Społeczeństwo
Problem z przekleństwami pojawia się, kiedy nie potrafimy wprowadzić autocenzury. (Shutterstock)
Problem z przekleństwami pojawia się, kiedy nie potrafimy wprowadzić autocenzury. (Shutterstock)

Dzień Magdaleny zaczyna się od soczystej "ku*wy" okraszonej "pierd*lonym ch*jem" już o 7.30. Takie słowa słyszy, kiedy odprowadza córkę rano do przedszkola i mija barak, w którym przebiera się ekipa remontująca fasadę zamieszkiwanego przez nią budynku.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Później mama z córką przechodzą obok wielkiego napisu na murze: "Jeb*ć PiS i Konfederację" – córka Magdaleny z lubością uczy się na nim sylabizować.

Następnie jest przejście dla pieszych i kolejne "k*urwy" – tym razem w rozmowie dwóch uczennic.

W ciągu dnia Magda zjada "szybki makaron" w lokalnej knajpce. Stolik obok dwóch panów koło czterdziestki wymienia uwagi o nowym kierowniku. Beznadziejnym, wnioskując z zasłyszanych określeń "pierd*lony" i "k*tas".

Po pracy, na placu zabaw połączonym z miejską siłownią, między głowami dzieci unoszą się kolejne grube słowa. Późnym popołudniem, czekając, aż córka skończy zajęcia taneczne, w pustym korytarzu szkoły Magda będzie świadkiem rozmowy telefonicznej jednej z pracownic recepcji z jej chłopakiem, która słowo w słowo brzmiała tak:

– Co taki wk*rwiony jesteś?

– A ty w domu w ogóle, k*rwa, jesteś?

– Dobra, j*bię to, nie chce mi się z tobą gadać. Goń się.

O kondycji tego związku Magdalena dowie się zresztą więcej – z rozmowy z drugą pracownicą szkoły tańca. Padnie w niej ponad 20 razy słowo "k*rwa" i "ja pierd*lę". W pewnym momencie Magda przestanie liczyć.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Dla niej wszechobecne wulgaryzmy są dużym problemem, bo naruszają jej sferę osobistą. Zupełnie jak ekshibicjonista, który kiedyś jeździł na rowerze po parku w sąsiedztwie. – Nie chcę słuchać o "ch*jach", tak samo jak nie mam ochoty ich wbrew własnej woli oglądać – mówi brutalnie.

Czy rzeczywiście nasz język się wulgaryzuje? Przestaliśmy stosować autocenzurę, nie mamy hamulców?

Przekleństwa to także napisy na murach czy chodnikach. (Shutterstock)

Motyla noga i psia kostka

Prof. UAM dr hab. Barbara Sobczak, językoznawczyni z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza oraz członkini Rady Języka Polskiego, wyjaśnia, że najważniejszą funkcją wulgaryzmów jest wyrażanie emocji. – Za ich pomocą dajemy upust swojej złości, frustracji, bólowi, ale także radości, fascynacji czy pasji. Badania dowodzą, że ludzie potrafią dłużej wytrzymać w niekomfortowej sytuacji, jeśli klną przy okazji. Przekleństwa są także wentylem bezpieczeństwa i można powiedzieć, że pełnią w tym wypadku pozytywną funkcję – dodaje. 

Prof. Kazimierz Sikora z Uniwersytetu Jagiellońskiego, językoznawca i dialektolog, popularyzator kultury języka, w tej kwestii się zgadza: – Pani prof. Danuta Natalia Wesołowska, wybitna językoznawczyni, powiedziała kiedyś, że trudno od dorosłego mężczyzny wymagać, żeby po uderzeniu się młotkiem w palec powiedział "ojejku!". Zapamiętałem te słowa, bo one tłumaczą i uzasadniają używanie wulgaryzmów przy pewnym poziomie emocji, w okolicznościach szczególnego rodzaju, przy konieczności zapanowania nad gwałtownym stresem. W takich przypadkach ładunek negatywnych emocji poszuka sobie ujścia – wyjaśnia naukowiec. 

Stosowanie wulgaryzmów pomaga budować więź z grupą. – Przeklinamy, bo inni tak robią i chcemy być przez nich akceptowani – mówi prof. Sobczak.

Wulgaryzmy mogą być również narzędziem kreowania wizerunku – ktoś, kto klnie, jest postrzegany jako ważniejszy, groźniejszy, twardszy, bardziej agresywny. Są środowiska, w których jest to pożądane. I nie dotyczy to tylko środowisk patologicznych, przestępczych i marginesu społecznego. Obserwujemy szefów, którzy używają wulgaryzmów, bo wzmacniają w ten sposób swoją pozycję. Mówi się, że w budowlance niczego się nie załatwi bez mocnego słowa, bo jest ono bardziej przekonujące dla odbiorcy. Wulgaryzmy mogą pomagać w mocniejszym wyrażaniu się, hiperbolizują wypowiedź – dodaje językoznawczyni.

Są więc różne powody, dla których Magda słyszała od rana tyle bluzgów: emocje, hiperbola, jeszcze więcej emocji. Skąd jednak ich wszechobecność?

Prof. Sikora zapewnia, że wulgaryzmy istniały zawsze, zawsze także istniała przestrzeń, w której łamano tabu wulgarności. Prof. Sobczak dodaje, że z łacińskiego wulgaryzm to "vulgaris" – czyli coś pospolitego, właściwego pospólstwu. – Z definicji więc wulgaryzmy nie powinny pojawiać się na salonach. Ale trafiają tam i z czasem ludzie przestają odbierać je jako niestosowne.

Mówiąc w przestrzeni publicznej, wypowiadane słowa słyszą nie tylko adresaci rozmowy, ale także osoby postronne (fot. Shutterstock) , Klęcie pod nosem pozwala rozładować emocje, ale i znieć trudną sytuację. (Shutterstock)

Istnieje przyzwolenie na używanie przekleństw w sytuacjach, które nie przypominają uderzenia młotkiem w palec. Przy ich nadużywaniu dochodzi do dewulgaryzacji, słyszymy więc powszechnie o "zajebistości", "pieprzeniu". Te słowa przestają być wulgarne, a stają się potoczne. Co więcej, zasada, że człowiek kulturalny nie przeklina w miejscu publicznym i nie używa grubych słów, jest naruszona – tłumaczy zjawisko prof. Sikora. 

Zdaniem badacza polszczyzna schodzi na psy, ludzie się temu biernie przyglądają, a środowisko językoznawców jedynie rejestruje zmiany, komentuje je, zamiast upominać się o przestrzeganie dobrych obyczajów w języku i kulturze.

Kiedyś tak nie było?

Zdaniem prof. Sobczak wcale nie jest tak, że "kiedyś to się mniej przeklinało". – Różnica polega na tym, że wcześniej grubych słów używano w sferze prywatnej, a teraz w sferze publicznej – co pokazują media. W 1999 roku, gdy wprowadzono Ustawę o ochronie języka polskiego, w której jest zapis o przeciwdziałaniu ekspansji wulgaryzmów, CBOS przeprowadziło badania. 80 proc. respondentów deklarowało, że najczęściej wulgaryzmy słyszy na ulicach, 50 proc. w środkach komunikacji miejskiej, a kilkanaście procent w pracy i w szkole.

O czym to świadczy? – O tym, że chętniej używamy wulgaryzmów tam, gdzie jesteśmy anonimowi i w mniejszym stopniu dbamy o swój wizerunek. W sytuacjach, w których nasze zachowanie może wpłynąć na nasz status społeczny, decydować o sukcesie bądź porażce, kiedy nasz język ma funkcję autoprezentacyjną, w większym stopniu się kontrolujemy i rzadziej klniemy. Na ulicy czujemy się anonimowi, przechodzimy obok ludzi, nie zwracając na nich uwagi – wyjaśnia członkini Rady Języka Polskiego.

Czy Magda przeklina? – Owszem, pod nosem, gdy spotka mnie jakaś nieprzyjemność, wejdę gołą stopą w nogę od krzesła, w prywatnych rozmowach z przyjaciółkami w komunikatorach, w rozmowach w domu z mężem, kiedy córka już śpi. Na pewno nie przeklinam w miejscach publicznych, gdzie mogłabym naruszyć czyjąś przestrzeń. Nie razi mnie, a wręcz bawi, przeklinanie mojej babci, która jest nobliwą panią, ale czasami się oburzy, oglądając programy informacyjne, i przeklnie jak szewc.

Prof. Sobczak podkreśla, że nie zawsze używanie wulgaryzmów musi być oznaką chamstwa. – Może być elementem gry komunikacyjnej czy konwencji w bliskich relacjach.

Jak wyjaśnia językoznawczyni, bywamy wulgarni na przykład w sytuacjach intymnych, bo dodaje to pieprzu naszym relacjom. Wulgarność może być także umowna, a pewne słowa, w określonych kontekstach i relacjach, nie będą nas gorszyły.

Jak tłumaczy prof. Sobczak, kompetencja komunikacyjna polega na tym, że umiemy dostosować język, jakiego używamy, do konkretnych sytuacji i relacji. – Przy słabszej kompetencji nie wyczuwamy niestosowności. W dzieciństwie rodzice, dziadkowie zwracali nam uwagę, że nie wolno używać jakichś słów. Teraz słyszymy je w ustach polityków i dziennikarzy. Przez to zostają zachwiane normy i gubimy się, co wolno, a czego nie wypada – dodaje badaczka.

Nadwrażliwość czy przesada?

Magdę aż skręca, kiedy słyszy bluzgi. Czuje się, jakby ktoś ochlapywał ją błotem. Iwona Majewska-Opiełka, psycholożka, autorka książki "Powiedz to dobrym słowem" i inicjatorka  Dnia Dobrego Słowa, nie ma wątpliwości, że wulgaryzmy tworzą niedobrą energię, która nikomu nie służy. – Może na chwilę obniżają poziom napięcia, ale na pewno nie obniżają poziomu gniewu czy złości. Nakręcają spiralę negatywnych uczuć. Siły nie dają, chyba że ktoś potrzebuje gniewu, żeby coś zrobić: uderzyć, zaprotestować, iść po coś, co uważa, że mu się należy – wyjaśnia.

Przeklinanie może naruszać czyjąś przestrzeń - tak samo jak śmiecenie, czy popychanie. (Shutterstock)

Jak dodaje psycholożka, badania pokazują, że umycie okien i ścian budynków w slumsach, wymiana stłuczonych szyb, uporządkowanie terenu wokół domów i zasadzenie kwiatków powodowało zmniejszenie agresji wśród mieszkańców i zainicjowało inne pozytywne zmiany. – Jeśli to, co się widzi, ma taki wpływ na ludzi, dlaczego inny miałoby mieć to, co się słyszy? – sugeruje Majewska-Opiełka.

Psycholożka Karolina Tuchalska-Siermińska dodaje: – Arnold Buss, twórca klasycznej definicji agresji, opisuje ją jako "reakcję, która dostarcza szkodliwych bodźców innemu organizmowi" – co rozszerza pojęcie agresji o indywidualne odczucia drugiego człowieka.

Jak podkreśla ekspertka, każdy z nas ma prawo mieć i stawiać własne granice, które mogą dotyczyć różnych sfer naszego życia. – Kwestią otwartą pozostaje, czy i w jaki sposób sygnalizujemy istnienie wspomnianych granic oraz czy te granice są przez inne osoby przestrzegane. Inaczej wygląda kwestia związana z osobistymi granicami i wartościami, a inaczej z tymi ustalonymi społecznie i kulturowo.

Iwona Majewska-Opiełka zauważa, że wszystko można. Przeklinać na każdym kroku także. Pytanie: po co?

Skoro potrafimy się powstrzymać w jakichś sytuacjach, to znaczy, że potrafimy i w innych. Przestrzeń osobista jest przecież naszą najbardziej istotną przestrzenią. Po co mielibyśmy ją zaśmiecać?

Dzieci i językowe śmieci

Magda przy wulgaryzmach spina się także dlatego, że nie chce, żeby jej córka dorastała w obecności tych słów. Iwona Majewska-Opiełka zauważa: – Zwracanie uwagi "Proszę tak nie mówić, tu są dzieci" to jednocześnie komunikat: "Synku, jak tylko będziesz dorosły, to możesz sobie przeklinać", nadawanie wulgaryzmom rangi dorosłości.

Karolina Tuchalska-Siermińska dodaje, że zdaniem naukowców przeciętnie, nim dziecko skończy pięć lat, będzie znało średnio około 42 wulgarnych słów. – To, jakie to będą słowa, w znacznym stopniu warunkuje dom rodzinny, ale też środowisko, w jakim dziecko dorasta. Ważną kwestią jest kontekst, w jakim pojawiło się przekleństwo, i to, czy dziecko je rozumie. Czy posłużyło ono rozładowaniu trudnych emocji, czy też zastępuje deficyty językowe osoby, która się nim posługuje.

Warto, żeby dzieci wiedziały, co znaczą przekleństwa, ale także wiedziały, dlaczego są w użyciu. (Shutterstock)

Prof. Barbara Sobczak mówi, że prof. Halina Zgółkowa prowadziła kiedyś badania na temat języka dzieci i dowodziła już w latach 80. minionego wieku, że te sporo klną. – Nie przynosiły przekleństw z podwórka czy z przedszkola, tylko z domu, zwłaszcza od przeklinających matek – podkreśla językoznawczyni. – Dzieci muszą wiedzieć, że takie słowa istnieją, bo prędzej czy później się o nich dowiedzą. Lepiej, żeby dowiedziały się od nas. Wytłumaczmy im, że są to słowa brzydkie, których nie powinno się używać, że mogą kogoś obrazić, ale czasami używamy ich, gdy jesteśmy bardzo zdenerwowani. Nie ma co udawać, że wulgaryzmy nie istnieją.

Spi*przaj, dziadu?!

Wulgaryzmy nie są dozwoloną formą komunikacji – za ich wypowiadanie można dostać mandat (za używanie słów nieprzyzwoitych – od 50 do 100 zł, a za zakłócanie spokoju, porządku publicznego i wywoływanie zgorszenia – do 500 zł). Komenda Główna Policji nie ma danych, które pozwalałyby stwierdzić, ile kar i w jakiej wysokości wlepiono za bluzganie. Trudno więc ocenić, czy paragrafy są żywe.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Prof. Sobczak uważa, że dochodzi do brutalizacji komunikacji. – Jesteśmy agresywniejsi na poziomie języka, łatwiej wyrażamy pogardę dla innych osób.

To niebezpieczny kierunek. Zdaniem prof. Sikory są to zachowania ryzykowne społecznie, bo nikt nie może przewidzieć, czym grozi takie podnoszenie ciśnienia w społecznym kotle. Ludzie nawykli do komunikacji, w której nie liczą się z potrzebami duchowymi innych osób, złamana została podstawowa zasada empatii.

Widać to w korkach, kiedy kierowcy zajeżdżają sobie drogę, później wymieniają się wulgaryzmami przez otwarte szyby, a następnie startują do siebie z pięściami. Awantury, które zaczynają się od słów, mogą się skończyć tragicznie.

Agresja słowna szybko eskaluje i może prowadzić do rękoczynów. (Shutterstock)

Zwracanie uwagi posłuży refleksji?

Magda nie zwraca przeklinającym uwagi. Przesiada się, wkłada słuchawki, odsuwa od osób, których rozmowę słyszy. Nie ma ochoty na konfrontację i usłyszenie wulgaryzmów, które nie są wypełniaczem, tylko mają konkretnego adresata. Ją.

Prof. Kazimierz Sikora nie ma takich oporów. – Zwracam uwagę, bo jestem przekonany, że milczenie jest przejawem zgody. Kiedyś wulgaryzmy dotkną naszej matki, dzieci i będziemy zdziwieni, że świat się zrobił nie do zniesienia. Język jest traktowany jako intymna własność. Kiedy zwracam uwagę, słyszę w odpowiedzi, że jestem dziadem i się ciskam. Zdarzyło mi się także skonfrontować z osobą, która okazywała się później moim studentem – wierzę, że to mu dało do myślenia.

Prof. Sikora edukowałby, ale i karał.

Nie jestem zwolennikiem opresyjnego państwa, ale można karami egzekwować stosowne zachowania w przestrzeni publicznej i komunikacji internetowej – mówi i podaje przykład: – Narwani polscy kierowcy potrafią się kontrolować w krajach, w których są surowe mandaty za przekroczenie prędkości.

Prof. Barbara Sobczak nie zachęca, żeby wkraczać w sytuacje, które są ryzykowne. – Edukowanie autobusu pełnego pseudokibiców mija się z celem, ale już zwracanie uwagi w miejscach publicznych, w których są osoby wykonujące obowiązki zawodowe – jak panie z recepcji – owszem. Być może uświadomi to im niestosowność zachowania. Musimy pamiętać, że wulgarność do czegoś prowadzi, ale jest także efektem czegoś – to jest zamknięte koło – dodaje językoznawczyni. 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Ola Długołęcka. Redaktorka o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. Kolekcjonuje zasłyszane historie i toczy boje podczas autoryzacji wypowiedzi, kiedy rozmówcy chcą "wygładzać" swoje najbardziej wyraziste opinie.