Społeczeństwo
Więzienie przy ul. Beskidzkiej w Łodzi (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)
Więzienie przy ul. Beskidzkiej w Łodzi (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Jakub ma 51 lat, nadciśnienie i cukrzycę, więc koronawirusa bał się bardziej niż młodsi i zdrowsi osadzeni. Tym bardziej że – jak twierdzi – nie wszyscy funkcjonariusze Służby Więziennej przestrzegali środków ostrożności. Ten, który wydawał paczki w dyżurce, nie kłopotał się zakładaniem maseczki.

Najbardziej jednak doskwierała Jakubowi tęsknota za żoną – przez pandemię zlikwidowano im wszystkie widzenia. Wcześniej odwiedzała go co dwa–trzy miesiące, dopiero w pandemii musieli przerzucić się na Skype’a. Nam udało się porozmawiać przez zakładowy telefon.

Jakub odbywa karę pozbawienia wolności w półotwartym zakładzie karnym w województwie śląskim. Jest jednym z 69 tys. osadzonych w zakładach karnych w całej Polsce.

Choroba przychodzi z zewnątrz

Dla osadzonych pandemia ma znaczenie symboliczne: to nie my jesteśmy zagrożeniem, choroba przychodzi z zewnątrz. A żeby nie przyszła albo żeby opóźnić jej nadejście, w jednostkach penitencjarnych – czyli aresztach i zakładach karnych – wprowadzono szereg środków ostrożności. Ich całą listę przesyła mi ppłk Elżbieta Krakowska, rzeczniczka prasowa Dyrektora Generalnego Służby Więziennej.

Dla osadzonych rozwój sytuacji miał znaczenie symboliczne: to nie my jesteśmy zagrożeniem, choroba przychodzi z zewnątrz (fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Gazeta)

Na wejściu wszystkim pracownikom i interesantom mierzy się temperaturę. Funkcjonariusze, którzy mają kontakt z osadzonymi, noszą rękawiczki i maseczki. Sami więźniowie poza celami również muszą wkładać maseczki. Regularnie dezynfekuje się kraty, poręcze, klamki, drzwi. Dezynfekowane są też pomieszczenia w oddziałach mieszkalnych – robi się to za pomocą specjalnych zamgławiaczy. Do minimum ograniczono pracę skazanych poza zakładami, wstrzymano widzenia. Ale zwiększono możliwości widzeń przez Skype’a i wydłużono czas rozmów telefonicznych.

Efekty? Jak informuje ppłk Krakowska, od początku pandemii do końca zeszłego roku koronawirusem zakaziło się 599 osadzonych. Na początku marca 2021 było ich już 1053. Wśród funkcjonariuszy Służby Więziennej i pracowników cywilnych odnotowano o wiele więcej zakażeń. W samym grudniu 2020 roku były to 723 przypadki, od początku pandemii do końca roku zakaziło się 3666 osób, zaś do marca 2021 - łącznie 4598 osób, z czego trzy zmarły.

Jeśli ktoś trafi do więzienia lub aresztu w trakcie pandemii, to przed wejściem do celi nie zostanie zbadany na obecność koronawirusa. Bezpieczeństwo tych, którzy już siedzą, zapewnia się w inny sposób.

– Przyjmowane osoby przechodzą badania lekarskie, które w znacznym stopniu pozwalają określić możliwość zakażenia wirusem. Po badaniu trafiają do celi przejściowej, w której sami przebywają do dwóch tygodni, zanim zostaną przemieszczone do docelowej celi. W tym czasie podlegają obserwacji medycznej – informuje por. Zbigniew Śpiewak, rzecznik prasowy Dyrektora Okręgowego Służby Więziennej w Warszawie.

Na izolację trafiają też skazani, którzy się zarazili. W izolatce kontakt mają tylko z personelem medycznym. Żadnych widzeń, telefonów, przedmiotów osobistych. Takie rozwiązanie odnosi się do osób, które COVID-19 przechodzą skąpoobjawowo. Więźnia z ciężkimi objawami konwojuje się do szpitala znajdującego się poza więzieniem.

– Jesteśmy z biednego państwa, któremu brakuje pieniędzy na testowanie obywateli, a co dopiero na testy dla więźniów – mówi Maria Dąbrowska, prezeska Fundacji Zmiana, organizacji pozarządowej pomagającej osobom skazanym i ich rodzinom. – Tym większy szacunek należy się Służbie Więziennej, która mimo niedofinansowania tak bardzo się stara, żeby koronawirus nie przedostawał się za kraty.

Brakuje pieniędzy na testowanie obywateli, a co dopiero na testy dla więźniów (Fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta)

"Wygląda, jakby chcieli ukarać też mnie"

W pandemicznym reżimie najgorsza jest sytuacja bliskich osób tymczasowo aresztowanych, bo im rozmowy przez Skype’a nie przysługują. Mogą co najwyżej zatelefonować, ale zgodę na korzystanie z więziennego aparatu telefonicznego uzyskują rzadziej, niżby chcieli. Pozostaje im pisanie listów.

– Wysłałam list pod koniec listopada i on ciągle nie dotarł – mówi Beata [imię zmienione] z Warszawy.

Pisała do syna, którego w sierpniu zamknięto w areszcie tymczasowym. We wrześniu i w październiku prokuratura zezwoliła Beacie na widzenie. Syn jest w jednostce w innym województwie, więc wsiadała w samochód o 4 rano, żeby zdążyć na wyznaczoną godzinę. Na wejściu pomiar temperatury, maseczka na twarz, gumowe rękawiczki na dłonie i można rozmawiać przez godzinę.

Na sali jest jeszcze kilka osób, wszyscy w maseczkach, więc słabo się słyszą. My tak samo, a między nami jeszcze pleksi. Nie szło się zrozumieć – opowiada kobieta. Ale i tak się cieszy, że udało im się porozmawiać. Raz, po przejechaniu ponad 300 km, w prokuraturze powiedzieli jej, że widzenia nie będzie. – Zachodzę, a tam mi mówią, że nie ma zgody. W końcu sekretarka się zlitowała i załatwiła papier. Rozumiem, że on nie siedzi tam za niewinność, ale to wygląda, jakby chcieli ukarać też mnie.

Beata mogła zobaczyć się z synem dlatego, że latem Służba Więzienna poluzowała obostrzenia dotyczące widzeń. Ich całkowite wstrzymanie nastąpiło już w pierwszych dniach pandemii, w marcu zeszłego roku. 1 sierpnia widzenia zostały przywrócone, ale z ograniczeniami: stąd między innymi szyba pleksi i rękawiczki. Jesienią widzenia znowu zlikwidowano. Najpierw w tych jednostkach, które znalazły się w czerwonej strefie, a gdy objęto nią cały kraj, to widzeń nie było już nigdzie.

Dlatego na trzecie spotkanie Beata już nie pojechała. Godzina widzenia przez pleksi zamieniła się w pięć minut przez telefon. – Na tyle zezwala prokuratorka. W tym czasie jeszcze muszę się przedstawić strażnikowi. Martwię się o syna. Mówi mi, że jest ciężko, ale przez te kilka minut nie jestem w stanie dużo się dowiedzieć – mówi Beata.

Z krótkich rozmów wie, że w zakładzie nie pozwalają, żeby skazani z jednej celi mieszali się z innymi. Syn siedzi z trzema innymi mężczyznami i na spacerniak wychodzi tylko w ich towarzystwie. W celi jedno łóżko jest wolne, więc jest odrobinę więcej luzu. – W zasadzie nie styka się z nikim innym. Strażnicy też są ostrożni, więc jest całkowicie odizolowany – wyjaśnia matka skazanego.

W zakładzie nie pozwalają, żeby skazani z jednej celi mieszali się z innymi (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Obydwoje obawiają się jednak, że do zakładu trafi osoba z koronawirusem i nikt tego nie wykryje. – Syna nikt nie badał. Przy zatrzymaniu rzucili go na podłogę i dwie godziny przeszukiwali mieszkanie. Tylko na komendzie zmierzyli mu temperaturę – opowiada Beata.

Mimo że nowych najpierw osadza się w izolatce, to obawa przed zakażeniem z zewnątrz jest ciągle żywa.

Na początku pandemii myślałem tak jak każdy: że to wszystko potrwa jakieś dwa miesiące i wszystko wróci do normy – opowiada Jakub, z którym kontakt udało mi się nawiązać za pośrednictwem Beaty. Mówi, że w jego więzieniu do zapowiadanych środków bezpieczeństwa nie przywiązywano wielkiej wagi. We wrześniu autobusem więziennym został przewieziony do innego zakładu karnego. Z Pomorza na południe Mazowsza podróżowało w sumie 16 mężczyzn z pięciu zakładów karnych, bez maseczek, bez badań. Po dwóch miesiącach w nowym zakładzie Jakub zaraził się koronawirusem.

Kasłało kilku kolegów z 26-osobowego oddziału, ale zdaniem Jakuba Służba Więzienna nie reagowała na symptomy. – Dopiero jak naszemu nauczycielowi wyszedł pozytywny wynik, to wprowadzono nam kwarantannę. Przetestowano i nas, ale dopiero po 10 dniach. Zakażonych było pięć osób, w tym ja – opowiada Jakub.

Po chorych mężczyzn przyszło kilku funkcjonariuszy od stóp do głów ubranych w ochronne kombinezony i przewiozło ich do covidowej izolatki w więzieniu w Bytomiu. – Sześć godzin podróży, w tym dwie na wizytę u lekarza w Radomiu. Dotarliśmy tam o północy – mówi Jakub.

Wszyscy trafili do jednej celi.

– Znaliśmy się i dzięki temu było nam raźniej. W celi były tylko łóżka, żadnych książek czy gazet. Trzy razy dziennie przynosili nam posiłki w jednorazowych pojemnikach, pielęgniarki regularnie mierzyły nam temperaturę i saturację krwi. Tak spędziliśmy dwa tygodnie – opowiada Jakub.

W tym czasie żona nie wiedziała, co się z nim dzieje.

Po tym jak na oddziale wykryto koronawirusa, w niepamięć odeszło lekceważenie środków ostrożności przez Służbę Więzienną – użycie maseczek i płynów dezynfekujących jest na porządku dziennym.

Nudno jak cholera

Beata wysłała synowi już wszystkie tomy "Władcy pierścieni" i "Gry o tron", śle też krzyżówki. W tej samej sprawie zatrzymany został jej zięć. Córka siedzi w domu z dwojgiem dzieci: jedno ma już ponad rok, drugie trzy miesiące. – Nie widziały ojca od pięciu miesięcy. Jak on wyjdzie z tego więzienia, to będą musiały uczyć się go na nowo. Największa krzywda dzieje się dziecku – mówi Beata.

Małym dzieciom zazwyczaj tłumaczy się, że mama albo tata są daleko w pracy – wyjaśnia Maria Dąbrowska. Dodaje, że w takiej sytuacji dziecko rozumie widzenie jako odwiedziny w pracy. Dlatego przed pandemią jednym z działań fundacji było zbieranie zabawek, które trafiały później do pokojów widzeń. Wszystko po to, żeby dziecko nie orientowało się, gdzie jest.

Robimy to w trosce o dzieci, żeby nie odczuwały ciężaru kary rodzica – podkreśla Dąbrowska. I dodaje, że niejednokrotnie w tym pokoju widzeń jest pierwsza w życiu wspólna zabawa z rodzicem. Z powodu pandemii pokoje nie funkcjonują, zabawki leżą nieużywane.

Fundacja Zmiana od ośmiu lat zbiera też książki do więziennych bibliotek w ramach akcji "Książki w pudle".

Więzienna biblioteka w Wołowie (Fot. Kornelia Glowacka-Wolf / Agencja Gazeta)

W pandemii gigantycznie wzrósł poziom czytelnictwa. Nie ma zajęć kulturalnych czy sportowych, bo niosą ryzyko zakażenia. Jest nudno jak cholera, zostają książki. Dla więźniów pandemia to podwójna izolacja – tłumaczy prezeska.

Teraz zamierza wysłać książki do aresztu śledczego w Kielcach. Fundacja zebrała ich 500, a na porządne wzbogacenie biblioteki potrzeba sześć razy tyle.

W Strzelcach Opolskich więźniowie ciągle mają niedobór tkanin, tasiemek i guzików. Bo książki nie tylko trafiają do więzień, ale też w nich powstają. Materiałów brakuje, bo zakład ich nie zapewnia. – Siedzą tam faceci, którzy dla niewidomych dzieci robią bajki dotykowe, napisane alfabetem Braille’a. Ale żeby produkcja nie ustała, konieczne jest wsparcie z zewnątrz. W Kielcach kobiety robią piękne kartki okolicznościowe. Wystarczy tylko dostarczyć papier, klej, wstążki. To jest niewiele, a chodzi o to, żeby w więźniach dostrzec człowieka – mówi Maria Dąbrowska.

W Strzelcach Opolskich więźniowie szyją też maseczki ochronne, które później trafiają między innymi do powiatowego szpitala, gminnego ośrodka pomocy społecznej i do mieszkańców. Tylko między kwietniem a lipcem uszyli ich 15 tys. Osadzeni w zakładzie karnym w Białej Podlaskiej przygotowali 300 maseczek dla pracowników sądu rejonowego. Lubliniec szył dla dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych, Jastrzębie-Zdrój dla strażaków, Piotrków Trybunalski dla podopiecznych domu pomocy społecznej. Szycie maseczek ochronnych odbywa się w ramach programów resocjalizacyjnych w zakładach karnych i aresztach śledczych w całej Polsce. Więźniowie produkowali też przyłbice i odzież ochronną.

Produkcja była najintensywniejsza w pierwszych miesiącach pandemii. Jak informuje ppłk Krakowska, więźniowie z całej Polski zostali wtedy zaangażowani w produkcję maseczek, odzieży ochronnej i płynu dezynfekującego. Wiosną 2020 roku w działania włączono ponad 2 tys. więźniów ze 120 zakładów karnych i aresztów śledczych. Szyto też w przywięziennych przedsiębiorstwach produkcyjnych, które wyprodukowały 106 tys. sztuk odzieży ochronnej i 35 tys. litrów płynu odkażającego. Maseczek było najwięcej: łącznie więźniowie uszyli ich ponad 1,5 mln.

W kolejce po szczepionkę

Jednym z głównych zaleceń na czas pandemii jest utrzymanie dystansu. Jak to zastosować w więzieniach? Zajęcia grupowe zostały przeorganizowane tak, żeby ich uczestnicy mogli siedzieć wystarczająco daleko od siebie. Zmniejsza się też skład zajęć terapeutycznych, kulturalno-oświatowych, spotkań z kapłanami. Niektóre zajęcia grupowe zostały zamienione na indywidualne. – To wydłuża niejednokrotnie czas trwania zajęć, ale nawet w okresie pandemii musimy funkcjonować i wykonywać zadania nałożone na nas przez ustawodawcę. Jednostka penitencjarna to mikrospołeczność ze wszystkimi tego konsekwencjami, także tymi, które wynikają ze stanu zagrożenia epidemicznego – mówi mjr Jan Kurowski, rzecznik poznańskiej Służby Więziennej.

Więźniowie z całej Polski zostali zaangażowani w produkcję maseczek, odzieży ochronnej i płynu dezynfekującego (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Nie wszyscy osadzeni czują jednak, że Służba Więzienna wystarczająco dba o ich bezpieczeństwo. W pierwszych miesiącach pandemii osoby pozbawione wolności i ich bliscy wysłali do Rzecznika Praw Obywatelskich 130 skarg na funkcjonowanie więzień w pandemii. Niektórzy skarżyli się, że na stołówkach, w łaźniach i na spacerach gromadzi się w grupie nawet 50 więźniów. Część jest osadzona w kilkunastoosobowych celach, w których nie można przecież zachować jakiegokolwiek bezpiecznego dystansu.

Jeszcze w kwietniu 2020 roku Dyrektor Generalny Służby Więziennej zapewniał, że dyrektorom zakładów polecono zamawiać środki dezynfekujące i ochrony osobistej w takich ilościach, jakie będą "adekwatne do potrzeb". Jednak więźniowie skarżyli się, że nie dostają płynów do dezynfekcji, bo nie przewidują tego przepisy. A nie każdego stać na kupno w kantynie brakujących detergentów.

Biuro RPO podsumowało wszystkie skargi więźniów i ich rodzin. Wynika z niego, że i jedni, i drudzy rozumieją decyzję o wstrzymaniu widzeń i doceniają starania Służby Więziennej, które łagodzą skutki braku bezpośrednich spotkań: dłuższe lub częstsze rozmowy telefoniczne albo kontakty przez Skype’a. Ale nie wszędzie takie rozwiązania zostały wprowadzone. "Wnioskodawcy wskazują, że częstotliwość rozmów zmniejszyła się wobec większej liczby chętnych do korzystania z aparatów telefonicznych. Powrócił też problem wysokich opłat za rozmowy telefoniczne i braku środków finansowych na zakup kart" – czytamy w piśmie RPO do Dyrektora Generalnego Służby Więziennej.

Uwagi te Adam Bodnar przesłał dowództwu Służby Więziennej w maju. Na stronie internetowej RPO brak informacji o odpowiedzi adresata. W styczniu zapytałem rzeczniczkę Dyrektora Generalnego Służby Więziennej o jego reakcję na pismo od Bodnara. Na to pytanie odpowiedzi nie dostałem.

Choć wiosna jest bardzo trudna, w 2021 roku nadzieję na okiełznanie pandemii i poluzowanie obostrzeń niesie program szczepień na COVID-19. W pierwszej kolejności objął on seniorów: najpierw 80-latków i starszych, później tych o dekadę młodszych.

Do grupy tej należą też osoby pozbawione wolności. Te, które chcą się szczepić, trafią do najbliższego punktu szczepień – informuje ppłk Krakowska.

Młodsi osadzeni mają być szczepieni zgodnie z harmonogramem Narodowego Programu Szczepień. Funkcjonariusze Służby Więziennej – w pierwszym etapie, a pracownicy więziennej służby zdrowia zostali zaszczepieni w fazie zerowej.

***

Jakub koronawirusa już przeszedł  – łagodnie i nie cierpi na powikłania, ale obawia się ponownego zakażenia, dlatego zapisał się na szczepienie. Ze względu na wiek będzie musiał jeszcze na nie chwilę poczekać. Po powrocie z izolatki po przechorowaniu, skontaktował się z żoną.

To Francuzka, która nie mówi po polsku. Przed wyjazdem do Bytomia poproszono mnie o podanie danych kontaktowych osoby, którą należy powiadomić o moim stanie. Jak pracownica Służby Więziennej usłyszała o Marsylii, to machnęła ręką. Z izolatki nie pozwolili mi zadzwonić – opowiada Jakub. – Po odwołaniu widzeń został nam Skype, ale to nie to samo. Żona mówiła, że potrzebuje przyjechać, przytulić się. Tęskniłem za nią, ale relacja zaczęła się psuć. Jak zadzwoniłem po chorobie, to powiedziała, że już dłużej tak nie może. Rozstała się ze mną.

Żona przylatywała na widzenia z Jakubem przez 23 lata jego odsiadki. Trzy i pół roku przed jego wyjściem na wolność nie wytrzymała pandemicznej rozłąki.

Mateusz Kowalik. Dziennikarz wolny strzelec, stały współpracownik "Krytyki Politycznej", wcześniej pracował w stołecznym wydaniu "Gazety Wyborczej". Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim.