Społeczeństwo
Polscy nauczyciele nie znają ukraińskiego, nie mają materiałów, z których mogliby korzystać (Jakub Orzechowski/ Agencja Wyborcza.pl)
Polscy nauczyciele nie znają ukraińskiego, nie mają materiałów, z których mogliby korzystać (Jakub Orzechowski/ Agencja Wyborcza.pl)

Beata uczy w klasach jeden-trzy w szkole podstawowej na warszawskim Bródnie. W zawodzie od 30 lat. – Wydawałoby się, że wszystko już widziałam i nic mnie nie zaskoczy. Gdy tylko taka myśl się pojawia, dzieje się coś, co sprawia, że znów szeroko otwieram oczy ze zdziwienia – mówi.

W swojej klasie ma sześciu nowych uczniów z Ukrainy. W całej szkole, liczącej blisko 600 dzieci, jest ich około 60.

Jej koleżanka Anna, nauczycielka angielskiego i wychowawczyni klasy piątej, jest szkolną rekordzistką – do jej klasy dyrekcja przydzieliła ostatnio aż 10 dzieci. – Było 11, ale rodzina jednej dziewczynki zdecydowała się pojechać dalej, na Zachód. A "padło na mnie", bo moja klasa była najmniej liczna – precyzuje.

Joanna uczy matematyki, w jednej klasie ma dwoje dzieci z Ukrainy, w drugiej troje. – Mimo że uczniów ukraińskich nie jest zbyt wielu, czuję się, jakbym miała na lekcjach dwie klasy – osobno uwagę muszę poświęcać uczniom polskim, osobno ukraińskim. A przecież nawet polskie dzieci są bardzo podzielone, jeśli chodzi o poziom wiedzy – w jednej z klas czwartych sześcioro ma na świadectwie celujący, sześcioro – dwóje. Do tego dochodzą zaległości z okresu nauki zdalnej i robi się niezły galimatias – opowiada.

W szkołach jest chaos w związku z przyjęciem dzieci ukraińskich (Anna Lewańska/ Agencja Wyborcza.pl) , W wielu szkołach nie funkcjonują oddziały przygotowawcze, nie ma też nauczycieli porozumiewających się w języku ukraińskim (Jakub Orzechowski/ Agencja Wyborcza.pl)

W szkołach moich rozmówczyń nie funkcjonują oddziały przygotowawcze, nie ma też nauczycieli porozumiewających się w języku ukraińskim. Szkoły nie zapewniają kursów z języka ukraińskiego ani materiałów do nauki polskiego jako obcego.

Joanna: – Wysłaliśmy oficjalne pismo do dyrekcji z prośbą o stworzenie oddziału przygotowawczego. Nie powstał.

Beata: - Wszystko zostało zrzucone na nasze barki. Usłyszałam od dyrektora: ty sobie poradzisz, masz już doświadczenie. Nie protestowałam, bo czy wezmę trójkę, czwórkę, czy szóstkę dzieci z Ukrainy, to już nie robi różnicy.

Bariera językowa

Największym wyzwaniem dla nauczycieli jest porozumienie się z dziećmi, które nie znają ani jednego słowa po polsku. Niektóre mówią wyłącznie po ukraińsku, inne tylko po rosyjsku; mówią też różnymi dialektami, w zależności od regionu, z którego pochodzą.

Joanna: – Rosyjski trochę pamiętam ze szkoły, ale ukraińskiego nie znam wcale. W jednej klasie z uczniami z Ukrainy mogłabym rozmawiać po rosyjsku, bo znają ten język. Ale chłopiec spod Lwowa zaprotestował, podejrzewam, że dlatego, że to język okupanta.

Mówi, że ma szczęście, że uczy matematyki, bo podstawowy język, jakim się porozumiewa, to liczby. – Często wykorzystuję plansze z liczbami w pracy z uczniami. Czasem muszę jednak coś powiedzieć. Bardzo zaskoczyło mnie to, jak jest "40" po ukraińsku – "sorok". Ostatnio omawialiśmy obwody prostokątów i kwadratów, to też musiałam opanować podstawowe słownictwo. Kwadrat to po ukraińsku kwadrat – proste, ale już bok to nie bok, ale "storona". Czasem tak się zakręcę, że do uczniów polskich zaczynam mówić po rosyjsku, a do ukraińskich po polsku. Polscy uczniowie nagle krzyczą: niech się pani przełączy na polski, bo nic nie rozumiemy! – opowiada.

Zanim w szkole pojawiły się dzieci ukraińskie, obowiązywał zakaz korzystania z telefonów komórkowych. – Teraz przymykamy na to oko. Część dzieci biega z komórkami z włączonym translatorem, bo inaczej byśmy się nie dogadali – mówi.

Ale translator też potrafi spłatać figla.

Dzieciaki się ze mnie śmiały, bo zamiast wierzchołek danej figury, użyłam słowa określającego wierzchołek góry – opowiada.

Joanna nie zamierza się uczyć ukraińskiego. – Pochodzę z terenów, gdzie żyje dużo mniejszości niemieckiej, pamiętam stan wojenny, kiedy ludzie wyjeżdżali do Niemiec, wciąż mam tam rodzinę. Nie wydaje mi się, żeby fakt pojawienia się polskich dzieci w szkołach sprawił, że Niemcy zaczęli uczyć się polskiego. Pieniądze i wysiłek włożone w naukę Polaków ukraińskiego powinny zostać przekierowane na pomoc ukraińskim dzieciom, naukę polskiego dla nich – twierdzi.

Trochę po rosyjsku, trochę na migi

Beata w swojej klasie już od roku ma czworo ukraińskich dzieci. – Naprawdę dobrze opanowały język polski. Gdy zaczęły do nas dołączać dzieci uchodźców, posadziłam je razem, żeby ta czwórka mogła pomagać kolegom – opowiada.

Jak Beata radzi sobie podczas lekcji w komunikacji z dziećmi ukraińskimi? – Trochę po rosyjsku, trochę po polsku, trochę po ukraińsku, trochę na migi – śmieje się. – Ostatnio był sprawdzian pisemny z przyrody, z wiedzy o wiośnie. Ukraińskie dzieci nie napiszą nic po polsku. Więc odpowiadały ustnie. Wszystko na bieżąco tłumaczył mi mój "stary" uczeń, który zna ukraiński – opowiada. – Mój proces dydaktyczny bardzo zwolnił. To, co do tej pory dzieci robiły samodzielnie, teraz muszę robić przy tablicy. Żeby wszyscy nadążyli. Polscy rodzice niepokoją się, że ich dzieci będą miały zaległości – i to kolejne, bo pierwszych narobili sobie przez pandemię i naukę zdalną. Ale wystarczy, że zadam im pytanie, czy chcieliby być na miejscu tych ukraińskich rodzin, które nagle znalazły się w obcym kraju i muszą porozumiewać się w obcym języku, to trochę odpuszczają – dodaje.

Beata podkreśla, że przecież fakt, że pojawili się nowi uczniowie, wymagający więcej uwagi, nie spowodował, że problemy z polskimi dziećmi nagle wyparowały. – Wśród moich uczniów są dzieci z problemami z nauką, z zaburzeniami zachowania. Muszę mieć więc oczy dookoła głowy. Angażuję uczniów do pomocy. Jeden przypilnuje kolegi, drugi coś przetłumaczy, trzeci rozda materiały, czwarty je zbierze. Mamy taką zasadę, że za każdy dobry uczynek wrzucamy garść suchego makaronu do słoika. Gdy słoik się wypełni, jest czas na świętowanie. Każde dziecko może zrobić coś, co sprawia mu przyjemność, na przykład zjeść słodycz podczas lekcji, albo wymyślamy wspólną aktywność: idziemy na boisko, na spacer – opowiada.

Przyznaje, że w postępowaniu z dziećmi, które do Polski uciekły przed wojną, opiera się na intuicji. – Chcę tym dzieciakom zapewnić przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. A jeśli przy okazji się czegoś nauczą, to będzie to duży sukces. Minął zaledwie miesiąc, odkąd pojawiły się w szkole, a część z nich już bardzo dużo rozumie. Mam chłopca z Ukrainy, który już lepiej pisze od moich polskich dzieci!

Beata, w przeciwieństwie do Joanny, zapisała się na kurs z języka ukraińskiego. – W internecie pojawiło się dużo kursów organizowanych przez różne inicjatywy, na przykład Centrum Edukacji Obywatelskiej. Byłam mocno zdziwiona, gdy dowiedziałam się, że polski i ukraiński są do siebie tak podobne – mają nawet 70 proc. wspólnej leksyki. Tymczasem z rosyjskim zaledwie 30 proc. – opowiada.

Jak to wytłumaczyć

Bariera językowa jest ogromna – mówi Anna, wychowawczyni klasy piątej. – Nie pamiętam rosyjskiego na tyle dobrze, żeby się swobodnie porozumieć, zresztą nie wszystkie dzieci mówią po rosyjsku. Cały czas posiłkuję się tłumaczem Google. Ale komunikacja przez pierwsze tygodnie była wyłącznie jednostronna, czyli ja mówię, oni słuchają. Dopiero teraz zaczynają się powoli otwierać – opowiada anglistka. Już zapisała się na zajęcia z ukraińskiego.

'Powinno być tak, że ukraińskie dzieci realizują ukraiński program nauczania, a z polskimi dziećmi chodzą ewentualnie na WF czy plastykę' (Cezary Aszkiełowicz/ Agencja Wyborcza.pl) , Szkoła (Cezary Aszkiełowicz/ Agencja Wyborcza.pl)

Anna bardzo żałuje, że w jej szkole nie powstały klasy przygotowawcze. – Powinno być tak, że ukraińskie dzieci realizują ukraiński program nauczania, a z polskimi dziećmi chodzą ewentualnie na WF czy plastykę. I mają swoich nauczycieli, odpowiednio wykwalifikowanych, którzy poświęcają im wystarczająco dużo uwagi. Mamy braki kadrowe w szkole, nauczyciele są obładowani pracą. Niektórzy matematycy mają po 33–34 godziny tygodniowo przy tablicy – ustawowo powinni mieć 18. Żeby wesprzeć nauczyciela od polskiego, sama zaczęłam ukraińskie dzieci uczyć języka. Sprawia mi to dużą przyjemność, ale to jednak zawsze dodatkowe godziny pracy – wyjaśnia.

Niedawno stanęła przed wyzwaniem, jak wytłumaczyć dzieciom z Ukrainy angielski czas teraźniejszy ciągły. – W ukraińskim czasownika "być" używa się zupełnie inaczej niż po polsku. Poszłam do dziewczynki z Ukrainy, którą uczę w siódmej klasie – jest w Polsce już od lat – aby spytać się, jak ona uczyła się tego czasu, kiedy jeszcze nie znała języka polskiego. Problem w tym, że Polaków uczę zupełnie inaczej, nie znam metodologii uczenia języka angielskiego cudzoziemców. Bardzo chciałabym przejrzeć podręczniki tych dzieci do angielskiego, ale bez znajomości języka się przez nie nie przebiję – wyjaśnia Anna.

Podobnie jak Beata korzysta z pomocy ukraińskiego chłopca, który jest w jej szkole od zerówki.

Ale nawet on nie wszystko rozumie z tego, co mówią nowi uczniowie. Nie mogę też go tak bardzo angażować w tłumaczenie, bo też musi skupić się na lekcjach. Dzieci ukraińskie, które znają polski, nie mogą funkcjonować jako tłumacze symultaniczni!

Trudne, zamknięte, wdzięczne

Nauczycielki przyznają, że konflikty na tle narodowościowym między uczniami się zdarzają, ale przede wszystkim w klasach starszych. Bywa, że do jednej szkoły chodzą dzieci z Białorusi, Rosji i Ukrainy. Opowiadają, że polscy uczniowie zgłaszali na przykład, że Ukraińcy ich obrażają. Ale przecież i wśród  Polaków zdarzają się pyskówki. A dzieci najszybciej uczą się właśnie przekleństw. Problemem nie jest narodowość, tylko – jak to określa Joanna – "słabe nerwy" dziecka. Jeśli ono na wyzwiska zareaguje pięścią, awantura gotowa.

Do polskich szkół trafił cały przekrój ukraińskich dzieci – różne charaktery, rozmaite doświadczenia sprawiają, że jedne chętniej współpracują z nauczycielami, inne mniej. Jedne są wygadane, otwarte, inne bardziej milczące.

- Niektóre boją się odezwać. Po tym wszystkim, co przeżyły, to zrozumiałe. Niektóre przez Ukrainę i Polskę podróżowały całkiem same, bo rodzic nie zostałby przepuszczony przez granicę. Mam dziewczynkę, która mieszka z matką chrzestną, z którą wcześniej spotkała się raz – na swoim chrzcie. Kobieta od 16 lat mieszka w Polsce. Mam bliźniaków, którzy do Polski przyjechali jako półsieroty – bez ojca. Nie wiem, czy tata zmarł na wojnie, czy już wcześniej. Sama nie zaczynam z dziećmi tematu wojny. Chłopcy są nadpobudliwi ruchowo, podejrzewam ADHD. Trudno nad nimi zapanować, przeszkadzają, co chwilę wyciągają telefony. Znajoma jest dyrektorem poradni pedagogiczno-psychologicznej. Mówi, że trafiają do nich tabuny dzieci ukraińskich, które potrzebują orzeczeń, np. o autyzmie – opowiada Anna.

Beata podkreśla, że jej "nowe dzieci" nie przejawiają objawów traumy. – Może dlatego, że stosunkowo szybko udało im się uciec z kraju. Owszem, widziały wozy bojowe, samoloty wojskowe, słyszały wystrzały, ale tego największego koszmaru nie doświadczyły. Tylko jedna dziewczynka  praktycznie się nie odzywa. Pyta jedynie, czy może wyjść do toalety – mówi.

'Niektóre boją się odezwać. Po tym wszystkim, co przeżyły, to zrozumiałe' (Patryk Ogorzałek/ Agencja Wyborcza.pl) , 'Mam bliźniaków, którzy do Polski przyjechali jako półsieroty - bez ojca. Nie wiem, czy tata zmarł na wojnie, czy już wcześniej' (Roman Bosiacki/ Agencja Wyborcza.pl)

Beata również nie zaczyna pierwsza tematu wojny. – Ostatnio usłyszałam, jak dzieci między sobą zaczęły o niej rozmawiać. Z przejęciem mówiły o tym, jak rodzice biegali zdenerwowani po domu, ciągle gdzieś dzwonili, że brali tylko to, co zmieściło się w kieszeń, i uciekali – dodaje.

Joanna: – Troje dzieci z Ukrainy, które mam w klasie, jest bardzo chętnych do współpracy. Nie mogły uwierzyć, że dostaną plecaki, podręczniki i przybory szkolne za darmo. "Tyle dla mnie? Takie ładne" – powiedział jeden chłopiec. To było wzruszające. Podczas posiłku na stołówce zjadają najmniejsze okruszki z talerzy, w przeciwieństwie do polskich dzieci, które dużo grymaszą.

Nauczycielki zwracają uwagę, że dzieci z Ukrainy są zaskoczone tym, jak wygląda polski system nauczania. – Jak się z czymś nie wyrobię na lekcjach, to najwyżej zadaję coś do poczytania w domu. Ukraińskie dzieci są zaskoczone, wielokrotnie mnie dopytują: I to tylko tyle? Ale na pewno? W Ukrainie edukacja podobno wygląda zupełnie inaczej – tam nauczyciel to urzędnik, jest srogi, surowy, groźny, krzyczy, a prac domowych jest mnóstwo – opowiada Beata.

Zobacz wideo Uchodźczyni szczerze o rozbitej rodzinie, ratowaniu swojego dziecka i nadziei na powrót [Gazeta.pl na granicy]

Co dalej?

Trudne pytanie, wszystko zależy od tego, jak potoczy się sytuacja w Ukrainie – mówi Beata. – Na razie dzieci przybywa mniej, pojedynczy uczniowie. Część już pojechała z rodzicami do innego miasta, dalej na Zachód, a część wróciła do Ukrainy. Ciężko to zrozumieć, biorąc pod uwagę wojnę, jednak wracają, bo tęsknią za swoimi mężami, rodzinami. I zabierają ze sobą dzieci.

Anna potwierdza i dodaje: – Do końca roku jakoś pociągniemy, z każdym dniem idzie nam coraz lepiej, trochę tak jak z wdrażaniem w naukę zdalną. Po świętach ma mnie w klasie wspierać Ukrainka, która zajmuje się arteterapią. Intensywnie uczy się polskiego. Nie wymagamy od uczniów ukraińskich zbyt wiele. Od polskich też. Odkąd wybuchła pandemia, mniej wymagamy.

Nauczyciele najbardziej martwią się o tych młodych Ukraińców, którzy trafili od razu do klasy ósmej. Będą mieli pod koniec roku szkolnego egzamin ośmioklasisty. O ile pytania będą w języku ukraińskim, o tyle odpowiadać uczniowie muszą już po polsku. Będzie ich też obowiązywać znajomość polskich lektur.

Czy nikt na to nie wpadł, że ukraińskie dzieci nie mają pojęcia, kim jest Słowacki? Żeby zdać egzamin, wystarczy do niego podejść, ale przecież liczą się także wyniki – mówi Anna. – Proszę sobie wyobrazić, że jedyną szkołą w Polsce, do której dostanie się uczeń, który w Ukrainie miał same piątki, będzie zawodówka – stwierdza.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.