policyjnym streszczonym w 2009 roku przez Joela Millmana, dziennikarza "Wall Street Journal", opisano odnalezienie dwudziestu dwóch osób w małej sypialni na piętrze domu wynajętego w rzadko zaludnionej dzielnicy Phoenix.*

"Ludzie, których znalazłem – napisał miejscowy inspektor policji – mieli na sobie tylko bieliznę i leżeli jeden obok drugiego pod ścianami i w szafie. Upchnięto ich tak ciasno i tak dawno, że w płytach z karton-gipsu odcisnęły się ich nagie plecy. Na różowych ścianach oblepionych naklejkami z bohaterami kreskówek Disneya widać było plamy potu. Na końcu krótkiego korytarzyka znajdowała się malutka pralnia z napisem »Biuro«. Tam, według zeznań przedstawionych śledczym (…) bito imigrantów, każąc im podawać numery telefonów do amerykańskich krewnych, do których dzwoniono następnie z poleceniem przelania pieniędzy na okup".

Millman donosił, że w samym Phoenix władze odkryły w 2007 roku sto dziewięćdziesiąt cztery tego rodzaju kryjówki, a w 2008 roku sto sześćdziesiąt dziewięć takich miejsc. W 2009 roku władze Phoenix doniosły, że w pierwszych pięciu miesiącach dokonano nalotów na sześćdziesiąt osiem takich domów, co doprowadziło do odkrycia tysiąca sześćdziesięciu dziewięciu nielegalnych imigrantów.

Namnażanie się takich kryjówek, napisał Millman, świadczy o tym, że "w branży przemytu ludzi doszło do pewnego przesunięcia. Kilkadziesiąt lat temu pracownicy codziennie przechodzili w tę i z powrotem przez granicę. (…) Teraz szmuglowaniem ludzi zajmują się organizacje przestępcze".

Według amerykańskiej i meksykańskiej policji to przejęcie było po części "skutkiem ubocznym zdecydowanej akcji na granicy". Kiedy jej przekroczenie stało się trudniejsze, przemytnicy podnieśli opłaty, a ponieważ przemyt ludzi stał się tym samym zyskowniejszy, coraz bardziej zdecydowanie przejmowały go miejscowe oddziały karteli narkotykowych. Każde zaostrzenie ochrony granicy równało się proporcjonalnemu zwiększeniu wartości każdego potencjalnego migranta dla przemytników. Z perspektywy przemytników przetrzymywanie klientów dla okupu jest prostą metodą maksymalizacji zysków. Matthew Allen, funkcjonariusz straży granicznej odpowiedzialny za działające w Phoenix biuro amerykańskiego urzędu imigracyjnego, ujął to zwięźle: "Obcokrajowiec stał się towarem. (…) Jedną z metod podniesienia jego wartości jest zastraszenie kogoś".

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

-

Hayward przydzielił mi opracowanie raportu na temat komórki przerzutu narkotyków działającej w południowozachodniej części stanu. Przez kilka tygodni wklepywałem nazwiska do bazy danych, gromadziłem kartoteki, analizowałem techniki przemytu i schematy przekraczania granicy. Za każdym razem, gdy kogoś zatrzymano, za każdym razem, gdy władze federalne, stanowe lub miejscowe postawiły mu zarzuty kryminalne, miałem to jak na talerzu. Dostawałem informacje zawsze, gdy ktoś przekroczył granicę pieszo lub samochodem. Jeśli samochodem, to wiedziałem, na jakich tablicach i kto siedział w aucie, konkretnie: nazwiska i daty urodzenia.

Dzięki rejestrom państwowym mogłem ustalić nazwiska wszystkich osób – rodziny, przyjaciół, współpracowników – które kiedykolwiek mieszkały z tym człowiekiem pod jednym dachem. Miałem dostęp do aktów ślubu i zgonu, mogłem przejrzeć wszystkie informacje dotyczące człowieka, domu czy samochodu, jakie gromadziła ogromna liczba instytucji zajmujących się ochroną i egzekwowaniem prawa. Dowiadywałem się dzięki nim, czy ktoś sięgnął po przemoc lub nie zastosował się do poleceń funkcjonariuszy, czy dom służył za kryjówkę, w której przechowywano narkotyki lub nielegalnych imigrantów, czy w samochodzie znaleziono broń lub narkotyki, czy poddano go dodatkowej kontroli celników, pograniczników albo psów tropiących.

Po numerze seryjnym broni mogłem dojść, czy kiedykolwiek zgłoszono zgubienie lub kradzież tego konkretnego egzemplarza i czy kiedykolwiek znaleziono go na miejscu przestępstwa. Mogłem wyświetlić zdjęcia znajdujące się na każdym prawie jazdy albo stanowym dowodzie tożsamości. Mogłem sobie popatrzeć w ich wyostrzone światłem twarze, zapatrzyć się w rozpikselowane oczy.

Rio Grande na granicy USA i Meksyku (fot. Shutterstock)

-

"Zwłoki spiętrzone w miejskich kostnicach na meksykańskiej granicy opowiadają historię przybierającej na sile wojny narkotykowej" – napisała Julie Watson w 2009 roku. Jako reporterka agencji Associated Press opisała, jak kostnica w Ciudad Juárez została zmodernizowana i rozbudowana po tym, jak w latach dziewięćdziesiątych i na początku lat dwutysięcznych zamordowano setki kobiet, a także o planach jej dwukrotnej rozbudowy w nadchodzącym roku. W kostnicy zatrudniano siedmiu lekarzy, napisała Watson, często pracujących po dwanaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu. W ciągu dwóch miesięcy wykonali sekcje ponad czterystu sześćdziesięciu zwłok. Aby prawidłowo wykonać swoją pracę, pobierali krew, zdejmowali kawałki skóry, przecinali kości, pobierali odciski palców bezgłowych trupów. Niektórzy nowo zatrudnieni wytrzymywali tylko kilka dni. Jeden z lekarzy powiedział Watson, że kiedy się tam zatrudnił, przestał jeść. Jedna z lekarek wyznała, że po to, by przetrwać, musiała zacząć postrzegać denatów jako dowody w sprawie, a nie ciała żyjących niegdyś ludzi. Mimo to wszyscy lekarze przyznali zgodnie, że cieszą się z pracy w mieście, w którym trudno o zatrudnienie przynoszące dochód.

Rodziny zmarłych obawiały się identyfikacji i zemsty, więc po co piąte ciało leżące w kostnicy nikt się nie zgłaszał. Czasem krewni zdobywali się na to, by przyjść do kostnicy, ale nie starczało im sił, by wykonać ostatni krok i zidentyfikować zmarłego, przyjmując tym samym do wiadomości materialne świadectwo jego śmierci. Przeglądali rzeczy znalezione przy ciałach bliskich i wsadzali je do pudełek. To ich ubrania, potwierdzali, to ich rzeczy. Ale to nie oni, mówili o zwłokach. To nie mogą być oni.

W Tijuanie dyrektor kostnicy miejskiej powiedział Watson, że jego personel nie jest w stanie dotrzymać kroku zabójcom. Liczba mordów przewyższa możliwości pochówku. "Kiedy wykonawcy trumien z Tijuany wzięli trochę wolnego podczas grudniowych świąt – napisała Watson – pracownicy kostnicy upchnęli dwieście ciał w dwóch chłodniach przeznaczonych do przechowywania osiemdziesięciu zmarłych". W miastach takich jak Tijuana czy Ciudad Juárez cykl przemocy powtarza się tak często i tak nieprzerwanie, że członkom karteli zdarza się najeżdżać kostnice i żądać wydania ciał ofiar, towarzyszy i przywódców. Zwłoki przewożone są z jednego miejsca naznaczonego śmiercią w inne, bez końca unosząc się nad ziemią, bez końca wyczekując, aż ktoś złoży je w tej ziemi na spoczynek.

Na nocnej zmianie odebrałem telefon z dawnego posterunku i natychmiast rozpoznałem głos po drugiej stronie słuchawki. Cole? zapytałem. Kurde, powiedział, to ty? Pan Wywiadowca? No i patrz, już utknąłeś na nocnej zmianie. Zaśmiałem się. Cóż, zaczął Cole, dzwonię zgłosić incydent ze znaczną liczbą ofiar. Cholera, odparłem. No właśnie, ciągnął. Kiedy ty sobie siedzisz jak ta lala i oglądasz telewizję w swoim klimatyzowanym centrum dowodzenia, tutaj meksy padają jak muchy. Pie*dol się, powiedziałem. Cole zachichotał. Tak się tylko z tobą drażnię, bo przecież ktoś wam musi przytrzeć nosa, szczęściarze. Nie dam ci zapomnieć, jak to jest, kiedy się urabiasz po łokcie w terenie.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Zaczął mi opowiadać, że tuż po zmroku jego oddział szkoleniowy natknął się na wpół nagiego mężczyznę skulonego na wyschniętej ziemi w pozycji embrionalnej. Facet od czterech dni pił własny mocz. Ledwo mówił, ale Cole zdołał ustalić, że podróżował z dwoma braćmi. Zapytany, gdzie są, odparł: za mną. Z pomocą jednego ze swoich podopiecznych Cole pomógł mężczyźnie doczłapać do drogi gruntowej, skąd ewakuowano go śmigłowcem do najbliższego miasta. Zanim dojechał do szpitala, jego ciało przyjęło sześć porcji kroplówki. Lekarz powiedział potem, że nigdy nie widział pacjenta, który miałby tak zniszczone nerki i nadal żył.

Cole i jego pogranicznicy rozeszli się w zapadających ciemnościach, żeby przeczesać pustynię i odnaleźć braci mężczyzny. Po godzinie poszukiwań wezwali do pomocy zespół poszukiwawczo-ratowniczy z centrali sektora. Wreszcie po kilku godzinach znaleźli dwa ciała leżące w odległości prawie mili, jedno pod sękatym drzewem jadłoszynu, drugie twarzą do góry, bez koszuli, w korycie wyschniętej rzeki obok wykopanego ludzkimi rękami zagłębienia, z rozdętym już pośmiertnie brzuchem.

Kiedy się rozłączył, wbiłem wzrok w obraz z kamer wyświetlany na potężnym ekranie i wyobraziłem sobie wszystkie te ciała, które kiedyś widziałem, nieodkryte pod drzewami i w korytach wyschniętych rzek, powoli rozsypujące się w proch. Z tyłu sali podszedł do mnie Hayward. Co się dzieje? zapytał tak nagle, że aż się wzdrygnąłem. Nic, odparłem. Stał nade mną i czekał, aż powiem coś więcej. Wzruszyłem ramionami. Czasem po prostu wydaje mi się, że prawdziwa robota jest tylko tam. Kiwnąłem głową w stronę ekranu. Hayward zapatrzył się na nocne obrazy z pustyni. Cóż, powiedział, na pewno stąd wszystko wygląda inaczej. Spuścił na mnie wzrok. Prawdę mówiąc, powiedział wreszcie, jeśli chcesz zrozumieć, co się tam dzieje, dobrze wiedzieć, jak to wygląda również stąd. Wyciągnął rękę i poklepał mnie po plecach. A teraz skończ mi ten raport. Odwrócił się i pomaszerował z powrotem do swojego komputera.

Zobacz wideo Ratują życie bezdomnym pod Dworcem Centralnym. "To akcja patriotyczna"

Dwie godziny później zadzwonił Cole. Nie uwierzysz, powiedział. W drodze powrotnej na posterunek moi chłopcy namierzyli ciężarówkę wypakowaną po dach dragami. Te twoje grube ryby na pewno się zaciekawią: prawie tona towaru. Chryste, powiedziałem, niezły transport. No nie? zaśmiał się Cole. Widzisz, co cię omija? Milczałem przez kilka sekund. Aresztowaliście kogoś? Daj spokój, jakbyś nie wiedział. Wszyscy podejrzani nawiali. Westchnąłem. Słuchaj, ciągnął Cole, wiem, że wy tam w sektorze uwielbiacie papierkową robotę, ale ja tu próbuję wrócić do domu na kolację. Jakby nie patrzeć, powiedziałem, byczy transport. Cole zachichotał. No ba.

*Fragmenty książki "Rio Grande. Reportaż o granicy" Francisco Cantú, tłumaczenie: Dorota Konowrocka-Sawa. Książka do kupienia w Publio >>>