Społeczeństwo
Nawiązywanie relacji w sieci jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek. Można się łatwo zakochać w kimś, kto naprawdę nie istnieje (fot: Shutterstock.com)
Nawiązywanie relacji w sieci jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek. Można się łatwo zakochać w kimś, kto naprawdę nie istnieje (fot: Shutterstock.com)

O tym, co spotkało Michalinę*, dowiedziałam się od Marcina Miklaszewskiego, prywatnego detektywa. Zgłosiła się do niego, bo po półtorarocznej internetowej znajomości z mężczyzną zaczęła podejrzewać, że ten ją okłamuje. Sama nie potrafiła jednak znaleźć żadnych demaskujących go informacji. - Byłam przekonana, że podaje mi nieprawdziwe imię i nazwisko, ale zupełnie nie spodziewałam się tego, co usłyszałam od detektywa. Pamiętam, że zadzwonił, jak byłam w galerii handlowej. Nogi się pode mną ugięły - opowiada Michalina. Zgodziła się ze mną porozmawiać, żeby przestrzec inne kobiety. – Pewnie wiele osób mi nie uwierzy. Albo ktoś powie: "Jak ona mogła się tak nabrać"? Na policję nie mogę z tym pójść, bo nie doszło do popełnienia przestępstwa. Ta znajomość kosztowała mnie jednak wiele – do tej pory nie rozumiem, jak to możliwe, że ktoś był w stanie coś takiego zrobić. I nie chodziło o pieniądze.

Jak bratnia dusza

Zaczęło się jesienią 2019 roku od wiadomości wysłanej Michalinie na Instagramie. – Jestem osobą rozpoznawalną. Zdarza się, że mężczyźni zagadują mnie na Instagramie, komplementują, ale mam żelazną zasadę, że odpisuję im co najwyżej "dziękuję" i nie kontynuuję rozmowy. Tym razem weszłam w dyskusję, bo wydawało mi się, że pisze do mnie kobieta – styl wypowiedzi był taki kobiecy. Potem okazało się, że to jednak mężczyzna - Marcin. Przeprosiłam go za swój błąd, a że pisało się świetnie, na początku zupełnie niewinnie i wyłącznie na stopie kumpelskiej, to kontynuowałam rozmowy – opowiada.

Michalina niedługo wcześniej rozstała się z wieloletnim partnerem. – Było mi źle, czułam się samotna, a Marcin w jakiś sposób zapełnił tę pustkę. Dawał mi dużo zrozumienia, zainteresowania, pomagał mi w pracy. Gdy dowiedział się, że przez pandemię mam kłopoty finansowe, pożyczył mi kilka tysięcy złotych. Okazało się, że jesteśmy w tym samym wieku, że nasze mamy mają tak samo na imię, że urodziły się w tym samym miesiącu – teraz brzmi to bardzo podejrzanie, ale wtedy byłam przekonana, że trafiłam na bratnią duszę. Do tej pory nie wiem, czy się do rozmów ze mną wcześniej nie przygotowywał, może zebrał informacje na mój temat, żeby mnie podejść? – zastanawia się.

Prawdopodobieństwo, że online spotka się przyszłego partnera czy partnerkę jest tak samo duże jak to, że trafi się na osobę, która udaje kogoś, kim nie jest (fot: Shutterstock.com) , (fot: Shutterstock.com)

Znajomość się rozwijała. Michalinie zapalały się czasem czerwone lampki, ale za chwilę gasły, bo działo się coś, co sprawiało, że znów wierzyła Marcinowi na słowo. – To, w jaki sposób kreował się w sieci i jego zachowanie, mogło budzić podejrzenia – na zdjęciu profilowym w social mediach nie było widać twarzy, wyłącznie sylwetkę. Z drugiej strony łatwo to sobie wytłumaczyłam – coraz więcej ludzi dba o prywatność w sieci. Bardzo szybko wysłał mi zresztą w prywatnej wiadomości swoje zdjęcie. Do tej pory nie wiem, kogo przedstawiało. Miał wśród znajomych prawdziwe osoby, znałam je. Pamiętam, że jeden z jego postów skomentowała jakaś dziennikarka. Często wysyłał mi fotki z tego, gdzie jest i co robi – pisał, że kupił sobie rolki i po chwili dostawałam zdjęcie jego nóg w rolkach. Wysłał mi swoje zdjęcie z dzieciństwa. Rozmawiałam z jego przyjacielem przez Messengera – Marcin nie odzywał się przez jakiś czas, bo się pokłóciliśmy i chciałam się dowiedzieć, co się z nim dzieje – opowiada.

Michalina przyznaje, że w końcu się w Marcinie zakochała. – Stał się ważną częścią mojego życia, wydawało mi się, że ja jego też. Spędzaliśmy mnóstwo czasu na rozmowach, czasem trwały one do nocy – opowiada.

Gdy jednak nalegała na spotkanie na żywo, zawsze słyszała jakąś wymówkę. – Obiecał, że gdzieś razem wyjedziemy. Pisał, że już rezerwuje hotel i nagle, dwa dni przed wyjazdem, informował mnie, że musi odwołać podróż. Gdy się wkurzałam, potrafił tak mnie podejść, że wychodziło na to, że to ja jestem ta zła i wszystko zepsułam. Często wykorzystywał argument, że dużo czasu zajmuje mu zaufanie drugiej osobie, bo miał ciężkie dzieciństwo. Innym razem, żeby pokazać, jak mu zależy, wysyłał mi jakiś prezent. W moje urodziny zostawił upominek przy moim samochodzie – wspomina Michalina. Gdy tylko chciała zerwać znajomość, Marcin robił coś, co sprawiało, że jednak nie potrafiła. – Albo zapewniał mnie, jak bardzo mu na mnie zależy, albo przeciwnie – wzbudzał we mnie poczucie winy, robił z siebie ofiarę, przestawał się odzywać, co powodowało, że czułam się paskudnie i to ja znów szukałam z nim kontaktu, przepraszałam. Doprowadzał mnie do skrajnych emocji – opowiada.

Michalina stawała się coraz bardziej podejrzliwa. Dowiedziała się między innymi, że Marcin okłamał ją, mówiąc o pracy w pewnej firmie. - Miałam tam znajomych, którzy sprawdzili dla mnie, czy taka osoba kiedykolwiek zajmowała tam jakieś stanowisko. Uznałam jednak, że pewnie ukrywa przede mną swoje prawdziwe imię i nazwisko, bo na przykład ma żonę i dzieci – opowiada Michalina.

Jednocześnie przestała się czuć bezpiecznie. Marcin wiedział, gdzie mieszka, bo zostawił jej prezent przed domem, Michalina opowiadała mu też bardzo dużo osobistych rzeczy na swój temat. – Czasem, idąc ulicą, zastanawiałam się, czy mnie nie śledzi.

Postanowiła poprosić detektywa o pomoc. Jedno pytanie zadane przez Miklaszewskiego rozwiało jej wszelkie wątpliwości. – Podał imię i nazwisko,  zapytał, czy znam taką osobę. I nie był to mężczyzna, ale kobieta – rzekoma koleżanka Marcina, której w pewnym momencie, na jego prośbę, wysyłałam produkty swojej marki, nawet mejlowałyśmy. Ktoś taki jak Marcin nigdy nie istniał. Niektóre informacje na jej temat pokrywały się z tymi, które przypisała swojemu męskiemu alter ego, na przykład kim była z zawodu. Potem okazało się, że dziewczyna jest znajomą mojej dawnej przyjaciółki. Mieszkamy w tym samym mieście – mówi.

Norbert Trelka: 'Ludzie podszywają się w sieci zwykle pod kogoś, kogo uważają za 'lepszego' od siebie' (fot: Shutterstock.com)

Michalina skonfrontowała kobietę z tym, czego się dowiedziała, zażądała usunięcia fałszywych kont pod groźbą złożenia zawiadomienia na policji. – Zrobiła to. Od tamtej pory nie mamy kontaktu. Wciąż mam mętlik w głowie i próbuję zrozumieć, jaki był jej motyw. Bardzo zaangażowałam się w tę relację emocjonalnie, ale ona również musiała się zaangażować. Poświęcała mi 90 procent swojego prywatnego czasu. Kto robi takie rzeczy? Nie mam też pojęcia, dlaczego akurat mnie obrała za cel, obawiam się, że może to jeszcze zrobić jakiejś innej dziewczynie – mówi Michalina.

I kontakt się urywa

Marcin Miklaszewski był pod wrażeniem, gdy zobaczył, jak perfekcyjnie kobieta wykreowała się w sieci. – Zdjęcia, które przesyłała mojej klientce, składały się na bardzo spójny obraz jej życia, tożsamości. Był to zlepek fotografii z różnych stron w Internecie, ale bardzo przemyślany. Tworzyła kolejne fikcyjne konta, żeby uwiarygodnić mężczyznę, za którego się podawała. Ci "znajomi" komentowali się nawzajem, rozmawiali z moją klientką – tłumaczy.

Historii takich, jak ta Michaliny, jest więcej. Znajomość trwa, dopóki jedna ze stron nie zacznie naciskać na spotkanie. Wtedy zazwyczaj kontakt się urywa. – Ludzie potrafią korespondować z kimś miesiącami, zakochać się, planować wspólną przyszłość, nie widząc drugiej osoby na oczy. W końcu przychodzą do detektywa, bo nie wiedzą, dlaczego ten ktoś unika spotkania, albo dlaczego nagle zniknął – tłumaczy Miklaszewski.

Wspomina jednego ze swoich klientów, który poznał kobietę przez aplikację randkową. Przez rok rozmawiali, wymieniali się zdjęciami, ona opowiadała mu o swojej rodzinie, wysyłała fotografie z bliskimi. – Mężczyzna się zakochał, był gotowy robić jej prezenty, ale ona nie była skłonna zdradzić mu swojego adresu – opowiada Miklaszewski.

Nagle kontakt z kobietą się urwał. Okazało się, że dziewczyna ze zdjęć i kobieta, z którą mężczyzna rozmawiał, to dwie różne osoby. – Udało mi się dowiedzieć, do kogo należą zdjęcia – była to kobieta, z którą internetowa ukochana mojego klienta chodziła przed laty do gimnazjum – opowiada. Miklaszewski skontaktował się z osobą, której tożsamość wykorzystano. – Pamiętała tę dziewczynę, mówiła, że już jako nastolatka wykorzystywała wizerunek innych w sieci, żeby podrywać mężczyzn – przekonuje. Dlaczego nagle zerwała kontakt? – W świecie rzeczywistym miała narzeczonego, z którym po odcięciu się od mojego klienta wzięła ślub. Mój klient był zdruzgotany. Złamała mu serce - mówi.

Detektyw Norbert Trelka również nieraz ustalał, czy osoby, z którymi jego klienci rozpoczynają romans, naprawdę istnieją. – Ludzie podszywają się w sieci zwykle pod kogoś, kogo uważają za "lepszego" od siebie. Robią to i kobiety, i mężczyźni, często będący w związkach małżeńskich, w których się im nie układa. Czasem nie chodzi im nawet o romans, szukają przyjaciela, z którym mogą pisać. Nie wysyłają swoich prawdziwych zdjęć w obawie, że druga strona zerwie kontakt – opowiada.

Oszustwo na miłość

Detektyw Michał Rybak mówi, że zazwyczaj osoby udające kogoś innego w sieci mają albo motyw finansowy, albo osobisty. I potrzeby, których nie potrafią zaspokoić w świecie rzeczywistym. – Jedna z moich klientek trafiła właśnie na takiego pana – opowiada. - Miał ogromne libido, wciągał kobiety poznane w sieci w relacje seksualne, ale oparte wyłącznie na wysyłaniu sobie intymnych zdjęć, sextingu. Rozmawiał z kilkudziesięcioma kobietami naraz, błyskawicznie robił przesiew, sprawdzał, które odpowiadają na jego wiadomości ochoczo, od których ewentualnie mógłby wyłudzić jakieś pieniądze. Swoje zdjęcia tak dobierał, żeby nie było go łatwo rozpoznać. Mojej klientce opowiadał, że jest właścicielem dużej hurtowni. Ona się do niego zbliżyła, zaufała mu. On z czasem poprosił ją o pożyczkę, kobieta chciała się poczuć potrzebna, wiązała z tym facetem przyszłość, więc przelała mu kilkanaście tysięcy złotych.

Detektyw sam się zdziwił, gdy odkrył, kto się kryje za biznesmenem z sieci: – Okazało się, że to członek jednej z partii politycznych, aktywny zawodowo. Wysyłał tylko takie zdjęcia, na których mógł ukryć swoje niedoskonałości, okazało się, że w rzeczywistości wygląda starzej, jest bardzo niskiego wzrostu.

Podszywanie się pod inną osobę w sieci nie jest dozwolone, ale żeby sprawca został ukarany, należy udowodnić, że wykorzystywanie wizerunku miało na celu wyrządzenie osobie, której dane się wykorzystało, szkody majątkowej i osobistej. Przestępstwem jest też wyłudzanie pieniędzy.

'Ludzie potrafią pisać z kimś miesiącami, zakochać się, nie widząc drugiej osoby na oczy' (fot: Shutterstock.com) ('Ludzie potrafią pisać z kimś miesiącami, zakochać się, nie widząc drugiej osoby na oczy' (fot: Shutterstock.com))

- Moja klientka nie zdecydowała się jednak zgłosić sprawy na policję. Jest mężatką, nie chciała, żeby wyszło na jaw, że miała romans w sieci. Jak się okazało, policja była zbędna. Polityk, gdy dowiedział się, ile kobieta o nim wie, od razu zwrócił jej wszystkie pieniądze – opowiada Michał Rybak.

Norbert Trelka twierdzi, że kobiet, które stały się ofiarą "oszustwa na miłość", jest mnóstwo. – W ostatnim roku mieliśmy bardzo dużo telefonów od takich pań. Wystarczy mi krótka rozmowa, żeby domyślić się, jaki mają problem. Od razu mówię: padła pani ofiarą oszustwa na miłość, a one i tak starają się mnie przekonać, że na pewno to nie to, że chciały się tylko upewnić, że mają do czynienia z kimś uczciwym – opowiada.

Schemat działania oszustów, jak mówi Trelka, jest prawie zawsze taki sam. – Oszust znajduje majętną kobietę w wieku 50-70 lat na Facebooku – samotną albo mężatkę, która szuka przygód, i odzywa się do niej z fałszywego konta. Pisze np.: "dzień dobry, jestem z Barcelony, wyglądasz na miłą kobietę, jesteś bardzo piękna". Jak kobieta połknie haczyk, pisze dalej. On przeważnie podaje się za lekarza, żołnierza albo marynarza. Rozkochuje ją w sobie, wysyła jej zdjęcia, zachęca do wysyłania jemu intymnych zdjęć. Często używa sformułowań typu: "bóg mi Ciebie zesłał" czy "codziennie modlę się do boga za to, że pozwolił mi poznać miłość". Trwa to kilka tygodni. Gdy już będzie miał pewność, że kobieta zapałała do niego uczuciem, wyjawia, że ma problem i potrzebuje pieniędzy, na przykład jako lekarz zainwestował w drogi sprzęt medyczny i dopiero za jakiś czas otrzyma zwrot pieniędzy. Wtedy będzie mógł też przyjechać do Polski i się z nią zobaczyć – opowiada.

Tożsamość rozproszona

Psychoterapeutka Katarzyna Menakiewicz oddziela osoby, które tworzą fałszywe tożsamości w celu wyłudzania pieniędzy od tych, które robią to z innych powodów. – Tymi pierwszymi powinna zająć się policja, nie psycholog. Te drugie bardzo często cierpią na zaburzenia osobowości. Niektórzy ludzie nie wykształcili w dzieciństwie cech przystosowawczych do życia w dorosłości, takich jak akceptacja siebie, odpowiedzialność, cierpliwość, świadomość tego, kim się jest, jakie ma się granice, cele w życiu. Mówi się o nich, że mają tzw. tożsamość rozproszoną. Potrafią z godziny na godzinę mieć inną wizję siebie. W świecie wirtualnym mogą się realizować – prowadzić gierki, zabawy. To z tym światem się identyfikują – tłumaczy.

Menakiewicz uważa, że Michalina mogła trafić w Internecie właśnie na taką osobę. – Możliwe, że kobieta weszła w rolę mężczyzny, bo nie akceptuje swojej płci i chciała przekonać się, jak to jest być mężczyzną. A możliwe też, że ma jakiś skrywany żal do mężczyzn. Na pewno jest to bardzo zaburzona osoba, która potrzebuje pomocy – mówi. Jej zdaniem osób z podobnymi problemami jest coraz więcej: - Z tożsamością rozproszoną lub osobowością histrioniczną, czyli tzw. teatralną, stykam się coraz częściej. Ci ludzie czują się nieatrakcyjni, więc przywdziewają różne maski, chcą być kimś lepszym niż są w rzeczywistości. W życiu dorosłym wciąż są jak dzieci, które bawią się, wcielając się w różne role – opowiada.

Z problemami emocjonalnymi nierzadko borykają się także ci, którzy ulegają wirtualnym kłamcom. – Zazwyczaj to, niestety, kobiety, będące w przeszłości w trudnych relacjach. Przenoszą emocje do wirtualnego świata, gdzie znów wchodzą w rolę ofiary i stają się łatwym łupem. Są głodne miłości i łatwo wchodzą w związki, w których dostają zrozumienie, czułość, uważność. A jeszcze jak ich internetowy rozmówca okazuje się przystojnym, uroczym mężczyzną, to już w ogóle "wchodzą w to jak w masło". I nie chcą widzieć ani słyszeć, że relacja prowadzi donikąd. Kieruje nimi ten sam mechanizm, co u osoby uzależnionej – zaprzeczenia i iluzji – tłumaczy Menakiewicz.

Detektyw Jacek Orzechowski opowiada mi, że zgłosiła się do niego kobieta, która chciała dowiedzieć się, kim naprawdę jest mężczyzna, z którym się spotyka. Poznała go w sieci, znajomość z czasem przeniosła się do realu. Mężczyzna po kilku miesiącach wciąż nie chce zdradzić jej swojego prawdziwego imienia i nazwiska. Mówi, że nadal nie jest pewien, czy zwiąże się z nią na poważnie. Kobieta w ostatniej chwili się wycofała ze współpracy z detektywem. Uznała, że nie jest gotowa, żeby poznać prawdę, woli żyć w przekonaniu, że on jest z nią szczery, że wszystko jakoś się ułoży.

Imię bohaterki zostało zmienione*